Coraz większa niepewność w gospodarce zbiera żniwo. Liczba upadłości firm rośnie

– Czynników ryzyka w biznesie jest dziś tak wiele, że dla przedsiębiorców, zwłaszcza małych i średnich, sytuacja stała się nieprzewidywalna jak nigdy dotąd – mówi Tomasz Starus, prezes zarządu Allianz Trade w Polsce. Widać to w statystykach dotyczących niewypłacalności firm. W maju było ich o 17 proc. więcej niż rok temu i aż o 150 proc. więcej niż na początku pandemii. W całym roku może być ich o 12 proc. więcej w ujęciu rocznym, podobnie jak w krajach Europy Zachodniej, które są głównym partnerem gospodarczym dla polskich firm. Dlatego rodzime firmy muszą dziś działać zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania wobec kontrahentów, dokładniej analizować partnerów biznesowych oraz korzystać z narzędzi pozwalających zabezpieczyć się przed wzrostem ryzyka w biznesie.

 Największym ryzykiem dla polskich firm jest obecnie bardzo duża niepewność, która wynika z inflacji, wzrostu cen surowców, pandemii i pozrywanych łańcuchów dostaw. Dla każdej z firm – w szczególności małych i średnich – oznacza to potężny wzrost ryzyka, nie do końca prognozowalnego, bo koszty potrafią rosnąć z dnia na dzień – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Starus.

Polskie firmy doświadczyły w ostatnim czasie trzech potężnych szoków zewnętrznych: początku pandemii COVID-19 w 2020 roku, jej szczytu z kwietnia 2021 roku i rosyjskiej inwazji na Ukrainę, która rozpoczęła się w lutym br.  W efekcie od ponad dwóch lat rodzime przedsiębiorstwa działają w ciągłym trybie niepewności i podwyższonego ryzyka. W badaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonego na początku marca br., czyli krótko po wybuchu wojny za wschodnią granicą, 42 proc. firm zadeklarowało, że ma poczucie dużego lub bardzo dużego zagrożenia dla swojej działalności.

– Najbardziej zagrożone są w tej chwili przedsiębiorstwa małe i średnie, rodzinne, które muszą konkurować na swoich rynkach dokładnie tak samo jak wszyscy duzi tego świata. Z drugiej strony mają do dyspozycji dużo mniej płynności, dużo mniej produktów bankowych i dużo mniejsze możliwości negocjowania cen dostaw i przekładania wyższych kosztów na odbiorców. Muszą zatem w dużo większym stopniu bazować na własnych kapitałach i często aby utrzymać sprzedaż, robią to kosztem własnej marży, aby utrzymać się na rynku – mówi prezes Allianz Trade w Polsce.

Szef największej firmy ubezpieczającej należności zauważa, że w Polsce coraz wyraźniej widać problem zatorów płatniczych, choć jeszcze nie ma on masowej skali. Jednak opóźnienia w płatnościach najmocniej odczuwają właśnie małe i średnie firmy – dla nich często już jedna nieuregulowana w terminie faktura może zachwiać ich płynnością finansową.

– Widzimy stopniowe pogarszanie się płatności i ono jest zależne od sektora. Najbardziej dotyka tych bezpośrednio wystawionych na wzrost kosztów energii, czyli np. sektora transportowego, ale i energochłonnych segmentów produkcji. Tam łączny termin płatności, czyli ten wynikający z faktury plus ten z opóźnienia, powoli zaczyna się wydłużać. To jeszcze nie ma charakteru masowego, ale w porównaniu z ubiegłym rokiem widzimy zwiększoną liczbę spraw w windykacji. Dotyka to głównie przedsiębiorstw małych i średnich – mówi Tomasz Starus.

Co istotne, wzrost nieprzewidywalności i ryzyka w biznesie odzwierciedla już także liczba niewypłacalności polskich firm, która w maju, zgodnie z danymi Allianz Trade, była o 17 proc. wyższa niż przed rokiem i aż o 150 proc. wyższa niż na początku pandemii w 2020 roku. Oprócz gwałtownego wzrostu liczby niewypłacalności w budownictwie w ujęciu miesięcznym sytuacja uległa już pogorszeniu także we wszystkich innych sektorach, m.in. w spożywczym, produkcyjnym i handlu hurtowego. Maj był pierwszym miesiącem wzrostów, ale wcześniejsze spadki wynikały raczej ze zmian w prawie i świadczyły o mniejszej liczbie restrukturyzacji, a nie upadłości likwidacyjnych.

Pod koniec ubiegłego roku nastąpiła zmiana w prawie, w związku z czym w tej chwili nieco trudniej jest wejść w procedurę sanacyjną niż wcześniej, w czasie pandemicznych poluzowań. Natomiast liczba upadłości nadal utrzymuje się na takim samym poziomie. Maj był jednak pierwszym miesiącem tego roku, kiedy liczba niewypłacalności – czyli upadłości i restrukturyzacji razem wziętych – przekroczyła wyniki z ubiegłego roku. Spodziewamy się, że do końca tego roku w Polsce upadnie mniej więcej o 12 proc. więcej firm niż w roku poprzednim – prognozuje prezes Allianz Trade w Polsce.

Według prognoz ubezpieczyciela należności podobny trend będzie w tym roku widoczny w globalnej skali. Na całym świecie liczba upadłości ma wzrosnąć w tym roku o ok. 10 proc., przy czym w Europie Zachodniej, czyli na głównym rynku zbytu polskich firm, ten wzrost sięgnie nawet ok. 14 proc. r/r. Co prawda odzyskiwanie należności w państwach Starego Kontynentu jest w stosunku do wielu innych rynków stosunkowo mało złożone, ale i tak wymaga szybkiego działania i odpowiednich przygotowań. Podstawą jest sprawdzanie wiarygodności kontrahenta, żądanie przedpłaty i ubezpieczenie kredytu kupieckiego.

Jednym z narzędzi, które przedsiębiorcy powinni wdrożyć w swoich firmach, jest ubezpieczenie należności i procedura windykacji. Zmodyfikowaliśmy pierwszy z tych produktów w ten sposób, żeby bardziej odpowiadał firmom małym, w których proces administrowania polisą, koszty polisy i stopień skomplikowania odgrywają ważną rolę w procesie podejmowania decyzji. Dlatego też wdrożyliśmy produkt SME Driver, który jest tańszy niż analogiczne produkty dla firm dużych, znacznie mniej skomplikowany i dużo szybszy jest proces zawierania umowy. W zasadzie można już przy pierwszym spotkaniu zawrzeć umowę ubezpieczenia i zabezpieczyć firmę, szczególnie teraz w bardzo nieprzewidywalnym i niepewnym okresie – mówi Tomasz Starus.

Opóźnienia w dostawach z Azji uderzają w firmy i konsumentów. Importerzy szukają nowych możliwości transportu

Globalne łańcuchy dostaw nadal są zakłócane przez lokalne ogniska COVID-19, a sytuację dodatkowo pogorszył wybuch wojny w Ukrainie. W efekcie średnie opóźnienie statków na całym świecie wciąż wynosi około tygodnia, a problemy dotkliwie odczuwają zwłaszcza małe i średnie firmy oraz przedsiębiorstwa pracujące w modelu just in time, które utrzymują minimalny poziom zapasów magazynowych. – Dzisiaj nikt nie jest w stanie zagwarantować im płynności dostaw – mówi Piotr Kozłowski z DB Schenker. Sytuacja transportowa uderza też w konsumentów, bo wysokie stawki frachtu wpłynęły na podwyżki cen i wydłużył się czas dostaw gotowych produktów do sklepów. Na dodatek ten czas wkrótce może być jeszcze dłuższy.

W trakcie pandemii COVID-19 przeciążenie i zamykanie portów, niedobory siły roboczej i brak nowych kontenerów transportowych spowodowały skokowy wzrost stawek frachtu i zatory w żegludze oceanicznej. Aby je ominąć, spedytorzy częściej korzystali z transportu kolejowego, lotniczego lub drogowego z Azji do Europy. Wojna w Ukrainie ponownie jednak przechyla tę szalę w stronę morskiej. Zarówno Ukraina, jak i Rosja są bowiem kluczową częścią Euroazjatyckiego Mostu Lądowego. W tej chwili rosyjska przestrzeń powietrzna jest jednak zamknięta dla 36 krajów i odwrotnie, a sankcje, niepewność i obawy o bezpieczeństwo powodują, że niektórzy spedytorzy zalecają obecnie, aby unikać przesyłek lądowych między Azją a Europą.

 Transport lotniczy dalej ma duże ograniczenia dotyczące mocy przewozowych w związku z COVID-em, a wojna w Ukrainie spowodowała zdecydowany spadek liczby przewozów kolejowych na trasie z Azji do Europy, co skierowało większy potok ładunków na transport oceaniczny – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kozłowski, Vice President Ocean Freight Norteast Europe w DB Schenker. – Klienci nie mają większego wyboru. Frachty oceaniczne – mimo że ceny są bardzo wysokie – są jedyną alternatywą dla transportów z Azji czy Stanów Zjednoczonych.

