Według statystyk Głównego Urzędu Statystycznego bezrobocie w czerwcu br. wyniosło 4,9 proc. i było o 0,2 pkt proc. niższe niż w maju oraz o 1,1 pkt proc. niż w czerwcu 2021 roku. To najniższy wynik od 32 lat. W dużej mierze jest to efekt dużego zapotrzebowania na pracowników sezonowych – dlatego latem z reguły bezrobocie spada najmocniej. Jednak na rynku widać już zmniejszającą się liczbę ogłoszeń o pracę i słabnącą presję płacową. Firmy spodziewają się recesji, nie wydaje się jednak, by miały redukować zatrudnienie.
– Obserwujemy spadek liczby ogłoszeń o pracę o kilka punktów procentowych w stosunku i do zeszłego roku, i nawet w maju do kwietnia, co może być w pewien sposób niepokojące, bo wiemy, że jest więcej ogłoszeń na prace sezonowe. To oznacza, że jest ich znacznie mniej w innych dziedzinach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, członek zarządu Polskiego Forum HR, prezes zarządu agencji zatrudnienia Trenkwalder. – Główne zagrożone dziedziny to jest bankowość, finanse, ubezpieczenia.
W gospodarce nadchodzi spowolnienie spowodowane wysoką inflacją i będącymi jej konsekwencją podwyżkami stop procentowych. Według odczytu GUS w czerwcu inflacja sięgnęła 15,5 proc., najwięcej od marca 1997 roku. Rada Polityki Pieniężnej podnosi stopy procentowe od października 2021 roku; w tym czasie referencyjna stopa podniosła się z 0,1 proc. do 6,5 proc., a nie brakuje głosów, że będą kolejne podwyżki. Przekłada się to na aktywność gospodarczą, a więc także na rynek pracy.
W czerwcu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających co najmniej 10 osób) było wyższe o 2,2 proc. w porównaniu z czerwcem ub.r., a tylko o 0,1 proc. niższe niż w maju br.
– Firmy badane przez nas wykazują bardzo duży stopień niepewności. 50 proc. firm przewiduje recesję, tylko 8 proc. firm przewiduje wzrost, jednocześnie tylko 25 proc. firm przewiduje zatrudnianie nowych pracowników, jeszcze jesienią 2021 roku było to ponad 30 proc. – mówi Wojciech Ratajczyk. – Tylko 8 proc. przedsiębiorstw przewiduje spadek zatrudnienia, zwolnienia. Oznacza to, że firmy, pomimo dużej niepewności, chcą budować albo co najmniej utrzymać swoje stałe zespoły, co według mnie świadczy o tym, że bezrobocie w najbliższym czasie, jeśli nie wydarzy się jakaś ekonomiczna katastrofa, nie będzie znacząco wzrastać.
Krajowa Izba Gospodarcza w komentarzu do czerwcowych danych GUS prognozuje, że w okresie sierpień–październik stopa bezrobocia może nawet jeszcze spaść – do 4,8 proc., a zimą spodziewa się powrotu do poziomu 5 proc.
Zgodnie z metodologią Eurostatu bezrobocie w Polsce wyniosło w maju 2,7 proc., co było drugim najniższym wynikiem w Unii Europejskiej (niższe jest tylko w Czechach, 2,5 proc.). Dla porównania średnia dla UE wyniosła 6,1 proc., a dla strefy euro – 6,6 proc. Gorzej sytuacja wygląda wśród młodych poniżej 25. roku życia, gdzie zajmujemy ósme miejsce ex aequo z Danią – 8,8 proc.
GUS wskazuje, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w czerwcu było wyższe o 13 proc. niż rok temu i wyniosło 6554,87 zł brutto. Względem maja br. wzrosło o 2,4 proc.
– Do tej pory presja na wzrost wynagrodzeń jest bardzo silna, jednocześnie mamy badania, które pokazują, że tylko poniżej 1/3 firm planuje dzisiaj podwyżki płac, jeszcze niedawno było to ponad 50 proc. Pokazuje to, że na tym rynku 50 proc. firm przewiduje w jakiś sposób recesję lub zahamowanie wzrostu. Wydaje nam się, że presja płacowa w najbliższych miesiącach, może kwartałach zmaleje, choć biorąc pod uwagę wysoki stopień inflacji, nie możemy wykluczyć, że w ogóle jej nie będzie – przewiduje prezes agencji Trenkwalder. – W dzisiejszej sytuacji skłonność do dawania podwyżek prawdopodobnie będzie maleć, ponieważ całość kosztów przedsiębiorstwa, w tym koszty personalne, rośnie w związku właśnie z inflacją.
Pensje mogą rosnąć w tych branżach, w których najmocniej odczuwalny jest brak pracowników.
