Trudny czas dla branży budowlanej. Rośnie ryzyko niewypłacalności małych i średnich firm

– Wzrost cen materiałów budowlanych, ale też paliw, energii i rosnąca presja płacowa wywindowały dziś koszty budowy do niespotykanych wcześniej rozmiarów – mówi dr Damian Kaźmierczak, główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Jak wskazuje, rosnące koszty to dziś główna bolączka firm z branży, podobnie jak niedobór pracowników, bo po wybuchu wojny w Ukrainie z sektora budownictwa ubyło szacunkowo 20–30 proc. zatrudnionych w nim Ukraińców. – To bezpośrednio wpływa na tempo prac realizowanych przez generalnych wykonawców, choć dzisiaj jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby ocenić skalę ewentualnych opóźnień – mówi ekspert i wskazuje,  że ryzyko niewypłacalności w sektorze budowlanym znacznie wzrosło, zwłaszcza wśród mniejszych i średnich firm.

– Wybuch wojny w Ukrainie w sposób bezprecedensowy wpłynął na kondycję finansową i sytuację w branży budowlanej – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Damian Kaźmierczak, główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Budownictwo to sektor silnie uzależniony od pracowników ze Wschodu. Z danych MRiPS wynika, że w 2021 roku pracowało w nim ok. 373 tys. Ukraińców zatrudnionych na podstawie zezwoleń na pracę i oświadczeń o powierzeniu pracy. Stanowili oni 80 proc. wszystkich pracowników z zagranicy w branży. Ta sytuacja zmieniła się jednak na przełomie lutego i marca br., kiedy po rosyjskiej inwazji i wybuchu wojny w Ukrainie duża część pracowników zza wschodniej granicy wróciła bronić kraju.

– Bez pracowników z Ukrainy polskie budownictwo nie jest w stanie skutecznie funkcjonować. Szacujemy, że około 20–30 proc. pracowników z Ukrainy, którzy legalnie pracowali na polskich budowach, wróciło do swojej ojczyzny – mówi Damian Kaźmierczak. – To jest oczywiście bardziej odczuwalne w mniejszych przedsiębiorstwach, w których odsetek pracowników z Ukrainy był wyższy, ale bezpośrednio wpływa też na tempo prac realizowanych przez generalnych wykonawców. Dzisiaj jest jednak zbyt wcześnie, żeby ocenić skalę ewentualnych opóźnień.

Wojna w Ukrainie wpływa na sektor budownictwa także poprzez wzrost cen energii i paliw oraz problemy z dostępnością materiałów budowlanych.

– To jeden z kluczowych problemów, z którym mierzy się obecnie cała branża – podkreśla główny ekonomista PZPB. – Brakuje przede wszystkim stali, ponieważ jeszcze przed wojną 20–30 proc. wykorzystywanej w Polsce stali przywożono głównie z Rosji, Ukrainy, trochę też z Białorusi. Oczywiście w ciągu kilku tygodni ten problem już się załagodził, stal zaczęła przybywać do Polski z innych kierunków, z innych kontynentów. Ale problematyczny jest też dostęp do wyrobów z drewna, które importowaliśmy m.in. z Białorusi.

Według danych Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej (HIPH) w 2021 roku ok. 20 proc. zużytej w Polsce stali pochodziło z Ukrainy (ok. 1,37 mln t), Rosji (ok. 1,36 mln t) i Białorusi (ok. 0,3 mln t). Stowarzyszenie Producentów Cementu (SPC) podaje z kolei, że w latach 2016–2020 import cementu z Białorusi wzrósł o prawie 300 proc. do ok. 400 tys. t. Jednocześnie znaczące wzrosty odnotowano też w imporcie cementu z Ukrainy.

– Oczywiście polskie cementownie są w stanie zniwelować te braki, ale to wymagało czasu i przełożyło się na wzrost kosztów, ponieważ krajowy cement jest droższy niż cement z Białorusi – mówi Damian Kaźmierczak.

Droższy jest nie tylko cement. Jak podały Polskie Składy Budowlane, w maju br. ceny materiałów budowlanych i remontowych wzrosły o 34 proc. w ujęciu rocznym, a wzrost odnotowano we wszystkich kategoriach produktowych. W niektórych ten wzrost był jednak dużo wyższy, np. izolacje termiczne podrożały o 63 proc., płyty OSB – o 49 proc., a ściany, kominy, dachy i rynny – o 46 proc.

– Bezprecedensowy wzrost cen materiałów jest w tej chwili tematem odmienianym przez wszystkie przypadki, w zasadzie przez wszystkie firmy budowlane, bez względu na ich wielkość czy segment działalności – mówi ekspert PZPB. – Częściowo winny jest wysoki popyt na materiały budowlane w latach 2020–2021, ponieważ mimo okresu covidowego na polskim rynku budowlanym mieliśmy okres prosperity, zwłaszcza w segmencie mieszkaniowym. To także polityka cenowa dystrybutorów i hurtowników materiałów budowlanych, bo zawsze jest tak, że w okresie niepewności dochodzi efekt paniki. Dlatego wybuch wojny w Ukrainie też wywindował ceny materiałów.

Główny ekonomista PZPB wskazuje też, że drożejące surowce energetyczne znacznie zwiększają koszty produkcji materiałów, a przy tym podnoszą koszty eksploatacji maszyn i sprzętu budowlanego. Wszystko to – w połączeniu z presją na podnoszenie wynagrodzeń, którą napędza inflacja – bezprecedensowo winduje dziś koszty na budowach, powodując, że firmy mają kłopot z utrzymaniem rentowności pozyskanych wcześniej kontraktów. W trudnej sytuacji znalazły się zwłaszcza mniejsze przedsiębiorstwa.

Małe podmioty są bardziej wrażliwe na negatywne zjawiska zachodzące w gospodarce, tj. spadek przychodów, wzrost kosztów i przede wszystkim odpływ pracowników z Ukrainy. Wydaje się, że to właśnie w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw sytuacja jest w tej chwili najtrudniejsza. Niewiele lepsza jest w grupie dużych firm – mówi Damian Kaźmierczak. – Przedsiębiorstwa wykonawcze miały bardzo dobre lata 2020 i 2021. Mimo pandemii COVID-19 zyski wypracowywane przez duże firmy wykonawcze były naprawdę satysfakcjonujące. Udało im się zgromadzić odpowiednią poduszkę finansową, która teraz będzie wykorzystywana w tym bardzo trudnym okresie turbulencji w latach 2022–2023.

Według danych opracowywanych przez Coface już w 2021 roku liczba niewypłacalności w budownictwie wzrosła o 50 proc., przy ponad 70-proc. wzroście liczby niewypłacalności w całej gospodarce. Duży wpływ na to miała nowa, uproszczona procedura postępowań o zatwierdzenie układu, wprowadzona tzw. ustawą covidową.

W I połowie tego roku, jak podaje Coface, liczba niewypłacalności polskich przedsiębiorstw spadła już o 3 proc. r/r. Jednak eksperci w nowym raporcie wskazali, że statystyki branżowe pokazują wzrost niewypłacalności m.in. właśnie w budownictwie, a sytuacja płynnościowa polskich firm stopniowo się pogarsza.

– Ryzyko bankructw, upadłości, niewypłacalności firm budowlanych istotnie wzrosło po wybuchu wojny w Ukrainie. Narażone są przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa. Natomiast wydaje się, że duże firmy – choć też są w trudnej sytuacji i oczywiście wszystko zależy od segmentu – będą jednak w stanie poradzić sobie z tymi perturbacjami na rynku budowlanym – ocenia główny ekonomista PZPB.

NBP i ekonomiści ostrzegają przed skutkami powszechnych wakacji kredytowych. Koszty poniosą banki, ale też zadłużeni przedsiębiorcy i przyszli kredytobiorcy

Ustawa, która ma wprowadzić wakacje kredytowe na lata 2022–2023, czeka tylko na podpis prezydenta Andrzej Dudy. Pojawiają się jednak głosy, że może on zawetować ustawę i skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego. W tej sprawie interweniował Narodowy Bank Polski, zgłaszając, że zawieszenie w czasie rat kredytów hipotecznych dla wszystkich kredytobiorców może skutkować bardzo dużym spadkiem zyskowności banków. To zaś może oznaczać większe koszty dla zadłużających się przedsiębiorstw i przyszłych kredytobiorców. Z drugiej strony brak wsparcia dla kredytobiorców i pogorszenie spłacalności rat również oznaczałyby problemy dla banków.