Jak wynika z raportu UNCTAD (Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju), w 2021 roku koleją z Chin do Europy przetransportowano w sumie 1,5 mln kontenerów z ładunkiem. Takie wolumeny przekierowane na transport oceaniczny oznaczałyby wzrost od 5 do 8 proc. na i tak zatłoczonych już szlakach handlowych. Wprawdzie popyt na przewozy jest mniejszy niż w 2021 roku, ale i tak znacznie przewyższa podaż. Według Sea Intelligence w kwietniu br. średnie opóźnienie statków na całym świecie wciąż wynosiło 6,4 dnia. To – w połączeniu z wciąż wysokimi stawkami frachtu – oznacza problem zwłaszcza dla przedsiębiorstw pracujących w modelu just in time.

– Zaburzenia w transporcie oceanicznym są najbardziej odczuwane dla firm, które pracowały praktycznie z dnia na dzień i utrzymywały stocki magazynowe tylko na kilka dni, a nowe dostawy były praktycznie od razu kierowane na linie produkcyjne. Te firmy mają duże problemy i muszą całkowicie przebudować swoją koncepcję, ponieważ nikt nie jest im dzisiaj w stanie zagwarantować płynności dostaw – mówi ekspert DB Schenker.

Opóźnienia w transporcie oceanicznym odczuwają również konsumenci, ponieważ wydłużył się czas dostaw gotowych produktów do sklepów. Z kolei wysokie stawki frachtu przekładają się na wzrost cen. Według UNCTAD już w 2021 roku wzrost stawek frachtu spowodowany pandemią podniósł światowe ceny konsumenckie o 1,5 proc. Wprawdzie dziś ceny frachtu są o 25 proc. niższe niż na koniec 2021 roku, ale organizacja szacuje, że wybuch w Ukrainie długofalowo może spowodować ich dalszy wzrost, co nie pozostałoby bez wpływu na gospodarki i gospodarstwa domowe.

Jedynym sposobem na poradzenie sobie z dzisiejszymi zakłóceniami łańcuchów dostaw w transporcie oceanicznym jest po prostu wcześniejsze zamawianie i budowanie stocków magazynowych bliżej zakładów produkcyjnych, które korzystają z tych komponentów. Innej drogi nie ma – mówi Piotr Kozłowski. – W przypadku importerów, w których uderza inflacja i kursy walut, rozwiązaniem może być też tzw. drobnica kontenerowa. To oznacza, że nie trzeba sprowadzać towaru dużymi partiami raz na miesiąc czy dwa miesiące i zamrażać dużego kapitału w takim transporcie. Zamiast tego można sprowadzać towary w ilościach paletowych czy kartonowych regularnie, co tydzień, w ten sposób zapewniając sobie ciągłość dostaw i jednocześnie angażując jak najmniejszy zasób gotówki.

Dyrektor biznesu oceanicznego w DB Schenker wskazuje też, że łańcuchy dostaw nadal zakłócają lokalne ogniska COVID-19. Przykładowo Szanghaj i jego ogromny port oceaniczny otworzył się 1 czerwca po dwóch miesiącach twardego lockdownu. Ten przestój spowodował kolejne opóźnienia w dostawach i miał wpływ na cały światowy handel.

– Dziś nie ma sposobu na to, aby przewidzieć, jakie jeszcze zaburzenia mogą wywołać COVID-19, kongestie związane z wojną w Ukrainie czy inne zdarzenia losowe – mówi ekspert.

Obok wszystkich tych wyzwań, z którymi mierzy się obecnie branża, na horyzoncie rysuje się już kolejne. Zgodnie z unijną polityką klimatyczną w 2024 roku zaczną bowiem obowiązywać nowe wymogi środowiskowe i ograniczenia dotyczące emisji CO2 w transporcie oceanicznym.

– Te ograniczenia będą na tyle znaczące, że transport oceaniczny będzie musiał w większym stopniu korzystać z mniej zasiarczonego paliwa. Jednak to nie wystarczy, więc konieczne będzie też spowolnienie statków. Jednostki, które dzisiaj płyną w tranzycie z Azji do Europy około czterech tygodni, będą musiały płynąć wolniej i o około tydzień dłużej. Nie ma do tej pory żadnej technologii – ani takich paliw, ani takich silników – które pozwalałyby sprostać tym nowym wymogom środowiskowym przy zachowaniu obecnej prędkości transportu – mówi Piotr Kozłowski.

Tylko do 2035 roku będzie można kupić w UE samochód napędzany benzyną lub dieslem. Polski resort sprawiedliwości zapowiada sprzeciw

Od 2035 roku najprawdopodobniej nie będzie można kupić i zarejestrować na terenie UE nowego samochodu napędzanego benzyną lub dieslem. To efekt nowych przepisów, które na początku czerwca przyjął Parlament Europejski. Jak wskazuje prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego Jakub Faryś, producenci samochodów są już na nie przygotowani. Polska może mieć jednak problem, bo w tej chwili nasz kraj nie jest gotowy na nadchodzącą transformację transportu pod względem infrastrukturalnym. Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało, że będzie namawiać rząd do sprzeciwienia się tej regulacji na forum UE.

– Parlament Europejski w ślad za propozycją Komisji Europejskiej podjął decyzję, że w 2035 roku na rynku będą oferowane tylko nowe samochody bateryjne i wodorowe – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Funkcjonuje takie sformułowanie, że będzie zakaz sprzedaży samochodów spalinowych. Jednak w praktyce to będą bardzo wysokie opłaty dla producentów takich aut, więc zapewne nikt się na to nie zdecyduje. To oznacza, że po 2035 roku – o ile jeszcze kraje członkowskie przyjmą tę regulację w takim kształcie, w jakim została przegłosowana przez Parlament Europejski – nie będziemy mogli zarejestrować już żadnego innego samochodu niż samochód elektryczny bateryjny lub wodorowy.

Poparcie Polski dla tego projektu nie jest pewne. Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości, zapowiedział, że wezwie rząd do sprzeciwu wobec unijnej propozycji. Jego zdaniem konsekwencje nowych podatków uderzą w obywateli. 

Zgodnie z propozycją UE producenci aut, których średnie emisje przekroczą limity, będą musieli uiścić z tego tytułu wysokie opłaty. W praktyce oznacza to, że po 2035 roku nowe samochody spalinowe znikną z rynku, bo ich produkcja całkiem przestanie się opłacać.

– Branża motoryzacyjna jest w tej chwili w momencie wielkiej, historycznej zmiany. Przechodzimy z samochodów z silnikiem spalinowym na samochody nisko- i zeroemisyjne. I jesteśmy do tego przygotowani, ponieważ o tym, że będziemy musieli redukować emisję CO2 w nowych samochodach, wiedzieliśmy już od dawna – mówi Jakub Faryś. – Już dzisiaj właściwie wszyscy producenci oferują samochody elektryczne, wielu ma samochody wodorowe i są to auta konstruowane jako elektryczne już od podstaw, a nie – tak jak jeszcze kilka lat temu – będące jakąś fabryczną konwersją. Wciąż walczymy, żeby te samochody były tańsze, żeby miały większy zasięg, ale z technicznego punktu widzenia już teraz jesteśmy gotowi oferować je na rynku.

Problemem jest jednak niedostatecznie rozwinięta w Polsce infrastruktura do ładowania elektryków. Statystyki pokazują, że na koniec maja br. w Polsce było zarejestrowanych już blisko 48,7 tys. aut z napędem elektrycznym (wzrost o 45 proc. w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku w ujęciu rocznym), tymczasem liczba ogólnodostępnych stacji ładowania wynosiła raptem 2,2 tys., przy czym tylko 29 proc. stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a resztę – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W maju br. w całej Polsce uruchomiono tylko nowe, ogólnodostępne stacje ładowania elektryków. PZPM i PSPA podają też, że w ciągu ostatnich dwóch lat liczba osobowych elektryków przypadających na jedną stację ładowania wzrosła ponad dwukrotnie: z 10 do 21.

– Producenci pojazdów nie są w stanie wybudować sieci ładowarek, która będzie satysfakcjonująca z punktu widzenia klientów. Nie są też w stanie zaingerować w sieci dystrybucyjne czy wybudować nowe elektrownie. Dlatego jeżeli mamy wypełnić cele, które są wyznaczone przez Komisję i Parlament Europejski, musi być dobra sieć ładowania – podkreśla prezes PZPM. – Komisja Europejska założyła, że w 2030 roku takich punktów powinno być niespełna 4 mln. Jako branża motoryzacyjna szacujemy, że to powinno być 7 mln, czyli prawie dwa razy tyle. To pokazuje, jak ważnym tematem będzie zapewnienie w Europie wystarczającej liczby punktów ładowania. Dość powiedzieć, że w tej chwili mamy ich nieco ponad 300 tys., a w dodatku połowa z nich, czyli prawie 150 tys., jest zlokalizowanych tylko w dwóch krajach: w Niemczech i Holandii.

