Wojna w Ukrainie komplikuje sytuację w transporcie oceanicznym. Wstrzymane kontenery do Rosji blokują europejskie porty

Sytuacja w branży żeglugi oceanicznej nie zdążyła się jeszcze na dobre unormować po dwóch latach pandemii COVID-19, kiedy wybuchła wojna w Ukrainie – kolejny czynnik zaburzający globalne łańcuchy dostaw i wpływający na wysoką inflację. Firmy żeglugowe już odczuły spadek popytu, a za tym poszła obniżka stawek frachtowych o ok. 25 proc. Branża z niepokojem patrzy również na Chiny, które od tygodni znów walczą z największym wzrostem zakażeń COVID-19 od wybuchu pandemii w 2020 roku, a tamtejsza polityka „zero COVID” oznacza twarde lockdowny. Mimo tych zawirowań rynek stopniowo się stabilizuje. – Sytuacja jest już na tyle nam znana, że możemy mówić o pewnej przewidywalności, choć przy wciąż wysokich kosztach i opóźnieniach – mówi Piotr Kozłowski z DB Schenker.

Chociaż transport kontenerowy na Morzu Czarnym jest stosunkowo niewielki, to efekty konfliktu rozprzestrzeniły się daleko poza region, uderzając w światowy handel.

 Wojna w Ukrainie ma duży wpływ na zaburzenia łańcuchów transportowych, zwłaszcza w Europie. Problemem nie jest może wolumen, który nie może być dostarczony do Ukrainy ze względu na działania wojenne, ale wolumen, który został objęty sankcjami i wstrzymany w trakcie drogi do Rosji. Tygodniowo do Rosji trafiało ok. 30–40 tys. kontenerów. Biorąc pod uwagę cały proces transportowy łańcucha logistycznego w biznesie oceanicznym, który zajmuje około pięciu–sześciu tygodni – to daje nam w sumie ok. 250 tys. kontenerów, które zalegają gdzieś w portach tranzytowych, głównie Europy Zachodniej, co z kolei mocno zmniejsza ich możliwości przeładunkowe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Kozłowski, Vice President Ocean Freight Northeast Europe w DB Schenker.

Wojna w Ukrainie, inflacja i wzrost cen paliw okazały się mieszanką, która wywołała spadek europejskiego popytu, co już odczuły firmy żeglugowe. Przełożyło się to na obniżkę stawek frachtowych, które pomiędzy lutym a kwietniem br. zmniejszyły się o ok. 25 proc.

– Nadal jest to pięcio-, sześciokrotnie więcej niż jeszcze na początku 2020 roku – zauważa Piotr Kozłowski. – W tej chwili trudno jednak prognozować, czy stawki frachtu oceanicznego będą rosnąć, czy spadać. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak inflacja wpłynie na zakupy i jaki będzie wpływ ponownego otwarcia gospodarki Szanghaju.

Spowodowany pandemią COVID-19 lockdown w Szanghaju trwał od 28 marca br. i oddziaływał na całą światową gospodarkę. 25-milionowa chińska metropolia dysponuje bowiem największym na świecie portem oceanicznym. Jego blokada skutkowała anulowaniem bądź opóźnieniami w dostawach towarów. Dopiero w środę, 1 czerwca władze Szanghaju zadecydowały o jej zniesieniu.

– Przez ponad dwa miesiące gospodarka tak duża jak Polska albo nawet większa była zawieszona, nie pracowała. Nie pracował też największy port oceaniczny na świecie – mówi ekspert DB Schenker.

Analitycy rynku wskazują, że branża wciąż z niepokojem patrzy na Chiny, które od tygodni walczą z największym wzrostem zakażeń COVID-19 od początku pandemii w 2020 roku. Chińskie władze stosują radykalną politykę „zero COVID”, wprowadzając twarde lockdowny i daleko idące obostrzenia. To zaś może ponownie skomplikować sytuację w branży transportu oceanicznego, która dopiero zaczęła się stabilizować po dwóch latach pandemii.

Przeciążenie i zamykanie portów z powodu koronawirusa, niedobory siły roboczej, brak nowych kontenerów i duży wzrost importu z Azji do Stanów Zjednoczonych spowodowały gigantyczne utrudnienia. Przewoźnicy nie byli w stanie zaspokoić ogromnego popytu na przewozy kontenerowe, co doprowadziło do rekordowego wzrostu stawek frachtowych, zatorów i opóźnień w dostawach. Jak podaje Sea Intelligence, jeszcze w kwietniu br. średnie opóźnienie statków na całym świecie wynosiło 6,4 dnia.

– COVID-19 i wojna w Ukrainie miały ogromny wpływ na sytuację na rynku przewozów oceanicznych. Wcześniej tranzyt z Azji do Polski zajmował około 40 dni, natomiast w tej chwili u jednego z dużych armatorów to jest już nawet 100 dni. Opóźnienia w łańcuchach dostaw i kongestie w portach zmusiły armatorów do wynajdywania różnych innych dróg albo rozwiązań, które pozwoliłyby utrzymać jakąś płynność, ale to się odbywa kosztem finansowym albo kosztem czasu. Ten transit time wynoszący 100 dni był wcześniej niespotykany – mówi Piotr Kozłowski.

Mimo trudnej sytuacji rynkowej dziś można jednak mówić o względnej stabilizacji. Jeszcze kilka miesięcy temu nawet niewielki, 1- czy 2-proc. wzrost popytu na przewozy oceaniczne mógłby spowodować, że cały system stałby się niewydolny.

– Mamy na tyle duży spadek popytu, że nie ma jakichś dużych pików. Obserwujemy kongestie w portach, które są spowodowane ogniskami COVID-19 w niektórych krajach, gdzie w efekcie są wprowadzane bardzo restrykcyjne przepisy, bądź też nadmiarową liczbą kontenerów, które nie zostały wysłane do Rosji. Natomiast pozostałe czynniki wpływające na rynek są już mniej więcej stabilne. Nie oznacza to jednak spadku frachtów, bo cała logistyka pustych kontenerów, te wszystkie zahamowania dużo kosztują przewoźników i armatorów. Natomiast sytuacja jest już na tyle nam znana, że możemy mówić o pewnej przewidywalności, choć jednak przy wciąż wysokich kosztach – mówi ekspert DB Schenker.

Udział polskich firm w odbudowie Ukrainy wymaga systemowych przygotowań. Przedsiębiorcy czekają na konkretne plany rządu

– Wyciągnęliśmy nauczkę z naszego zaangażowania w Afganistanie i Iraku, gdzie walczyli polscy żołnierze, ale nasz biznes nigdy tam nie zaistniał. Dobrze by było, aby w Ukrainie było inaczej, tak by polskie firmy rzeczywiście uczestniczyły w odbudowie tego kraju i miały w tym wsparcie rządowe – mówi Bartosz Pastuszka, prezes NaviRisk i partner zarządzający w spółce SecUA. Jak podkreśla, Stany Zjednoczone wspólnie z ukraińskim rządem już przygotowały szczegółowe plany krótko- i długoterminowych programów odbudowy Ukrainy po wojnie. Tymczasem polski rząd plany ma, ale nadal mało konkretne.

O planach odbudowy Ukrainy z powojennych zgliszczy dyskutowali eksperci z branży bezpieczeństwa podczas spotkania stowarzyszenia ASIS International Poland Chapter  międzynarodowej organizacji, która od ponad 50 lat działa na rzecz edukacji w zakresie bezpieczeństwa biznesu.

– Ryzyka związane z procesem odbudowy Ukrainy są bardzo duże. Począwszy od tego podstawowego, bo nie wiemy jeszcze, w jakim stanie będzie Ukraina po wojnie. Ale myli się ten, który uważa, że jest za wcześnie, żeby o tym rozmawiać. To jest idealny moment, ponieważ zachodnie rządy i tamtejsze firmy mają doświadczenie w podobnych procesach odbudowy i jest dla wszystkich jasne, że trzeba o tym rozmawiać, zanim jeszcze wojna się rozstrzygnie – mówi agencji Newseria Biznes poseł Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych.

Powojenna odbudowa Ukrainy była jednym z głównych tematów niedawnego Światowego Forum Ekonomicznego w szwajcarskim Davos. Obecny online prezydent tego kraju Wołodymyr Zełenski poinformował wówczas, że naprawa zniszczeń i gospodarki po wojnie będą wymagać nakładów w wysokości ok. 5 mld dol. miesięcznie.

Na ten scenariusz szykują się już m.in. Komisja Europejska i ONZ. W połowie maja br. niemiecki dziennik „Sueddeutsche Zeitung”, który dotarł do unijnego projektu, poinformował, iż według KE odbudowa Ukrainy będzie procesem, który potrwa ponad dekadę. Środki na ten cel – pochodzące zarówno od UE, jak i innych partnerów międzynarodowych – miałyby zaś zostać ściśle powiązane z reformami w tym kraju (związanymi m.in. z walką z korupcją), tak aby stopniowo przybliżać Ukrainę do członkostwa we Wspólnocie. Międzynarodowy fundusz na rzecz odbudowy Ukrainy tworzy też ONZ i jak poinformował kilka dni temu wicepremier Jacek Sasin, Polska zabiega o to, aby centrum jego funkcjonowania znalazło się w Warszawie. 