– Narodowy Bank Polski zauważył, że wprowadzenie wakacji kredytowych znacznie pogorszy sytuację finansową banków komercyjnych, bo będzie oznaczało duży spadek zysków. W dodatku, co podkreślają ekonomiści, w przypadku banków komercyjnych czeka nas pogorszenie ich własnej sytuacji finansowej z racji tego, że zakupiły dużą liczbę państwowych bonów skarbowych, a wysoka inflacja powoduje, że wszyscy właściciele tych bonów tracą w tej chwili. Więc możemy mieć w przypadku wprowadzenia w życie wakacji kredytowych bardzo duży spadek zyskowności finansowej banków, więc z tego powodu kierownictwo NBP wystosowało list w tej sprawie do premiera, zwracając uwagę na ryzyka związane z wprowadzeniem tego projektu w życie – mówi agencji Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, minister finansów Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC. – Ta interwencja wydaje się być zasadna, bo rzeczywiście jest to ryzyko znacznego pogorszenia sytuacji banków i nawet możliwości bankructw niektórych z nich.

Na te ryzyka zwracał również uwagę Związek Banków Polskich w trakcie prac nad ustawą o pomocy kredytobiorcom. Powszechne wakacje kredytowe, według wyliczeń związku, będą kosztować instytucje finansowe 20 mld zł, co może znacznie pogorszyć kondycję niektórych banków,  a całemu  sektorowi uniemożliwi finansowanie firm i konsumentów. Dlatego banki w toku prac postulowały wprowadzenie kryterium dochodowego i ograniczenie pomocy do kredytobiorców w trudnej sytuacji finansowej.

Gdyby doszło do znacznego pogorszenia sytuacji finansowej banków, a ta sytuacja nie jest w tej chwili zła, to wtedy możliwości kredytowania czegokolwiek przez banki znacznie się kurczą. I to się odbije na tzw. stopach rynkowych kredytów, tzn. stopa referencyjna plus marża. Banki mogą być zmuszone do znacznego podwyższenia marż, a to by się odbiło na kosztach kredytów, zarówno dla gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorstw, więc to jest to ryzyko – wyjaśnia główny ekonomista BCC. – Ale wakacje kredytowe na niewielką skalę i dobrze nakierowane, które nie dotyczą wszystkich kredytów, ale niektórych, mogłyby być rozwiązaniem dobrym. Tu chodzi o wyważenie różnych ryzyk, korzyści i kosztów.

Ryzykiem związanym z brakiem wakacji kredytowych jest z kolei niewypłacalność kredytobiorców. Wzrost rat kredytów hipotecznych nawet o 100 proc. postawił bowiem wiele gospodarstw domowych pod ścianą.

– Tutaj jest oczywiście też możliwość, że będą bankructwa gospodarstw domowych, niektórych, tych średnio zamożnych, nie bardzo biednych, bo one pewnie nie były w stanie wziąć kredytów dużych, nawet wtedy, kiedy stopy procentowe były niskie. Liczba kredytów bardzo wzrosła w ostatnich kilku latach i w związku z tym jest ryzyko, że pewna część z nich przestanie być obsługiwana przez gospodarstwa domowe, co oczywiście też pogorszy sytuację banków – mówi prof. Stanisław Gomułka.

ZBP podkreśla jednak, że banki mają rozwiązania wspierające kredytobiorców w trudnej sytuacji. Jednym z nich jest Fundusz Wsparcia Kredytobiorców prowadzony przez BGK, na który zrzucają się kredytodawcy. Banki deklarują, że są gotowe do usprawniania tego instrumentu. Innymi rozwiązaniami są np. renegocjacje umów kredytowych, zmiana oprocentowania na stałe, wydłużenia terminów, a także bankowe wakacje kredytowe.

– Jeżeli powstaną nowe obciążenia dla banków, to zmniejszą się ich możliwości pomocy dla gospodarstw domowych. Więc to jest kolejny czynnik, który powinien być zauważony przez posłów i senatorów i przez rząd, żeby nie doprowadzić niby w dobrym celu do pogorszenia sytuacji – mówi ekspert BCC.

Z punktu widzenia kredytobiorcy rządowe wakacje kredytowe to korzystne rozwiązanie, niewiążące się z żadnym ryzykiem. Z założenia osiem rat kredytu, które będzie można zawiesić w tym i przyszłym roku (dwie w tym kwartale, dwie w przyszłym, a w 2023 roku po jednej w każdym kwartale), zostaną przesunięte w czasie.

Tylko jest pytanie, kto za to zapłaci, bo oprócz kredytobiorców mamy jeszcze miliony innych osób, które nie brały kredytów i które nie skorzystają z tych możliwości. Mamy przedsiębiorstwa, które też są zapożyczone. Więc gdyby doszło do problemów w systemie bankowym, do bankructw czy też dużego podwyższenia rynkowych stóp procentowych dla wszystkich, to oczywiście obciąży to już miliony, chociaż pomoże setkom tysięcy – mówi prof. Stanisław Gomułka.

Jak podaje BIK, Indeks Jakości portfela kredytów mieszkaniowych wyniósł w maju 0,65 proc., po wzroście 0,04 proc. w ujęciu rocznym. Nie widać więc na razie znacznego pogorszenia spłacalności rat. Według analityków BIK może to być widoczne najwcześniej we wrześniu lub październiku br., choć wakacje kredytowe mogą to zjawisko odłożyć w czasie.

Ekonomiści i banki zwracają uwagę także na czynnik inflacjogenny wakacji kredytowych. Odsunie bowiem w czasie proces schodzenia do celu inflacyjnego, który i tak będzie długotrwały (cel wynosi 2,5 proc. +/- 1 proc.). NBP w nowej projekcji inflacji zakłada, że nastąpi to najwcześniej w 2024 roku, chociaż widełki na ten rok, określane z 50-proc. prawdopodobieństwem, są bardzo szerokie: 2,2–6 proc.

Wakacje kredytowe, zgodnie z ustawą, będą dostępne dla osób, które mają kredyty hipoteczne w złotych, a nieruchomość objęta kredytem musi być przeznaczona na zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych.

W ciągu miesiąca ropa staniała o 15 proc. Koniec roku może przynieść powrót do zwyżek cen

Od miesiąca ceny ropy naftowej spadają, a wraz z nimi ceny paliw w polskich rafineriach i na stacjach benzynowych. Jednak już jesienią możliwy jest powrót tendencji wzrostowej. Wszystko przez sankcje nałożone na surowce z Rosji  i niewiadomą związaną z dalszą polityką OPEC. Na razie dzięki recesyjnym sygnałom z globalnej gospodarki rynki spodziewają się osłabienia popytu i ceny nieco spadły. Jednak gdy jednocześnie wejdą w życie sankcje i zacznie się zima, sytuacja może się zrobić napięta.

Cena teksańskiej ropy WTI (europejska Brent jest o kilka dolarów na baryłce droższa) po inwazji Rosji na Ukrainę wystrzeliła z ok. 92 dol. za baryłkę do przeszło 120 dol. Potem na zmianę taniała i drożała, ale o coraz mniejsze wartości, by po pierwszej dekadzie czerwca niemal powrócić do szczytów z marca. Ostatni miesiąc to jednak czas lekkiego oddechu. WTI potaniała o blisko 15 proc., a przez dwa dni w ostatnim tygodniu była poniżej 100 dol. W środę 6 lipca zawędrowała w te rejony nawet cena ropy Brent, która też w ciągu miesiąca potaniała o kilkanaście procent.

– Dzisiaj sytuacja na rynku ropy naftowej jest o tyle skomplikowana, że z jednej strony przeważają obawy o wystąpienie recesji, które powodują, że ceny surowca spadają, z drugiej strony mamy w dalszym ciągu napiętą sytuację podażową. Planowane wstrzymanie importu ropy i paliw gotowych z Rosji w wyniku szóstego pakietu sankcji powodują obawy, że na przełomie tego i przyszłego roku będą większe problemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Cieślak, analityczka rynku paliw BM Reflex. – Wszystkie kraje, które będą zobowiązane do zaprzestania importu ropy naftowej z Rosji, jeszcze dzisiaj ten import realizują, a więc także Polska kupuje rosyjską ropę. Kupujemy także paliwa gotowe z Rosji, co powoduje, że sytuacja się w ostatnich tygodniach nieco uspokoiła.

Szósty pakiet sankcji na Rosję w odpowiedzi na jej agresję na Ukrainę został przyjęty przez UE na początku czerwca. Zakłada on m.in. zakaz importu z tego kraju ropy naftowej i produktów ropopochodnych transportowanych drogą morską. W pakiecie sankcji przewidziano nieliczne wyjątki, takie jak tymczasowe zezwolenie na import rosyjskiej ropy transportowanej drogą morską przez Bułgarię czy import próżniowego oleju napędowego przez Chorwację. Rurociągami ropa ma płynąć, ale tu z kolei nie wiadomo, czy to Moskwa nie wstrzyma dostaw.

Kraje członkowskie dostały pół roku na przestawienie się na inne źródła w przypadku ropy i osiem miesięcy w przypadku jej przetworów. Terminy te przypadną na początek i środek zimy, co w przypadku, gdyby okazała się ona mroźna, może spowodować nawet przerwy w dostawach prądu czy ciepła.

