Załamanie inwestycji infrastrukturalnych w kolejnictwie. Firmy już zaczęły zwalniać, a bez nowych kontraktów grozi im fala upadłości

 Jeżeli w krótkim czasie nie zostaną ogłoszone i rozstrzygnięte nowe przetargi, to szereg firm z obszaru infrastruktury kolejowej może po prostu zwijać swoją działalność – przestrzega Maciej Gładyga, dyrektor zarządzający Izby Gospodarczej Transportu Lądowego. Jak wskazuje, problemem są opóźnienia w przekazywaniu unijnych funduszy, przez które PKP PLK, czyli główny zamawiający w obszarze kolejnictwa, musi wstrzymywać nowe zamówienia. Tymczasem bez nowych kontraktów i waloryzacji tych już realizowanych firmom z branży kolejowej, które już zaczęły zwolnienia pracowników, grozi w nadchodzących miesiącach fala upadłości.

 Sytuacja firm, które realizują inwestycje infrastrukturalne na kolei, jest obecnie trudna. Oczywiście to też zależy od specyfiki poszczególnych przedsiębiorstw. Niektóre z nich to ogromne, zdywersyfikowane firmy budowlane, które mają też segmenty kubaturowy, drogowy czy energetyczny. Te firmy są dziś w lepszej kondycji. Natomiast jest też szereg firm wyspecjalizowanych w infrastrukturze kolejowej i ponieważ od wielu miesięcy nie ma rozstrzyganych nowych przetargów bądź są to tylko pojedyncze, mniejsze przetargi, to kondycja tych firm jest obecnie bardzo trudna – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Gładyga.

Jak wskazuje, w relatywnie najgorszej sytuacji znajdują się w tej chwili producenci materiałów i wyrobów na rzecz infrastruktury kolejowej.

– Zamówień na 2023 rok jest jak na lekarstwo i część z tych firm już rozpoczęła zwolnienia, liczone już w setkach pracowników. Jeśli szybko nie zostaną wprowadzone jakieś rozwiązania pozwalające na rozstrzyganie kolejnych przetargów, to nad wieloma producentami i mniejszymi firmami wisi widmo bankructwa – podkreśla dyrektor zarządzający Izby Gospodarczej Transportu Lądowego.

Problemy dotykają branżę już od ok. 1,5 roku. Jej przedstawiciele wskazują, że główny zamawiający w obszarze kolejnictwa, czyli PKP PLK, ma szuflady pełne projektów i dokumentacji gotowej do podpisania z wykonawcami, więc teoretycznie można by ogłaszać przetargi, ale problemem są opóźnienia w przekazywaniu unijnych funduszy. W Polsce inwestycje kolejowe są bowiem uzależnione głównie od środków z UE. Branża mówi wprost o załamaniu rynku inwestycji infrastrukturalnych w kolejnictwie. Wiceminister infrastruktury zapowiedział niedawno, że w tym roku planowane jest ogłoszenie przetargów o wartości 15–20 mld zł.

Jeżeli w krótkim czasie nie zostaną ogłoszone i rozstrzygnięte nowe przetargi – w liczbie i wartości odpowiedniej dla kondycji rynku – to szereg firm z obszaru infrastruktury kolejowej może po prostu zwijać swoją działalność – mówi Maciej Gładyga.

Ponieważ firmy, które realizują inwestycje infrastrukturalne na kolei, funkcjonują od jednej perspektywy finansowej UE do kolejnej, branża już od lat apeluje do rządu o wypracowanie innych mechanizmów finansowania takich projektów, aby zniwelować spadek inwestycji w okresach pomiędzy kolejnymi siedmiolatkami.

Brak nowych zamówień i umów nie jest jednak jedynym problemem. Pieniądze – kiedy już się pojawią – zasilą przede wszystkim budżety wykonawców robót, nie producentów materiałów na rzecz infrastruktury kolejowej, którzy umowy na dostawy zawierają na bieżąco. Firmy obawiają się też kumulacji nowych zamówień i wydatków, która tradycyjnie już pojawia się pod koniec każdej siedmiolatki. Poturbowana branża będzie miała trudne zadanie, żeby wszystkie te inwestycje zrealizować.

– Poważnym problemem jest też brak waloryzacji kontraktów kolejowych – wskazuje dyrektor zarządzający Izby Gospodarczej Transportu Lądowego. – O wzroście cen energii, materiałów, paliw i robocizny wszyscy wiemy, a mimo to dalej nie mamy zwaloryzowanych kontraktów, co powoduje, że część realizowanych projektów jest dla firm po prostu nierentowna. A niestety generalni wykonawcy nie mogą nie waloryzować swoich dostawców i podwykonawców, bo wtedy nie byliby w stanie wykańczać budów, które rozpoczęli. Mamy więc do czynienia z sytuacją, kiedy dla wielu firm rentowność realizowanych inwestycji stoi pod znakiem zapytania. I to powinno się zmienić.

Oparte na sztucznej inteligencji systemy oceny obywateli mogą prowadzić do wielu nadużyć. Unijne prawo ma ich zakazać

– W przyszłości państwo będzie mogło dokonywać oceny wiarygodności obywatela z użyciem systemów sztucznej inteligencji, ale tylko w pewnym, bardzo ograniczonym zakresie. Jak będzie to wyglądało, zależy od tego, jak zostaną zaprojektowane i wdrożone przepisy na poziomie Unii Europejskiej – mówi Michał Nowakowski, prawnik z kancelarii Maruta Wachta. Jak zauważa, w Polsce nie ma w tej chwili przepisów, które w sposób precyzyjny regulowałyby zasady wykorzystywania systemów AI do oceny obywateli, więc ich prywatność chronią ogólne przepisy konstytucyjne i dotyczące praw człowieka. Tego typu systemy w rękach przestępców mogą być poważnym zagrożeniem. Jak to działa w praktyce, pokazuje przykład Chin.

Scoring społeczny – czyli wdrażany obecnie w Chinach tzw. system zaufania społecznego – to system monitorowania i oceniania zachowań obywateli pod kątem zgodności z prawem i zasadami współżycia społecznego.

– Przykładowo za działanie na rzecz partii rządzącej w Chinach dostajemy dodatkowe punkty, a w przypadku wykroczenia albo działania wbrew wartościom wyznawanym przez partię są punkty ujemne. W konsekwencji, jeżeli będziemy mieć określony poziom punktów, wyższy lub niższy, możemy uzyskać jakieś benefity albo w drugą stronę – mieć problem z dostępem do usług administracji czy uzyskaniem kredytu. W ten właśnie sposób ma działać scoring społeczny w Chinach, natomiast dzisiaj nie wiemy tak naprawdę, co za tym wszystkim stoi – mówi agencji Newseria Biznes Michał Nowakowski.

System opiera się na bazach danych, do których trafiają informacje m.in. z organów administracji publicznej, sądów, państwowych rejestrów, ale również z monitoringów miejskich czy aplikacji mobilnych.

– Scoring społeczny w Chinach ewoluuje, od kilkunastu lat są prowadzone różnego rodzaju prace, które zmierzają do tego, żeby wybrać optymalny model, oczywiście z punktu widzenia państwa, ale niekoniecznie obywateli czy przedsiębiorstw – podkreśla prawnik.

Chiński system zaufania społecznego odnosi się do niemal każdej dziedziny życia. Obywatele mają naliczane punkty ujemne m.in. za nieodpowiednie zachowanie, niszczenie mienia publicznego, opóźnienie w zapłacie podatków i składek na ubezpieczenie społeczne, wykroczenia drogowe i uczestnictwo w protestach, które nie zostały uznane przez władze za legalne. System wkracza nawet w sferę prywatną, ponieważ ujemne punkty można dostać np. za zaniedbywanie rodziny albo szerzenie nieprawdziwych informacji na chińskim komunikatorze WeChat. Pozytywnie punktowana jest za to np. praca społeczna, działania na rzecz partii rządzącej i wysokie lokaty w zawodach sportowych.

Wysoka punktacja jest źródłem nobilitacji i benefitów, do których zalicza się np. możliwość posłania dzieci do dobrych szkół. Natomiast obywatele z niską oceną muszą się liczyć z utrudnieniami w codziennym życiu, takimi jak np. problemy z otrzymaniem kredytu czy dostępem do usług. Co istotne, dostęp do chińskiego systemu zaufania społecznego mają nie tylko instytucje rządowe, ale i podmioty prywatne. To zaś budzi duże kontrowersje, ponieważ może prowadzić wprost do dyskryminacji obywateli na wielu płaszczyznach ich życia.