Ekspert ocenia, że tempo elektryfikacji transportu będzie szybsze właśnie w krajach takich jak Niemcy, Norwegia czy Holandia, w których poziom zamożności społeczeństwa jest istotnie wyższy.

– W Polsce mamy niestety sporo osób, które zamożne nie są, więc będziemy musieli zadbać o to, żeby nie stać się złomowiskiem Europy i żeby nie okazało się, że samochody spalinowe – wycofywane z innych, zamożniejszych rynków – trafiają do nas. Efekt może być taki, że nagle średni wiek pojazdu w Polsce, który obecnie wynosi już 14 lat, wzrośnie jeszcze bardziej. Dlatego to jest duże wyzwanie również społeczne, żeby już dzisiaj zacząć pracować nad strategią przechodzenia na niskoemisyjne napędy, aby nie skończyło się to np. wykluczeniem komunikacyjnym jakiejś części naszego społeczeństwa – zauważa Jakub Faryś.

Przegłosowany przez PE zakaz może negatywnie wpłynąć również na producentów części. Duże koncerny motoryzacyjne zaczęły przygotowywać się do niego już wcześniej, poszerzając portfolio o auta z napędem alternatywnym. Jednak przestawienie producentów części i podzespołów może się okazać większym wyzwaniem.

– W Polsce mniej więcej połowa producentów części i podzespołów dedykuje swoje produkty tej klasycznej, spalinowej motoryzacji. Część zakładów – tu wyobraźmy sobie np. deskę rozdzielczą – może przestawić się na produkcję dedykowaną samochodom elektrycznym. Jednak trudno sobie wyobrazić, żeby przestawili się na nią np. producenci tłumików, bo one po prostu nie będą potrzebne. Dlatego bardzo dużym wyzwaniem i bardzo ważną rzeczą jest to, żebyśmy przygotowali producentów części i podzespołów do tej nadchodzącej bardzo dużej zmiany – mówi prezes PZPM.

Jak zauważa, od 2035 roku duże zmiany czekają jednak nie tylko rynek samochodów osobowych, ale i transport drogowy, który zostanie objęty unijnym systemem handlu emisjami ETS.

– W praktyce przewoźnicy będą musieli wnosić opłaty za używanie samochodów z silnikami Diesla. A zdecydowana większość transportu towarowego – zarówno samochodów dostawczych, jak i ciężarowych – to właśnie samochody z silnikami Diesla – mówi Jakub Faryś.

Dwa duże kryzysy dają się we znaki biznesowi i samorządom. To przyspieszona lekcja zarządzania w trudnych warunkach

Ostatnie dwa lata były trudne zarówno dla firm, jak i dla administracji rządowej i samorządowej. Pandemia COVID-19, a potem wojna w Ukrainie zafundowały im przyspieszony kurs zarządzania w kryzysowych warunkach. W sytuacji niepewności i podwyższonego ryzyka dobrze poradziły sobie z prowadzeniem działalności, zapewnieniem ciągłości usług i przeorganizowaniem modeli funkcjonowania – ocenili uczestnicy Forum Bezpieczeństwa – Miasta i biznes w trybie kryzysowym, jakie odbyło się w Łodzi. Jednocześnie zarówno przedsiębiorcy, jak i samorządy wskazują, że aby w przyszłości móc sprostać kolejnym kryzysom, potrzebne im stabilne, przewidywalne otoczenie prawne.

 Kryzysy, które dotknęły nas na przestrzeni ostatnich dwóch lat, a więc najpierw pandemia COVID-19, później działania wojenne w Ukrainie, to był olbrzymi sprawdzian dla wszystkich samorządów – mówi agencji Newseria Biznes Michał Domaradzki, dyrektor Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego w Urzędzie m.st. Warszawy.

Jak wskazuje, w trakcie pandemii wyzwaniem dla samorządów było m.in. szybkie przeorganizowanie pracy urzędów, do tej pory raczej niepraktykujących pracy zdalnej, czy konieczność wprowadzenia reżimu sanitarnego w środkach komunikacji miejskiej, z których w samej Warszawie codziennie korzysta ok. 3 mln mieszkańców. Władze miast musiały także zapewnić sprawną pracę szpitali oraz podjąć działania, które ulżą lokalnym przedsiębiorcom. Z kolei po wybuchu wojny w Ukrainie to na samorządy spadł główny ciężar związany z przyjmowaniem fali uchodźców, zapewnieniem im wstępnej opieki, przygotowaniem infrastruktury, przeorganizowaniem edukacji, usług publicznych i znalezieniem na to wszystko finansowania.

– Populacja stolicy zwiększyła się o ok. 12–15 proc. To jest skala kilkuset tysięcy osób – podkreśla Michał Domaradzki. – W tej sytuacji bardzo dużym wsparciem dla miasta byli przede wszystkim jego mieszkańcy, którzy okazali olbrzymie serce osobom przyjeżdżającym z Ukrainy, zaprosili do swoich domów dziesiątki tysięcy ludzi. To również grupy wolontariuszy, ich liczbę szacujemy na 15–20 tys., którzy każdego dnia zapewniali wsparcie m.in. w punktach recepcyjnych. Bez pomocy mieszkańców, NGO-sów, organizacji społecznych pewnie trudno byłoby, aby ten proces przebiegał stosunkowo sprawnie. To jest sytuacja bez precedensu, nie mieliśmy nigdy dotąd w historii tak dużej liczby ludzi przyjeżdżających w tak krótkim czasie.

Dyrektor warszawskiego Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego podkreśla, że dla samorządów, które wciąż funkcjonują w kryzysowych warunkach, ważna jest stabilność i przewidywalność przepisów. Szybkie zmiany utrudniają bowiem sprawną logistykę, co odbija się bezpośrednio na mieszkańcach.

– Doświadczenia związane z pandemią i kryzysem uchodźczym pokazują, że wszystko to wymaga jasnej, klarownej sytuacji prawnej – podkreśla Michał Domaradzki. – Nie możemy sami sobie tak komplikować funkcjonowania, żeby o godzinie 22.00 wprowadzać jakieś rozporządzenia epidemiczne, które obowiązują od poranka następnego dnia. W takich ośrodkach jak Warszawa – po której codziennie, w każdej chwili jeździ ok. 1,5 tys. autobusów – trzeba to przygotować, chociażby opisać drzwi i wywiesić kartki, że tylko 50 proc. miejsc może być zajętych. Teraz mamy kwestię wojny w Ukrainie i obrony cywilnej, która nie jest określona w żadnych przepisach, kwestię inwentaryzowania schronów, budowli ochronnych. Legislacja musi nadążać za tą sytuacją. Trzeba tak przygotowywać podstawy prawne, aby były jasne i klarowne, zarówno dla urzędników, jak i dla mieszkańców.

Przewidywalność w otoczeniu regulacyjnym, dotycząca reguł funkcjonowania, jest także czynnikiem kluczowym wskazywanym przez przedstawicieli biznesu. Szczególnie istotna jest ona w okresie kryzysu, kiedy na firmy spada szereg innych wyzwań i obowiązków, m.in. zapewnienie pracownikom możliwości pracy z domu, zorganizowanie bezpiecznego środowiska pracy w fabrykach i poradzenie sobie z przerwanymi łańcuchami dostaw.

 Biznes, podobnie jak administracja rządowa czy samorządowa, musi odpowiadać na wyzwania. Nawet jeśli one istniały w różnych scenariuszach kryzysowych i firmy się przygotowywały do różnego rodzaju zagrożeń nadzwyczajnych, to w takiej wersji, jaką rzeczywistość nam dostarczyła, przechodziło to wyobraźnię osób, które takie scenariusze kryzysowe przygotowywały – podkreśla Witold Drożdż, członek zarządu ds. strategii i spraw korporacyjnych Orange Polska. –  Z punktu widzenia biznesu to, co jest kluczowe, to przewidywalność regulacji, przewidywalność reguł, otoczenia, w którym funkcjonujemy – dodaje.

Jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w 2019 roku polskie firmy spodziewały się, że doświadczą kryzysu w ciągu następnych pięciu lat. Wśród wymienianych wówczas zagrożeń pojawiały się głównie terroryzm czy klęski żywiołowe. Pandemia i wybuch wojny okazały się nowymi zagrożeniami, których firmy nie brały wcześniej pod uwagę. Mimo to nauczyły się funkcjonowania w nowych warunkach, nawet wyjątkowo trudnych.

– Z punktu widzenia ciągłości działania, procesów wewnętrznych wydaje się, że biznes sobie radzi dobrze – mówi Witold Drożdż. – Firmy w obliczu obu tych kryzysów robiły swoje, dostarczały usługi, które były potrzebne, dbały o utrzymanie ciągłości działania, zapewniały zatrudnienie. Były i nadal są elementem całego systemu społeczno-gospodarczego, bez którego nie bylibyśmy w stanie utrzymać rzeczywistości, w której funkcjonujemy.