 Będzie rosło zapotrzebowanie na olej napędowy, opałowy i będziemy pewnie mieli do czynienia ponownie ze wzrostem cen tych paliw na rynku. Dzisiaj rynek oleju napędowego zachowuje się nieco stabilniej, ale to też jest kwestia tego, że w wakacje zwyczajowo rośnie popyt na benzynę – mówi Urszula Cieślak. – Pytanie, co stanie się z ropą produkowaną w Rosji, choć nie jest to nasz problem. Prawdopodobnie znajdzie ona nabywców, a w konsekwencji nastąpi pewne przeszacowanie kierunków dostaw ropy naftowej. Zakaz importu będzie powodował, że my będziemy kupować ropę z innych kierunków. Natomiast ropa, którą Rosja sprzedawała do Europy, trafi na inne rynki zbytu, chociażby Chin i Indii.

Ważnym elementem tej układanki jest OPEC, zrzeszający znaczącą część producentów ropy naftowej. Należy do niego 13 państw: Algieria, Angola, Kongo, Gwinea Równikowa, Gabon, Iran, Irak, Kuwejt, Libia, Nigeria, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Wenezuela. Po załamaniu na rynku ropy naftowej w 2015 roku, gdy cena baryłki spadła do ok. 35 dol., kraje OPEC i kilka innych państw z Rosją na czele umówiły się na ograniczenie wydobycia.

Terminy wygaśnięcia porozumienia są od tej pory przesuwane w czasie, choć kartel realizuje plan stopniowego zwiększania wydobycia. Poza tym, że pod znakiem zapytania stoi jednak jego współpraca z Rosją, pojawia się też pytanie o moce wydobywcze. Pewnym ratunkiem może być zwiększenie wydobycia ropy łupkowej w Stanach Zjednoczonych. Po dojściu Joego Bidena do władzy sektor ten popadł w niełaskę, obecnie jednak Demokraci zachęcają koncerny do inwestycji, namawiają także kraje Bliskiego Wschodu na wzrost wydobycia.

W tym momencie wiemy, że do sierpnia OPEC+ będzie zwiększał wydobycie o 648 tys. baryłek dziennie. Natomiast w sierpniu kończy się zawarte wcześniej porozumienie – potwierdza ekspertka BM Reflex. – Dzisiaj nie ma na ten temat dyskusji i istnieje ryzyko, że chociażby ze względu na udział Rosji w porozumieniu OPEC+ to porozumienie może nie zostać już przedłużone. Czekamy więc na kolejne sierpniowe posiedzenie OPEC+, które z całą pewnością da odpowiedź, w jakim kierunku kartel będzie prowadził swoją politykę.

P. Gliński: Polski przemysł kreatywny wymaga większego wsparcia państwa. Mocny akcent na nowe technologie i przedsiębiorczość w kulturze

– Jeżeli chcemy, żeby obszar kultury cyfrowej nie był zbyt silnie skomercjalizowany i żeby rynek dyktował nam warunki i kryteria, to warto budować tę drugą nogę, czyli wsparcie mecenatu państwowego, samorządowego, prywatnego – mówi prof. Piotr Gliński, wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego. Takie wsparcie polskim firmom z sektora ma oferować m.in. Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych, nowa instytucja powołana do życia miesiąc temu przez resort kultury. To miejsce ma stawiać przede wszystkim na obecność nowych technologii i przedsiębiorczość w kulturze, łącząc tradycyjne dziedziny kultury i sztuki z tymi bardziej nowoczesnymi. Centrum w weekend zainicjowało swoją działalność.

 Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych to państwowa instytucja kultury, powołana w celu wsparcia rozwoju przemysłów kreatywnych – od gier komputerowych po design, modę, architekturę, teatr czy taniec, Główne kryteria, które definiują przemysły kreatywne, to są nowe technologie i przedsiębiorczość – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Piotr Gliński. – Żeby przemysły kreatywne, kultura cyfrowa mogły się dobrze rozwijać, muszą jednak współpracować z wieloma innymi sektorami kultury. Muszą czerpać np. z doświadczeń tańca współczesnego czy kultury antycznej, teatru, literatury. To oczywiste, że najlepsze rzeczy wychodzą wtedy, kiedy twórczo, kreatywnie i mądrze coś się ze sobą łączy.

Nowa państwowa instytucja kultury – Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych – została powołana 1 czerwca br. zarządzeniem MKiDN. Ma się zajmować nie tylko twórczym, ale też biznesowym wymiarem działalności kulturalnej. Będzie miejscem integrującym tradycyjne obszary kultury z tymi nowoczesnymi.

Te obszary często się rozwijają spontanicznie, kreatywnie, więc tutaj trudno jest coś zaplanować poza tym, że zarówno polskie państwo ze szczebla centralnego, jak i samorządy muszą i powinny wspierać rozwój tych dziedzin. Niektóre z nich sobie doskonale radzą na rynku, ale nie wszystkie – podkreśla minister kultury i dziedzictwa narodowego.

– Liczba przedsiębiorstw, które już świadczą usługi w sektorach kreatywnych, to 125 tys. firm, które dodają 10 proc. wartości dodanej do polskiej gospodarki. Jednocześnie usługi z sektora kreatywnego to jest 1/5 polskiego eksportu, szalenie ważny element naszej polskiej gospodarki. To przykładowo są oczywiście gry wideo. Mamy już świetnych ambasadorów na świecie, jak chociażby grę Wiedźmin czy ostatnio wpisana do podstaw programowych gra This War of Mine – mówi Justyna Orłowska, pełnomocnik ministra edukacji i nauki ds. transformacji cyfrowej.

Jak podaje MKiDN, działalność nowej instytucji – której siedziba znajduje się przy ulicy Mińskiej na warszawskiej Pradze Południe – skoncentruje się wokół wykorzystania nowoczesnych technologii w kulturze, kulturowych gier wideo, rozszerzonej rzeczywistości, grafiki cyfrowej, reklamy, mody i wzornictwa, a także muzyki czy tańca.  

– Kiedy mówimy o sektorach kreatywnych, nie sposób nie mówić o nowoczesnych technologiach. Nieważne, o czym pomyślimy, czy o sztukach audiowizualnych, czy o grach wideo, to do każdej z tych dziedzin stosowane są nowoczesne technologie. Gry wideo to już także oczywiście gry w wirtualnej rzeczywistości, która bardzo dynamicznie się rozwija. Można przenosić się do różnych miejsc na świecie za pomocą gogli VR. Tutaj wyobraźnia jest jedyną granicą, którą mogą napotkać uczestnicy Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych. Tutaj będą powstawały na pewno takie technologie, które będą jeszcze bardziej przybliżały sztukę, wytwory kreatywne do każdego polskiego obywatela, a także obywateli na całym świecie – mówi Justyna Orłowska.

To centrum jest właśnie takim miejscem, gdzie ludzie, którzy mają pomysły, mogą z nimi przychodzić i tutaj je realizować. Będą tu m.in. różnego typu start-upy, organizacje pozarządowe, grupy teatralne, ale też miłośnicy gier komputerowych i nowoczesnych rozwiązań cyfrowych – wymienia prof. Piotr Gliński.

Jak podkreśla, mecenat państwowy i samorządowy jest konieczny, by przemysł kreatywny nie stał się zbyt skomercjalizowany. CRPK ma m.in. inicjować międzybranżową współpracę na rzecz rozwoju polskich przemysłów kreatywnych, a z drugiej strony – promować je na rynkach zagranicznych. To z kolei ma się przyczynić do wzrostu eksportu i uatrakcyjnienia polskiej marki za granicą.

– Mówimy także o finansowych programach, które będą jeszcze bardziej wspierały sektory kreatywne i sprawiały, że firmy będą dawały jeszcze większą wartość dla polskiej gospodarki – mówi Justyna Orłowska.

Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych zainaugurowało swoją działalność w miniony weekend. Pierwszą inicjatywą był największy postpandemiczny jam, czyli maraton dla twórców gier w Polsce (United with Ukraine Game Jam), który rozpoczął się w piątek wieczorem. Jego celem było stworzenie w ciągu 48 godzin projektów gier wideo nawiązujących do ukraińskiego dziedzictwa kulturowego. Z zadaniem tym mierzyło się 350 uczestników z całego świata – w formie stacjonarnej i online.

– To jest wyraz solidarności i wsparcia dla Ukrainy walczącej za wolny świat – mówi wicepremier. – W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego pomagamy Ukrainie od samego początku wojny, a nawet i przed jej wybuchem. Wysyłamy bardzo wiele transportów z materiałami ochronnymi dla zabytków i dzieł sztuki, to jest budowa funduszu digitalizacyjnego kultury ukraińskiej, to są projekty przyjmowania artystów ukraińskich w Polsce, trzy orkiestry symfoniczne, jeden chór i zespół tańca ludowego. To są najważniejsze, najbardziej znane przykłady naszego wsparcia.