– Z punktu widzenia przeciętnego człowieka to jest ogromne naruszenie prywatności, ponieważ scoring społeczny jest też połączony z kwestią identyfikacji biometrycznej, w tym wykorzystania np. biometrii behawioralnej. Już dzisiaj w Chinach zainstalowana jest ogromna liczba kamer, które monitorują zachowania tamtejszych obywateli, dzięki czemu państwo jest w stanie kontrolować, dodawać albo odejmować im punkty – mówi Michał Nowakowski.

Oprócz zwykłych obywateli chińskim systemem scoringu objęci są też przedsiębiorcy, którzy mają odrębny system oceniania i naliczania dodatnich i ujemnych punktów. To zaś może stanowić wyzwanie i problem dla zagranicznych podmiotów, które planują ekspansję na tamtejszym rynku.

W Chinach przedsiębiorstwa, które nie realizują określonych założeń, mogą mieć trudności np. z uzyskaniem dodatkowego finansowania czy w ogóle z wejściem na rynek. Z punktu widzenia państwa jest to idealny sposób na to, żeby trzymać w ryzach tych niepokornych – mówi prawnik z kancelarii Maruta Wachta.

Jak wskazuje, takie profilowanie obywateli i firm wspiera coraz większa skuteczność systemów sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, które mogą posłużyć do identyfikacji biometrycznej i behawioralnej.

– Sztuczna inteligencja w rękach państwa może być ogromnym zagrożeniem. Wszystko zależy od tego, jak państwo będzie chciało ją wykorzystać – mówi Michał Nowakowski. – Do tego, żeby ocenić, czy w Polsce są albo będą wykorzystywane tego typu systemy, potrzebujemy określonych rozwiązań prawnych, które pozwolą nam jako obywatelom na uzyskanie informacji na ten temat. Oczywiście możemy robić to w ramach już istniejących pytań, które zadajemy instytucjom państwowym, natomiast nie zawsze uzyskamy określoną odpowiedź. Ważne jest też w tym kontekście to, że niektóre organy czy instytucje zaczynają już wykorzystywać tego typu systemy.

Ekspert zauważa, że w Polsce nie obowiązują w tej chwili przepisy, które w sposób precyzyjny regulowałyby zasady wykorzystywania systemów sztucznej inteligencji. Prywatność obywateli przed stosowaniem tego typu praktyk chronią art. 32. i 33 Konstytucji RP oraz art. 20 do 26 Karty praw podstawowych, które traktują o równości i zakazie dyskryminacji.

– Państwo, bazując na istniejących przepisach zarówno o ochronie danych osobowych, jak i Konstytucji, zasadniczo nie powinno wykorzystywać wrażliwych informacji do przyznawania albo odbierania świadczeń. Natomiast wprost takiego zakazu w tej chwili nie mamy – wyjaśnia prawnik. – To ma się zmienić z wejściem w życie unijnego rozporządzenia w sprawie sztucznej inteligencji, które w art. 5 ma wprost zakazywać stosowania scoringu społecznego, czyli dokonywania oceny wiarygodności obywatela pod kątem pewnych cech wrażliwych, np. tego, z jaką partią sympatyzuje albo jaką ma orientację seksualną. To ma być zakazane, ale oczywiście te przepisy jeszcze się tworzą i ich ostateczny kształt nie jest jasny.

Unijny Akt o sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence Act), który ma wdrożyć bardziej precyzyjne regulacje dotyczące AI, w aktualnym kształcie zakazuje profilowania obywateli. Prace nad dokumentem, który został opublikowany przez Komisję Europejską w kwietniu 2021 roku, trwają. Zdaniem eksperta nowej regulacji, jeśli zostanie przyjęta w takim kształcie, będzie towarzyszyć szereg wątpliwości, chociażby dotyczących tego, które istniejące i stosowane systemy zostaną zaliczone do tej kategorii i co wówczas z nimi zrobić. Innym ważnym wyzwaniem będzie też kwestia ochrony prywatności i danych osobowych. Co istotne, jest to pierwsza na świecie próba kompleksowego uregulowania prawnego systemów AI i ich zastosowań, która może w przyszłości wywrzeć wpływ na ich rozwój i ustawodawstwo także w innych krajach, poza Unią Europejską.

– Myślę, że w przyszłości państwo będzie mogło dokonywać oceny wiarygodności obywatela z użyciem systemów sztucznej inteligencji, ale tylko w pewnym, bardzo ograniczonym zakresie. Jak będzie to wyglądało, zależy od tego, jak zostaną zaprojektowane i wdrożone przepisy na poziomie Unii Europejskiej. Natomiast trzeba też pamiętać o tym, że niezwykle istotna w tym kontekście jest też kwestia pewnej przejrzystości, transparentności państwa względem obywatela – mówi Michał Nowakowski.

Unijne embarga na ropę i produkty ropopochodne mocno uderzą w tym roku w rosyjski budżet. Pierwsze efekty już są widoczne

Embargo na import ropy surowej do UE zostało wprowadzone dopiero 5 grudnia ub.r., embargo na import produktów naftowych zaczęło obowiązywać 5 lutego br. Dlatego musimy jeszcze przez chwilę uzbroić się w cierpliwość, bo tak naprawdę większość tych restrykcji będzie miała negatywne konsekwencje finansowe dla Rosji dopiero w tym roku – mówi dr Szymon Kardaś z European Council on Foreign Relations. Jak wskazuje, Rosji udało się już znaleźć alternatywne rynki dla dużej części dotychczasowego eksportu ropy, ale w przypadku produktów ropopochodnych – paliw, oleju napędowego i opałowego – będzie to już dużo trudniejsze. Dlatego w praktyce będzie to jedna z najdotkliwszych do tej pory sankcji wymierzonych w Rosję w związku z jej napaścią na Ukrainę.

– Te sankcje, które weszły w życie 5 lutego br., uderzą w Rosję, ponieważ bardzo trudno będzie jej znaleźć alternatywne rynki dla produktów naftowych do tej pory sprzedawanych w Europie. Przypomnę, że jeszcze przed wojną, w 2021 roku, udział Unii Europejskiej w rosyjskim eksporcie produktów naftowych na rynki zewnętrzne sięgał 62 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr Szymon Kardaś.

W ramach unijnych sankcji 5 grudnia ub.r. weszło w życie embargo na import rosyjskiej ropy naftowej drogą morską do państw UE. Razem z embargiem na import produktów ropopochodnych są to odsunięte w czasie mechanizmy pakietu sankcyjnego, który UE przyjęła na początku czerwca ub.r. i który – jak podkreślają eksperci – ma być dla Rosji najbardziej dotkliwy. Jak podaje Polski Instytut Ekonomiczny, przed wojną Unia Europejska importowała z Rosji blisko 3 mln baryłek ropy dziennie. Państwa UE łącznie odpowiadały też za ok. 40 proc. rosyjskich zysków związanych z eksportem ropy. To istotne o tyle, że sprzedaż ropy i innych paliw jest podstawowym źródłem dochodu Federacji Rosyjskiej. Odpowiada za ok. 1/3 dochodów rosyjskiego budżetu centralnego, w dużym stopniu finansując kremlowską machinę wojenną.

Rosja oczywiście próbuje znaleźć substytucję dla rynku europejskiego i deklaruje wolę szukania alternatyw, zarówno jeśli idzie o eksport naftowy, jak i gazowy, ale otwarte pozostaje pytanie, na ile te plany okażą się możliwe do realizacji w horyzoncie tego roku i kolejnych lat. W przypadku ropy surowej sytuacja jest trochę prostsza, dlatego że łatwiej jest przekierowywać ją na tak chłonne rynki jak np. chiński czy indyjski – tłumaczy ekspert European Council on Foreign Relations.

Jak wskazuje, unijne sankcje zmusiły Rosję do przekierowania eksportu ok. 70–80 mln ton ropy. Duża jej część trafia obecnie do Chin i Indii, które w ubiegłym roku znacząco zwiększyły zakupy rosyjskiej ropy surowej – z ok. 1,5 mln t w 2021 roku do ponad 20 mln t w ciągu 10 miesięcy ub.r. Agencja Reuters podała, że styczniowy import rosyjskiej ropy do Indii był o ponad 9 proc wyższy niż w grudniu. To wciąż może jednak nie zrekompensować strat związanych z brakiem dostępu do unijnego rynku.

Część ropy pewnie się uda na tych rynkach sprzedać, ale mam wątpliwości, czy wszystko – podkreśla dr Szymon Kardaś. – Sytuacja jest trudniejsza w przypadku rosyjskich produktów naftowych, bo tutaj znalezienie alternatywnych rynków zbytu jest dużo trudniejsze niż w przypadku ropy surowej. Kraje takie jak Indie i Chiny – chociaż kupują więcej rosyjskiej ropy surowej – nie są specjalnie zainteresowane zwiększaniem importu produktów naftowych. Mają po prostu własne rafinerie i produkcję. Dlatego najprawdopodobniej będzie to oznaczać konieczność ograniczenia przetwórstwa naftowego w Rosji. A to z kolei może mieć przełożenie na poziom wydobycia, czyli krótko mówiąc: może zmusić Rosję do zmniejszenia poziomu wydobycia ropy.