Odbudowa Ukrainy powinna zacząć się od dyskusji, w jaki sposób zorganizować ten proces, czy to będzie jakiś jeden fundusz europejski, europejsko-amerykański, czy wejdą do niego też środki prywatne – mówi Paweł Kowal. – W kolejnym etapie musimy się zorientować, o jakich środkach mówimy, żeby ich nie mieszać. Jedna kwestia to amerykańskie środki na odbudowę Ukrainy, nazywane przez niektórych Planem Marshalla, druga – pieniądze związane z kandydowaniem Ukrainy do Unii Europejskiej. Jeszcze kolejną są np. pieniądze odebrane rosyjskim oligarchom i środki, które potencjalnie Rosja będzie płacić jako reparacje.

Polska ma przygotować dla Ukrainy własną ofertę dotyczącą współpracy w odbudowie tego kraju z wojennych zgliszczy, opartą na możliwościach spółek Skarbu Państwa i prywatnego biznesu. Wicepremier Jacek Sasin już w kwietniu br. zwrócił się do państwowych firm z pytaniem o ich gotowość do udziału w tym procesie. Rząd liczy przy tym na przewagę względem innych państw m.in. ze względu na bliskość kulturową i dobre relacje oraz duże zaangażowanie polskich firm na ukraińskim rynku jeszcze przed wojną. 

Polskie firmy wiedzą, jak prowadzić współpracę gospodarczą z podmiotami na Ukrainie, ponieważ ta współpraca istniała od lat – mówi płk Piotr Potejko, prezes stowarzyszenia ASIS International Poland Chapter i były oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. – W tej chwili trudno mówić o rynku ukraińskim, bo cały czas jesteśmy w trakcie wojny, ale już teraz powinniśmy przygotowywać się na to, co nastąpi w momencie, kiedy działania wojenne w Ukrainie się zakończą. Wtedy polskie firmy będą naturalnym, najbliższym partnerem do odbudowy Ukrainy. 

– Dobrze, że pojawiły się systemowe plany odbudowy Ukrainy po wojnie, zaproponowane przez nasz rząd. Nadal jest to mało skonkretyzowane, ale sam fakt, że rząd już o tym myśli, że są prowadzone już listy dla firm, które chcą uczestniczyć w tym procesie i rozwijać się na tamtejszym rynku, to już jest duży plus. Wszystko wyjdzie w praniu, na ile rzeczywiście rząd będzie pomagał integrować te biznesy, abyśmy mogli tam zaistnieć – dodaje Bartosz Pastuszka, prezes NaviRisk i partner zarządzający w SecUA. – Wyciągnęliśmy nauczkę z naszego zaangażowania w Afganistanie i Iraku, gdzie walczyli nasi żołnierze, ale polski biznes tam nie zaistniał. Dobrze by było, żeby w Ukrainie było inaczej, żeby polskie firmy rzeczywiście uczestniczyły w odbudowie, miały w tym wsparcie rządowe i były zintegrowane np. z firmami amerykańskimi lub z Unii Europejskiej.

W ubiegłym tygodniu Polska Agencja Inwestycji i Handlu rozpoczęła nabór polskich firm, które są zainteresowane wznowieniem eksportu i udziałem w odbudowie Ukrainy. W pierwszym kroku PAIH chce stworzyć bazę takich przedsiębiorców, w drugim – przeprowadzić wspólne konsultacje i wypracować wraz z nimi narzędzia, które zapewnią polskim firmom potrzebne im w tym wsparcie. Proces konsultacji ma ruszyć 1 sierpnia br.

Obecny podczas inauguracji projektu minister rozwoju i technologii Waldemar Buda poinformował, że odbudowa Ukrainy już na tę chwilę wymaga nakładu co najmniej 500–600 mld dol., ale ta wartość ciągle wzrasta wraz z dalszymi działaniami zbrojnymi. Dlatego polskie firmy powinny być gotowe do wznowienia eksportu i odbudowy Ukrainy, kiedy tylko wojna się zakończy.

Polskie firmy są gotowe na takie przedsięwzięcia, ale tutaj duża jest rola państw, jeśli chodzi np. o finansowanie tych przedsięwzięć, rozliczenia, kwestie bankowe czy kwestie ewentualnych sporów pomiędzy podmiotami polskimi i ukraińskimi, które mogą pojawić się przy dużych inwestycjach – wskazuje Paweł Kowal.

Ważne też, aby rząd doprecyzował, w jakich obszarach i jak w tych pierwszych krokach polskie firmy miałyby zaistnieć w odbudowie ukraińskiego rynku. Wiem, że jeśli chodzi o biznes amerykański, są już przygotowane plany krótko- i długoterminowych działań. Natomiast my – jako polskie firmy – wciąż jeszcze nie mamy szczegółowych informacji. Dlatego warto, żebyśmy już teraz tworzyli sobie scenariusze w planie czteroletnim czy dziesięcioletnim, podobnie jak jest to przygotowane dla biznesu amerykańskiego – dodaje Bartosz Pastuszka.

Ogromny koszt chybionych sankcji MSWiA. Polska spółka bez powiązań z Rosją jest na skraju upadłości

– Nie jesteśmy powiązani z żadnym kapitałem rosyjskim ani żadną osobą z Rosji – podkreśla Piotr Pawiński, prezes Maga Foods. Spółka, która skupuje warzywa od polskich rolników i produkuje z nich surówki, należy w całości do holenderskiej grupy Signature Foods. Zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie podjęła starania, żeby wyeliminować ze swojej struktury rosyjski akcjonariat. Przy wsparciu holenderskiego rządu udało się to już pod koniec marca br. Mimo to miesiąc później spółka trafiła na listę sankcyjną w Polsce. Teraz jest na skraju upadłości, nie może zapłacić pracownikom, dostawcom ani nawet znaleźć firmy, która wywiezie z jej magazynów i zutylizuje kilkaset ton gnijących warzyw. Maksymalnie za miesiąc będzie musiała ogłosić bankructwo, tymczasem wszystkie próby wyjaśnienia sytuacji z MSWiA jak dotąd spełzły na niczym.

– Sześć tygodni temu, zupełnie przypadkowo, pracownik wysłał mi SMS-a z informacją o tym, że nasza firma znalazła się na liście sankcyjnej. To był totalny szok, tym bardziej że siedzieliśmy właśnie nad planami inwestycyjnymi – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Pawiński, prezes Maga Foods. – W tej chwili nasza firma jest w stanie przyspieszonego rozkładu, nic nie działa, nie jesteśmy w stanie podjąć żadnej działalności.

Spółka z podwarszawskich Dawidów jest dużym producentem surówek. Rocznie skupuje ok. 8–9 tys. t kapusty, 3–4 tys. t marchwi i innych warzyw, z czego około 90 proc. od polskich rolników i firm przetwórczych, następnie przerabia je na surówki i sprzedaje sieciom handlowym takim jak Biedronka, Lidl, Auchan czy Carrefour. Na polskim rynku istnieje od 1992 roku, co oznacza, że w tym powinna obchodzić 30-lecie działalności. Zamiast tego grozi jej upadłość. 25 kwietnia br. spółka trafiła bowiem na listę sankcyjną opracowaną przez MSWiA. To oznacza de facto blokadę wszelkiej działalności. Wszystkie jej aktywa i zasoby zostały zamrożone, żaden inny podmiot nie może też, bezpośrednio ani pośrednio, udostępniać jej jakichkolwiek środków finansowych czy zasobów gospodarczych.

Maga Foods jest wpisana na listę sankcyjną absolutnie bez przyczyny, bez żadnych przesłanek przywołanych w ustawie o wprowadzeniu sankcji. I powinniśmy zostać z niej wykreśleni. Jeżeli to się stanie szybko, to jeszcze jesteśmy w stanie się podnieść, kontynuować produkcję. Ale każdy tydzień powoduje, że to jest już coraz trudniejsze. Za chwilę, nawet po wykreśleniu z listy sankcji, będziemy mogli już tylko zgłosić wniosek o upadłość – mówi Piotr Pawiński.

Na liście sankcyjnej MSWiA znalazło się 50 rosyjskich oligarchów i powiązane z nimi polskie firmy. Jednym z nich jest Michaił Fridman, założyciel prywatnego Alfa Banku i jeden z najbogatszych Rosjan, z majątkiem szacowanym na ok. 13 mld dol. Spółka Maga Foods została uznana za podmiot, który jest przez niego pośrednio kontrolowany. Tyle że – jak dowodzą jej przedstawiciele – nie jest to zgodne z prawdą, bo firma w całości należy do holenderskiej grupy Signature Foods, której jedynym i wyłącznym beneficjentem jest Holender Erik Bras.

– Krajowy Rejestr Sądowy i Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych, czyli drugie najbardziej podstawowe źródło informacji o strukturze właścicielskiej firm, pokazują wprost od początku kwietnia, że nie jesteśmy powiązani z żadnym kapitałem rosyjskim ani z żadną osobą z Rosji – podkreśla prezes Maga Foods.