Wojna w Ukrainie chwilowo osłabiła pozycję Europy i Polski w oczach zagranicznych inwestorów. Długofalowo możemy jednak zyskać

Pandemiczne zakłócenia w łańcuchach dostaw i drastyczny wzrost kosztów transportu międzynarodowego spowodowały, że wśród firm mocno wzrosło zainteresowanie outsourcowaniem procesów i usług do krajów zbliżonych geograficznie zamiast do odległej Azji. Wojna w Ukrainie tylko nasiliła tę tendencję. Dlatego w tej chwili już 53 proc. inwestorów chce zbliżenia łańcuchów dostaw do miejsca sprzedaży produktu lub usługi, a 43 proc. spodziewa się powrotu produkcji i usług na rynek krajowy – wynika z badania firmy doradczej EY. Na tym trendzie może skorzystać Europa, w tym również Polska, która nadal przyciąga najwięcej bezpośrednich inwestycji zagranicznych w regionie CEE.

 Wydarzenia takie jak pandemia, a teraz rosyjska agresja na Ukrainę, wzbudzają pewną ostrożność u inwestorów zagranicznych. Z drugiej strony są dobrą okazją, żeby zweryfikować swoje plany inwestycyjne. Już jakiś czas temu zauważyliśmy, że łańcuchy dostaw się skracają i część produkcji przenosi się z Azji do krajów europejskich, w tym też do Polski – mówi agencji Newseria Biznes Zofia Kilian z Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

Jak wynika z raportu firmy doradczej EY, w 2020 roku bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ) w Europie spadły o 13 proc. Był to efekt pandemii, która spowodowała, że inwestorzy wstrzymywali się z decyzjami. Jednak w ubiegłym roku ogłosili już prawie 5,9 tys. planowanych bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie, co oznacza 5-proc. wzrost. Analitycy wskazują, że inwestorzy wciąż chętnie wybierają Stary Kontynent, mimo że popandemiczne odbicie w gospodarce okazało się wolniejsze, niż oczekiwano, a działające w Europie firmy odczuwają skutki wojny w Ukrainie m.in. w postaci sankcji czy rosnących kosztów towarów i energii.

Raport EY („Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2022”) pokazuje też, że beneficjentami tendencji do skracania łańcuchów dostaw, nearshoringu (zbliżania zakładu produkcyjnego do miejsca sprzedaży produktu lub usługi) i reshoringu (lokowania działalności z powrotem w kraju pochodzenia) są w tej chwili raczej kraje Południa niż region CEE. Wynika to z bliskości granic z Ukrainą i Rosją, co przekłada się na ograniczone zaufanie inwestorów. Między innymi dlatego największe ich rzesze przyciąga obecnie Francja, gdzie zaplanowano ponad 1,2 tys. BIZ-ów, czyli o 24 proc. więcej rok do roku. Zdecydowanie największy wzrost odnotowały jednak Włochy (o 83 proc. r/r) oraz Portugalia (o 30 proc. r/r). Polska uplasowała się wysoko, na dziewiątej pozycji, i nadal przyciąga najwięcej inwestycji zagranicznych w regionie CEE. 

Z danych EY wynika, że w 2021 roku inwestorzy zadeklarowali przeprowadzenie w Polsce 193 BIZ-ów. To o 12 proc. mniej niż rok wcześniej, choć nadal zdecydowanie wyprzedzamy pozostałe kraje regionu. Plusem jest również to, że nowe inwestycje mają przynieść aż 21 tys. miejsc pracy. To ponad czterokrotnie więcej niż w 2020 roku i blisko wyników z 2018 roku, kiedy inwestorzy deklarowali utworzenie w Polsce 22 tys. nowych miejsc pracy w 272 inwestycjach.

– Jednym z ważnych czynników, który buduje atrakcyjność inwestycyjną Polski, jest różnego rodzaju pomoc publiczna. To m.in. Polska Strefa Inwestycji, w ramach której można uzyskać zwolnienie z podatku dochodowego czy grant rządowy, przyznawany na podstawie Programu wspierania inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki polskiej. Te dwa instrumenty wzbudzają największe zainteresowanie – mówi Zofia Kilian.

Jak poinformowało Ministerstwo Rozwoju i Technologii, przedsiębiorcy, którzy w ubiegłym roku uzyskali granty w ramach tego programu, zobowiązali się do zainwestowania w Polsce łącznie prawie 11,4 mld zł i stworzenia 3,5 tys. nowych miejsc pracy, z czego ponad 1,6 tys. dla osób z wyższym wykształceniem. 2021 rok był najlepszym okresem w historii programu, głównie dzięki preferencyjnym warunkom, które zaproponowano w marcu 2021 roku.

– W ramach programu grantowego dla wsparcia inwestycji szykują się pewne zmiany. W najbliższych miesiącach zostanie wprowadzona nowelizacja. Jeszcze nie do końca można mówić o szczegółach, ale niedługo będzie można zapoznać się z projektem – mówi ekspertka PAIH.

Jak podkreśla, agencja zapewnia wsparcie inwestorom na każdym etapie procesu inwestycyjnego, m.in. pomaga im w podjęciu decyzji dotyczącej lokalizacji i ułatwia kontakty z władzami lokalnymi czy potencjalnymi partnerami. PAIH doradzi również w kwestii możliwości uzyskania pomocy publicznej.

Ubiegły rok okazał się rekordowy dla agencji. Przy jej wsparciu zagraniczne firmy zainwestowały w Polsce ponad 3,5 mld euro, o 700 mln więcej niż w najlepszym 2019 roku. Nowe inwestycje przyniosą blisko 18 tys. nowych miejsc pracy. Wśród największych inwestorów pod względem nakładów finansowych były Korea Południowa, Niemcy i USA.

– Atrakcyjność Polski na rynkach międzynarodowych zdecydowanie buduje również wysoko wykwalifikowana kadra, tereny inwestycyjne i dobrze przygotowana infrastruktura – wymienia Zofia Kilian. – Warto tu wspomnieć o specjalnych programach, które są odpowiedzią na zmieniającą się sytuację u naszych wschodnich sąsiadów. I nie mówię tu tylko o wojnie w Ukrainie, ale też o sytuacji w Białorusi. W reakcji na nie został uruchomiony program Poland. Business Harbour, który ułatwia ścieżkę wizową dla obywateli takich krajów jak Białoruś, Ukraina, Gruzja, Mołdawia i Rosja, umożliwiając łatwiejszy start i rozpoczęcie pracy w Polsce. Jest to program skierowany szczególnie do specjalistów IT.

Polska Agencja Inwestycji i Handlu przyciągnęła w 2021 roku 96 inwestycji zagranicznych, w tym 37 z Białorusi, co świadczy o sukcesie programu Poland. Business Harbour. Obejmuje on trzy ścieżki udziału: dla specjalistów IT, start-upów i dojrzałych firm. Program powstał we wrześniu 2020 roku jako odpowiedź na sytuację w Białorusi i konieczność zapewnienia bezpiecznego schronienia i szansy rozwoju prężnie funkcjonującej dotychczas białoruskiej branży IT, ale rozszerzono go także na inne kraje wschodnie: Armenię, Azerbejdżan, Gruzję, Rosję i Ukrainę.

Koncerny paliwowe konkurują o klientów rabatami. Mniejsze niezależne stacje mogą nie przetrwać tej walki

Ceny benzyny 95 kształtują się obecnie w okolicach 7,69–7,75 zł, w przypadku oleju napędowego są o kilka groszy wyższe. W ostatnich tygodniach kolejne sieci dołączają do rozpoczętego przez Orlen wyścigu na promocje i rabaty dla kierowców. W efekcie na niektórych stacjach ceny za litr są ok. 30 gr niższe. Na taki ruch nie zawsze mogą sobie pozwolić lokalne i niezależne stacje. Musiałyby bowiem zrezygnować z części swojej marży, co odbiłoby się na opłacalności ich biznesu. Z kolei brak obniżek może spowodować odpływ klientów do konkurencji.  Te prywatne biznesy, które prowadzą niezależne stacje, nie staną nagle przed granicą opłacalności, okres wakacyjny powinny wytrzymać. Natomiast problemem pojawi się, jeśli promocje wprowadzane przez krajowe koncerny będą przedłużane – mówi Urszula Cieślak z BM Reflex.

– Przełom czerwca i lipca przyniósł wyraźną poprawę na stacjach. Co prawda dalej widzimy bardzo wysokie poziomy cen, jednak oddaliliśmy się od poziomu 8 zł za litr benzyny czy oleju napędowego. Te spadki, które notujemy w ciągu ostatnich kilkunastu dni, to przede wszystkim zasługa ustabilizowania ceny ropy naftowej, ale też akcji promocyjnych wprowadzonych przez koncerny takie jak m.in. PKN Orlen czy Grupa Lotos, jak i zagraniczne koncerny oraz prywatne sieci stacji paliw – mówi agencji Newseria Biznes Urszula Cieślak, analityczka rynku paliw z BM Reflex.