W jego ocenie Rosja próbuje różnymi sposobami obchodzić unijne sankcje. Rosyjska ropa trafia np. do krajów takich jak Singapur czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie jest mieszana z innym surowcem i ponownie trafia na rynek pod zmienionym szyldem.

Zamiar jest taki, aby w ten sposób dostarczać tę ropę do państw, które formalnie wprowadziły embargo. Myślę, że w tym roku będzie się pojawiać więcej branżowych doniesień dotyczących takich prób obchodzenia sankcji, dlatego bardzo ważne jest, aby monitorować przestrzeganie restrykcji wobec rosyjskiego sektora energetycznego i wychwytywać tego typu sytuacje – mówi ekspert European Council on Foreign Relations. – Oczywiście jest też druga, europejska strona medalu, ponieważ dotąd byliśmy w pewnym stopniu uzależnieni od dostaw produktów naftowych z Rosji. W UE podjęto już pewne kroki, które mają na celu znalezienie substytucji, czyli zwiększenie importu z państw takich jak USA, Indie czy kraje Bliskiego Wschodu. Pytanie oczywiście, jakie będą koszty tej substytucji i czy w krótkim czasie uda się w pełni zastąpić rosyjskie produkty ropopochodne. Pod tym względem 2023 rok będzie okresem testowym dla wszystkich.

Wyzwaniem dla rosyjskiej gospodarki będzie także spadek ceny ropy, m.in. Urals. Eksperci PIE przypominają, że w tegorocznym budżecie przyjęto jej cenę na poziomie 70 dol. za baryłkę, a od grudnia oscyluje ona w okolicach 50 dol. Dochody budżetowe Rosji z podatków od wydobycia i eksportu ropy mogą być więc znacząco przeszacowane. Dodatkowo surowiec płynie do Indii czy Chin po mocno przecenionych stawkach.

Musimy jeszcze przez chwilę uzbroić się w cierpliwość, bo tak naprawdę większość tych restrykcji będzie miała negatywne konsekwencje finansowe dla Rosji dopiero w tym roku – mówi dr Szymon Kardaś. – Ubiegły rok Rosjanie zamknęli dobrze, co jednak było efektem wysokich cen ropy naftowej i gazu, które utrzymywały się przez większość roku. Dlatego nawet spadające wolumeny dostaw do europejskich odbiorców nie przekładały się na spadek wpływów z eksportu. Natomiast w tym roku bardzo niskie ceny ropy w połączeniu z unijnym embargiem mogą już dużo poważniej przełożyć się na spadek wpływów do rosyjskiego budżetu.

Po pandemii trzykrotnie wzrosła liczba przepięć elektrycznych. Dla właścicieli mieszkań często są kosztowne w skutkach

Wyładowania atmosferyczne podczas burzy, przełączenia w obwodzie czy zwykła awaria mogą być źródłem przepięcia w domowej sieci, którego skutkiem może się okazać całkowite zniszczenie podłączonych do niej urządzeń, takich jak komputer, sprzęt audio czy smartfon, który był akurat podłączony do ładowania. Po pandemii, podczas której w domach pojawiło się więcej elektroniki do zdalnej pracy i nauki, liczba takich szkód wzrosła aż trzykrotnie – wynika z danych Compensy. Ubezpieczyciel przypomina, że ochrona przed skutkami przepięcia prądu jest dostępna w formie ubezpieczenia i warto o niej pomyśleć zwłaszcza w sezonie zimowym, kiedy do instalacji elektrycznej podłączonych jest więcej urządzeń grzewczych.

– Przepięcie to nagły i krótkotrwały wzrost napięcia sieci elektrycznej, wyższy od napięcia znamionowego określonego dla danego urządzenia bądź instalacji. W sezonie wiosenno-letnim obserwujemy zwiększoną liczbę szkód przepięciowych spowodowanych wyładowaniami atmosferycznymi. Z kolei w sezonie zimowym notujemy dużą liczbę szkód na skutek przepięć elektrycznych, spowodowanych podłączeniem dużej liczby urządzeń do instalacji, która nie zawsze jest do tego przystosowana – mówi Monika Lis-Stawińska, dyrektor zarządzająca Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group. 

Domowe urządzenia potrzebują do poprawnego działania prądu o stałej mocy 230 V. Jednak czasami w domowej sieci dochodzi do nagłego i krótkotrwałego skoku napięcia, które może je uszkodzić bądź całkowicie zniszczyć. To właśnie przepięcie elektryczne, które jest zjawiskiem stosunkowo częstym. Może wywołać je np. awaria sieci, przełączenia w obwodzie, zwarcia, ale i wyładowania atmosferyczne podczas burzy. 

– W sezonie zimowym więcej czasu przebywamy w domach, w związku z czym korzystamy z większej liczby urządzeń, mamy też więcej sprzętów podłączonych do instalacji elektrycznej, która nie zawsze jest na to gotowa. Pandemia spowodowała również, że w naszych mieszkaniach pojawiło się więcej urządzeń, np. komputerów, bo rodzice pracowali zdalnie, a dzieci uczyły się w domu – mówi Monika Lis-Stawińska. 

Jak wynika z danych Compensy, w ubiegłym roku liczba zgłoszonych ubezpieczycielowi szkód wywołanych przez przepięcia wzrosła aż trzykrotnie w porównaniu z przedpandemicznym, 2019 rokiem. 

– Do takiego zdarzenia może dojść nawet pomimo sprawnej instalacji i cyklicznego dokonywania jej przeglądów. Przykładem może być szkoda likwidowana w Compensie, gdzie przyczyną pożaru było zwarcie instalacji elektrycznej w osprzęcie pieca. Wartość strat oszacowano na ponad 100 tys. zł. W kolejnym takim przypadku doszło do pożaru obory, którego przyczyną było zwarcie instalacji elektrycznej maszynowni budynku. Zwierzęta udało się uratować, ale wartość strat w budynku i urządzeniach oszacowano na ponad 2 mln zł – mówi ekspertka Compensy. 

Jak podkreśla, przepisy nakazują właścicielom bądź zarządcom nieruchomości dokonywanie cyklicznych przeglądów instalacji elektrycznej. Zgodnie z art. 61 i 62 Prawa budowlanego takie przeglądy powinny się odbywać minimum co pięć lat, choć eksperci radzą, żeby dla bezpieczeństwa przeprowadzać kontrole instalacji nawet częściej, niż wymagają tego przepisy – najlepiej przed każdym sezonem grzewczym. 

– Pomimo dokonywania tych cyklicznych przeglądów powinniśmy na bieżąco obserwować urządzenia, z których korzystamy. Jeśli z nich nie korzystamy, powinniśmy odłączać je od zasilania prądem. Natomiast w przypadku urządzeń z metalowymi obudowami – jak pralki czy lodówki – ważne jest, aby gniazdka miały uziemienie. W przeciwnym razie w przypadku przepięcia prąd popłynie przez metalową obudowę urządzenia i może dojść do ryzyka porażenia prądem – mówi Monika Lis-Stawińska. 

Przed zbliżającą się burzą warto wyciągnąć z gniazdek wtyczki domowych urządzeń, które mogą ulec awarii po uderzeniu pioruna. Sposobem na zminimalizowanie ryzyka przepięć spowodowanych wyładowaniami atmosferycznymi może być też montaż w głównej rozdzielnicy prądu ochronników przepięciowych. Jest to urządzenie, które – w przypadku wysokiego napięcia – odłącza domowe urządzenia od zasilania prądem. 

– Większość ubezpieczeń majątkowych dostępnych na rynku chroni nasze mienie od szkód spowodowanych przepięciami, zarówno tych elektrycznych, jak i spowodowanych wyładowaniami atmosferycznymi. Ważne jest jednak, aby suma takiego ubezpieczenia była adekwatna i zapewniła pokrycie wszelkich, potencjalnych strat związanych z ryzykiem przepięcia – mówi dyrektor zarządzająca Departamentu Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group. 

Ochrona przed skutkami przepięcia prądu w formie ubezpieczenia jest dostępna w prawie każdym towarzystwie ubezpieczeniowym. Może być odrębną polisą lub elementem już posiadanego ubezpieczenia nieruchomości. W przypadku przepięcia to ubezpieczyciel pokryje koszty zniszczenia urządzeń takich jak komputer, sprzęt audio czy smartfon, który był akurat podłączony do ładowarki. 