Z raportu „Szok pandemiczny, szok wojenny – czyli jak firmy reagują na kryzysy” wynika, że pandemiczne lockdowny – w większym stopniu niż wojna – wpłynęły na wzrost niepewności w polskich firmach oraz spadki w wartości sprzedaży i spadki w liczbie nowych zamówień. Na początek pandemii w kwietniu 2020 roku firmy zareagowały wręcz paniką, a wskaźnik nastrojów osiągnął wówczas bardzo niski poziom 52,2 pkt, co oznacza znaczną przewagę nastrojów negatywnych nad pozytywnymi. Ani dotychczasowy szczyt pandemii z kwietnia 2021 roku, ani wybuch wojny już takiego szoku nie wywołały, chociaż znacznie pogłębiły poczucie niepewności. Podobny mechanizm widać też w wynikach sprzedaży. Na początku pandemii, w kwietniu 2020 roku, prawie 60 proc. przedsiębiorstw zanotowało spadek wartości sprzedaży. Rok później – w szczycie pandemii – ten odsetek spadł do 39 proc., mimo dużej liczby zachorowań i surowych restrykcji covidowych. Z kolei w kwietniu br., po miesiącu trwania wojny w Ukrainie, ale po zniesieniu praktycznie wszystkich obostrzeń, spadek sprzedaży zaobserwowało już tylko 24 proc.

Choć polskie firmy dość dobrze poradziły sobie w trudnych warunkach, to jednak ostatnie dwa lata unaoczniły konieczność lepszego przygotowania na ewentualne przyszłe kryzysy oraz dostosowania strategii i modeli biznesowych do nowej rzeczywistości. Z danych, które podaje PIE, wynika bowiem, że 54 proc. firm w Polsce nie posiada sformalizowanego zespołu odpowiedzialnego za reakcję na wypadek kryzysu. Co więcej, tylko 5 proc. przyznaje, że przejście przez kryzys pozwoliło im wzmocnić firmę, podczas gdy w innych krajach ten odsetek wynosi średnio 42 proc.

Funkcjonowanie biznesu i samorządów w trybie kryzysowym było kluczowym tematem pierwszego Forum Bezpieczeństwa, które odbywało się w Łodzi 21–22 czerwca br. W trakcie wydarzenia eksperci i profesjonaliści, którzy zajmują się zarządzaniem ryzykiem w biznesie i instytucjach, mieli okazję wymienić się doświadczeniami z ostatnich dwóch lat i wnioskami z nich płynącymi. W przyszłości Forum ma się stać stałą platformą współpracy, networkingu i transferu wiedzy. Patronat nad tym wydarzeniem objęli Prezydent Miasta Łodzi, Unia Metropolii Polskich i Konfederacja Lewiatan.

Specjalistyczne karetki pozwalają ratować życie noworodków po niedotlenieniu. Taki sprzęt trafił właśnie do szpitala w Łodzi

Niedotlenienie okołoporodowe i niewydolność oddechowa u noworodka mogą doprowadzić do jego niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej, a w najgorszym wypadku nawet śmierci. Hipotermia lecznicza, polegająca na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała, pozwala temu zapobiec. Liczy się jednak czas, bo po sześciu godzinach niedotlenienia zmiany w mózgu dziecka mogą być już nieodwracalne. Dlatego Uniwersytet Medyczny w Poznaniu wspólnie z Generali Polska i Fundacją The Human Safety Net wdrażają projekt, który pozwala zastosować tę terapię już w trakcie transportu noworodka do szpitala – w karetce neonatologicznej. Specjalistyczny sprzęt trafił właśnie do łódzkiego Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. – Zamierzamy dostarczać je do kolejnych placówek – zapowiada Andrea Simoncelli, przewodniczący rady nadzorczej Generali Polska. 

Hipotermia lecznicza polega na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała noworodka. To uznana na świecie metoda poprawiająca wyniki leczenia dzieci dotkniętych niedotlenieniem okołoporodowym, czyli tzw. asfiksją.

Stosujemy ją u noworodków, które urodziły się w złym stanie z powodu jakichś zdarzeń okołoporodowych, jak np. zaburzenia przepływu łożyskowego. Poród to zawsze jest duży wysiłek dla dziecka, któremu czasem brakuje tlenu, i taki stan nazywamy potocznie zamartwicą. To jest problem, który może prowadzić do ciężkich zaburzeń rozwojowych. Konsekwencją niedotlenienia okołoporodowego może być np. mózgowe porażenie dziecięce. Hipotermia daje nam szansę, aby chronić dzieci przed tymi zaburzeniami rozwojowymi, pod warunkiem jednak że zostanie zastosowana wcześnie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Iwona Maroszyńska, prof. ICZMP, dyrektor Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

Okno terapeutyczne wynosi maksymalnie sześć godzin, zanim zmiany w mózgu dziecka staną się nieodwracalne, prowadząc m.in. do niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej, a w cięższych przypadkach nawet śmierci.

Jeżeli po incydencie niedotlenienia okołoporodowego nie zastosujemy hipotermii leczniczej bądź zastosujemy ją zbyt późno, w ciągu sześciu godzin dochodzi do trwałych uszkodzeń komórek ośrodkowego układu nerwowego, co długofalowo prowadzi do zaburzeń rozwojowych. Pod tym hasłem kryje się szereg jednostek chorobowych, w tym przede wszystkim mózgowe porażenie dziecięce. To powoduje praktycznie trwałe kalectwo w zakresie rozwoju ruchowego, czyli będziemy mieć do czynienia z osobą, która będzie wymagać wózka bądź kul, wsparcia w poruszaniu się. Z drugiej strony dochodzi też do zaburzeń poznawczych, a więc taka osoba nie będzie mogła w pełni uczestniczyć w życiu społecznym – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Jan Mazela, kierownik Oddziału Neonatologicznego Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu.

W Polsce przez długi czas hipotermia lecznicza u noworodków była stosowana tylko stacjonarnie, podczas hospitalizacji w wybranych ośrodkach o najwyższym stopniu referencyjności. Zazwyczaj znajdują się one w dużych miastach. Dzieci urodzone w odległych miejscowościach musiały dotrzeć do takiego specjalistycznego szpitala w ciągu kluczowych sześciu godzin od porodu, co w praktyce często okazywało się trudne. Dlatego w 2019 roku w Polsce wystartował program, który pozwala zastosować hipotermię leczniczą już w trakcie transportu noworodka do szpitala – w karetce neonatologicznej wyposażonej w specjalistyczny sprzęt.

W ICZMP stosujemy hipotermię leczniczą u noworodków już od 2008 roku. Byliśmy pierwszym ośrodkiem, który wprowadził tę metodę leczenia. Ale zdarza się, że dziecko rodzi się poza naszym szpitalem. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że województwo łódzkie nie jest duże, w ciągu kilku godzin da się do nas dojechać. Zasada dotycząca transportu noworodka jest jednak taka, że my najpierw musimy to dziecko ustabilizować. A taka karetka to jest stanowisko intensywnej terapii na kółkach – mówi dr hab. Iwona Maroszyńska.

– Przełomowość programu polega na tym, że dzięki wyposażeniu karetek w drogie, specjalistyczne urządzenie lekarze mają możliwość zastosowania terapii właśnie w tzw. złotym oknie – dodaje prof. Jan Mazela.

Zapoczątkowany trzy lata temu program hipotermii leczniczej noworodków w transporcie neonatologicznym to wspólne przedsięwzięcie Generali Polska, Fundacji The Human Safety Net i Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Na początek objął trzy województwa, a specjalistyczne wyposażenie do karetek ratujące życie noworodków trafiło do szpitali w Poznaniu, Bydgoszczy i Zielonej Górze.

– Program hipotermii leczniczej w transporcie noworodkowym działa w Poznaniu od ponad dwóch lat. W tym czasie przetransportowano sześć noworodków, które po urodzeniu wymagały hipotermii leczniczej, ale do porodu doszło w szpitalu, który nie miał możliwości przeprowadzenia takiego leczenia – mówi kierownik Oddziału Neonatologicznego Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu.

– Dzięki współpracy z profesorem Janem Mazelą z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, wybitnym specjalistą w dziedzinie neonatologii, rozpoczęliśmy projekt wyposażania karetek neonatologicznych w sprzęt, dzięki któremu można pomóc noworodkom dotkniętym niedotlenieniem. Leczenie zastosowane z jego użyciem w ciągu pierwszych sześciu godzin po urodzeniu ogromnie zwiększa szanse na przeżycie dziecka. Realizujemy ten projekt ze wsparciem fundacji Generali – The Human Safety Net – mówi Andrea Simoncelli, przewodniczący rady nadzorczej Generali Polska.

Jak wskazuje, rozwój programu na chwilę wstrzymała pandemia COVID-19, ale teraz został on wznowiony. Kolejna karetka ze sprzętem do hipotermii leczniczej noworodków trafiła już do Łodzi.

– Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi jest czwartym ośrodkiem, do którego trafił ten specjalistyczny sprzęt, a środki na ten sprzęt zgromadziliśmy z pomocą naszych pracowników. Zamierzamy dostarczać go do kolejnych placówek – zapowiada Andrea Simoncelli.