Jak podkreśla, dzisiaj to, ile kierowca ostatecznie zapłaci na stacji, zależy przede wszystkim od tego, którego operatora wybierze.

Uwzględniając generalną obniżkę, którą widzimy na dystrybutorach na wszystkich stacjach paliw, ceny mogą być pomniejszone nawet o 30–40 gr przy skorzystaniu z oferty operatorów, którzy wprowadzili czasowe promocje od początku wakacji – mówi Urszula Cieślak.

W przedostatnim tygodniu czerwca PKN Orlen, zarządzający największą siecią stacji paliw w Polsce, ogłosił wakacyjną promocję, w ramach której kierowcy z kartą Vitay mogą kupić paliwo ze zniżką 30 gr na litrze. Rabat dotyczy do 150 l paliwa miesięcznie w ramach trzech tankowań do 50 l. Ten ruch spowodował reakcję konkurencji, więc w ślad za PKN Orlen poszli też inni operatorzy, w tym m.in. Lotos,  bp Polska czy Anwim ze stacjami Moya.

Te upusty w cenach paliw, stosowane przez część koncernów krajowych i zagranicznych, powodują, że do tej polityki cenowej będą musiały przystosować się także stacje pozostałych operatorów, przede wszystkim stacje niezależne, które są położone blisko tych należących do koncernów i sieci prywatnych – mówi analityczka BM Reflex.

Jednak te stacje, które nie mają bezpośredniej konkurencji w pobliżu, nie będą mieć motywacji do obniżania cen. W efekcie może to spowodować zwiększenie dysproporcji cenowych między poszczególnymi stacjami czy miejscowościami.

Niestety w efekcie także obniżki cen paliw nie będą dostępne równomiernie dla wszystkich kierowców. Na przykład na stacjach pozamiejskich, właśnie ze względu na brak tej konkurencyjności, kierowcy będą zmuszeni tankować drożej. Trudno będzie im jechać do większego miasta czy pokonywać dodatkowe odległości po to, żeby taniej kupić paliwo – ocenia Urszula Cieślak 

Wojna rabatowa może być problemem zwłaszcza dla małych, niezależnych stacji paliw, które nie mogą pozwolić sobie na wprowadzenie podobnych upustów. Musiałyby bowiem zrezygnować z części swojej marży, co odbiłoby się na opłacalności ich biznesu.

To może postawić w gorszej sytuacji operatorów niezależnych, którzy nie mają sieci, ale pojedyncze obiekty. Tam istnieje zagrożenie, że klient po prostu przejdzie do konkurencji, gdzie zatankuje taniej – mówi analityczka BM Reflex. – To będzie się też wiązało z tym, że klient nie skorzysta też z oferty pozapaliwowej danej stacji. A więc to nie będzie oznaczało tylko spadku marży detalicznej przy sprzedaży paliw, ale również marży, którą właściciel stacji może realizować na innych produktach czy usługach. To jest największe ryzyko.

Statystyki Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN) pokazują, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku marże sprzedawców paliw, które już wcześniej były bardzo niskie, dodatkowo spadły w porównaniu z 2021 rokiem. W przypadku oleju napędowego ten spadek wyniósł 100 proc. i dziś marża wynosi 0 zł na litrze przy wzroście ceny netto o 72 proc., natomiast w przypadku benzyny 95 marża spadła o 65 proc. (z 0,14 do 0,05 zł na litrze) przy wzroście ceny netto o 69 proc. Tylko marża autogazu wzrosła z 0,24 zł do 0,68 zł.

Ekspertka BM Reflex zauważa, że w przeszłości operatorom stacji paliw zdarzało się już działać przez pewien czas przy niemal zerowych marżach detalicznych, m.in. ze względu na sytuację na rynkach międzynarodowych czy wewnętrzną sytuację popytowo-podażową. Tym razem upusty są ograniczone czasowo i mają potrwać, przynajmniej zgodnie z zapowiedziami, do końca wakacji.

– To, jak długo potrwają aktualne promocje, będzie zależeć m.in. od sytuacji na rynku ropy naftowej i na rynku walutowym w nadchodzących tygodniach. Jeżeli w trakcie wakacji ceny ropy nie będą rosły, a nawet spadną, to łatwiej będzie te promocje zakończyć. To nie spowoduje bowiem, że w krótkim czasie ceny znów wzrosną nam do tej psychologicznej bariery 8 zł za litr – mówi Urszula Cieślak. – Wydaje się, że ten okres kilku tygodni stacje przy lekkiej poprawie sytuacji, jeśli chodzi o poziom cen hurtowych, będą w stanie wytrzymać. Natomiast gdyby promocje były przedłużane, wtedy właściciele prywatnych stacji będą mieli już większe problemy.

Według tzw. szybkiego szacunku, który podał w ubiegłym tygodniu GUS, w czerwcu br. inflacja konsumencka w Polsce wyniosła 15,6 proc., wobec 13,9 proc. miesiąc wcześniej. To najwyższy wynik od 1997 roku. Paliwa do prywatnych środków transportu rok do roku podrożały o 46,7 proc., a w ujęciu miesięcznym – o 9,4 proc. W przypadku nośników energii ceny wzrosły odpowiednio o 35,3 i 3 proc.

Prof. Jerzy Buzek: Możliwe korekty w unijnej polityce dotyczącej rolnictwa. W grę wchodzą tylko tymczasowe odstępstwa

– Wspólna Polityka Rolna musi się teraz skoncentrować na zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego – ocenia prof. Jerzy Buzek, europoseł. Wojna i sankcje spowodowały problemy z dostępem do niektórych produktów żywnościowych, szczególnie w biednych rejonach świata, co w niektórych krajach grozi klęską głodu. Dlatego priorytetem unijnego rolnictwa jest niedopuszczenie do spadku produkcji. Jak podkreśla były przewodniczący PE, to może oznaczać konieczność korekty założeń unijnych strategii dla rolnictwa. Możliwe są jednak tylko tymczasowe zmiany, a nie odejście od długofalowych założeń reformy.

Wspólna polityka rolna oznacza bezpieczeństwo żywnościowe Unii Europejskiej. Pod tym względem jest to bardzo podobne do wspólnej polityki energetycznej, o której mówimy od lat bardzo dużo. Ona jest po to, żeby wszyscy w Europie mieli bezpieczne zaopatrzenie w energię. Teraz się okazało, że jeszcze bardziej podstawową kwestią jest bezpieczeństwo żywnościowe, dlatego wspólna polityka rolna musi się na to nakierunkować – mówi agencji Newseria Biznes prof. Jerzy Buzek, poseł Parlamentu Europejskiego, były przewodniczący PE i były premier Polski.

Weryfikację unijnych planów wymusza konflikt zbrojny w Ukrainie.

– Rosja bestialsko i zdradziecko napadła na Ukrainę i wyrządza straszliwe szkody ludzkie, to po prostu poraża, ale niezależnie od tego są też ogromne zagrożenia żywnościowe, zwłaszcza dla Afryki – mówi europoseł. – Ukraina to są przecież najlepsze ziemie na świecie, największa produkcja oleju słonecznikowego, ogromna produkcja pszenicy i kukurydzy. Dzisiaj wskutek wojny Ukraina nie może eksportować tych produktów, a więc światu grozi głód. Rosja tą groźbą głodu szantażuje świat, szantażuje Europę, stosuje to zagrożenie głodem jako broń.

W tej sytuacji Unia Europejska nie może pozwolić sobie na obniżenie produkcji rolno-spożywczej. Dlatego w nadchodzącym czasie będą wprowadzane korekty w unijnych strategiach dotyczących rolnictwa. Europejski Zielony Ład w rolnictwie opiera się na dwóch takich strategiach. Pierwsza z nich, „Od pola do stołu”, ma za zadanie zmienić europejski sektor żywności tak, aby zmniejszyć jego ślad środowiskowy i klimatyczny. KE wyznaczyła w tym zakresie ambitne cele, m.in.: redukcję stosowania pestycydów o 50 proc. i nawozów o 20 proc. oraz zwiększenie udziału upraw ekologicznych do 25 proc. przed końcem obecnej dekady, a także poprawę dobrostanu zwierząt – o połowę ma spaść sprzedaż środków drobnoustrojowych (antybiotyków) dla zwierząt hodowlanych. Druga, „Strategia na rzecz bioróżnorodności”, skupia się z kolei na różnorodności biologicznej, ochronie gatunków i ekosystemów oraz większej równowadze między przyrodą a rolnictwem.