J. Szczepański (UW): USA mogą skłonić NATO do przyspieszenia pomocy dla Ukrainy. Tempo przekazywania wsparcia jest dziś największym problemem

Poniedziałkowa wizyta Joe Bidena w Kijowie stanowiła okazję nie tylko do pokazania solidarności Stanów Zjednoczonych z walczącą o wolność Ukrainą, ale też do przedstawienia szczegółów nowej transzy pomocowej dla ogarniętego wojną kraju. Również podczas przemówienia w Warszawie prezydent USA zapewniał Ukraińców o wsparciu tak długo, jak będzie to konieczne, oraz podkreślał solidarność Zachodu wobec rosyjskiej agresji. USA może zrobić jeszcze wiele, żeby wesprzeć Ukrainę, natomiast są granice wytrzymałości społeczeństwa amerykańskiego, sojuszników amerykańskich oraz zapewne Federacji Rosyjskiej – mówi politolog z UW, dr hab. Jarosław Szczepański. Jak podkreśla, teraz wysiłki powinny się skoncentrować na przyspieszeniu zapowiedzianych transz pomocowych, bo tempo przekazywania dostaw jest dziś największym problemem.

 Z punktu widzenia kampanii proukraińskiej, kwestowania na rzecz pomocy Ukrainie ta wizyta ma wielkie znaczenie PR-owe – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Jarosław Szczepański, prawnik i politolog z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. – Była to też okazja do zapowiedzi kolejnej transzy pomocy wartej pół miliarda dolarów, przede wszystkim pomocy wojskowej. Okazja, aby pokazać, że zachodnie mocarstwo i liderzy wolnego świata są blisko Ukrainy i będą ją wspierać aż do zwycięstwa. To też podkreślał prezydent Biden, że będziemy stali przy Ukrainie tak długo, aż Ukraina zwycięży. To też jest bardzo ważne dla podniesienia morale, ducha ukraińskiej armii i ukraińskiego społeczeństwa.

Poniedziałkowa wizyta w Kijowie jest pierwszą, którą Joe Biden odbył do stolicy Ukrainy jako prezydent USA. Przypadła kilka dni przed pierwszą rocznicą rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na ten kraj. Biały Dom, podczas poniedziałkowej konferencji prasowej, podkreślił, że ma ona historyczny, bezprecedensowy charakter, ponieważ prezydent Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy odwiedził stolicę kraju będącego w stanie wojny, w którym – inaczej niż np. w Iraku czy Afganistanie – nie stacjonują amerykańskie wojska. Jak poinformował doradca Bidena ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan, Rosjanie zostali uprzedzeni o wizycie amerykańskiego prezydenta w Kijowie kilka godzin przed planowanym wylotem.

– Obecność lidera wolnego świata w Kijowie, jeszcze niedawno ostrzeliwanym przez Rosjan, pokazuje, że wojna nie idzie po myśli Federacji Rosyjskiej, że amerykański prezydent może czuć się na tyle pewnie, że pojawia się w stolicy kraju, który miał przecież paść w kilka dni – mówi ekspert.

Komentatorzy podkreślają, że wizyta amerykańskiego prezydenta w Kijowie ma przede wszystkim wymiar symboliczny, ponieważ Joe Biden i Wołodymyr Zełenski ostatni raz spotkali się raptem kilka tygodni temu, w grudniu ub.r. w Waszyngtonie. Dowiodła, że Biden nie boi się bezpośredniego ataku, do którego nawoływali zresztą rosyjscy propagandyści, a przy tym była również sygnałem wysłanym do Władimira Putina tuż przed jego orędziem do rosyjskiego Zgromadzenia Federalnego, dotyczącym sytuacji w Ukrainie. Dyktator – zgodnie z oczekiwaniami obserwatorów – oskarżył w nim Zachód o wywołanie konfliktu i chęć zniszczenia Rosji.

– Prezydent Biden właściwie we wszystkich konfliktach po II wojnie światowej, również teraz, w bieżącym konflikcie, był liderem frakcji jastrzębi, czyli nawoływał do tego, żeby zwiększyć pomoc zagraniczną, żeby zdejmować embarga, np. w przypadku serbskiej agresji na Bośnię. Tak samo teraz nawołuje do tego, żeby wspierać Ukrainę – mówi politolog z UW. – Ta kwestia będzie też podniesiona w kolejnej kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych.

W trakcie poniedziałkowej wizyty Biden potwierdził, że USA przekażą Ukrainie nową pomoc wojskową o wartości pół miliarda dolarów, w tym m.in. pociski do systemów HIMARS oraz przeciwpancerne systemy rakietowe Javelin (choć pakiet nadal nie obejmuje rakiet dalekiego zasięgu i myśliwców, których Ukraina oczekuje najbardziej). To kolejny pakiet pomocowy ze strony administracji amerykańskiej. W samych Stanach pojawiają się jednak głosy, że władze powinny się skupić na wewnętrznych problemach, zamiast angażować środki w wojnę.

– Amerykanie są podzieleni co do tego, w jaki sposób amerykańska administracja powinna rozgrywać kwestię ukraińską – mówi dr hab. Jarosław Szczepański. – Wśród republikanów zarysowuje się silna frakcja antywojenna, izolacjonistyczna, napędzana przez liderów opinii takich jak np. Tucker Carlson z Fox News. Oni są bardzo sceptyczni wobec angażowania Stanów Zjednoczonych poza terytorium ich bezpośrednich wpływów. Natomiast druga to frakcja jastrzębi, entuzjastycznie nastawiona do działań administracji Bidena. Jednak o ile w pierwszych dniach wojny dużo głośniej byli słyszani przeciwnicy działań zbrojnych, tak teraz nawet prominentni przedstawiciele Partii Republikańskiej, jak np. Ron DeSantis, miarkują już swoje wypowiedzi i nie są tak mocno nastawieni przeciwko działaniom prezydenta Bidena.

Politolog ocenia, że Stany Zjednoczone mają jeszcze wiele możliwości wsparcia walczącej Ukrainy, ale administracja Bidena musi uwzględniać granice wytrzymałości amerykańskiego społeczeństwa, sojuszników z NATO, ale też Federacji Rosyjskiej.

– Wobec tego wydaje się, że Amerykanie mogą przede wszystkim zwiększyć produkcję komponentów najpotrzebniejszych do tego, żeby wesprzeć ukraińską armię, bo tutaj cały czas są niedobory. Pomoc, którą jako kolektywny Zachód niesiemy Ukrainie, polega przede wszystkim na uzupełnianiu strat. Te kolejne dziesiątki czy setki czołgów, które mają się pojawić do końca tego roku i na początku przyszłego, to tak naprawdę będzie uzupełnienie strat, które Ukraińcy poniosą na polu walki. Tempo nadsyłania pomocy to największy problem. Nie tylko jej wymiar, bo to są już miliardy dolarów kolejnych transz pomocowych. Natomiast chodzi o zwiększenie tempa. To jest coś, co Amerykanie mogliby narzucić NATO jako całości – ocenia ekspert UW.

Po wizycie w Kijowie, w poniedziałek późnym wieczorem prezydencki Air Force One z Bidenem na pokładzie wylądował w Warszawie. We wtorek amerykański prezydent spotkał się z prezydentem Andrzejem Dudą i wygłosił przemówienie w ogrodach Zamku Królewskiego, ponownie podkreślając niezachwiane wsparcie dla Ukrainy.

Od 21 lutego małe i średnie firmy mogą się ubiegać o wsparcie badań i innowacji. Do wykorzystania w pierwszym naborze będzie prawie 4,5 mld zł z Funduszy Europejskich

Rusza pierwszy nabór w ramach programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki na lata 2021–2027 (FENG). Od 21 lutego mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa mogą składać wnioski o dofinansowanie ze Ścieżki SMART. W pierwszym naborze PARP rozdysponuje blisko 4,5 mld zł, które beneficjenci będą mogli przeznaczyć na rozwój działań badawczych i innowacyjnych. Celem konkursu jest wzmocnienie zdolności badawczych i innowacyjnych przedsiębiorstw poprzez realizację prac B+R, wdrożenie innowacji, a także działań skupiających się m.in. na gospodarce niskoemisyjnej, zmianach klimatu oraz gospodarce o obiegu zamkniętym.

– Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki to 7,9 mld euro, które przyczynią się do wsparcia i rozwoju polskiej gospodarki. Pieniądze z tego programu sfinansują badania i innowacje oraz wykorzystywanie zaawansowanych technologii – mówi Grzegorz Puda, minister funduszy i polityki regionalnej. – Przeznaczymy te pieniądze na wzrost konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw, rozwinięcie umiejętności na rzecz inteligentnej specjalizacji, transformację przemysłową i przedsiębiorczość, a także na transformację gospodarki w kierunku Przemysłu 4.0. To oznacza, że przez najbliższe lata będziemy finansować projekty badawczo-rozwojowe i wspierać współpracę nauki, biznesu, instytucji i organizacji tworzących środowisko, które sprzyjają innowacyjności i tworzą system wsparcia dla rozwoju nowoczesnej gospodarki.

– W ramach Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki uruchamiamy Ścieżkę SMART – program wsparcia na badania i wdrożenie innowacyjnych badań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Budrowski, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Ścieżka SMART skierowana jest do sektora MŚP, dużych przedsiębiorstw oraz konsorcjów naukowo-przemysłowych (organizacje i instytuty badawcze, organizacje pozarządowe, uczelnie i inne podmioty systemu szkolnictwa wyższego i nauki). PARP jest odpowiedzialna za realizację pierwszego naboru skierowanego do mikro-, małych i średnich firm. Ścieżka SMART pozwoli na przekazanie środków na realizację projektów w wysokości 10,67 mld zł, z czego PARP rozdysponuje 6,67 mld zł.

– W ramach Ścieżki SMART od 21 lutego uruchamiamy nabór wniosków o dofinansowanie. Łączna pula środków, które chcemy przeznaczyć w ramach ścieżki SMART na realizację projektów, to 2,4 mld euro – informuje prezes PARP. – Pierwszy nabór, który kończy się 12 kwietnia, to 1 mld euro przeznaczony dla mikro-, małych i średnich firm działających na terenie Polski, które skorzystają ze wsparcia i złożą wniosek obejmujący minimum jeden obligatoryjny moduł B+R lub wdrożenie innowacji.

Ścieżka SMART jest realizowana w sposób modułowy. Przedsiębiorca z sektora MŚP wybiera jeden z dwóch modułów obowiązkowych (prace badawczo-rozwojowe lub wdrożenie innowacji) oraz dowolną liczbę modułów fakultatywnych, których ma do wyboru pięć: cyfryzacja, zazielenienie przedsiębiorstw, internacjonalizacja, rozwój kompetencji i infrastruktura B+R.

 To moduły, w ramach których przedsiębiorca będzie mógł zrealizować swój pomysł biznesowy i rozwijać swoją firmę tak, jak tego potrzebuje – podkreśla Dariusz Budrowski.

W module obligatoryjnym B+R wnioskodawca może uzyskać finansowanie na wszystkie elementy procesu badawczego – badania przemysłowe, prace rozwojowe (w tym stworzenie prototypu oraz testowanie go) oraz zaangażowanie przyszłych użytkowników. Aby moduł mógł być objęty wsparciem, przedsiębiorca musi zaplanować przynajmniej prace rozwojowe. Efektem zaplanowanych prac B+R powinno być opracowanie możliwego do wdrożenia w działalności gospodarczej innowacyjnego rozwiązania, tj.: nowego albo ulepszonego wyrobu lub usługi (innowacji produktowej) lub nowego albo ulepszonego procesu biznesowego dotyczącego funkcji działalności przedsiębiorstwa w zakresie produkcji wyrobów lub usług (innowacji w procesie biznesowym).

Drugi moduł obligatoryjny, który przedsiębiorca może wybrać, to wdrożenie innowacji. Obejmuje on dofinansowanie wdrożenia w przedsiębiorstwie wyników prac B+R posiadanych przez wnioskodawcę lub będących efektem realizacji modułu B+R. Wyniki prac B+R muszą prowadzić do powstania innowacji produktowej lub procesowej co najmniej na poziomie krajowym. Wśród kosztów objętych wsparciem znajdują się m.in.: zakup lub leasing gruntów oraz nieruchomości zabudowanych, zakup lub leasing środków trwałych innych niż nieruchomości, nabycie robót i materiałów budowlanych czy zakup wartości niematerialnych i prawnych.

 W zależności od potrzeb przedsiębiorca będzie miał możliwość sfinansowania zakupu lub remontu nieruchomości, zakupu maszyn, urządzeń, ale także zatrudnienia personelu do przeprowadzenia badań, które są niezbędne do wypracowania innowacyjnych rozwiązań – wylicza prezes PARP. – To bardzo istotne, że wszystkie moduły, które wpływają w tym konkursie, będą miały możliwość zrealizowania kompleksowego wsparcia dla przedsiębiorcy. Przedsiębiorca sam będzie decydował, jaki rodzaj wsparcia chce uzyskać i co chciałby uzyskać jako finalny efekt tego przedsięwzięcia.

 


a

 

Pomorze rozbudowuje wspólny system ciepłowniczy. Podłączenie do niego kolejnego miasta ma skutkować niższymi rachunkami za ogrzewanie

Reda, dotąd zasilana przez miejską ciepłownię Koksik, została właśnie podłączona do gdyńsko-rumskiej sieci ciepłowniczej OPEC, do której ciepło dostarcza elektrociepłownia PGE Energia Ciepła w Gdyni. Dzięki tej zmianie zmniejszy się w Redzie emisja dwutlenku węgla i innych szkodliwych substancji, a mieszkańcy będą płacić za ciepło mniej niż dotychczas. Jak informują przedstawiciele PGE EC, Elektrociepłownia Gdyńska jest jedynym producentem ciepła w wysokosprawnej kogeneracji, zapewniającym bezpieczeństwo energetyczne mieszkańcom i instytucjom podłączonym do miejskiej sieci ciepłowniczej OPEC w Gdyni, Rumi i Kosakowie, a teraz także w Redzie. Współpraca samorządowców, producentów i dystrybutorów ciepła ma pozwolić na jeszcze lepsze wykorzystanie potencjału ciepła sieciowego na Pomorzu.

Do tej pory ciepło do 6,5 tys. mieszkań w Redzie dostarczała prawie 40-letnia miejska ciepłownia MPCK Koksik, w której działają trzy kotły węglowe. Zakład emitował przez to do atmosfery wiele szkodliwych związków, co negatywnie wpływało na jakość powietrza w mieście. 16 lutego br. nastąpiło połączenie gdyńsko-rumskiej sieci ciepłowniczej OPEC z siecią w Redzie. Dla połączonych sieci ciepło produkować będzie Elektrociepłownia Gdyńska, która należy do PGE Energia Ciepła.

– Z punktu widzenia funkcjonowania całego naszego obszaru to jest historyczny moment, bo połączyliśmy rurami dwa systemy ciepłownicze. I to jest kolejny krok w zacieśnieniu współpracy – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Krzemiński, burmistrz Redy. – Z punktu widzenia mieszkańców nic się nie zmieni, oni nie odczują żadnej zmiany związanej z parametrami dostarczanego ciepła. Natomiast emisja z naszego 80-metrowego komina Koksika zmniejszy się docelowo o 25 tys. t dwutlenku węgla, ograniczone zostanie też spalanie miału węglowego do 11 tys. t docelowo.

Dzięki połączeniu Reda może teraz kupować tańsze i bardziej ekologiczne ciepło od strony Rumi i Gdyni, produkowane przez spółkę PGE Energia Ciepła. Tym samym MPCK Koksik zostanie wyłączone z ciągłej pracy. W planach jest jego modernizacja, ale kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje wymiana źródła ciepła na bardziej proekologiczne.

Koksik jest wprawdzie, jak na obecne czasy, nowoczesny i w pełni zautomatyzowany, ale korzysta z miału węglowego jako paliwa. Natomiast PGE Energia Ciepła wytwarza ciepło w kogeneracji, co jest lepsze dla środowiska. Ma też plany rozwojowe dotyczące zasilania ze źródeł fotowoltaicznych czy wiatraków. My też pracujemy nad zmianą źródła ciepła i korzystaniem z odnawialnych źródeł energii, które stanowią mniejszą uciążliwość – wyjaśnia Krzysztof Krzemiński.

W swojej strategii PGE Energia Ciepła deklaruje, że do 2030 roku 70 proc. produkcji ciepła i energii elektrycznej będzie pochodziło ze źródeł niskoemisyjnych. Przedstawiciele spółki zapewniają, że dotyczy to zarówno Elektrociepłowni Gdyńskiej, jak i Gdańskiej.

– Mieszkańcy Redy – obok mieszkańców Gdyni, Rumi i Kosakowa – dołączyli do grupy naszych odbiorców. Cieszymy się, że docenili ekonomiczne i ekologiczne przewagi ciepła produkowanego w wysokosprawnej kogeneracji, czyli w procesie łącznego wytwarzania ciepła i energii elektrycznej – mówi Elżbieta Kowalewska, dyrektor Oddziału Wybrzeże PGE Energia Ciepła w Gdańsku.