Jak wyjaśnia, jeszcze na początku tego roku sytuacja wyglądała inaczej. Część akcji holenderskiej grupy Signature Foods należała do funduszu inwestycyjnego Pamplona. Ten zaś należy do spółki Letter One, grupy inwestycyjnej, której 26 proc. posiadał rosyjski oligarcha Michaił Fridman. Jednak zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie Erik Bras z grupą kluczowych pracowników podjął starania, aby wyeliminować z akcjonariatu fundusz Pamplona, właśnie z uwagi na obecność Fridmana w jego akcjonariacie.

Transakcję wykupu wszystkich akcji udało się sfinalizować pod koniec marca. Odpowiednie dokumenty zostały niezwłocznie złożone w KRS i CRBR. W efekcie od początku kwietnia Erik Bras widnieje w nich jako właściciel i wyłączny beneficjent Maga Food. Holender otrzymał nawet od tamtejszego ministerstwa finansów specjalne wyrazy uznania za udane i sprawne przerwanie wszelkich powiązań kapitałowych z Rosją i tym samym uratowanie firmy przed upadłością. Niestety nie udało się to w Polsce.

– Nie jesteśmy powiązani z żadnym rosyjskim kapitałem i nasze służby doskonale to wiedzą. Natomiast domyślamy się, że chodzi po prostu o to, że trudno przyznać się do błędu – mówi Piotr Pawiński.

Jak podkreśla, spółka podjęła wszelkie próby wyjaśnienia sytuacji z MSWiA. Już 27 kwietnia br. przesłała wszystkie niezbędne dokumenty, tłumaczenia przysięgłe aktów notarialnych i złożyła wniosek o pilne wykreślenie z listy firm objętych sankcjami. Mimo to sytuacja nadal jest patowa. Biuro prasowe ministerstwa wyjaśniło jedynie, że „aktualnie trwa postępowanie o wykreślenie wskazanej firmy z listy sankcyjnej”.

– Dopiero cztery tygodnie po rozpoczęciu procedury i po wprowadzeniu sankcji MSWiA poprosiło nas o dokumenty na temat transakcji – mówi prezes Maga Foods. – Żeby nie było żadnych wątpliwości, ambasada Holandii sama dostarczyła te dokumenty, dodatkowo holenderski rząd wystosował – czego nie ma w zwyczaju – na piśmie zaświadczenia o czystości i przejrzystości całej transakcji i braku jakichkolwiek powiązań z rosyjskim kapitałem. Dostarczyliśmy wszystkie rejestry, dokumenty, wykazy – zarówno polskie, jak i holenderskie – żeby to udowodnić. Przejrzenie tej dokumentacji średnio wprawionej osobie zajęłoby pół dnia, a nie kilka tygodni.

Spółka, która działa w branży rolno-spożywczej, zwróciła się o pomoc także do polskiego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

– Dowiedzieliśmy się, że perspektywy są niewielkie. Pan minister Henryk Kowalczyk powiedział, że w zasadzie może tylko apelować do MSWiA o szybkie załatwienie sprawy. Z przekazanych nam informacji wynika, że sprawa utknęła na poziomie ABW, więc coś jest analizowane. My jesteśmy w stanie w każdej chwili pojechać do ABW i wyjaśnić im, cokolwiek jest niezrozumiałe – zapewnia Piotr Pawiński.

Jak na razie efektem zawiłych formalności jest to, że Maga Foods jest w stanie rozkładu. Dostawcy zawiesili kontrakty i wstrzymali dostawy, a większość odbiorców anulowała zamówienia i zdjęła produkty firmy ze sklepowych półek. Spółce zostały wypowiedziane umowy na wynajem lokali, usługi logistyczne i magazynowe, usługi informatyczne, a ze względu na rozwiązane w trybie natychmiastowym umowy leasingowe spółka straciła też część swojego parku maszynowego.

W momencie nałożenia sankcji w jej magazynach znajdowało się ok. 300 tys. sztuk gotowych wyrobów o łącznej masie ok. 150 t. Ten towar trafił w całości do utylizacji, co pociągnęło za sobą straty finansowe. Zepsuciu i zgniciu uległa też większość surowców – ponad 200 t kapusty, marchwi, buraków, cebuli i innych warzyw. W tej chwili zalegają w magazynach na terenie zakładu, stanowiąc zagrożenie biologiczne, bo spółka – z uwagi na szeroki zakres sankcji – nie może nawet znaleźć firmy, która zajmie się ich wywiezieniem i utylizacją.

– Wstępnie policzyliśmy, że do tej pory wyrzuciliśmy już w sumie ok. 500 tys. kg warzyw bądź produktów z warzyw, które stanowiłyby prawdopodobnie dzienną rację żywieniową dla 1–1,5 mln ludzi – mówi prezes Maga Foods – Sankcje są opcją atomową, która sprawia, że firma w zasadzie z dnia na dzień trafia w niebyt. To znaczy, że w tej chwili nie mamy możliwości uzyskania jakichkolwiek świadczeń na rzecz firmy. Nasze konta są zablokowane, więc nie możemy też zapłacić naszym pracownikom za wykonaną pracę ani dostawcom za dostarczone produkty.

To oznacza, że bez środków do życia pozostają pracownicy spółki. To w sumie 197 osób, w tym 96 z Ukrainy.

– Biorąc pod uwagę ich rodziny i dostawców, mówimy o grupie około 2 tys. ludzi, którzy są w jakiś sposób z nami powiązani. Ta sytuacja na nich też wpływa – mówi Piotr Pawiński.

Dla nas to tragedia, bo kiedy zaczęła się wojna w Ukrainie, wielu naszych pracowników pościągało tu swoje rodziny, kobiety, dzieci, wynajęło mieszkania. Kiedy sankcje uderzyły w Maga Foods, oni zostali po prostu bez pracy – mówi Nazarii Ostafinchuk z Agencji Pracy Tymczasowej SPS, który od wielu lat pośredniczy w zatrudnianiu pracowników przez podwarszawskiego producenta surówek.

Jak wskazuje, część pracowników spółki musiała szukać pracy i środków do życia gdzie indziej, więc zrezygnowali z zatrudnienia. Jeśli spółka wznowi działalność, w ich miejsce trzeba będzie zatrudnić kolejnych, ale ich wyszkolenie zajmie długie miesiące.

– Żeby doprowadzić firmę do takiego stanu, w jakim była przed nałożeniem sankcji, potrzeba będzie około roku. Trudno powiedzieć, jakie będą tego koszty, ale przynajmniej jeszcze przez rok firma będzie kulała – mówi Mariusz Wasilewski, kierownik produkcji w Maga Foods.

Co istotne, cierpią też wszyscy dostawcy spółki – w większości polscy rolnicy i okoliczne gospodarstwa, które od tygodni nie dostają należnej im zapłaty. Specjalizujące się w uprawie kapusty gospodarstwo z Goślubia swoje dotychczasowe straty w ciągu sześciu tygodni szacuje na ok. 500 tys. zł.

Maga Foods było naszym głównym odbiorcą, współpracowaliśmy od około 10 lat i nigdy nie było problemów, zawsze płacili i odbierali towar na czas. W tej chwili mamy problem, towar na polach się kumuluje. Mamy już ok. 150 t towaru nienadającego się do zbioru. Koszty są bardzo duże, ceny nawozów są, jak wiadomo, kosmiczne, więc chyba trzeba ogłosić bankructwo gospodarstwa. Jesteśmy w kropce – mówi Robert Mardofel z gospodarstwa Goślub 11.

Pracownicy Maga Foods wystosowali do MSWiA kolejną petycję w sprawie przyspieszenia postępowania i wykreślenia firmy z listy sankcyjnej. Dotychczasowe apele pozostały bez odpowiedzi.

Powstanie system szybkich rekompensat dla pacjentów poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich. Resort zdrowia pracuje nad nowym rozwiązaniem

Usprawnienie dochodzenia rekompensat z tytułu różnego rodzaju błędów medycznych jest jednym z celów procedowanej w Ministerstwie Zdrowia ustawy o jakości w ochronie zdrowia. Z pierwszych, przedstawionych w ubiegłym roku propozycji resortu wynikało, że obecne wojewódzkie komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych ma zastąpić system obsługiwany przez Rzecznika Praw Pacjenta i specjalny fundusz kompensacyjny. – Bardzo ważne byłoby także, żeby w ustawie znalazły się zapisy wprowadzające system no blame, czyli niewinienia osób, które uczestniczyły w zdarzeniach niepożądanych, po to, żebyśmy mogli je analizować, podejmować działania zapobiegawcze i uczyć się na nich – mówi Michał Bedlicki, zastępca dyrektora​ Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia. 

 Światowa Organizacja Zdrowia postawiła sobie za cel, aby do 2030 roku całkowicie wyeliminować zdarzenia niepożądane. Natomiast w praktyce wyeliminowanie błędów medycznych jest bardzo trudne, takie zdarzenia są elementem systemu opieki zdrowotnej, choć oczywiście powinniśmy robić wszystko, żeby zmniejszyć ich liczebność i szkodę dla pacjenta. Podejmujemy w tym kierunku wiele działań, począwszy od edukacji personelu, wskazywania rozwiązań, które minimalizują ryzyko takich zdarzeń – mówi agencji Newseria Biznes Michał Bedlicki.