Sprzęt przekazany do łódzkiego szpitala został zakupiony dzięki zaangażowaniu pracowników Generali Polska podczas globalnego wyzwania fundacji The Human Safety Net w 2021 roku. Wolontariusze podczas dwóch tygodni trwania wyzwania m.in. jeździli na rowerach, chodzili z kijkami nordic walking, biegali po górach, przebywając prawie 22 tys. km, aby szerzyć świadomość asfiksji. Wolontariusze Generali Polska zebrali w efekcie ponad 50 tys. zł, a firma podwoiła tę kwotę.

Zaledwie 9 proc. surowców jest ponownie wykorzystywanych. Szansą na poprawę sytuacji jest skuteczne wdrażanie zasad gospodarki obiegu zamkniętego

Według szacunków Komisji Europejskiej zastosowanie zasad gospodarki obiegu zamkniętego w całej UE ma się przyczynić do zwiększenia unijnego PKB o dodatkowe 0,5 proc. do 2030 roku oraz stworzenia około 700 tys. nowych miejsc pracy. Skorzysta też biznes. Przedsiębiorstwa produkcyjne w UE wydają średnio 40 proc. swoich środków na materiały i surowce, więc obieg zamknięty może zwiększyć ich rentowność i uchronić je przed wahaniami cen. Efektywne wdrożenie GOZ będzie wymagać jednak kilku elementów. – Musimy mieć dobrą legislację, która będzie działała długofalowo, musimy mieć współpracę w ramach całego łańcucha wartości i musimy mieć konsumenta, który będzie świadomy i zdecydowany na to, żeby zmienić swój model konsumpcji – podkreśla Anna Kozera-Szałkowska, dyrektor zarządzająca Plastics Europe Polska, podczas Polish Circular Forum.

Gospodarka w obiegu zamkniętym to dla polskiej gospodarki wyzwanie, szansa, ale przede wszystkim ogrom pracy, którą wszyscy aktorzy tej sceny cyrkularnej, w całym łańcuchu wartości, muszą w nią włożyć. Chodzi o to, aby rachunek ekonomiczny, na którym wszystkim nam bardzo zależy, summa summarum był na plusie – mówi Agnieszka Zdanowicz, wiceprezes zarządu Klastra Gospodarki Odpadowej i Recyklingu – Krajowego Klastra Kluczowego.

Jak podaje się w ogłoszonym niedawno „Circularity Gap Report 2022”, zasoby surowców wchodzące rocznie do gospodarki światowej to ok. 100 mld t. Z tych ilości jedynie 8,6 proc. to zasoby zawrócone do  obiegu. Z pozostałych ponad 90 mld t blisko 1/3 stanowią odpady, które jeszcze nie dostały drugiej szansy na wykorzystanie. Obecnie opracowywany jest raport „Circularity Report Poland”, którego wyniki poznamy na jesieni (www.cgrpoland.pl).

Szansą na zmianę w tym zakresie jest właśnie gospodarka obiegu zamkniętego (GOZ). To koncepcja, według której produkty i surowce powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a odpady jeżeli już powstaną powinny być traktowane jako surowce wtórne, które można przetworzyć i ponownie wykorzystać. GOZ jest przeciwieństwem dominującej dziś gospodarki linearnej, w której cykl życia produktu zawiera się w stwierdzeniu „wyprodukuj–użyj–wyrzuć”.

GOZ jest też jednym z priorytetów polityki UE i Komisji Europejskiej, która w marcu 2020 roku przyjęła pakiet środków w celu szybszego przestawienia unijnej gospodarki na obieg zamknięty, wskazując, że jest to warunek osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku.

– W Polsce realizacja tej idei gospodarki obiegu zamkniętego jest właściwie dopiero na starcie – mówi Agnieszka Zdanowicz. – Jesteśmy na etapie implementacji tych rozwiązań, tworzenia map drogowych i regulacji.

Jak podkreśla, efektywne wdrożenie GOZ w Polsce będą warunkować przede wszystkim dwa elementy. Pierwszy to efektywna współpraca biznesu, administracji i wszystkich uczestników rynku w celu wypracowania wspólnych, efektywnych rozwiązań. Drugim są zaś odpowiednie regulacje, które będą zbieżne z wymogami Unii Europejskiej, a przy tym odpowiedzą na potrzeby przedsiębiorców i konsumentów.

– Musimy mieć dobrą legislację, która będzie działała długofalowo i wielowątkowo, musimy mieć współpracę w ramach całego łańcucha wartości i musimy mieć konsumenta, który będzie świadomy i zdecydowany na to, żeby zmienić swój model konsumpcji – podkreśla Anna Kozera-Szałkowska, dyrektor zarządzająca Plastics Europe Polska.

Wyniki badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia oraz Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazują rosnącą popularność koncepcji gospodarki współdzielenia w życiu Polaków. To bardzo dobra wiadomość, jeśli przypomnimy, że jedynie 9 proc. gospodarki światowej realizuje założenia modelu zamkniętego (GOZ), kluczowego dla zrównoważonego rozwoju. Polacy przeciwdziałają marnotrawstwu, korzystają z wypożyczalni i oddają niepotrzebne przedmioty. Równocześnie 70 proc. ankietowanych odpowiedzialność za recykling produktów przypisuje głównie producentom, a tylko co trzeci ma poczucie wpływu decyzji zakupowych na środowisko. Z kolei zdecydowana większość ankietowanych deklaruje, że jeżeli uda się wprowadzić produkty ekologiczne w porównywalnej cenie, będzie je nabywać. Konsumenci są więc otwarci na zmianę modeli biznesowych w kierunku lepszego wykorzystania zasobów oraz redefiniowania produktów i usług.

– Na dzisiaj GOZ to właściwie efekt dążeń konsumentów i to bardzo dobrze. To staje się modą, a coś, co jest modą, staje się popularne i wymusza dostosowanie modeli biznesowych firm i ich produktów do jakości, której oczekują konsumenci, do wyzwań prośrodowiskowych i ekologicznych, które są dla nich ważne. W tej chwili firmy dostosowują i certyfikują swoje produkty właśnie dlatego, że mają wysoko postawioną poprzeczkę przez konsumentów – mówi Agnieszka Zdanowicz.

Jako konsumenci musimy zwracać uwagę na to, co kupujemy, aby nasze wybory wpisywały się w ten zrównoważony rozwój. Każdy z nas jest elementem, który współtworzy te działania prośrodowiskowe i ekologiczne – dodaje Katarzyna Błachowicz, wiceprezes zarządu Klastra Gospodarki Odpadowej i Recyklingu – Krajowego Klastra Kluczowego. – Jednak w gospodarce obiegu zamkniętego jednym z kluczowych elementów jest recykling. Odpady musimy najpierw zebrać, potem przetworzyć, odzyskać surowce i ponownie oddać do obiegu.

Jak wskazuje, w efekcie regulacji wprowadzanych przez UE recykling odgrywa w polskiej gospodarce coraz ważniejszą rolę i rozwija się błyskawicznie, co widać chociażby na przykładzie elektroodpadów.

– Traktowany trochę po macoszemu, kilka lat temu z pewnym przymrużeniem oka, teraz jest bardzo nowoczesną branżą i gałęzią przemysłu, która rozwija się i pcha dalej zieloną transformację – mówi Katarzyna Błachowicz. – Na przestrzeni ostatniej dekady zakłady przetwarzania, które zajmowały się recyklingiem elektroodpadów, mocno się wyspecjalizowały. Normy, certyfikacje i przepisy prawne spowodowały, że dziś mówimy o zakładach bardzo nowoczesnych, które inwestują w przyszłość i działają na rynkach europejskich, jak i globalnych.

Eksperci są jednak zgodni, że w obszarze recyklingu Polska wciąż ma wiele pracy, aby sprostać unijnym wymogom i przestawić się na zamknięty obieg surowców.

– W Polsce recykling tworzyw sztucznych jest dziś na poziomie 27 proc. przy średniej europejskiej na poziomie 35 proc. Tak więc mamy jeszcze wiele do zrobienia, zwłaszcza w kontekście celów wyznaczonych przez pakiet GOZ, które mówią, że do 2025 roku powinniśmy poddać recyklingowi średnio 50 proc. opakowań z tworzyw sztucznych. Ten udział recyklatu na rynku musi się zwiększyć, według celów ustanowionych przez UE powinniśmy osiągnąć 10 mln ton w 2025 roku, a obecnie jesteśmy na poziomie 5 mln ton. Dlatego przede wszystkim potrzebne są inwestycje w nowe technologie, w tym m.in. w recykling chemiczny, który umożliwi pozyskanie większej ilości surowca z recyklingu – mówi Anna Kozera-Szałkowska, dyrektor zarządzająca Plastics Europe Polska.