Przyłączenie Redy do sieci ciepłowniczej OPEC oznacza dla mieszkańców miasta poprawę jakości powietrza, ale przede wszystkim ustabilizowanie cen ciepła, które wcześniej skokowo rosły, głównie z powodu wzrostu cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla w unijnym systemie ETS oraz wzrostu cen węgla, związanego m.in. z wojną w Ukrainie.

Elektrociepłownia ma zdecydowanie niższą cenę niż Koksik na jednostkę techniczną, na gigadżul energii. Ten krok był więc ekonomicznie bardzo uzasadniony – mówi burmistrz Redy. – W tej chwili kupujemy już dużą część ciepła od strony Gdyni, te ceny są niższe i to powinno wpłynąć na zmianę taryfy. Mieszkańcy powinni to w krótkim czasie odczuć.

Spółka PGE Energia Ciepła posiada w Gdańsku i Gdyni dwie elektrociepłownie, które są największym producentem ciepła i energii elektrycznej na Pomorzu. Z roczną produkcją ponad 13 TJ ciepła i 1,4 GWh energii elektrycznej zaspokaja ponad połowę potrzeb grzewczych w Gdańsku, Gdyni, Sopocie, Rumi i Gminie Kosakowo, a teraz również w Redzie.

Elektrociepłownia Gdyńska to przede wszystkim bezpieczeństwo energetyczne, ekologiczne i gwarancja przewagi ekonomicznej. Wszystko to zawdzięczamy technologii łącznego wytwarzania ciepła z energią elektryczną w procesie kogeneracji, która daje możliwość zmniejszenia zużycia paliwa i szkodliwych emisji. Co istotne, taki proces wytwarzania ciepła gwarantuje też, że nasz system ciepłowniczy ma miano efektywnego. I teraz, dzięki połączeniu z gdyńskim systemem, Reda również uzyskała taki status – zapewnia  Elżbieta Kowalewska.

Transformacja klimatyczno-energetyczna wymaga na nas, aby odchodzić od węgla, aby coraz więcej źródeł było zielonych i ekologicznych – dodaje Michał Pasieczny, burmistrz Rumi. – To połączenie systemów ciepłowniczych pozwoli na większą dywersyfikację i niższe ceny również dla mieszkańców Rumi. Bardzo zależy nam na tym, żeby do ciepłociągu podłączały się poszczególne osiedla, dlatego współpracujemy z wieloma inwestorami i przekonujemy, żeby nie zakładali kotłowni gazowych. W ostatnich latach w Rumi zniknęło też kilkaset pieców węglowych i korzystające z nich małe bloki zostały podłączone do sieci ciepłowniczej.

– To jest bardzo istotny element wpływający na finalny koszt ciepła, który dotyka mieszkańca, a także, co jest bardzo ważne, poprawia szanse na to, żeby rok po roku to ciepło było wytwarzane bardziej ekologicznie – mówi Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni. – Dzisiaj PGE przymierza się do gruntownej transformacji źródła ciepła w EC z węgla na gaz, ale musimy myśleć dalej, co będzie w przyszłości, by uniknąć tego, że zasilamy nasze ciepło z węglowodorów. Ostatnie miesiące i wojna w Ukrainie pokazały, że to bardzo ryzykowne i, trzeba dodać, nieekologiczne źródło ciepła.

Samorządowcy wskazują, że ciepło połączyło właśnie nie tylko miasta na Pomorzu, ale podniosło też poziom partnerstwa pomiędzy władzami samorządowymi, producentami ciepła i jego dostawcami do klientów końcowych. Ta współpraca ma pozwolić na jeszcze lepsze wykorzystanie potencjału ciepła sieciowego na Pomorzu.

– Trzeba na tę inwestycję spojrzeć szerzej, z perspektywy rozwoju infrastruktury służącej Gdyni, Rumi, Redzie, Wejherowu i Gminie Kosakowo. Zależy nam – wspólnie z wszystkimi miastami i gminami tworzącymi to porozumienie – aby dostarczać do domów ciepło tańsze, pewne i ekologiczne. A do tego trzeba rozbudowy sieci – podkreśla Wojciech Szczurek.

– To rzeczywiście ważny moment, ponieważ ciepło połączyło miasta, ale wprowadziło również partnerstwo władz samorządowych, dostawców ciepła i właścicieli sieci ciepłowniczych. To istotne o tyle, że wyzwania klimatyczne i transformacja polskiego ciepłownictwa wymagają od nas współpracy, działania pod wspólnym mianownikiem przekładającym się na jakość życia mieszkańców. Pomorze i Gdynia jest tego najlepszym przykładem – dodaje Elżbieta Kowalewska.

ZBP: Opinia Rzecznika TSUE niczego nie przesądza w sprawach frankowiczów. Widać w niej rozbieżności i sprzeczność z wcześniejszym orzecznictwem

Na razie banki będą czekać na finalne rozstrzygnięcie TSUE, które prawdopodobnie nastąpi w ciągu sześciu miesięcy – mówi Tadeusz Białek, wiceprezes Związku Banków Polskich, odnosząc się do czwartkowej opinii Rzecznika Generalnego TSUE. Zgodnie z nią kredytobiorcy mogą dochodzić względem banków roszczeń wykraczających poza zwrot świadczeń pieniężnych, ale decydować o tym mają sądy krajowe. Jednocześnie w opinii wskazano, że banki nie mogą się domagać od klienta wynagrodzenia za wieloletnie korzystanie z kapitału. ZBP zauważa jednak nieścisłości w samej opinii i podkreśla, że takie stanowisko byłoby niezgodne z wcześniejszym orzecznictwem. – W opinii jest wprost napisane, że bank również powinien odwoływać się do przepisów prawa krajowego. Innymi słowy i konsument, i bank są z punktu widzenia prawnego w tym samym punkcie – mówi ekspert.

 Opinia Rzecznika Generalnego nie ma charakteru wiążącego. To jest dosyć specyficzny instrument, pewnego rodzaju wskazówka dla TSUE, która nie do końca może być odzwierciedlona w treści ostatecznego rozstrzygnięcia. Nawet w polskich sprawach mieliśmy głośne przypadki, gdzie opinia i wyrok były rozbieżne. Tak było chociażby w przypadku powszechnie znanego, tzw. małego TSUE, czyli orzeczenia, które dotyczyło rozliczenia kosztów przedterminowej spłaty kredytu konsumenckiego. Dlatego też nie wiadomo, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie i czy Trybunał podzieli wnioski wynikające z opinii Rzecznika. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że w treści komunikatu i szczegółowej treści opinii są pewne rozbieżności – mówi agencji Newseria Biznes Tadeusz Białek.

Prawo do wynagrodzenia za korzystanie z kapitału to jedna z ostatnich kwestii, jakie pozostały do rozstrzygnięcia w orzecznictwie dotyczącym kredytów frankowych. Chodzi o sprawę C-520/21, w której Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia zwrócił się do TSUE z tzw. pytaniem prejudycjalnym dotyczącym tego, czy w przypadku unieważnienia umowy kredytu frankowego ze względu na niedozwolone zapisy stronom przysługuje wynagrodzenie za wieloletnie, bezumowne korzystanie z kapitału.

W czwartek 16 lutego br. opinię w tej sprawie wydał Rzecznik Generalny Trybunału Sprawiedliwości UE Anthony Michael Collins. Wskazał w niej, że unijna dyrektywa 93/13 nie stoi na przeszkodzie, aby kredytobiorcy, po uznaniu umowy kredytu frankowego za nieważną, dochodzili względem banków roszczeń wykraczających poza zwrot świadczeń pieniężnych, ale o tym powinny decydować sądy krajowe. Jednocześnie unijna dyrektywa ma stać na przeszkodzie, aby takiego wynagrodzenia od kredytobiorców domagały się banki.

 Chciałbym zwrócić uwagę, że komunikat w tej sprawie nie jest spójny z treścią samej opinii i może nawet trochę wprowadzać w błąd – mówi wiceprezes Związku Banków Polskich. – W treści samej opinii jest wprost napisane, że bank, poszukując dodatkowych roszczeń, np. zwrotu korzystania z kapitału, również powinien odwoływać się do przepisów prawa krajowego. Innymi słowy i konsument, i bank są z punktu widzenia prawnego w tym samym punkcie.

Jak wynika z komunikatu Związku Banków Polskich, w opinii Rzecznika Generalnego TSUE dyrektywa 93/13 nie reguluje tego, jak powinny rozliczyć się strony umowy o kredyt indeksowany, jeśli zostanie ona uznana za nieważną. Dlatego odpowiedzi na pytanie, czy konsument może żądać od banku zwrotu kosztów korzystania z zapłaconych rat, należy szukać właśnie w prawie krajowym. Jeśli dopuszcza ono takie roszczenie konsumenta, to dyrektywa nie stoi temu na przeszkodzie.