Poszkodowani pacjenci mogą dochodzić swoich roszczeń pozasądowo, w ramach jednej z 16 wojewódzkich komisji do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych. Według danych GUS podawanych przez Ministerstwo Zdrowia w ocenie skutków regulacji pierwszego projektu ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta (z lipca 2021 roku) w 2019 roku skierowano do takich komisji 861 wniosków, z których aż 1/5 dotyczyła śmierci pacjenta.

W ocenie skutków regulacji MZ wskazuje, że obecny model pozasądowego dochodzenia roszczeń odszkodowawczych przez pacjentów za szkody związane z leczeniem wymaga gruntownej zmiany. Komisje wojewódzkie, które działają od 2012 roku, miały bowiem odciążyć sądy powszechne od orzekania w sprawach związanych z odszkodowaniami za błędy medyczne oraz stanowić szybszą i tańszą alternatywę dla procesów cywilnych. W praktyce ich efektywność okazała się znikoma: w 2019 roku w Polsce doszło do zawarcia raptem 25 ugód, a poszkodowani pacjenci – nawet jeżeli skorzystali z trybu postępowania przed komisją – w większości i tak dochodzili potem swoich roszczeń odszkodowawczych na drodze sądowej, inicjując trwające wiele lat postępowania. Przykładowo w 2018 roku prokuratura wszczęła 2217 spraw o błędy medyczne, a do sądów cywilnych wpłynęło 857 pozwów w sprawach o naprawienie szkody wyrządzonej przez służbę zdrowia.

– Dziś pacjenci mogą zwrócić się do komisji ds. oceny zdarzeń niepożądanych i w oparciu o jej analizy wystąpić później o postępowanie odszkodowawcze na drodze cywilnej. Jednak w nowej ustawie o jakości i bezpieczeństwie pacjenta, która jest procedowana w Ministerstwie Zdrowia, przewidywane są rozwiązania związane z tzw. no fault, czyli natychmiastowa rekompensata dla pacjenta i wypłacenie odszkodowania za pewne kategorie zdarzeń niepożądanych – mówi zastępca dyrektora Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.

Model zaproponowany pierwotnie przez MZ zakłada natomiast, że w przypadku wystąpienia niepożądanego zdarzenia – zakażenia biologicznym czynnikiem chorobotwórczym, uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia albo zgonu, będących następstwem udzielania świadczeń opieki zdrowotnej w szpitalu – pacjent otrzyma rekompensatę w określonej kwocie, bez procesu orzekania o winie, podczas którego ustalane jest, czy w danej sprawie doszło do zdarzenia medycznego oraz jaka wysokość świadczenia należy się wnioskodawcy z tego tytułu

Kultura no fault w ochronie zdrowia zachęca do uczenia się na błędach w celu zapobiegania takim błędom w przyszłości. To oczywiście wymaga też dużych zmian w otoczeniu prawnym z punktu widzenia lekarskiego, raportowania błędów medycznych, z punktu widzenia zarządzania zdarzeniami niepożądanymi. To na pewno jest krok w dobrym kierunku. Nie jest to takie proste do wprowadzenia, natomiast z punktu widzenia bezpieczeństwa pacjenta, z punktu widzenia bezpieczeństwa personelu medycznego takie rozwiązanie bez dowodzenia winy na pewno byłoby dla personelu dość ciekawym rozwiązaniem – mówi Piotr Daniluk, dyrektor ds. medycznych Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych Polskiego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych

W połowie maja minister zdrowia Adam Niedzielski poinformował, że projekt ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta przeszedł etap konsultacji i został skierowany na Komitet Stały Rady Ministrów. Wedle wcześniejszych zapowiedzi nowe przepisy mogłyby zacząć obowiązywać od początku 2023 roku.

Generalnie najważniejszy w tej propozycji ustawowej jest zapis, na podstawie którego pacjenci będą mogli składać do Rzecznika Praw Pacjenta wniosek o wypłacenie roszczenia. To jest największa zmiana. Wtedy rzeczywiście konieczne byłoby określenie pewnych kategorii zdarzeń i wysokości wypłaty, jakie mogą uzyskać pacjenci. W ten sposób zostałoby zminimalizowane postępowanie sądowe, czyli wypłata odszkodowania następowałaby szybciej. Czy to się stanie, zobaczymy po zaprezentowanym przez Ministerstwo Zdrowia ostatecznym kształcie ustawy – mówi Michał Bedlicki.

Świadczenia mają być wypłacane nie tylko szybciej, ale i sprawniej niż w postępowaniach przed komisjami wojewódzkimi lub w postępowaniach sądowych, na poziomie akceptowalnym społecznie (niższym niż w postępowaniach sądowych, wyższym niż w systemie komisji wojewódzkich, w ramach którego pacjentom proponuje się nierzadko odszkodowania na poziomie 1 zł lub 100 zł). W OSR ministerstwo wskazało, że wysokość takiego świadczenia kompensacyjnego wyniesie w przypadku zakażenia biologicznym czynnikiem chorobotwórczym, uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia – od 2 tys. do 200 tys. zł, zaś w przypadku śmierci pacjenta – od 20 tys. do 100 tys. zł. MZ zakłada, że w pierwszym roku na wpłatę takich świadczeń odszkodowawczych trzeba będzie zarezerwować kwotę 15 mln zł, w drugim – 30 mln, a w kolejnych – 39 mln zł.

– Projektowane zmiany dotyczące systemu odszkodowawczego są dla pacjentów korzystne i powinny zostać wprowadzone. Natomiast brakuje w tym rozwiązaniu systemu no blame, który pozwalałby pracownikom medycznym zgłaszać niepożądane zdarzenia w sposób anonimowy i który nie wiązałby się z postępowaniem karnym wobec nich – wskazuje zastępca dyrektora Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia. – Życzyłbym sobie tego, abyśmy tworzyli kulturę bezpieczeństwa, która nie szuka winy, ale rozwiązań na przyszłość i wyciąga wnioski z popełnionych błędów. To pozwoliłoby na to, aby tych błędów było mniej, aby kolejni pacjenci nie byli na nie narażeni. To byłby największy benefit takiego rozwiązania, tzn. z jednej strony no fault i system odszkodowawczy, a z drugiej strony system no blame, który wspierałby gromadzenie i analizowanie danych dotyczących zdarzeń niepożądanych.  

– Mamy w tej ustawie dużo dobrych elementów, bo zakłada ona rzeczy, które my już teraz robimy ze szpitalami, które ubezpieczamy, czyli zarządzanie zdarzeniami niepożądanymi: rejestracja takich zdarzeń, analizowanie i wyciąganie wniosków na przyszłość, tak żeby uniknąć takich niekorzystnych dla pacjenta zdarzeń. I to wszystko jest wreszcie zapisane w tej ustawie, w związku z tym wydaje się, że z punktu widzenia ubezpieczyciela i z punktu widzenia pacjenta jest to krok w dobrym kierunku – podkreśla Piotr Daniluk.

Lekarze apelują o przygotowanie strategii epidemicznej na jesień. Priorytetami szczepienia i dostęp do leku na COVID-19

Chociaż ostatnie tygodnie przyniosły uspokojenie sytuacji epidemicznej w Polsce, konieczne jest przygotowanie się na ewentualny powrót koronawirusa jesienią – apelują lekarze. Wśród niezbędnych działań przed możliwą kolejną falą COVID-19 wymieniają m.in. uzupełnienie szczepień, również wśród uchodźców z Ukrainy, odbudowanie systemu testowania i wdrożenie na polski rynek doustnej terapii przeciw COVID-19, szczególnie w przypadku chorób z grup wysokiego ryzyka. To umożliwi przeniesienie ciężaru leczenia tej choroby ze szpitali do domów i podstawowej opieki zdrowotnej – wynika z raportu „Ścieżka diagnostyczno-terapeutyczna pacjenta z COVID-19 w Polsce”.

Nasze przygotowanie do jesieni jest o tyle ważne, że nie wiemy, co się wtedy wydarzy, jakie będą dalsze losy pandemii i czy nie pojawi się nowy mutant – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Krzysztof J. Filipiak, kardiolog, rektor Uczelni Medycznej im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, prezes Polskiego Towarzystwa Postępów Medycyny – Medycyna XXI. – Co należy zrobić do jesieni? Po pierwsze, uzupełnić szczepienia, ponieważ nadal w Polsce tym podstawowym schematem zaszczepionych jest pięćdziesiąt kilka procent populacji, a dopiero co trzeci dorosły Polak przyjął tzw. booster, czyli dawkę przypominającą.

Pod względem wyszczepienia populacji Polska jest w ogonie Europy. Przynajmniej jedną dawkę przyjęło 60 proc. społeczeństwa, dwie – 59,5 proc. (niecałe 20 mln), podczas gdy średnia dla UE wynosi odpowiednio 75,4 proc. i 72,7 proc. Dawkę przypominającą przyjęło niecałe 12 mln Polaków. To mniej więcej jedna trzecia populacji, podczas gdy średnia dla krajów UE wynosi ponad 50 proc. (dane Ministerstwa Zdrowia i COVID-19 Vaccine Tracker). Jeszcze mniejsze jest zainteresowanie drugą dawką przypominającą, którą – zgodnie z wytycznymi rządowymi – mogą przyjąć osoby 80+. Zdaniem ekspertów ten limit wiekowy powinien zostać obniżony. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych drugi booster może być podawany osobom 55+.