– Nadal jest to branża informatyczna, nadal są to inżynierowie, nadal są to specjaliści do obsługi wysokich technologii w przemyśle. Jednocześnie obserwujemy mniejsze zainteresowanie przedsiębiorców zatrudnianiem pracowników w takich branżach jak finanse, ubezpieczenia, a więc prawdopodobnie tam ta presja jest niższa i wzrost zarobków będzie również niższy – ocenia członek zarządu Polskiego Forum HR.
Jak wskazuje raport ManpowerGroup „Niedobór talentów”, siedmiu na dziesięciu pracodawców boryka się z trudnościami w zrekrutowaniu nowych pracowników z odpowiednimi umiejętnościami. Najtrudniej jest znaleźć u kandydatów umiejętności z obszaru IT & analizy danych, logistyki & operacji oraz obsługi klienta.
Na rynku nie ma już śladu po ubiegłorocznym boomie na kredyty mieszkaniowe. W I półroczu br. liczba nowo zaciąganych hipotek spadła o prawie 1/3, a ich wartość – o ponad 1/4. Akcję kredytową podtrzymują kredyty ratalne, gotówkowe i pożyczki pozabankowe, które odnotowały w ostatnich sześciu miesiącach największy wzrost – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Statystyki pokazują też, że pojawiają się już pierwsze, wczesne oznaki pogorszenia spłacalności kredytów, a – według prognoz ekspertów BIK – bessa w segmencie hipotek w kolejnych miesiącach będzie się nadal pogłębiać.
Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, na koniec czerwca br. łączne zadłużenie Polaków z tytułu kredytów i pożyczek wynosiło 737 mld zł i skurczyło się o 2 mld zł w porównaniu do grudnia ub.r. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku Polacy zaciągnęli nowe kredyty i pożyczki na łączną kwotę 79,8 mld zł (spadek o 8,7 mld zł w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej).
– Największy udział w tym wyniku, wynoszący 32,5 mld zł, miały kredyty gotówkowe – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Cholewa, prezes zarządu BIK SA.
Statystyki BIK pokazują, że stopy procentowe, które tylko w I półroczu br. były podwyższane aż sześć razy, nie wpłynęły znacząco na segment kredytów gotówkowych i ratalnych. Tych pierwszych banki i SKOK-i udzieliły w I półroczu br. 1523,7 tys. (wzrost o 3,8 proc. r/r) na kwotę 32,46 mld zł (wzrost o 1,2 proc. r/r). Zdecydowaną większość – bo aż 88,5 proc. z nich – stanowiły kredyty gotówkowe do maksymalnie 50 tys. zł. Co ciekawe, BIK zauważa, że w I półroczu br. banki chętniej udzielały kredytów gotówkowych klientom o niższym profilu scoringowym. To dość istotna zmiana względem ubiegłego roku, kiedy sektor bankowy cechowała w tym aspekcie duża ostrożność.
– Kolejnym produktem są kredyty ratalne, które w I półroczu br. Polacy zaciągnęli na kwotę przekraczającą 8,3 mld zł. Jest to wzrost o 3,3 proc. rok do roku – mówi Mariusz Cholewa.
W ujęciu ilościowym liczba kredytów ratalnych udzielonych w I półroczu br. wyniosła 2230,1 tys. i była o 26,1 proc. wyższa r/r. W tym przypadku również zdecydowaną większość (81,6 proc.) stanowiły kredyty niskokwotowe, do 5 tys. zł. Ponadto część z nich została udzielona przy pojawiającym się jeszcze w ofertach, zerowym poziomie RRSO – zwłaszcza w przypadku zakupu sprzętów RTV i AGD.
Zupełnie odwrotna sytuacja ma za to miejsce w segmencie kredytów hipotecznych, gdzie po ubiegłorocznym boomie nie ma już śladu. W I półroczu br. Polacy zaciągnęli 90,8 tys. nowych hipotek, co stanowi przeszło 32-proc. spadek r/r.
– W ujęciu wartościowym Polacy zaciągnęli kredyty mieszkaniowe na kwotę 31,6 mld zł, co też oznacza spadek o ponad 25 proc. w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej – mówi prezes BIK SA.
Niższa liczba i wartość udzielonych hipotek to efekt dużego spadku popytu na ten rodzaj kredytu. Wynika on głównie ze spadku zdolności kredytowej Polaków, wywołanego podwyżkami stóp procentowych.
Prezes BIK wskazuje, że duży skok odnotowały za to pożyczki pozabankowe, które okazały się motorem akcji kredytowej w I półroczu br.
– Polacy zaciągnęli w tym okresie pożyczki na kwotę 4,5 mld zł i to jest aż o 47 proc. więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku. To też więcej niż w przedpandemicznym 2019 roku – mówi Mariusz Cholewa.
Pomimo niestabilnej sytuacji oraz wcześniejszych obaw o pogorszenie spłacalności kredytów, wywołanych wzrostem stóp procentowych – statystyki BIK pokazują, że w I półroczu br. jakość portfela kredytowego wciąż utrzymywała się na stabilnym, dobrym poziomie. Udział wartościowy kredytów przeterminowanych powyżej 90 dni, w relacji do wartości wszystkich czynnych kredytów (czyli wskaźnik NPL), na koniec czerwca br. wyniósł 4,9 proc. Okazuje się, że jak na razie najlepiej spłacane są kredyty mieszkaniowe, w przypadku których wartościowy wskaźnik NPL był na poziomie 2,7 proc.