– Pewne rozwiązania można i trzeba ruszyć, bo w najbliższym czasie najważniejsze będzie bezpieczeństwo żywności – mówi prof. Jerzy Buzek. – Wiemy o nawożeniu, stosowaniu nawozów sztucznych, pestycydów czy innych środków, których używamy w produkcji roślinnej i zwierzęcej, żeby zwiększyć plony. Musimy tak zadbać o te wskaźniki na najbliższy czas, żeby nie obniżyć produkcji.

Były przewodniczący PE zaznacza jednak, że wszelkie odstępstwa będą mieć jedynie charakter tymczasowy.

Na pewno nie będziemy zmieniać ogólnych długofalowych założeń polityki „Od pola do stołu” czy Europejskiego Zielonego Ładu, bo to są projekty cywilizacyjne na całą generację, na przyszłość i nie wolno zmieniać ich celów zasadniczych – podkreśla ekspert. – Europejski Zielony Ład to jest w dużej mierze walka z paliwami kopalnymi, ograniczenie stosowania paliw kopalnych, bo to zagraża nam cywilizacyjnie. Dwutlenek węgla wydzielany do atmosfery powoduje ogromne ocieplenie, wielkie susze, gdzie indziej powodzie, huragany, tajfuny, podnosi się poziom oceanów. W rolnictwie najbardziej widać te zagrożenia związane ze zmianami klimatycznymi, więc nie możemy zmieniać założeń, które są dobre.

Jak wskazuje, pewne modyfikacje strategii są jednak niewykluczone nie tylko w rolnictwie, ale i w obszarze energetyki.

– Przykładowo, jeśli gdzieś brakuje gazu, to być może jeszcze przez rok, dwa czy trzy – i to już się planuje – będzie pracowała elektrownia węglowa albo nuklearna, która miała zostać wyłączona. I to jest dopuszczalne – mówi prof. Jerzy Buzek. – Oczywiście po wyłączeniu tych elektrowni przeskoczymy na energetykę odnawialną. Prawdopodobnie już nie będzie etapu przejściowego opartego na gazie ziemnym. 

Europejski Zielony Ład ma docelowo wzmocnić kondycję i innowacyjność europejskiego rolnictwa, a więc także poprawić jakość i ilość produkcji rolnej. To właśnie te innowacje mogą się okazać rozwiązaniem wielu bolączek sektora rolno-spożywczego.

– Mamy szansę, aby np. dzięki technologiom kosmicznym, dzięki precyzyjnemu nawożeniu i stosowaniu pestycydów punktowo zmniejszyć stosowanie środków chemicznych, a równocześnie nie zmniejszyć plonów. Musimy pójść w innowacyjność – podkreśla były premier.

Komisja Europejska już w marcu br. – krótko po wybuchu wojny w Ukrainie – podjęła kroki, które miały na celu zabezpieczenie produkcji rolnej w UE. Przyjęła m.in. rozporządzenie, które pozwala rolnikom wykorzystywać grunty proekologiczne (EFA) i włączyć je do produkcji pasz i żywności oraz wypasu zwierząt gospodarskich. Na takich obszarach dozwolono także stosowanie nawozów i środków ochrony roślin. 

– Ważny będzie także sposób dystrybuowania środków europejskich, bo on nie jest jeszcze postanowiony, oby jak najszybciej podjęto te decyzje z korzyścią dla rolników. Konieczna jest pomoc dla rolników małych, którzy po prostu muszą sobie poradzić, ze względu również na socjalne warunki życia na polskiej wsi. Ale szczególną uwagę trzeba zwrócić na rolników wielkoobszarowych, wielkoprodukcyjnych, bo właśnie oni mają zapewnić bezpieczeństwo żywności w Polsce, Europie i na świecie – mówi prof. Jerzy Buzek.

Komisja Europejska ustanowiła europejski mechanizm gotowości i reagowania na kryzysy związane z bezpieczeństwem żywnościowym. W kwietniu podjęła decyzję o przeznaczeniu ponad 540 mln euro na poprawę sytuacji w Sahelu (czyli państw z południowych obrzeży Sahary) i Kotlinie Czadu. W czerwcu KE zapowiedziała nowy środek wsparcia – 600 mln euro z rezerwy Europejskiego Funduszu Rozwoju dla państw Afryki, Karaibów i Pacyfiku. Trafią one zarówno na pomoc humanitarną i wsparcie makroekonomiczne, jak i na wsparcie inwestycji w produkcję żywności i odporność systemów żywnościowych w tych państwach.

KE szacuje, że w 2021 roku kryzys żywnościowy dotknął co najmniej 195 mln osób. To o 25 proc. więcej niż rok wcześniej. Przyczyną tego wzrostu są m.in. ekstremalne zjawiska pogodowe, konflikty i rosnące w zawrotnym tempie ceny żywności. Wojna w Ukrainie znacząco pogłębi ten problem.

Polska wciąż ma problem z forsowaniem swoich interesów na arenie międzynarodowej. Brakuje też Polaków w instytucjach UE i globalnych organizacjach

Regulacje przyjmowane na forum Unii Europejskiej oraz zalecenia instytucji międzynarodowych mają znaczący wpływ na kształt polskich przepisów. Jednak Polska wciąż ma problem z forsowaniem na ich forum swoich interesów i zapewnieniem, aby te międzynarodowe regulacje, wypracowywane w drodze negocjacji i kompromisów, były dla niej jak najkorzystniejsze – wynika z nowego raportu, który przygotowała Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego. Eksperci wskazują, że Polska jest niedoreprezentowana w instytucjach unijnych i organizacjach międzynarodowych. Mimo ponad 30 lat suwerenności swojej polityki zagranicznej wciąż dopiero uczy się też skutecznego operowania w środowisku międzynarodowym. Ostatnie miesiące przyniosły wzrost roli naszego kraju na arenie międzynarodowej, co warto wykorzystać.

– W ostatnich kilku latach pozycja Polski na arenie międzynarodowej nie była niestety tak dobra, jak byśmy tego oczekiwali. Mieliśmy trudne początki z administracją Joe Bidena, na co wpłynęły m.in. sprawy związane z praworządnością, wolnością mediów etc. Trudno było zorganizować chociażby wizytę członków amerykańskiej administracji wysokiego szczebla w Polsce. Podobnie na forum unijnym, w kontaktach z naszymi najważniejszymi partnerami, czyli z Francją i Niemcami, z którymi też toczyliśmy różnego rodzaju spory – mówi agencji Newseria Biznes dr Tomasz Smura, dyrektor Biura Analiz i członek zarządu Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, współautor raportu „Jak chronić interes narodowy na scenie międzynarodowej? Polska w organizacjach międzynarodowych i wobec zewnętrznych regulacji”.

Paradoksalnie pozycję Polski na arenie międzynarodowej poprawił wybuch wojny w Ukrainie w lutym br. Jako kluczowy kraj wschodniej flanki NATO i jeden z głównych sojuszników Ukrainy zaczęła ona odgrywać bardzo ważną rolę w działaniach zmierzających do zakończenia konfliktu. 

Światowa opinia publiczna dostrzegła, że Polska jest kluczowym państwem wspierającym Ukrainę. Poza tym Polki i Polacy wykazali się dobrą wolą i dużą determinacją, pomagając uchodźcom z Ukrainy, i to też zostało odebrane bardzo pozytywnie – mówi dr Tomasz Smura. – W początkowym okresie niemal co drugi dzień odbywały się delegacje wysokiego szczebla do Polski. Co więcej, przyjechali tu chyba wszyscy najważniejsi przedstawiciele amerykańskiej administracji, zaczynając od sekretarza Antony’ego Blinkena, sekretarza obrony Lloyda Austina, wiceprezydent Kamali Harris i wreszcie prezydenta Joe Bidena, który wygłosił przemówienie na dziedzińcu Zamku Królewskiego. To wcześniej było w ogóle trudne do wyobrażenia.

Rosyjska agresja na Ukrainę spowodowała, że Polska stała się krajem bardzo istotnym z punktu widzenia polityki światowej, krajem o znaczeniu piwotalnym. Dziś wiele krajów w Europie, ale przede wszystkim Stany Zjednoczone, ma świadomość, że bez Polski nie można utrzymać architektury światowej. To bardzo umacnia naszą rolę. Mamy takie okienko geopolityczne, które powinniśmy wykorzystać do tego, żeby wzmocnić polską dyplomację, zabiegać aktywnie o nasze interesy krajowe i międzynarodowe – dodaje poseł Arkadiusz Mularczyk, przewodniczący delegacji polskiego Sejmu i Senatu do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.