Przede wszystkim musimy edukować społeczeństwo, że szczepienia są najskuteczniejszą metodą profilaktyki wystąpienia zakażenia COVID-19, a w przypadku zakażenia obniżają ryzyko rozwoju do ciężkiej postaci tej choroby – mówi dr n. med. Jakub Gierczyński, ekspert systemu ochrony zdrowia.

W ciągu ponad dwóch lat pandemii na COVID-19 zachorowało ponad 5,9 mln Polaków, a zmarło ponad 116 tys. Koronawirus pośrednio przyczynił się także do 200 tys. nadmiarowych zgonów spowodowanych ograniczonym dostępem do opieki zdrowotnej. Chociaż ostatnie dane wskazują na uspokojenie sytuacji, zagrożenie koronawirusem nie minęło. Ze stanu pandemii przechodzimy w etap, kiedy COVID-19 jest traktowany jako niebezpieczna infekcja sezonowa, znacznie groźniejsza niż przeziębienie czy grypa. Za tą zmianą powinna pójść także modyfikacja diagnostyki i leczenia tej choroby.

Gros pacjentów teraz, późną wiosną, wystarcza leczenie ambulatoryjne, zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych oraz Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej. Te wytyczne mówią o tym, że pacjent powinien być w samokontroli, która jest dokładnie oceniona poprzez parametry takie jak ciśnienie, tętno, mierzenie saturacji, temperatury, poprzez odpowiedni odpoczynek fotelowo-łóżkowy, poprzez nawodnienie, właściwe leczenie chorób przewlekłych, poprzez wdrożenie leków przeciwgorączkowych, przeciwbólowych, ale także poprzez wdrożenie takich preparatów jak wziewne sterydy – wymienia dr n. med. Michał Sutkowski, ekspert Uczelni Łazarskiego, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.

– Myśmy się przyzwyczaili w ostatnich latach pandemii, że chorzy byli hospitalizowani i leczeni na intensywnych oddziałach opieki medycznej. Nasz raport pokazuje jednak, że ta ścieżka diagnostyczno-terapeutyczna pacjenta powinna wyglądać zupełnie inaczej. Zdecydowanie chcemy teraz COVID-19 eliminować u części społeczeństwa poprzez szczepienia, a osoby, którzy zachorują, powinny być diagnozowane i leczone na poziomie opieki podstawowej i lecznictwa specjalistycznego – mówi dr n. med. Jakub Gierczyński.

Jak wskazują lekarze i eksperci, którzy przygotowali raport „Ścieżka diagnostyczno-terapeutyczna pacjenta z COVID-19 w Polsce”, podstawą jest odbudowa systemu testowania, a co za tym idzie wprowadzenie innych sposobów rozliczania testów w ramach podstawowej opieki zdrowotnej i szpitali oraz wyposażenie lekarzy rodzinnych w szybkie testy, najlepiej różnicujące COVID-19 i grypę, które często mają podobne objawy. Szybkie i prawidłowe zdiagnozowanie jest warunkiem włączenia odpowiedniego leczenia przeciwwirusowego.

– W przypadku chorych o podwyższonym ryzyku zaostrzania się COVID-19 powinno być zastosowane zarejestrowane w Unii Europejskiej leczenie doustne, które w ciągu pięciu dni od diagnozy do włączenia terapii gwarantuje, że ten przebieg będzie znacznie mniej ciężki lub w ogóle praktycznie nie wystąpią objawy – wyjaśnia ekspert systemu ochrony zdrowia.

O włączeniu leczenia doustnego powinien decydować lekarz na podstawie m.in. takich kryteriów, czy objawy nie trwają dłużej niż pięć dni oraz czy przebieg choroby jest łagodny i umiarkowany, a chory nie wymaga podawania tlenu.

Naszym marzeniem byłoby, żeby w Polsce były dostępne leki doustne zarejestrowane w Unii Europejskiej, które można by było wdrożyć na wczesnym etapie leczenia ambulatoryjnego w grupach ryzyka, które obejmują osoby powyżej 60. roku życia, osoby z wielochorobowością, nadciśnieniem, cukrzycą, niewydolnością krążenia, POChP, chorobami nowotworowymi, chorzy na immunosupresji czy w końcu osoby, które się nie zaszczepiły na COVID-19 – mówi prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych. – Miejmy nadzieję, że przed jesienią roku 2022 ten lek zarejestrowany w Unii Europejskiej będzie także w Polsce.

W kwietniu 2022 roku w UE było zarejestrowanych osiem leków przeciwko COVID-19.

Schemat postępowania jest bardzo prosty: wiem, że się zakaziłem, jeżeli ten lek przyjmę do pięciu dni od zakażenia i będę go przyjmował przez pięć następnych dni, to szacujemy, że o 80–90 proc. zmniejsza się ryzyko hospitalizacji i zgonu z powodu COVID-19 – podkreśla prof. Krzysztof J. Filipiak. – Ten lek, zdaniem ekspertów, powinien być jak najszerzej dostępny. Być może dla pewnej grupy osób najwyższego ryzyka powinien być w jakiś sposób refundowany, zapewniany przez państwo, ale także dla wszystkich innych powinna być opcja zakupu takiego leku w aptece.

Wśród propozycji kluczowych elementów strategii na jesień 2022 roku lekarze wymienią także stworzenie ram do funkcjonowania opieki specjalistycznej i rehabilitacyjnej dla pacjentów, którzy borykają się z długofalowymi następstwami przebytej choroby COVID-19.

Przygotowania do ewentualnej kolejnej fali pandemii były tematem konferencji „Wirus SARS-CoV-2. Wiedza, doświadczenie, przyszłość”, która odbyła się 31 maja w Centrum Prasowym Newserii.

Wojna w Ukrainie może wymusić rewizję założeń Europejskiego Zielonego Ładu w rolnictwie. Należy przyjrzeć się m.in. marnowaniu żywności

– W Polsce marnuje się ok. 5 mln ton żywności rocznie. W sytuacji, kiedy wojna za wschodnią granicą może spowodować globalne zakłócenia bezpieczeństwa żywnościowego, nie możemy sobie pozwolić na takie marnotrawstwo. To absolutnie jest jeden z celów, który powinien zostać podjęty z odpowiednią powagą w ramach Europejskiego Zielonego Ładu i przełożony na praktyczne działania państw europejskich – mówi Monika Piątkowska, prezes Izby Zbożowo-Paszowej. Jak podkreśla, Komisja Europejska powinna w tej chwili na nowo rozważyć kształt unijnej polityki rolnej oraz redefiniować zawarte w nich cele, aby nie osłabiać dodatkowo konkurencyjności polskiego i europejskiego rolnictwa w obecnej, i tak trudnej już sytuacji związanej z wojną w Ukrainie.

– Polityka związana z zeroemisyjną produkcją, ochroną klimatu i troską o Ziemię, którą tak naprawdę pożyczamy od swoich dzieci, jest niezbędna. Ale dziś pewna weryfikacja założeń Europejskiego Zielonego Ładu w rolnictwie jest konieczna. Potrzebujemy polityki związanej z ochroną klimatu, która nie będzie zaburzała bezpieczeństwa żywnościowego w Europie oraz konkurencyjności produkcji polskiego rolnictwa – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Piątkowska.

Zarówno Ukraina, jak i Rosja są znaczącymi eksporterami pszenicy, kukurydzy, jęczmienia i rzepaku. Ze względu na działania wojenne wstrzymane zostały dostawy z tych kierunków do Europy. Ukraińskie porty na Morzu Czarnym są zablokowane od początku rosyjskiej inwazji, co uniemożliwia eksport. Dodatkowo tegoroczne zasiewy u naszego wschodniego sąsiada będą niższe niż dotychczas. Te problemy już windują ceny na światowych rynkach, a sytuację pogarsza jeszcze wzrost cen energii i paliw, które znacząco zwiększają koszty produkcji w przemyśle spożywczym, oraz skokowe podwyżki cen nawozów niezbędnych w rolnictwie. Wielu rolników jest zmuszonych ograniczyć nawożenie, co finalnie może się przełożyć na spadek jakości i ilości plonów, co pogorszy i tak już trudną sytuację związaną z wojną w Ukrainie.

– Z danych organizacji COCERAL (europejskie stowarzyszenie reprezentujące handel m.in. zbożami, ryżem, paszami, olejami i tłuszczami – red.) wynika, że plonowanie zbóż ulegnie zakłóceniu. Produkcja zbóż w Europie – głównie kukurydzy i pszenicy – może się zmniejszyć o od 8 do 35 proc. w zależności od scenariusza. To jest niepokojąca informacja, którą trzeba dokładnie przeanalizować w kontekście tego, co dzieje się za naszą wschodnią granicą – mówi prezes Izby Zbożowo-Paszowej

Wojna w Ukrainie, wzrost cen surowców energetycznych i zakłócenia w łańcuchach dostaw powodują, że ceny żywności rosną. Odzwierciedlają to m.in. wskaźniki indeksu cen żywności FAO FFPI (Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), które są w tej chwili na historycznie najwyższych poziomach. To z kolei powoduje, że dla najbiedniejszych dostęp do produktów żywnościowych staje się ograniczony. Jak podaje UNICEF, szczególnie trudna jest sytuacja w biedniejszych regionach świata, w których 90 proc. żywności pochodzi z importu – w Egipcie, Libanie, Libii, Sudanie, Syrii i Jemenie, które jeszcze przed zakłóceniami dostaw z Ukrainy zmagały się z trudną sytuacją spowodowaną kryzysem ekonomicznym, konfliktami i podwyżkami cen. W krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej tylko 36 proc. dzieci ma zbilansowaną dietę niezbędną do prawidłowego rozwoju, a co piąte jest zbyt niskie jak na swój wiek. Eksperci przestrzegają, że w ciągu kilku kolejnych miesięcy światu może zagrozić kryzys żywnościowy.