Jak podaje Komisja Europejska, zastosowanie zasad GOZ w całej gospodarce UE może się przyczynić do zwiększenia unijnego PKB o dodatkowe 0,5 proc. do 2030 roku oraz stworzenia około 700 tys. nowych miejsc pracy. Skorzysta na tym również biznes, ponieważ przedsiębiorstwa produkcyjne w UE wydają średnio około 40 proc. środków na materiały, modele obiegu zamkniętego mogą zwiększyć ich rentowność i jednocześnie chronić je przed wahaniami cen zasobów.

Gospodarce o obiegu zamkniętym – w ujęciu polskim i europejskim – z perspektywy przemysłu poświęcone było Polish Circular Forum w Warszawie, zorganizowane przez Klaster Gospodarki Odpadowej i Recyklingu – Krajowy Klaster Kluczowy oraz stowarzyszenie producentów tworzyw sztucznych Plastics Europe Polska. Wydarzenie było skierowane m.in. do przedstawicieli biznesu w całym łańcuchu wartości – od producentów surowców po recyklerów, a także do administracji publicznej, organizacji branżowych i pozarządowych. Na Polish Circular Forum spotkali się przedstawiciele branż na co dzień mierzący się z wyzwaniami, jakie stawia m.in. Europejski Zielony Ład.

System gospodarowania odpadami w Polsce czeka rewolucja. Obecnie funkcjonujący system ROP jest nieefektywny i niezgodny z unijnym prawem

W ciągu najbliższych miesięcy Polska musi dostosować swój aktualny, nieefektywny system rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP) do wymogów unijnych. Zobowiązuje ją do tego, podobnie jak inne kraje członkowskie UE, przyjęty w 2018 roku tzw. pakiet odpadowy. Ministerstwo Klimatu i Środowiska wciąż pracuje nad przepisami w tym zakresie. – Ramy prawne dla systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta dla opakowań są niezwykle istotne, ponieważ to one zadecydują o jego efektywności – podkreśla Anna Sapota, wiceprezes spółki TOMRA, która przedstawiła rekomendacje co do warunków, jakie powinien spełniać skuteczny system ROP.

– Regulacje dotyczące rozszerzonej odpowiedzialności producentów będą mieć ogromne znaczenie, ponieważ obecnie funkcjonujący system jest nieefektywny i niezgodny z unijnymi dyrektywami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Sapota, wiceprezes ds. public affairs dla Europy Północno-Wschodniej w grupie TOMRA. – Tym, co może się zmienić, będzie dodatkowe finansowanie i rozwiązania, które mogą sprawić, że system zbiórki odpadów opakowaniowych będzie bardziej efektywny, że będziemy w stanie rozwijać recykling tych odpadów i lepiej projektować opakowania. Pojawi się ekoprojektowanie, więc będziemy mieli lepsze produkty, bardziej sprzyjające recyklingowi.

UE przyjęła w 2018 roku tzw. pakiet odpadowy, czyli nowelizację sześciu dyrektyw kluczowych z punktu widzenia rynku gospodarowania odpadami. Ma on przybliżyć państwa członkowskie do wdrożenia gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ). Jednym z ważniejszych elementów tego pakietu jest właśnie system rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP). Zakłada on, że producenci będą zobowiązani wziąć odpowiedzialność za cały cykl życia swoich opakowań – od projektu, poprzez produkcję, aż po zagospodarowanie odpadów. Innymi słowy: przedsiębiorstwa będą musiały współdzielić koszty selektywnej zbiórki, recyklingu i utylizacji odpadów, które powstały z ich produktów. Dziś odpowiedzialne są za to gminy, które przerzucają opłaty na mieszkańców.

Polska musi dostosować swój aktualny system do tych unijnych wymogów. Choć nowe przepisy miały wejść w życie od 2023 roku, to ich kształt na krajowym gruncie wciąż się waży. Jednym z najważniejszych założeń opublikowanego w zeszłym roku projektu nowelizacji ustawy o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi było wprowadzenie tzw. opłaty opakowaniowej – nazwanej przez część branży parapodatkiem – przeznaczonej na finansowanie zbiórki i recyklingu tej grupy odpadów w ramach gmin. Nowelizacja została jednak krytycznie oceniona przez samorządy, przedsiębiorców i branżę gospodarowania odpadami, a projekt utknął w resorcie środowiska.

Co istotne, wdrożenia ROP wyczekują gminy, które liczą, że część pieniędzy z tego systemu wesprze lokalne systemy gospodarki odpadami i odciąży mieszkańców. Producenci odpadów oczekują, aby nowy system był prosty i efektywny kosztowo, deklarując przy tym, że wezmą odpowiedzialność za swoje opakowania, ale pokrycie przez nich kosztów zbiórki i recyklingu powinno odpowiadać kosztom, które są realnie ponoszone przez gminy. W ich ocenie projekt zaproponowany przez MKiŚ nie spełni unijnych wymogów i stanie się de facto systemem opartym na parapodatku. Eksperci wskazują z kolei, że tak duża zmiana, jaką będzie wdrożenie w Polsce nowego systemu ROP, wymaga wielomiesięcznych przygotowań wszystkich uczestników systemu, dlatego wdrażające ją przepisy są potrzebne jak najszybciej.

TOMRA, na podstawie swojego 50-letniego doświadczenia i obecności na światowych rynkach, przygotowała raport „ROP bez tajemnic. Ramy polityki dla gospodarki o obiegu zamkniętym”, który może stanowić swoiste wsparcie dla decydentów pracujących nad implementacją systemu. Eksperci przeanalizowali w nim różne modele systemu rozszerzonej odpowiedzialności producentów odpadów opakowaniowych i wskazali konkretne narzędzia, które wpływają na ich efektywność.

Raport pokazuje m.in., że w związku z wdrożeniem ROP producenci muszą zapewniać dedykowane fundusze na własne opakowania. To może zachęcać ich do projektowania opakowań w duchu eko i zarządzania nimi zgodnie z hierarchią ważności odpadów, co z kolei przełoży się na bardziej efektywną ochronę środowiska. Dobrze zaprojektowane regulacje ROP wspierają cele zrównoważonego rozwoju, ale przy okazji mogą też motywować przedsiębiorstwa do inwestycji.

– W tym celu legislacja powinna opierać się na pięciu filarach: cyrkularności, wydajności, wygodzie konsumentów, odpowiedzialności producentów oraz transparentnym raportowaniu i kontroli całego tego systemu – wskazuje wiceprezes ds. public affairs dla Europy Północno-Wschodniej w grupie TOMRA.

Raport wskazuje na pięć zasad projektowania niezbędnych do skutecznego wdrożenia ROP. To cyrkularność, która nadaje priorytet hierarchii postępowania z odpadami, zachęca do ekoprojektowania i wykorzystuje wiarygodne protokoły pomiarowe. Kolejną zasadą jest wydajność, która obejmuje dobrze zdefiniowany zakres, jasne role i obowiązki oraz kompleksowe cele. Ważne są również wygodne i przyjazne dla użytkownika systemy zwiększające ilość cennych zasobów, które są zbierane i skutecznie przetwarzane. Czwartym elementem jest odpowiedzialność producenta, która ustanawia jasne zasady gospodarowania odpadami opakowaniowymi. Z kolei ostatni, ale nie mniej ważny punkt stanowi integralność systemu, która zapewnia przejrzystość i zgodność z przepisami, aby wspierać osiąganie celów.

Ubiegłoroczny raport Eunomia Research & Consulting na zlecenie TOMRA („Rozszerzona odpowiedzialność producenta dla Polski”) pokazuje też, że system rozszerzonej odpowiedzialności w Polsce nie ma szans zadziałać bez jednoczesnego wprowadzenia systemu kaucyjnego. Zgodnie z unijną dyrektywą Single Use Plastics do 2025 roku państwa członkowskie muszą bowiem osiągnąć określone poziomy selektywnej zbiórki opakowań plastikowych po napojach – 77 proc. w 2025 roku i 90 proc. w ciągu kolejnych dwóch lat.

– System kaucyjny to istotny element rozszerzonej odpowiedzialności producentów, ponieważ jest bardzo efektywnym sposobem zbiórki opakowań po napojach – podkreśla Anna Sapota. – Cieszę się, że Ministerstwo Klimatu i Środowiska zdecydowało się uregulować tę kwestię i wprowadzić taki system w Polsce. Jest on nam bardzo potrzebny ze względów środowiskowych i po to, aby wypełnić cele unijne.

Długo wyczekiwany przez branżę odpadową projekt przepisów, które mają wprowadzić w Polsce system kaucyjny, Ministerstwo Klimatu i Środowiska przedstawiło w końcówce stycznia br., a na początku czerwca został on nieco zaktualizowany. Zgodnie z nowymi propozycjami szerszy będzie katalog podmiotów objętych systemem. Kaucji będą więc podlegać butelki z tworzywa sztucznego o pojemności do 3 l, szklane butelki jednorazowego oraz wielokrotnego użytku o pojemności do 1,5 l, a także puszki aluminiowe do 1 l. Przy sprzedaży tego typu produktów ma być pobierana niewielka opłata, którą będzie można odzyskać w momencie zwrotu opakowań. Jej wysokość nie została sztywno określona przez MKiŚ, ale zgodnie z zapowiedzią zostanie to uregulowane w ustawie i rozporządzeniach.