Mimo ponad 30 lat suwerenności polityki zagranicznej Polska wciąż jednak dopiero uczy się skutecznego operowania w środowisku międzynarodowym. Nadal ma też trudności z forsowaniem swoich interesów – oceniają w raporcie eksperci Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

– Mamy pewien niedosyt tego, co można by było osiągnąć, jeśli chodzi o działania polskiego rządu na forum międzynarodowym w zakresie obrony naszych interesów. W tym momencie najważniejsze są kwestie bezpieczeństwa i jesteśmy właśnie po szczycie NATO w Madrycie, gdzie nie udało się osiągnąć wszystkiego, co postulowaliśmy, czyli większej, stałej obecności NATO na wschodniej flance – zauważa dr Tomasz Smura. – Polacy są niedoreprezentowani w instytucjach unijnych, w organizacjach międzynarodowych.

Co istotne, Polacy stosunkowo rzadko obejmują wysokie stanowiska w instytucjach międzynarodowych wymagające poparcia innych państw. Z kolei polscy eksperci, kandydujący w otwartych konkursach, narzekają na brak wsparcia ze strony polskich władz. Ci, którym udało się już znaleźć zatrudnienie w organizacjach międzynarodowych czy instytucjach unijnych, wskazują też, że polskie władze nie utrzymują z nimi relacji i nie istnieją żadne mechanizmy ułatwiające ich kontakt z pracownikami z polskich ministerstw i urzędów.

– Musi się poprawić mechanizm wsparcia polskich obywateli kandydujących do organizacji międzynarodowych. Po drugie, powinny powstać jakieś mechanizmy koordynujące Polaków, którzy już pracują w organizacjach międzynarodowych. Wiadomo, że taki urzędnik ma pewne sympatie związane ze swoim krajem, z jego interesami, więc z pewnością jest to kapitał, który warto wykorzystać – ocenia dyrektor Biura Analiz i członek zarządu Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Ponadnarodowe regulacje, np. w ramach UE, i normy takich organizacji jak WTO, WHO czy ILO muszą uwzględniać wizje i cele wielu różnych podmiotów, więc zazwyczaj mają charakter kompromisu. Państwo ma jednak wiele narzędzi, aby zapewnić, że dana regulacja międzynarodowa wypracowywana w toku negocjacji osiągnie najlepszy dla niego kształt. Kluczowa jest tu m.in. jakość własnej służby dyplomatycznej, ale też umiejętność współpracy ze społeczeństwem obywatelskim (organizacjami pozarządowymi, think tankami, mediami itp.) czy własnymi grupami interesów oraz organizacjami i grupami lobbingowymi. Tymczasem Polska wciąż ma na tym polu problemy, czego przykładem są m.in. zagadnienia energetyczno-klimatyczne czy kwestia pracowników delegowanych. Ostateczny kształt przepisów, które dotyczą tej właśnie kwestii, bardzo istotnej dla polskich firm, został przyjęty na forum UE mimo sprzeciwu ze strony Polski.

Musimy mieć świadomość, że 30 lat po upadku komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej Polska cały czas była krajem na dorobku. Szlusowaliśmy do UE, Brukseli, do lepszego życia, do tego, żeby być w klubie zamożniejszych krajów. I dzisiaj, kiedy już tam jesteśmy, widzimy, że często nasze interesy są inne niż interesy Brukseli, Berlina czy Paryża – mówi Arkadiusz Mularczyk. – W szczególności pokazała to wojna na Ukrainie, gdzie Paryż czy Berlin są bardzo opieszałe, jeśli chodzi o pomoc dla walczącej Ukrainy. To powoduje, że musimy w pewien sposób zrewidować nasze relacje w Unii Europejskiej, zastanowić się nad naszymi sojuszami. Musimy z tego wyciągnąć bardzo poważne wnioski, jeśli chodzi o naszą politykę międzynarodową.

– Obecna sytuacja międzynarodowa czyni konieczną zdecydowaną politykę Polski na forum międzynarodowym, zarówno wobec partnerów państwowych, jak i organizacji międzynarodowych. Krótko mówiąc, polityka musi być w tym zakresie asertywna, ale musi też odpowiednio identyfikować polski interes, żeby on nie był interesem partykularnym, na który wpływ mają potrzeby bieżące jakiejś narracji politycznej albo interesu politycznego. Moment historyczny, w którym jesteśmy, wymaga raczej spojrzenia szerszego i zbudowania takich mandatów negocjacyjnych Polski i takich stanowisk, które będą postrzegały rzeczywistość w dłuższej perspektywie – mówi prof. dr hab. Artur Nowak-Far z Katedry Administracji Publicznej w Szkole Głównej Handlowej.

Jak podkreślają eksperci, Polska będzie miała realny wpływ na kształt prawa międzynarodowego tylko wtedy, gdy będzie miała długofalową strategię swojego udziału, roli i celów, jakie ma do osiągnięcia w organizacjach, które to prawo tworzą. Na gruncie krajowym potrzebne jest z kolei szersze, bardziej kompleksowe podejście do nowo powstających regulacji.

Niestety jest tak, że nad regulacjami, które mają szeroki wpływ na życie i interesy obywateli, często pracuje dwóch–trzech urzędników w danym resorcie. Natomiast dzisiejszy świat jest tak skomplikowany, że coś, co jest korzystne np. z perspektywy Ministerstwa Klimatu i Środowiska, może być już niekorzystne z perspektywy resortu odpowiedzialnego za transport albo infrastrukturę. Dlatego, przyglądając się pracom nad regulacjami międzynarodowymi, musimy mieć szersze, międzyresortowe podejście i uwzględniać interesy przedsiębiorców, obywateli, społeczeństwa obywatelskiego. Ten proces powinien być bardziej otwarty – podkreśla dr Tomasz Smura. 

Polska ma narzędzia: korpus urzędniczy i odpowiednio zbudowane instytucje. Pewnym problemem w tym zakresie jest jednak adekwatne do potrzeb dobranie ludzi. To dlatego, iż kryterium doboru powinna być znajomość tematu, odpowiednie predyspozycje zawodowe i psychologiczne. Pod tym kątem powinny być dobierane kadry urzędnicze. One potrzebują też odbudowy, wzmocnienia korpusu służby cywilnej. W te chwili mamy pewne dysfunkcje w tym zakresie i wiele można zrobić, aby to usprawnić – dodaje prof. dr hab. Artur Nowak-Far.

Polska przedsiębiorczość w zapaści. Co trzeci właściciel firmy myśli o tym, aby ją zamknąć

Z raportu Assay Biznes wynika, że już prawie co trzeci przedsiębiorca myśli o zamknięciu swojej firmy, a co piąty – o jej sprzedaży. Połowa chętnie zamieniłaby własną działalność gospodarczą na pracę na etacie. Poza wojną, galopującą inflacją czy zerwanymi łańcuchami dostaw przedsiębiorcom sen z powiek spędza Polski Ład. 82 proc. z nich przyznaje, że nie rozumie wprowadzonych w nim zmian, a podobny odsetek deklaruje, że w związku z reformą zwiększyły się ich obciążenia podatkowe. Jak szacują, po wprowadzeniu reformy stracili 2346 zł miesięcznie.

– Największy niepokój powoduje w tej chwili ogromna zmienność przepisów i wzrost obciążeń, co idzie w sprzeczności z ogólną sytuacją, która jest bardzo trudna. Przedsiębiorcy nawet instynktownie czują, że mają coraz trudniejsze warunki funkcjonowania po stronie regulacyjnej, a poza tym jeszcze otoczenie makroekonomiczne i geopolityczne jest dla nich coraz trudniejsze. Wojna jest dosłownie za rogiem, Polska jest traktowana jako kraj wysokiego ryzyka, więc pozyskiwanie kapitału jest trudniejsze, a poza tym mamy jeszcze inflację – mówi agencji Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, były premier RP i przewodniczący rady dyrektorów w EY Poland.

Te wszystkie czynniki nie sprzyjają zakładaniu własnego biznesu. O własnej firmie myśli 15 proc. respondentów badania przeprowadzonego przez Maison & Partners dla Grupy Assay, przy czym niemal trzy czwarte tej grupy nie jest do tego w pełni przekonanych. Zdecydowana większość z nich nie zamierza otwierać własnej firmy w ciągu najbliższego roku. 64 proc. badanych uważa, że to nie jest dobry moment na zakładanie biznesu. Przeciwnego zdania było jedynie 7 proc.

– Większość Polaków zdecydowanie woli stabilność i pracę na etat – mówi prof. dr hab. Dominika Maison, właścicielka agencji badawczej Maison & Partners.

– Jednym z najbardziej niepokojących wyników naszego raportu jest to, że prawie 30 proc. przedsiębiorców myśli w tej chwili o tym, żeby w ogóle zamknąć swój biznes, kolejne 20 proc. chciałoby go odsprzedać. To pokazuje, że wola prowadzenia własnego przedsiębiorstwa spada – mówi Łukasz Blichewicz, prezes zarządu Grupy Assay.