– Wojna za naszą wschodnią granicą zaburzyła bezpieczeństwo żywnościowe i produkcję żywności w Europie. To jest wyzwanie dla państw UE – mówi Monika Piątkowska. – Niestety Komisja Europejska nie dokonała wcześniej rzetelnej, kompleksowej analizy wpływu wdrożenia Europejskiego Zielonego Ładu na konkurencyjność europejskiego rolnictwa i bezpieczeństwo żywnościowe. To jest właśnie moment, kiedy powinniśmy do tego wrócić. Te elementy związane z ochroną klimatu, polityką niemarnowania żywności, zwiększaniem innowacyjności i rolnictwem precyzyjnym należy kontynuować i rozłożyć na konkretne kroki w poszczególnych latach. Trzeba jednak mocno zweryfikować założenia Europejskiego Zielonego Ładu pod kątem konkurencyjności naszego rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego Europy. I tutaj mamy duży obszar nie tylko do przedyskutowania, ale i zmian dokumentów programowych w tym zakresie.

Prezes Izby Zbożowo-Paszowej wskazuje, że problemem, do którym powinno się koniecznie zająć w ramach Europejskiego Zielonego Ładu, jest marnowanie żywności. Ten aspekt jest niedoceniany, tymczasem – jak wynika z ubiegłorocznego raportu ONZ – na całym świecie marnowanych jest prawie miliard ton żywności rocznie, w Europie to blisko 88 mln ton. Marnotrawienie i straty żywności są przyczyną około 10 proc. emisji powodujących kryzys klimatyczny. Problem występuje też w Polsce – według danych PROM każdego roku w śmieciach ląduje blisko 5 mln t żywności, za co w większości (3 mln t) odpowiedzialne są polskie gospodarstwa domowe. To tak jakby w każdej sekundzie w polskich domach do śmieci trafiało 92 kg jedzenia.

– W sytuacji kiedy wojna za wschodnią granicą może spowodować globalne zakłócenia bezpieczeństwa żywnościowego, gdy 600 mln ludzi na świecie głoduje, nie możemy sobie pozwolić na takie marnotrawstwo. To jest absolutnie jeden z głównych celów, który powinien zostać podjęty z odpowiednią powagą w ramach Europejskiego Zielonego Ładu i przełożony na praktyczne działania państw europejskich – podkreśla Monika Piątkowska. – Drugą kwestią, która wiąże się też z ochroną klimatu, jest rolnictwo precyzyjne. Polska na razie jest na szarym końcu, jeżeli chodzi o innowacje i rolnictwo precyzyjne. To jest wyzwanie, które również powinno zostać podjęte.

Europejski Zielony Ład w rolnictwie będzie realizowany głównie w ramach dwóch strategii. Pierwsza z nich, „Od pola do stołu”, ma za zadanie zmienić europejski sektor żywności tak, aby zmniejszyć jego ślad środowiskowy i klimatyczny. KE wyznaczyła w tym zakresie ambitne cele, m.in.: redukcję stosowania pestycydów o 50 proc. i nawozów o 20 proc. oraz zwiększenie udziału upraw ekologicznych do 25 proc. przed końcem obecnej dekady, a także poprawę dobrostanu zwierząt – o połowę ma spaść sprzedaż środków drobnoustrojowych (antybiotyków) dla zwierząt hodowlanych. Druga, „Strategia na rzecz bioróżnorodności”, skupia się z kolei na różnorodności biologicznej, ochronie gatunków i ekosystemów oraz większej równowadze między przyrodą a rolnictwem.

W marcu br. Komisja Europejska ustanowiła europejski mechanizm gotowości i reagowania na kryzysy związane z bezpieczeństwem żywnościowym, w ramach którego przewidziano m.in. pakiet wsparcia w wysokości 500 mln euro, w tym wykorzystanie rezerwy kryzysowej, dla producentów najbardziej dotkniętych skutkami wojny. Ponadto od 16 października br. więcej będzie zaliczek na płatności bezpośrednie.

Mimo wojny ukraińska branża IT działa niemal niezachwianie. Ponad połowa firm liczy w tym roku na wzrost przychodów

W Ukrainie trwa wojna, ale tamtejszy sektor IT działa niemal niezachwianie. Jak podaje stowarzyszenie branżowe IT Ukraine Association, aż 84 proc. tamtejszych firm utrzymało zdecydowaną większość swoich klientów i kontraktów. Optymistyczne są też prognozy rozwoju branży na 2022 rok. Z badań stowarzyszenia wynika, że 77 proc. ukraińskich firm IT pozyskało nowych klientów już w czasie wojny, a 56 proc. spodziewa się w tym roku wzrostu o 5–30 proc. Branża podkreśla, że kraj pozostaje otwarty na biznes i nawet w czasie wojny jest w stanie realizować projekty technologiczne dla klientów zagranicznych. Statystyki to potwierdzają – w I kwartale br. ukraiński sektor IT odnotował eksport przewyższający statystyki sprzed roku.

– Jeśli spojrzeć na liczby, inwazja Rosji miała niewielki wpływ na ukraiński sektor IT. W I kwartale br. przychody ze sprzedaży usług IT w Ukrainie wyniosły ponad 2 mld dol., a tamtejsze firmy nadal dostarczają usługi. Robią to m.in. z piwnic, bunkrów, ale też z biur w zachodniej Ukrainie, w Polsce albo innych krajach Europy – mówi agencji Newseria Andrew Wrobel, założyciel i partner Emerging Europe.

Branża IT była w ostatnich latach jednym z najprężniej rosnących sektorów ukraińskiej gospodarki. Według danych Narodowego Banku Ukrainy w latach 2019–2021 wartość eksportu usług IT wzrosła z 4,2 do 6,8 mld dol. W ubiegłym roku ta branża znajdowała się na szczycie listy eksporterów usług, generowała ponad 4 proc. całego PKB Ukrainy, zapłaciła 23,5 mld hrywien podatków i zatrudniała ok. 285 tys. specjalistów, co stanowi jeden z największych zasobów pracowników ICT wśród europejskich krajów rozwijających się. W ostatnich latach Ukraina stała się też przyczółkiem dla wielu zachodnich firm poszukujących wykwalifikowanych kadr, zwłaszcza w zakresie rozwoju oprogramowania i inżynierii.

– Publikowana co roku przez IAOP lista 100 największych organizacji outsourcingowych na świecie pokazuje, że dziewięć z nich ma swoją główną siedzibę właśnie w Ukrainie, a kolejne cztery mają tam swoje ogromne centra dostarczające usługi. Tych kilka liczb już pokazuje potencjał ukraińskiego sektora IT – mówi Andrew Wrobel.

Przed wojną ukraińskie centra branży IT znajdowały się w takich miastach jak Kijów, Lwów, Charków czy Odessa. Jak wynika z raportu Emerging Europe „Future of IT Report 2022”, na atrakcyjność tego rynku wpływają wysoko wykwalifikowane kadry – w 2020 roku w kraju było ponad 100 tys. studentów informatyki i ponad 26 tys. absolwentów. Ukraina ma w regionie najwyższą liczbę absolwentów IT na 100 tys. obywateli.

Jak podkreśla ekspert, liderem cyfrowej transformacji w Europie często bywa określana Estonia. Tymczasem w ciągu dwóch ostatnich lat to właśnie Ukraina poczyniła w tym obszarze najszybsze postępy.

– Ukraińcy mają powiedzenie: „everything is techable in Ukraine”. I ta wojna to potwierdza. Są usługi i aplikacje takie jak chociażby Diia, która pozwala Ukraińcom mieć w tej sytuacji wszystkie swoje dane i dokumenty w telefonie – mówi założyciel i partner Emerging Europe. – Usługi publiczne, które oferuje Ukraina, nie są jeszcze dostępne nawet w bardziej rozwiniętych krajach Europy, co pokazuje szalony rozwój tamtejszego sektora IT.

Statystyki pokazują, że tego rozwoju nie zahamował nawet wybuch wojny. Pomimo rosyjskiej inwazji na ten kraj, stanu wojennego, mobilizacji oraz przymusowej relokacji firm i zespołów ukraiński sektor IT odnotował eksport przewyższający ubiegły rok. W I kwartale br. jego wartość wyniosła 2 mld dol. (wobec 1,44 mld dol. w analogicznym okresie rok wcześniej), co oznacza 28-proc. wzrost r/r. Wzrost sektora był szczególnie silny w lutym br., osiągając najwyższy w historii poziom eksportu – 839 mln dol., czyli o 43 proc. więcej r/r (wobec 480 mln dol. w lutym ub.r.). W marcu, najtrudniejszym dotąd miesiącu wojny, branża IT utrzymała 96 proc. eksportu usług (522 mln dol., wobec 546 mln w marcu 2021 roku).