W komunikacie dotyczącym opinii Rzecznika Generalnego TSUE wskazano, że dyrektywa 93/13 stoi na przeszkodzie roszczeniom banków. Jednak, jak zauważa ZBP,  to stanowisko jest sprzeczne z wcześniejszym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie C-395/21 i w sprawach połączonych C-349/18, C-350/18 oraz C-351/18, zgodnie z którymi to prawo krajowe decyduje o skutkach nieważności umowy.

Jednocześnie Rzecznik nie wypowiedział się też w kwestii roszczeń banku o waloryzację kapitału, a takie roszczenie uznał za zasadne Sąd Okręgowy w Warszawie w głośnym wyroku z 10 lutego br. (sygn. akt XXV C-1039/22).

Warto też zwrócić uwagę, że mamy w TSUE lustrzaną sprawę, która jest zawieszona do czasu rozstrzygnięcia tej obecnej. W tej lustrzanej sprawie pytanie brzmi, czy bankowi przysługuje jakiekolwiek roszczenie z tytułu zwrotu kosztów z korzystania z kapitału. Myślę, że przed nami co najmniej pół roku oczekiwania na finalne rozstrzygnięcie, które spowoduje również odwieszenie tej drugiej sprawy – zapowiada Tadeusz Białek.

Jak podkreśla, banki będą na razie czekać na finalne rozstrzygnięcie TSUE, które może się okazać inne niż opinia Rzecznika Generalnego.

– Oczywiście gdyby zdarzyło się tak, że TSUE podzieli wnioski wynikające z tej opinii, to odsyłam do treści stanowisk organów nadzoru, a zwłaszcza Komisji Nadzoru Finansowego. Wskazywała ona na ogromne konsekwencje finansowe dla stabilności polskiego sektora finansowego, ale również na aspekt niesprawiedliwości, jaka miałaby miejsce, porównując sytuację kredytobiorcy frankowego z analogiczną sytuacją kredytobiorcy złotowego, który jest zobowiązany nadal spłacać swoje raty w pełnej wysokości – mówi wiceprezes Związku Banków Polskich. – To porównanie, jak wskazała KNF, prowadziłoby do dyskryminacji kredytobiorców złotowych względem frankowych, a mówiąc wprost – do sytuacji naruszającej elementarne zasady współżycia społecznego. Jeżeli ktoś kupił mieszkanie lub dom za kredyt, a następnie okazuje się, że poza zwrotem samego kapitału nie musi za to nic płacić, to jest sytuacja po prostu niesprawiedliwa.

Według KNF liczba spłacanych kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich wynosi nieco ponad 300 tys., a ich wartość to ok. 60 mld zł (dane na październik 2022 roku). Sprawy frankowe, których jest ok. 90 tys., stanowią obecnie istotną część sporów toczących się przed polskimi sądami. Dotychczasowe orzecznictwo w takich sprawach było raczej korzystne dla frankowiczów – sądy w prawie wszystkich przypadkach decydują o unieważnieniu umowy z bankiem. Wyrok TSUE w sprawie C-520/21 będzie mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sporów sądowych.

Trzeba przypomnieć, że TSUE – chociażby w słynnej sprawie BPH C-19/20 – wyraźnie mówił o prymacie utrzymywania umów, a nie ich unieważnianiu. Tymczasem w Polsce obserwujemy zupełne pomijanie tego, o czym mówił trybunał, czyli konieczności badania abuzywności klauzul. To w ogóle nie ma miejsca, mamy do czynienia z pewnym automatyzmem orzeczeń. Jeżeli taka linia będzie dalej utrzymywana, to oznacza możliwość realizacji scenariuszy, o których mówiła Komisja Nadzoru Finansowego, czyli poważnych zagrożeń dla stabilności sektora finansowego w Polsce – mówi Tadeusz Białek.

J. Karnowski: Spodziewam się drastycznej podwyżki cen biletów kolejowych po wyborach. Rynek przewozów wymaga liberalizacji

Styczniowe podwyżki cen biletów PKP Intercity, a następnie ich anulowanie w zamian za zwiększenie dotacji od państwa były prezes PKP, dr Jakub Karnowski, nazywa totalnym chaosem. Zdaniem eksperta jego skutkiem może być drastyczna podwyżka cen biletów po wyborach parlamentarnych, które nastąpią jesienią. – Jesteśmy w takim momencie historycznym, że należy otworzyć dostęp do polskich torów dla prywatnych przewoźników po to właśnie, żeby oferta dla klientów była atrakcyjna, a bilety relatywnie tańsze – postuluje ekspert.

– 11 stycznia tego roku zarząd PKP Intercity dokonał historycznej, najwyższej w XXI wieku podwyżki cen biletów, po czym od 1 marca, jak się dowiedzieliśmy, zarząd zdecydował się anulować tę podwyżkę, a właściwie dokonać deaktualizacji, bo nazywali tę podwyżkę pierwotnie aktualizacją cen biletów. Krótko mówiąc, mamy dezaktualizację po aktualizacji, ponieważ premier Morawiecki zażądał od zarządu PKP SA i PKP Intercity obniżki cen biletów, które sześć tygodni temu zostały podwyższone – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Jakub Karnowski, ekonomista z Zakładu Ekonomii Liberalnej SGH, członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP).

Styczniowe podwyżki przewoźnik tłumaczył rosnącymi kosztami energii elektrycznej. Jak wyjaśnił, jej zakup stanowi największy koszt spółki. W 2019 roku przeznaczała na ten cel ok. 500 mln zł brutto, a w 2023 roku prognozowany koszt miał sięgnąć 1,5 mld zł brutto, czyli trzy razy więcej. Przejazdy pociągami podrożały od 11,8 do 17,8 proc. Po wycofaniu podwyżek i powrocie do stawek z początku stycznia wzrost kosztów ma pokryć większa dotacja ze strony państwa. Jak wynika ze stanowiska Rady TEP, w 2023 roku podatnicy zostaną obciążeni kosztem co najmniej 1,9 mld zł dotacji dla PKP IC, z czego 1,29 mld zł na przewozy PSC, czyli na świadczenie usług publicznych.

Dodatkowo PKP ma obiecane 575 mln zł na dotację, która ma posłużyć wszystkim, również komercyjnym przewozom, i teraz, jak rozumiem, będziemy mieli ekstradotację, która ma pokryć stratę spowodowaną anulowaniem podwyżki. Totalny chaos i skutek pewnie będzie taki, że po wyborach, które mamy za dziewięć miesięcy, nowy, a może stary zarząd PKP Intercity będzie musiał zarobić na tę obniżkę podwyżki, która teraz nastąpiła. Spodziewam się po prostu drastycznej podwyżki cen biletów po wyborach – ocenia ekspert.

Jego zdaniem chaos ten wynika z monopolu na rynku przewozów pasażerskich, utrzymywanym sztucznie przez rząd. Brak konkurencji dla PKP Intercity jest bowiem konsekwencją blokowania dostępu do torów dla innych podmiotów, które są zainteresowane działaniem na polskim rynku. Dlatego Rada TEP apeluje o liberalizację rynku do ministra infrastruktury i prezesa Urzędu Transportu Kolejowego.

– Przypomnę, że historyczny powrót pasażerów do kolei nastąpił w 2014 roku, a właściwie w 2015, po uruchomieniu pociągów Pendolino, pociągów Express InterCity Premium. Teraz jesteśmy w momencie historycznym, że należy otworzyć dostęp do polskich torów dla prywatnych przewoźników po to właśnie, żeby oferta dla klientów była atrakcyjna, a bilety relatywnie tańsze – mówi ekonomista.

Eksperci wskazują, że nie chodzi tylko o ceny podróżowania, lecz także o jakość usług i ich dostępność. Dzięki szerszej ofercie i większemu komfortowi podróży kolej mogłaby szybciej budować przewagę nad transportem samochodowym, z korzyścią dla zielonej mobilności.

W stanowisku Rady TEP podkreślono, że liberalizacja powinna dotyczyć zarówno połączeń o charakterze komercyjnym, jak i usług publicznych, które mogłyby być zlecane w drodze przetargów konkurencyjnym przewoźnikom. Dziś do tych przewozów – decyzją rządu – dopłacają podatnicy, choć komercyjne firmy są gotowe uruchamiać połączenia bez tych dopłat.