Średnio co czwarty polski przedsiębiorca myśli w tej chwili także o redukcji zatrudnienia, a 43 proc. chce zrezygnować z planowanych wcześniej inwestycji. To w dużej mierze efekt otoczenia gospodarczego. Tym, czego najbardziej obawiają się w tej chwili przedsiębiorcy, są bowiem wysokie koszty pracy, w tym składek ZUS (54 proc. wskazań), wysokie podatki (39 proc.) i niestabilność prawa (38 proc.). Zaledwie garstka z nich jest zdania, że otoczenie prawne i podatkowe sprzyja dziś prowadzeniu własnej działalności (15–16 proc.).

– Przedsiębiorcy znaleźli się pod presją wielu czynników gospodarczych, geopolitycznych czy makroekonomicznych, takich jak rosnąca inflacja, podwyższanie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej czy ogólna niepewność po stronie konsumentów, związana chociażby z tym, że nie wiadomo, jak rozwinie się wojna w Ukrainie. Wszystkie te czynniki składają się na to, że prowadzenie firmy nie jest dziś łatwe – mówi Łukasz Blichewicz.

Z badania przeprowadzonego przez Maison & Partners wynika, że zdaniem 82 proc. Polaków wojna jest istotnym zagrożeniem dla polskiej gospodarki. Z kolei 47 proc. właścicieli firm obawia się jej negatywnego wpływu na swoją firmę.

– Już ostatnie dwa lata były ciężkim doświadczeniem dla wielu przedsiębiorców, bo pandemia COVID-19 spowodowała, że wiele biznesów stało się niepewnych. W tej chwili doszły kolejne czynniki, przede wszystkim wojna w Ukrainie, która też spowodowała zaburzenie pewności i stabilności prowadzenia biznesu – mówi prof. Dominika Maison.

Co istotne, nawet większy wpływ na warunki prowadzenia biznesu w Polsce miała reforma systemu podatkowego wprowadzona z początkiem tego roku, czyli Polski Ład.

– Przedsiębiorcy zawsze oczekują tego samego, czyli prostych podatków i przejrzystych regulacji, które nie zmieniają się zbyt szybko. Czyli dokładnie na odwrót niż w tej chwili – mówi Jan Krzysztof Bielecki. – Najlepszym komentarzem dotyczącym aktualnego klimatu dla rozwoju przedsiębiorczości jest właśnie historia Polskiego Ładu – jego niekończących się zmian i korekt. Z raportu prezentowanego przez Grupę Assay wynika, że tylko 18 proc. Polaków rozumie i jest zadowolonych z Polskiego Ładu i wydaje mi się, że nawet ta wielkość jest przesadzona.

Ogółem aż 66 proc. Polaków ocenia negatywnie Polski Ład, a niemal 40 proc. deklaruje, że ich obciążenia podatkowe w związku z reformą zwiększyły się – średnio o prawie 900 zł miesięcznie. W grupie przedsiębiorców odsetek tych, którzy stracili na nowej reformie podatkowej, jest jednak dużo wyższy i sięga 70 proc., a średnia szacowana strata to ponad 2,3 tys. zł. Co więcej, 82 proc. ogółu Polaków deklaruje, że nie rozumie zmian wprowadzonych w Polskim Ładzie i jego kolejnych korektach.

– Zmieniło się otoczenie prawno-podatkowe, dlatego tak często chcemy dziś zamykać działalności, bo po prostu przestały być opłacalne w stosunku do innych form zatrudnienia – mówi prezes Grupy Assay.

Z badania wynika, że ok. 5 proc. respondentów prowadzi własną firmę, ale niemal co trzeci ma związane z tym doświadczenia. Statystyczny polski przedsiębiorca to najczęściej mężczyzna po 35. roku życia, z miasta liczącego powyżej 100 tys. mieszkańców, z wyższym wykształceniem i dochodem przekraczającym miesięcznie 5 tys. zł netto. Zwykle prowadzi mikrofirmę, zatrudniającą do dziewięciu pracowników, najczęściej z sektora usług.

Raport Assay Biznes, który bierze pod lupę kondycję polskiej przedsiębiorczości, obejmuje też nowy wskaźnik, odzwierciedlający stosunek Polaków do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej. Przyjmuje on wartość od 0 do 100 i składa się z kilku komponentów: doświadczenia w prowadzeniu biznesu, subiektywnego postrzegania swoich kompetencji w tym obszarze oraz znajomości prawa, finansów i zarządzania, a także postrzegania klimatu ekonomicznego dla prowadzenia biznesu. W tej chwili ogólna wartość wskaźnika Assay Biznes wynosi 34. Co ciekawe, wskaźnik ten jest wysoki wśród ludzi młodych – dla grupy 18–24 lata jego wartość wyniosła 44, podczas gdy w grupie osób powyżej 55 lat – tylko 26.

bp Polska od 1 lipca rusza z ofertą wakacyjną. Dla klientów indywidualnych zniżki sięgają do 30 groszy na litrze paliwa

Wysokie ceny paliw i koszty tankowania samochodu w coraz większym stopniu obciążają portfele Polaków. Zwłaszcza w wakacje, które są okresem urlopowych wyjazdów. Ceny mogą być jednak niższe dzięki sezonowym promocjom. bp Polska od 1 lipca wprowadza dla swoich klientów ofertę, dzięki której mogą zaoszczędzić nawet 30 groszy na litrze paliwa.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że główną obawą i bolączką wszystkich Polaków są w tej chwili wysokie – i wciąż rosnące ceny – zarówno ceny produktów spożywczych, energii, ale także ceny paliwa – mówi agencji Newseria Biznes Barbara Wiążewska, dyrektor generalny Działu Retail w bp Polska. – Dlatego też przygotowaliśmy dla klientów specjalną ofertę obniżenia cen paliw w okresie wakacji. Od 1 lipca rozpoczynamy promocję cenową na paliwa, w której klienci będą mogli uzyskać rabat do 30 groszy na litrze.

Według danych, które podał GUS, w maju br. ceny paliw po raz kolejny wzrosły o 5 proc. w ujęciu miesięcznym i obecnie są już o 35,4 proc. droższe niż przed rokiem. To bolączka wielu gospodarstw domowych, które powoli są już zmuszone ograniczać wydatki na tankowanie samochodu. Tymczasem wakacje to czas urlopowych wyjazdów i  jak pokazał kwietniowy sondaż przeprowadzony dla portalu Wakacje.pl – w tym roku 3,4 proc. Polaków wybiera się na nie własnym samochodem. To i tak znaczący spadek wobec ubiegłego roku, kiedy ceny paliw były niższe, a ten odsetek wynosił 8,6 proc.

– Promocje i oferty specjalne na czas wakacji przygotowujemy każdego roku. W tym roku jest to oferta specjalna, ponieważ warunki, w jakich funkcjonujemy, a także sytuacja rynkowa, są wyjątkowe. Dlatego też, analizując potrzeby i sytuację klientów, a także otoczenie rynkowe, zdecydowaliśmy o wprowadzeniu wysokiego rabatu cenowego – mówi Barbara Wiążewska.

Dla klientów indywidualnych, którzy są zarejestrowani w programie lojalnościowym PAYBACK, rabat wyniesie 30 gr na litrze. Z kolei klienci z niezarejestrowaną kartą PAYBACK zapłacą mniej o 10 gr za litr dowolnego paliwa. Oferta obejmuje bowiem paliwa regularne, premium i LPG.

Jesteśmy przekonani, że jest to atrakcyjna propozycja i mamy nadzieję, że dzięki temu podróże wakacyjne i wakacje będą tańsze – mówi dyrektor generalny Działu Retail w bp Polska. Dodatkowo przygotowaliśmy też szereg ofert i promocji związanych z naszą ofertą spożywczą i sklepową.

W ramach akcji „Tańsze wakacje z bp” po zatankowaniu minimum 25 l klienci – oprócz rabatów na paliwo – otrzymają także bon rabatowy o wartości 3 zł na zakupy w kawiarni Wild Bean Cafe (WBC) lub skorzystanie z myjni. Mogą też liczyć na atrakcyjne promocje w sklepach na stacjach bp. Przez całe wakacje kontynuowana będzie również oferta czwartkowa, czyli Diesel Ultimate w cenie regularnej. Co ważne, w okresie wakacji wszystkie powyższe oferty się sumują. Szczegółowe informacje na temat ofert promocyjnych dostępne są na stronie internetowej koncernu. 

W Polsce bp jest wiceliderem rynku, pod tą marką działa prawie 570 stacji, 500 kawiarni WBC i całodobowe sklepy. Od kilku lat firma przygotowuje projekt „wakacje z bp”, który uwzględnia aktualne realia rynkowe. Przykładowo w trakcie pandemii kiedy bardzo wzrosło zainteresowanie podróżami kamperami bp przygotowało specjalną propozycję dla kamperowców. Kiedy Tatry były rekordowo oblegane przez turystów, firma razem z TOPR-em wprowadziła specjalne propozycje dla turystów. Z kolei w tym roku to właśnie kwestie wysokich cen paliw okazały się być dla klientów najistotniejsze.