– To nie do końca tak, że wojna w Ukrainie rozpoczęła się 24 lutego br. Ta wojna zaczęła się osiem lat temu i przez cały ten czas ukraiński sektor IT starał się wzmacniać, przygotowywać się na potencjalne zagrożenia ze strony Rosji. Kiedy doszło do inwazji, wiele firm miało już tzw. contingency plans, które pomogły im nadal dostarczać usługi dla klientów – mówi Andrew Wrobel.

Jak podaje IT Ukraine Association – stowarzyszenie branżowe, które reprezentuje ponad setkę ukraińskich firm zatrudniających ok. 75 tys.  informatyków – w ciągu trzech miesięcy trwającej wojny branża IT zdołała utrzymać działalność operacyjną i wykazała odporność w czasie zwiększonego ryzyka. 52 proc. ukraińskich firm IT zachowało 100 proc. swoich kontraktów, a co trzecia – ponad 90 proc. Tylko 16 proc. przedsiębiorstw straciło 10 proc. lub więcej swoich kontraktów, a przyczyną były najczęściej ryzyka geopolityczne i obawy o bezpieczeństwo, odmowa współpracy z klientami z Rosji i Białorusi, zmiana strategii rozwoju klienta albo relokacja zespołów.

– Kiedy 24 lutego br. wybuchła w Ukrainie wojna, wiele ukraińskich firm przeniosło się na zachód kraju, do Polski bądź też otworzyło biura w całej Europie. Ostatnie przykłady to nawet Portugalia, dość oddalona od Europy Środkowo-Wschodniej – mówi założyciel i partner Emerging Europe.

Według danych NBU z połowy maja br. do Sił Zbrojnych wstąpiło średnio 3 proc. ukraińskich informatyków, a 9 proc. z nich jest zaangażowanych w rządowe projekty i cyberforce. Jak podaje IT Ukraine Association, duża część specjalistów została jednak relokowana za granicę. Największy odsetek (32 proc.) dotyczy dużych firm zatrudniających powyżej 1,2 tys. osób, w mniejszych waha się od 14 do 24 proc. Główne kraje relokacji to Polska, Niemcy, Hiszpania, Rumunia, Portugalia, Bułgaria, Holandia, Turcja, Czechy, Mołdawia i Chorwacja. Jednocześnie wszystkie duże firmy oraz 64 proc. mniejszych przedsiębiorstw planuje w nadchodzącym czasie otwierać w tych krajach nowe biura.

– Kiedy tylko wojna się skończy, to wielu specjalistów, którzy wyjechali za granicę, wróci do kraju, a ukraiński sektor IT może rosnąć nawet szybciej niż przed rosyjską inwazją – mówi Andrew Wrobel.

Jak podkreśla IT Ukraine Association, 77 proc. ukraińskich firm IT pozyskało nowych klientów już w czasie wojny, a 56 proc. spodziewa się w tym roku wzrostu o 5–30 proc. Z kolei 41 proc. firm prognozuje zachowanie istniejących wolumenów na poziomie 50–100 proc., a tylko 3 proc. obawia się spadku o ponad 50 proc.

Raport „Future of IT 2022” wskazuje, że Ukraina ma w ręku wszystkie atuty, by w przyszłości być silnym graczem w całym europejskim przemyśle ICT. Podobnie jak cały region Europy Środkowo-Wschodniej teraz musi walczyć o zaufanie inwestorów i klientów.

– Kraje Europy Środkowo-Wschodniej są ciągle konkurencyjne. Problem pojawia się, kiedy spojrzymy na to, co myślą o tym regionie potencjalni klienci spoza CEE. I tutaj mamy zupełny rozstrzał. Dla niektórych firm nie ma to żadnego znaczenia, inne myślą, że taki kraj jak Polska czy zachodnia Ukraina nie są w stanie poradzić sobie z tym, co się dzieje. Ale są też tacy, którzy celowo inwestują i szukają podwykonawców właśnie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – mówi założyciel i partner Emerging Europe.

Co ciekawe, w ciągu trzech miesięcy wojny ukraińska branża IT zdołała nie tylko utrzymać niemal niezachwianą działalność, ale mocno wspiera też Siły Zbrojne Ukrainy i rząd. Firmy z tej branży przekazały dotąd ponad 1 mld hrywien na cele humanitarne, na bieżąco kupują i dostarczają też m.in. sprzęt wojskowy, elementy wyposażenia i zaplecze techniczne. Są też dużym wsparciem ekonomicznym dla kraju – ukraiński sektor IT jest w tej chwili niemal jedynym, który płaci podatki z góry.

70 proc. środków z Krajowego Planu Odbudowy musi być zakontraktowane do końca roku. To ogromne wyzwanie planistyczne

36 mld euro z Krajowego Planu Odbudowy ma trafić do Polski dzięki akceptacji dokumentu przez Komisję Europejską. Prawie połowa z tych pieniędzy będzie przeznaczona na energetykę i zieloną transformację. Tym samym umożliwi Polsce szybszą realizację planu, który zakłada jak najszybsze odejście od paliw kopalnych sprowadzanych z Rosji. – Przechodzimy z gospodarki pokoju do gospodarki wojennej, która rządzi się innymi prawami i która wymaga szybszych decyzji – mówi były minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka. Czas będzie poważnym wyzwaniem, bo na zakontraktowanie 70 proc. funduszy Polska ma czas do końca roku.

– Środki z Krajowego Planu Odbudowy są skierowane na te priorytety energetyczne, które zostały zaprogramowane już w trakcie prac nad KPO przed mniej więcej 18 miesiącami, czyli Czyste Powietrze – ponad 3 mld euro, działania na rzecz odejścia od ropy w transporcie, elektromobilność i nowoczesne sektory przemysłu, np. 800 mln euro na gospodarkę wodorową – mówi agencji Newseria Biznes Michał Kurtyka. – Co istotne, 70 proc. środków z KPO musi być zaprogramowanych do końca roku. To ogromne wyzwanie planistyczne, to ogromne wyzwanie dla całej maszyny administracji i samorządów.

Krajowy Plan Odbudowy dla Polski to w sumie 36 mld euro, z czego prawie 24 mld euro to bezzwrotne granty, a pozostałe blisko 12 mld euro trafi do nas w formie pożyczek opartych na preferencyjnych warunkach. Te środki, pochodzące z unijnego Funduszu Odbudowy, mają wzmocnić polską gospodarkę po pandemii COVID-19 i uodpornić ją na kolejne kryzysy. Wybuch wojny w Ukrainie nadaje tym środkom dodatkowy kontekst.

Przechodzimy z gospodarki pokoju do gospodarki wojennej, która rządzi się innymi prawami – mówi były wiceminister energii. – Polityka energetyczna musi być modyfikowana i dostosowywana do okoliczności, zwłaszcza w kontekście wojny w Ukrainie. Widzieliśmy deklaracje minister Anny Moskwy – idące w bardzo dobrą stronę – dotyczące tego, w jaki sposób zwiększyć naszą suwerenność, zwiększyć udział OZE, przyspieszyć program jądrowy i proces podnoszenia efektywności energetycznej. To wszystko są elementy, które teraz trzeba wdrożyć, ale już nie w normalnym, pokojowym trybie, kiedy rozkładaliśmy je w czasie, a każda złotówka i każde euro były przedmiotem złożonego rachunku ekonomicznego. Gospodarka wojenna wymaga szybszych decyzji, krótszych kalendarzy.

Na zielone inwestycje z KPO trafi ponad 40 proc. środków, co umożliwi Polsce szybszą realizację planu, który zakłada jak najszybsze odejście od paliw kopalnych sprowadzanych z Rosji.

– Wojna, którą rozpętała rosyjska agresja na Ukrainę, jest w dużej mierze finansowana ze sprzedaży ropy i gazu. Dlatego odejście od tych węglowodorów importowanych z Federacji Rosyjskiej jest – zwłaszcza dla krajów takich jak Polska, sojuszników Ukrainy – wyborem, który musimy traktować nie tylko w kategoriach finansowych, ale i w kategoriach moralnych – mówi Michał Kurtyka.

Nie tylko w Polsce, ale i na forum całej UE od ponad trzech miesięcy trwa dyskusja o konieczności rezygnacji z importu rosyjskich węglowodorów. Sprzedaż gazu, ropy i węgla odpowiada bowiem za ok. 1/3 dochodów do budżetu Federacji Rosyjskiej, finansując machinę wojenną reżimu Władimira Putina. W ramach szóstego pakietu sankcji państwa członkowskie zadecydowały o wdrożeniu w ciągu najbliższych miesięcy embarga na ropę transportowaną drogą morską, a w dalszej kolejności – także na produkty ropopochodne z Rosji.