System kaucyjny ma być powszechny i objąć cały kraj. Do odbierania pustych opakowań i odpadów objętych systemem oraz zwrotu kaucji będzie zobowiązany każdy sklep o powierzchni handlowej powyżej 100 mkw. Nowe przepisy mają w Polsce obowiązywać już od 2023 roku, a sklepy i sieci handlowe będą zobowiązane do wdrożenia ich najpóźniej w 2025 roku.

 Warto zwrócić uwagę na elementy, które mogą wpłynąć na efektywność systemu kaucyjnego i sprawić, że będzie działał naprawdę bardzo dobrze – wskazuje wiceprezes ds. public affairs dla Europy Północno-Wschodniej w grupie TOMRA. – Istotną kwestią jest jeden operator systemu i jedna wartość kaucji, bo dzięki temu system będzie bardziej zrozumiały i łatwiejszy dla konsumentów. Ważna jest też obowiązkowość tego systemu, która sprawi, że wszystkie produkty po napojach będą nim objęte.

Dynamika eksportu nieco wyhamowała. Trwa intensywne poszukiwanie nowych rynków

Wojna za naszą wschodnią granicą spowolniła tempo wzrostu polskiego eksportu, ale go nie zatrzymała. Analitycy z Ministerstwa Rozwoju i Technologii przewidują jego wzrost w tym roku pomimo zachwianych łańcuchów dostaw i rosnących kosztów surowców oraz pracy. Mają w tym pomóc działania proeksportowe, ukierunkowane na szukanie nowych rynków zbytu dla polskich towarów. Trwają także przygotowania do wznowienia eksportu do Ukrainy.

 Wszystko, co zakłóca bezpieczeństwo biznesu międzynarodowego, ma kolosalny wpływ na działalność przedsiębiorców, szczególnie takich, którzy są zorientowani na eksport, a polscy przedsiębiorcy w dużej mierze są mocno powiązani z rynkami zagranicznymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Salomon, zastępca dyrektora Departamentu Handlu i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.  Wszystko, co dotyczy więc zachwianych bądź czasami nawet zerwanych łańcuchów dostaw, bezpieczeństwa dostaw czy drożejących materiałów, wpływa oczywiście na ich sytuację. Natomiast polskie firmy od lat słyną z elastyczności w dopasowywaniu się do sytuacji kryzysowych i bardzo trudnych warunków.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w trakcie czterech miesięcy 2022 roku polskie firmy wyeksportowały towary o wartości 487 mld zł, czyli o 17,3 proc. więcej niż rok wcześniej. W dolarach odpowiada to kwocie 119,5 mld (wzrost o 8,5 proc.), zaś w euro – 106,2 mld (wzrost o 16,1 proc.). Różnice w dynamice wynikają z umacniania się dolara i słabnięcia złotego. W pierwszym kwartale wzrost eksportu był nieco wyższy i wyniósł 18 proc. w kwotach wyrażonych w złotych, 9,5 proc. w dolarach oraz 17,1 proc. w euro.

– Branże dominujące w eksporcie to tradycyjnie w dużej mierze przemysł maszynowy, sektor IT szeroko rozumiany – to są motory napędowe polskiego eksportu w I kwartale – mówi Tomasz Salomon.

Maszyny, urządzenia i sprzęt transportowy odpowiadały za 35,1 proc. eksportu w okresie styczeń – kwiecień br.

– Trudno przewidywać, jakie będą wyniki eksportu w dłuższej perspektywie, ponieważ nie wiemy, jak będzie się rozwijać sytuacja na rynkach międzynarodowych. Wychodzimy z założenia, że będzie mieć miejsce spowolnienie tempa wzrostu polskiego eksportu tak długo, jak mamy do czynienia z utrzymaniem niepewności na rynkach międzynarodowych, natomiast nasi analitycy mimo wszystko przewidują wzrost eksportu polskiego w tym roku – podkreśla przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju i Technologii.

Największy udział w eksporcie ogółem Polska ma z krajami rozwiniętymi – 88,1 proc. (w tym UE – 76,3 proc.). W handlu z tą grupą krajów mamy także dodatnie saldo (eksport jest wyższy niż import), podczas gdy zarówno w handlu z krajami rozwijającymi się, jak i krajami naszego regionu jest ono ujemne. 

 Staramy się znaleźć nowych odbiorców dla naszych eksporterów na rynkach zagranicznych, takich, które dotychczas były w mniejszym stopniu penetrowane albo czasami wcale – mówi Tomasz Salomon. − Te nowe rynki oznaczają również takie, na których firmy są już obecne, ale mają szansę, żeby być na nich w większym wymiarze.

Niezmiennie największym odbiorcą polskich towarów pozostaje rynek niemiecki, który odpowiada za 27,8 proc. wartości całego polskiego wywozu. Kolejne miejsca zajmują Czechy (6,4 proc.), Francja (5,8 proc.) oraz Wielka Brytania (5,1 proc.). Udział Czech i Wielkiej Brytanii zwiększył się nieco w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, udział Francji i Niemiec lekko spadł. Spośród 10 największych importerów polskich wyrobów najmocniej zwiększył się udział Stanów Zjednoczonych – z 2,5 proc. do 3,1 proc., czyli o niemal jedną czwartą. Daje im to siódme miejsce, po Włoszech i Holandii.

– Stany Zjednoczone są bardzo ciekawym rynkiem, nie nowym w znaczeniu rozpoczęcia eksportu, ale bardzo szybko i dynamicznie rosnącym. Na pewno są to także rynki bliskowschodnie, w dużej mierze jest to efekt naszej wzmożonej akcji promocyjnej przy okazji Expo w Dubaju. Obecność na targach w regionie przynosi owoce. Planujemy działania związane z kolejnym Expo w Japonii, w Osace i pewnie też będzie to dobry pretekst, żeby podbijać nie tylko rynek japoński, ale też inne rynki dalekowschodnie – mówi zastępca dyrektora Departamentu Handlu i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.

Ministerstwo wspólnie z Polską Agencją Inwestycji i Handlu przygotowuje się także do wznowienia eksportu na rynek ukraiński. Na początku czerwca ruszył nabór firm zainteresowanych powrotem na sąsiedni rynek i udziałem w odbudowie tamtejszej gospodarki. W pierwszej fazie projektu polscy przedsiębiorcy wezmą udział w konsultacjach, które będą mieć na celu stworzenie założeń bezpiecznego rozwoju handlu oraz procesu odbudowy. Warunkiem uczestnictwa jest brak współpracy z podmiotami z Rosji i Białorusi, które są objęte sankcjami. Od 13 czerwca firmy mogą także ponownie ubezpieczać w KUKE sprzedaż do Ukrainy dóbr i usług, które nie są objęte moratorium płatniczym (ogłoszonym przez bank centralny Ukrainy po wybuchu wojny). Minister rozwoju i technologii Waldemar Buda podkreślił, że jest to nie tylko odpowiedź na apele polskiego biznesu, lecz także gest solidarności i wsparcia dla ukraińskiej gospodarki. W ubiegłym roku KUKE ubezpieczyła eksportowane na rynek ukraiński towary i usługi o wartości 1,5 mld zł. Tym samym objęła ochroną 5 proc. całości eksportu do Ukrainy.

28 koncernów wspólnie pracuje nad innowacjami w polskiej medycynie. Agencja Badań Medycznych połączy ich ze środowiskiem naukowym

Inicjatywa Warsaw Health Innovation Hub, która w przyszłości ma stanowić zalążek pierwszej Polskiej Doliny Medycznej, błyskawicznie się rozwija. Liczba firm, które w niej uczestniczą, wzrosła z początkowych pięciu do blisko trzydziestu. W przygotowaniu są też pierwsze projekty, a WHIH rozmawia o potencjalnej współpracy z wiodącymi ośrodkami naukowymi w kraju i za granicą. – WHIH to swego rodzaju katalizator do tworzenia nowych, innowacyjnych rozwiązań w obszarze ochrony zdrowia – podkreśla Karolina Nowak z Agencji Badań Medycznych. 

– Warsaw Health Innovation Hub działa od 11 miesięcy. Aktualnie jesteśmy w fazie budowania strategii dla sektora akademickiego. Rozpoczęliśmy też prace nad dwoma projektami, gdzie w jednym z nich liderem jest Polpharma, w drugim projekcie – AstraZeneca. Jesteśmy na etapie bardzo zaawansowanych prac nad trzecim projektem, ale ciągle zgłaszane są też nowe pomysły, więc mamy nadzieję, że do końca 2022 roku będzie ich już co najmniej pięć – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Nowak, dyrektor Wydziału Innowacji i Rozwoju Biotechnologii, Agencja Badań Medycznych.