Według mojej wiedzy zainteresowanie przewoźników, aby wejść na polski rynek kolejowy, jest spore. Wiem, że Urząd Transportu Kolejowego odrzucił takie wnioski w ostatnim okresie. Mamy przykład przewoźnika Leo Express, który wprowadził usługi na wysokim poziomie dla klientów w Czechach, ale wiem, że również inni przewoźnicy czekają na to, żeby wejść na polski rynek – mówi dr Jakub Karnowski.

Na odmowne decyzje UTK i ich konsekwencje dla pasażerów i rynku wskazuje w swoim stanowisku także Allrail, europejskie stowarzyszenie niezależnych przewoźników pasażerskich. W 2016 i 2017 roku odrzucony został wniosek Arriva RP w zakresie świadczenia pasażerskich przewozów komercyjnych na trasach Warszawa–Kraków oraz Warszawa–Poznań. Również Koleje Mazowieckie nie otrzymały zgody na komercyjne kursy między Warszawą a Poznaniem. UTK systematycznie blokuje także próby RegioJet wprowadzenia konkurencji na trasach Praga–Gdynia, Kraków–Gdynia i Wrocław–Warszawa.

– Z doświadczenia wiemy, że w tych krajach Unii, w których wprowadzono konkurencję w zakresie usług długodystansowych, zaowocowało to zwiększeniem częstotliwości usług i obniżeniem cen biletów dla pasażerów – napisało Allrail w swoim stanowisku.

Rada TEP podkreśla, że po otwarciu dostępu do rynku innym przewoźnikom wzrośnie wykorzystanie potencjału budowanej i modernizowanej infrastruktury oraz taboru kolejowego.

– To wszystko widzieliśmy na innych rynkach, na których monopol państwa został zlikwidowany w ostatnim okresie. Tak było na rynku bankowym zaraz na początku transformacji, tak samo było na rynku telekomunikacyjnym. Przypomnę, że jeszcze na początku lat 90. Polacy czekali na to, żeby mogli dostać telefon od monopolisty, potem szybko jakość usług się polepszyła, a cena spadła – mówi ekonomista SGH. – Perspektywa czasowa zależy od decyzji UTK. Myślę, że to wydarzyłoby się raczej szybko po wydaniu pozytywnej decyzji. Rozkład jazdy jest zmieniany dwa razy do roku w Polsce, więc z tego, co wiem, takie zgłoszenia są przyjmowane z mniej więcej rocznym wyprzedzeniem, więc jest to kwestia roku.

Jak wynika z danych UTK, w ubiegłym roku z usług kolei skorzystało ponad 342 mln pasażerów. To wynik lepszy o blisko 40 proc. w porównaniu do 2021 roku.

W Rybniku powstanie największy w Europie blok gazowo-parowy. Wiosną 2024 roku budowa ruszy pełną parą

W 2026 roku w Rybniku ma powstać największy w Europie blok gazowo-parowy. PGE Polska Grupa Energetyczna podkreśla, że to duży krok w kierunku modernizacji polskiej energetyki, który przełoży się nie tylko na większe bezpieczeństwo i stabilność całego krajowego systemu energetycznego, ale i konkretne korzyści dla miasta i jego mieszkańców. Inwestycję wartą ponad 3 mld zł netto wybuduje Polimex Mostostal, a Siemens Energy dostarczy w tym celu zaawansowaną technologicznie turbinę 9000HL, która jest obecnie jedną z największych na rynku.

– Elektrownia o mocy 882 MW w Rybniku będzie największą tego typu inwestycją w Europie. To też jedna z największych inwestycji na Śląsku, kluczowa dla tego regionu i dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej. – Budowa elektrowni w Rybniku jest konsekwentną realizacją strategii PGE, która dąży do osiągnięcia zeroemisyjności w 2050 roku.

9 lutego br. gigant polskiego rynku energetycznego podpisał z konsorcjum firm Polimex Mostostal i Siemens Energy umowę dotyczącą wybudowania w Rybniku nowego bloku gazowo-parowego o mocy 882 MW. Inwestycja ma być gotowa w grudniu 2026 roku i zastąpi cztery wyłączane z eksploatacji bloki węglowe o łącznej mocy 900 MW w Elektrowni Rybnik.

– Termin budowy bloku gazowo-parowego to średnio trzy–cztery lata, więc akurat w tym czasie, kiedy PGE Polska Grupa Energetyczna będzie miała obowiązek mocowy, my będziemy oddawać ten blok do eksploatacji – mówi Krzysztof Figat, prezes Polimex Mostostal. – Jesienią tego roku chcielibyśmy rozpocząć pierwsze prace ziemne, a wiosną przyszłego roku ruszyć już pełną parą z montażami konstrukcji stalowych, z dostawami kluczowych elementów i podzespołów.

Koszt budowy nowego bloku w Rybniku sięgnie ok. 3 mld zł netto. Równolegle do umowy na generalną realizację inwestycji zawarta została też wieloletnia umowa serwisowa o wartości ponad 760 mln zł netto. Inwestycja zostanie częściowo sfinansowana ze środków pochodzących z ubiegłorocznej emisji akcji PGE. Nowy blok gazowo-parowy w Rybniku w grudniu ub.r. uzyskał już 17-letni kontrakt w aukcji głównej rynku mocy, który zacznie obowiązywać od 2027 roku, co zapewni zwrot kosztów z inwestycji. 

Grupa PGE wskazuje, że wzmocni ona polskie bezpieczeństwo energetyczne i zapewni stabilne dostawy energii dla ok. 2 mln gospodarstw domowych. Nowy blok w Rybniku będzie zarazem największym i najsprawniejszym blokiem tego typu w Polsce oraz jednym z największych w Europie. 

– Tylko jeden blok tego typu został wybudowany wcześniej w Wielkiej Brytanii – mówi Krzysztof Figat. – Dzięki tak dużej skali uzyskaliśmy bardzo atrakcyjną cenę per capita, czyli na megawat mocy zainstalowanej. Mamy nadzieję, że więcej tego typu inwestycji jeszcze w Polsce powstanie, bo one są ekologiczne, niskoemisyjne, a jednocześnie bardzo wysokosprawne, dające przewagę technologiczną nad blokami konkurencji, które do tej pory zostały wybudowane.

Inwestycja ma spełniać najbardziej restrykcyjne limity emisyjne wynikające z konkluzji BAT dla bloków gazowo-parowych. Wskaźnik emisyjności ma być trzykrotnie niższy niż dla bloków węglowych klasy 200 MW i będzie wynosił 320 g CO2 na kWh wytworzonej energii elektrycznej. Elektrownia będzie miała również możliwość współspalania wodoru w paliwie gazowym i będzie chłodzona w układzie otwartym, czyli wodą ze Zbiornika Rybnickiego, co pozytywnie wpłynie na istniejący ekosystem.

– Dzięki tej elektrowni poprawi się komfort życia mieszkańców miasta i okolic. Będzie ona spełniać najostrzejsze normy środowiskowe, praktycznie nie będzie emitować pyłów ani tlenków siarki. Dzięki temu blok gazowo-parowy przyczyni się nie tylko do poprawy jakości powietrza w regionie, ale również do zmniejszenia emisyjności krajowej gospodarki. Przyniesie to także konkretne oszczędności na zakupie uprawnień do emisji CO2 w Grupie PGE  zapowiada Wojciech Dąbrowski. 

Na potrzeby nowej inwestycji Siemens Energy dostarczy zaawansowaną technologicznie turbinę 9000HL. Jest to obecnie jedna z największych dostępnych turbin gazowych, a przy tym najbardziej sprawnych.

– Technologia, która będzie tu zastosowana, to najnowsza technologia, jaką posiadamy w swoim portfolio, efekt wielu lat pracy naszego R&D – mówi Grzegorz Należyty, prezes Siemens Energy w Polsce. – Poziom sprawności sięga ok. 64 proc. przy 820 MW mocy. Poza tym 9000HL jest też technologią przyszłościową, przygotowaną na transformację energetyczną, ponieważ będzie nie tylko wspierać odnawialne źródła energii w systemie elektroenergetycznym, ale w przyszłości może być również opalana mieszanką gazu i wodoru, co oczywiście spowoduje, że będzie jeszcze mniej emisyjna

Korzyści płynące z tej inwestycji są dużo szersze. Mowa tutaj o wzroście zatrudnienia w regionie. 

Inwestycja ta zapewni nowe miejsca pracy zarówno w trakcie budowy, jak i późniejszej eksploatacji. To konkretny impuls rozwojowy dla regionu, co jest dla nas szczególnie ważne w obecnej sytuacji gospodarczej i w obliczu transformacji energetycznej – dodaje prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Grupa PGE podkreśla, że nowy blok gazowo-parowy w Rybniku to duży krok w modernizacji polskiej energetyki. Ma stanowić stabilne i elastyczne źródło dostaw energii, bilansujące moce wytwórcze OZE.