Premier Mateusz Morawiecki i minister Anna Moska pod koniec marca br. przedstawili plan, który zakłada, że Polska jeszcze przed końcem tego roku ma całkowicie zrezygnować z zakupu rosyjskich surowców. W tym celu rząd wprowadził już także odpowiednie zmiany w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku”. Osiągnięcie suwerenności energetycznej ma być możliwe m.in. dzięki dywersyfikacji dostaw i rozbudowie istniejącej infrastruktury (naftoport w Gdańsku i terminal LNG w Świnoujściu), zwiększonym inwestycjom w OZE, poprawie efektywności energetycznej, rozwojowi energetyki jądrowej i technologii magazynowania energii. Jednak – dla zapewnienia ciągłości dostaw energii – podjęte zostaną też działania mające na celu utrzymanie gotowości do pracy jednostek węglowych.

 Dzięki decyzji KE, która w środę zadecydowała wreszcie o przyznaniu Polsce środków z KPO, mamy 36 mld euro, z czego znaczna część jest skierowana właśnie na energetykę. I teraz, łącząc te dwa fakty, czyli odejście od importu od rosyjskich surowców i możliwości, jakie otwiera przed nami Krajowy Plan Odbudowy, jeśli chodzi o finansowanie transformacji energetycznej, mamy przed sobą unikalną szansę, którą po prostu musimy wykorzystać – podkreśla były minister klimatu i środowiska.

Polska złożyła swój projekt KPO w Brukseli na początku maja ubiegłego roku. Jednak Komisja Europejska – ze względu na zastrzeżenia dotyczące praworządności w naszym kraju – wstrzymywała swój akcept, a przez ostatni rok trwały w tej sprawie negocjacje. Impas został przełamany dopiero w ubiegłym tygodniu. Szefowa KE Ursula von der Leyen przyleciała do Warszawy, gdzie spotkała się z prezydentem Andrzejem Dudą i premierem Mateuszem Morawieckim, po czym ogłosiła długo wyczekiwaną akceptację dla polskiego KPO.

Co istotne, nie oznacza to jednak automatycznej wypłaty pieniędzy dla Polski. Środki z unijnego Funduszu Odbudowy mają zostać uruchomione po wypełnieniu określonych warunków dotyczących praworządności, tzw. kamieni milowych. Chodzi o likwidację Izby Dyscyplinarnej, reformę systemu dyscyplinującego sędziów oraz przywrócenie zwolnionych sędziów do orzekania. Ponadto Polska musi jeszcze uzgodnić z KE tzw. ustalenia operacyjne, tzn. szczegóły dotyczące tego, jak będziemy realizować inwestycje z KPO i weryfikować wydatkowanie tych środków. Według dotychczasowych zapowiedzi pierwsza ich część może trafić do Polski po wakacjach.

Zgodnie z rządowym projektem pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy mają sfinansować w sumie 54 inwestycje i 48 reform. W obszarze energetyki i zielonej transformacji to między innymi szeroko zakrojone inwestycje w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych i szybsza termomodernizacja zasobów budowlanych. Poza transformacją energetyczną środki z KPO zostaną zainwestowane także w cyfryzację, edukację i zdrowie, a więc m.in. szerokopasmowy internet w całej Polsce, nowe e-usługi publiczne, zakupy nowego sprzętu dla szkół i szpitali, modernizację placówek medycznych, zakup nowych autobusów elektrycznych i wodorowych czy rozbudowę infrastruktury drogowej.

Cele polskiej energetyki odnawialnej wciąż za mało ambitne. Odnawialne źródła to najszybszy i najtańszy sposób na odejście od rosyjskich paliw

– Krajowa strategia dotycząca rozwoju sektora energetycznego i paliwowego powinna obecnie zmierzać w kierunku rozwoju źródeł zeroemisyjnych – mówi Piotr Czembor, prezes Hynfra Energy Storage. Ekspert podkreśla, że wojna w Ukrainie wyraźnie pokazała konieczność odchodzenia od paliw kopalnych i przyspieszenia inwestycji w odnawialne źródła. W tym celu konieczna jest jednak rewizja polityki energetycznej i wyznaczenie bardziej ambitnych celów dla rozwoju OZE oraz wyraźny impuls inwestycyjny od rządu skierowany do inwestorów.

– Obecna sytuacja spowodowała przyspieszenie transformacji w kierunku energetyki mniej emisyjnej, zmierzającej do uniezależnienia się od paliw kopalnych, czyli węgla, ropy i gazu. Widzimy duże przyspieszenie inwestycji w odnawialne źródła energii, pompy ciepła, jest też duża presja związana z wdrażaniem energetyki wiatrowej czy biometanu, więc kierunek jest jeden – jak najszersze i jak najszybsze odejście od paliw kopalnych – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Czembor.

Wojna w Ukrainie wznowiła na forum UE i w poszczególnych krajach dyskusje o konieczności rezygnacji z surowców energetycznych sprowadzanych z Rosji, a w zamian – przyspieszenia inwestycji w odnawialne, zeroemisyjne źródła. Taką strategię już przyjął polski rząd. W związku z tym, że Polska nie zgodziła się na płatności w rublach za rosyjski gaz, surowiec od kilku tygodni nie płynie z tego kierunku. Dodatkowo 13 maja rząd przyjął uchwałę dotyczącą wypowiedzenia porozumienia z Rosją w sprawie budowy systemów gazociągów do tranzytu gazu przez terytorium RP i dostawach rosyjskiego gazu.

Według rządu osiągnięcie suwerenności energetycznej ma być możliwe m.in. dzięki dywersyfikacji kierunków dostaw surowców, czyli np. rozbudowie i lepszemu wykorzystaniu istniejącej infrastruktury, przede wszystkim naftoportu w Gdańsku i terminala LNG w Świnoujściu, a także rozbudowie mocy opartych na źródłach krajowych oraz przyspieszeniu inwestycji w energetykę jądrową i odnawialne źródła energii.

– Najszybciej można wdrożyć źródła odnawialne. One pozwalają nam szybko odejść od paliw kopalnych. Są to projekty, które można skalować, dostosować do zapotrzebowania danych odbiorców, więc tutaj polityka energetyczna państwa powinna kłaść nacisk na zniesienie wszelkich barier dotyczących rozwoju pomp ciepła, fotowoltaiki montowanej na budynkach i realizowanej przez przedsiębiorstwa. Powinny zostać zniesione wszelkie ograniczenia administracyjne dotyczące budowy elektrowni wiatrowych i powinny przede wszystkim być bardziej ambitne cele dotyczące ilości energetyki odnawialnej w krajowym zapotrzebowaniu na energię – postuluje prezes Hynfra Energy Storage.

W przyjętej ponad rok temu strategii „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” Polska zadeklarowała osiągnięcie co najmniej 23-proc. udziału OZE w miksie energetycznym do 2030 roku. Po inwazji Rosji na Ukrainę rząd zapowiedział jednak rewizję strategii, a w jej ramach zdynamizowanie rozwoju odnawialnych źródeł we wszystkich sektorach. W perspektywie 2040 roku mniej więcej połowa energii zużywanej w Polsce ma pochodzić z OZE.

– Obok dalszego rozwoju mocy wiatrowych i słonecznych zintensyfikowane będą działania mające na celu rozwój wykorzystania OZE niezależnych od warunków atmosferycznych, czyli wykorzystujących energię wody, biomasy, biogazu czy ciepła ziemi. Szczególnie pożądane będzie wykorzystanie OZE w klastrach energii i spółdzielniach energetycznych oraz w ramach instalacji hybrydowych – podkreślono w założeniach do aktualizacji PEP2040.

– Polski miks energetyczny, strategia i cele dotyczące udziału poszczególnych paliw w miksie energetycznym zdecydowanie powinny się zmienić. Obecna polityka wyznacza mało ambitne cele związane z energetyką odnawialną, potrzebny jest silny impuls inwestycyjny ze strony państwa. Takim impulsem, jasnym sygnałem dla przedsiębiorców i inwestorów, że warto rozwijać niskoemisyjne technologie, niewątpliwie byłoby podniesienie celu w zakresie energii odnawialnej – podkreśla Piotr Czembor.

Jak zaznacza, równolegle z rozwojem OZE niezbędny będzie również rozwój technologii magazynowania energii, aby w przyszłości móc stabilizować system energetyczny oparty na źródłach odnawialnych takich jak wiatr, słońce czy biomasa. 

– W skali globalnej widzimy duże przyspieszenie inwestycji w budowę bateryjnych magazynów energii. Są to rozwiązania sprawdzone, od ponad 10 lat wdrażane na skalę gigawatów. Natomiast wśród rozwiązań dotyczących sezonowego magazynowania energii najlepszym rozwiązaniem są technologie wodoru odnawialnego i jego pochodnych w postaci zielonego metanolu i zielonego amoniaku – wymienia ekspert.

Kolejnym elementem polityki energetycznej, który szybko przyspiesza w skali globalnej, jest rozwój elektromobilności.

– W najbliższych latach wraz z rosnącą produkcją samochodów elektrycznych będziemy widzieli setki tysięcy tych samochodów, więc polityka paliwowa państwa powinna uwzględnić ten kierunek i położyć większy nacisk na rozwój stacji ładowania samochodów elektrycznych zasilanych energią odnawialną – mówi Piotr Czembor.