Warsaw Health Innovation Hub (WHIH) – utworzony przez Agencję Badań Medycznych w czerwcu ubiegłego roku – ma być katalizatorem współpracy środowiska medycznego i naukowego z biznesem. Jego celem jest rozwój sektora biotechnologii i tworzenie medycznych innowacji, z których następnie będą mogli skorzystać polscy pacjenci. W ciągu ostatniego roku do inicjatywy dołączyło już blisko 30 firm z sektora medycyny, technologii, farmacji i biotechnologii. WHIH ma stworzyć warunki, które pozwolą na szybkie przekształcanie pomysłów w nowe produkty i usługi. Pierwsze projekty są już gotowe i dotyczą m.in. wykorzystania sztucznej inteligencji oraz personalizowania terapii w onkologii.

– WHIH skupia najważniejsze firmy działające w szeroko rozumianej branży medycznej. My z kolei – jako Politechnika Śląska i Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia – oferujemy ogromne zaplecze badawcze, potencjał naukowy i wieloletnie doświadczenie. Politechnika Śląska jest często kojarzona z przemysłem ciężkim i górniczym, ale technologie medyczne były tu rozwijane z sukcesem już od lat 60. Liczymy więc, że nasze wieloletnie doświadczenie, ten potencjał połączony ze współpracą z czołowymi liderami w branży medycznej, zaowocuje efektywnym transferem technologii i powstawaniem nowych produktów – mówi prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk, rektor Politechniki Śląskiej.

– Realizowanie wspólnych projektów z partnerami biznesowymi ma na celu szybszy rozwój całego sektora biomedycznego – dodaje Karolina Nowak.

Jak wskazuje, w Polsce projekty naukowe nadal najczęściej trafiają na półkę. Know-how, które wnoszą partnerzy biznesowi w ramach WHIH, ma umożliwić ich efektywną komercjalizację i wdrożenie.

Warsaw Health Innovation Hub zrzesza firmy posiadające wysoką ekspertyzę w zakresie np. farmacji, rozwoju nowych technologii medycznych czy zarządzaniu danymi. Jestem przekonany, że działania podjęte przez partnerów WHIH przyczynią się do rozwoju innowacyjnych rozwiązań medycznych, służących poprawie zdrowia pacjentów oraz zwiększeniu wydajności systemu ochrony zdrowia w Polsce, adresując jednocześnie najbardziej palące problemy i wyzwania, które stoją przed tym sektorem – mówi Michał Grzybowski, prezes zarządu Philips Polska.

Model działania WHIH zakłada, że prywatni partnerzy będą we własnym zakresie inicjować i finansować projekty ukierunkowane na tworzenie innowacji wspierających polską służbę zdrowia. Ponadto, w ramach funduszy grantowych, będą też inwestować w najlepsze zespoły badawcze z Polski i opracowywane przez nie rozwiązania. Dzięki temu polscy naukowcy zyskają możliwość współpracy z największymi, globalnym firmami. Rozwijane przez nich rozwiązania mają zaś skupiać się na trzech obszarach: innowacjach farmaceutycznych, innowacjach w zakresie wyrobów medycznych oraz cyfrowych rozwiązaniach dedykowanych służbie zdrowia.

– Nieustannie obserwujemy rozwój rozwiązań opartych na nowych technologiach. Już teraz medyczne urządzenia przenośne pomagają monitorować stan zdrowia pacjenta z każdego miejsca, w którym dany pacjent aktualnie się znajduje. Coraz więcej mówi się o tym, że w przyszłości to dom pacjenta stanowić będzie centralny punkt opieki zdrowotnej, szpital natomiast będzie pełnić funkcję nadrzędnej jednostki zarządzania zdrowiem pacjenta. Kierunkiem rozwoju sektora ochrony zdrowia są więc rozwiązania IT, które będą to uwzględniać – mówi Michał Grzybowski. – Wydaje się również, że sektor ochrony zdrowia będzie coraz bardziej skupiał się na rozwiązaniach uwzględniających cele zrównoważonego rozwoju, takich, które przyczyniają się do ochrony środowiska czy gospodarowania w ramach obiegu zamkniętego. To obejmuje np. gospodarowanie odpadami czy zarządzanie flotą urządzeń w szpitalach.

Obok Philipsa, który dołączył do Warsaw Health Innovation Hub jako pierwsza firma z branży medtech, członkami inicjatywy są też m.in. AstraZeneca, Microsoft, Polpharma i Roche. W przyszłości na bazie WHIH ma powstać zalążek pierwszej Polskiej Doliny Medycznej, która jeszcze ściślej połączy środowisko akademickie z biznesem.

– W tym momencie jesteśmy w fazie rozwoju, prowadzimy też rozmowy z wiodącymi ośrodkami zagranicznymi oraz instytucjami finansującymi z zagranicy – informuje dyrektor Wydziału Innowacji i Rozwoju Biotechnologii ABM.

Na początku czerwca rada Warsaw Health Innovation Hub spotkała się w Zabrzu w Europejskim Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia w Zabrzu (EHTIC). Otwarte w ubiegłym roku centrum jest  wspólnym projektem Politechniki Śląskiej, miasta Zabrze oraz firmy Philips. Jednym z realizowanych przez centrum projektów jest program badań piłkarzy, którego celem jest wspomaganie treningu, poprawa wydajności podczas meczu i zapobieganie kontuzjom.

Fundusz z Tajwanu szuka nad Wisłą start-upów. Chce w nie zainwestować 200 mln dolarów

Tajwańska spółka Taiwania Capital chce zainwestować w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce, 200 mln dol. Fundusz zajmuje się finansowaniem początkujących biznesów z różnych obszarów technologii. Jej prezes podkreśla, że obie strony mają sobie wiele do zaoferowania. Jest też pod wrażeniem polskiego ekosystemu start-upów.

Poszukujemy partnerów biznesowych. Jesteśmy zainteresowani nawiązaniem współpracy i możliwością inwestowania w start-upy w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes David Weng, dyrektor generalny firmy Taiwania Capital z Tajwanu. – Koncentrujemy się na branży zaawansowanych technologii, na obszarze hard tech, deep tech, z uwzględnieniem sektora bio tech. Poszukujemy więc nowo powstałych firm technologicznych, z którymi moglibyśmy współpracować.

Hard tech(nology) i deep tech to firmy typu start-up, których celem jest dostarczanie rozwiązań technologicznych opartych na poważnych wyzwaniach naukowych lub inżynieryjnych. Ich prace wymagają długotrwałych badań i rozwoju oraz dużych inwestycji kapitałowych, zanim dojdzie do komercjalizacji. Generują one cenną własność intelektualną i są trudne do skopiowania.

Taiwania Capital w marcu 2022 roku utworzyła specjalny fundusz skupiający się na krajach naszego regionu. Otworzyła już przedstawicielstwa w Polsce, Czechach, Słowacji, Węgrzech, Litwie, Łotwie oraz w Austrii. Fundusz ten dysponuje 200 mln dol. Zainteresowany jest inwestycjami w takich obszarach jak półprzewodniki, optyka laserowa, biotechnologia, przestrzeń kosmiczna, samochody elektryczne, fintech, przemysł 4.0, oprogramowanie czy inteligentne miasta.

– Jestem  pod wrażeniem ekosystemu start-upów w tym kraju  i jest on dla mnie niezwykle interesujący. Myślę, że jest to bardzo dynamicznie i szybko rozwijające się środowisko. Jesteśmy spółką venture capital i chcemy zainwestować 200 mln dol. amerykańskich w tutejszy ekosystem start-upów – deklaruje David Weng. – Mam nadzieję nawiązać tu przyjaźnie, relacje przedsiębiorcze i długoterminowe partnerstwa strategiczne między Tajwanem i Polską.

W maju wiceminister rozwoju i technologii pojechał na Tajwan z misją gospodarczą, na którą złożyły się X Polsko-Tajwańskie Konsultacje Gospodarcze, spotkania z przedstawicielami tajwańskiego biznesu, nauki i administracji, a także podpisanie porozumień o współpracy w zakresie badań, rozwoju oraz fora inwestycyjne w Tajpej i Kaohsiung. Główne dziedziny współpracy, w których Polska chce współpracować z Tajwanem, to półprzewodniki, elektromobilność i wodór.

Jak podaje MRiT, Tajwan jest obecnie siódmym partnerem handlowym Polski w regionie Azji i Pacyfiku. W 2021 roku obroty handlowe osiągnęły ponad 2,6 mld dol., co oznacza wzrost o 33 proc. rok do roku. W pierwszych dwóch miesiącach 2022 roku handel dwustronny wzrósł o prawie 50 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Z kolei tajwańskie firmy kontynuujące swoją działalność inwestycyjną w Polsce utworzyły blisko 3 tys. miejsc pracy.

Moim zdaniem Tajwan ma wiele do zaoferowania. Dysponuje przemysłem zaawansowanych technologii, między innymi w sektorach półprzewodników, układów scalonych i ICT. Mamy dobre podstawy do współpracy z Polską w dalszej perspektywie – przekonuje dyrektor generalny Taiwania Capital.