– Polacy dobrze spłacają kredyty, ta jakość portfela mierzona udziałem kredytów przeterminowanych jest nawet lepsza niż w 2019 roku, czyli jeszcze przed pandemią. Aczkolwiek widzimy już pierwsze sygnały pogorszenia, zwłaszcza w ostatnich tygodniach. Pojawiają się pierwsze opóźnienia w spłacie kredytów, w zasadzie w każdym segmencie widzimy już tzw. wczesne opóźnienia. Natomiast spodziewamy się swego rodzaju zahibernowania tych opóźnień, m.in. z powodu wakacji kredytowych. One spowodują, że w kolejnych miesiącach jakość portfela kredytów mieszkaniowych nie powinna się pogarszać – mówi prezes BIK.
Eksperci Biura Informacji Kredytowej prognozują, że w kolejnym, rozpoczętym właśnie półroczu na rynku widoczne będzie wyhamowanie akcji kredytowej w przypadku kredytów gotówkowych i kontynuacja hossy w segmencie pożyczek. Z kolei w segmencie hipotek eksperci spodziewają się dalszych spadków – zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych.
– Bessa w kredytach mieszkaniowych będzie się pogłębiać. Ten 25-proc. spadek sprzedaży nowych kredytów hipotecznych w I półroczu, na koniec tego roku przekroczy 40 proc. W kredytach gotówkowych spodziewamy się, że będzie spadek, na poziomie 2,3 proc., natomiast w segmencie kredytów ratalnych niewielki wzrost o 0,6 proc. sprzedaży – prognozuje Mariusz Cholewa.
Nadchodzący sezon jesienno-zimowy w Polsce może się okazać najcięższym od lat. Odbiorców ciepła systemowego czekają kilkudziesięcioprocentowe podwyżki rachunków, na które dodatkowo nałożą się drastyczne podwyżki cen energii elektrycznej. Pojawiają się też coraz większe obawy o dostępność gazu i węgla przed nadchodzącym sezonem grzewczym. Dlatego – jak wskazuje były prezes TGE i ekspert Instytutu Obywatelskiego Grzegorz Onichimowski – rząd powinien sięgnąć po nadzwyczajne środki i przygotować kompleksowy plan poradzenia sobie z obecnym kryzysem. – Uspokajanie ludzi za bardzo nie jest dobre, podobnie jak tworzenie nastroju paniki. Ale trzeba mówić o tym, jak trudna jest sytuacja – podkreśla ekspert.
– Jesienią i zimą tego roku może nas czekać dużo atrakcji związanych z cenami zarówno ogrzewania, jak i energii elektrycznej – prognozuje Grzegorz Onichimowski, ekspert Instytutu Obywatelskiego, były prezes Towarowej Giełdy Energii.
W Polsce z ciepła systemowego korzysta ok. 15 mln gospodarstw. W nadchodzących miesiącach ich opłaty za ogrzewanie mogą wzrosnąć o kilkadziesiąt do nawet kilkuset procent. Drożejący gaz i węgiel powodują bowiem, że koszty ogrzewania rosną, a przedsiębiorstwa ciepłownicze znalazły się na progu rentowności i masowo kierują do Urzędu Regulacji Energetyki wnioski o zmianę taryf. W ostatnim miesiącu prezes URE zatwierdził ich już kilkadziesiąt.
– Prezes URE tu też nie ma za bardzo możliwości ruchu, bo gdyby nie zatwierdził tych wyższych taryf, to przedsiębiorstwa by po prostu zbankrutowały – mówi ekspert.
Jak wskazuje, mieszkańców dużych miast – jak np. Warszawa, Kraków czy Poznań – czekają podwyżki cen ciepła rzędu około 20 proc. W dużo gorszej sytuacji będą mieszkańcy mniejszych miejscowości.
– Mieszkańcy małych miejscowości mogą się liczyć z podwyżkami znacznie wyższymi, rzędu nawet 150–200 proc. – mówi Grzegorz Onichimowski. – Ich zasilają głównie osiedlowe kotłownie czy miejskie ciepłownie, a nie elektrociepłownie. Tymczasem te zakłady, które produkują jednocześnie ciepło i energię elektryczną, większość wzrostu kosztów będą przenosić raczej w cenie energii elektrycznej.
Ekspert Instytutu Obywatelskiego podkreśla, że jeszcze większych podwyżek można się spodziewać w przypadku energii elektrycznej. Ta w ciągu ostatnich siedmiu lat na rynku hurtowym zdrożała o ponad 1000 proc., a tylko w porównaniu z ubiegłym rokiem ten wzrost wynosi już ok. 400 proc.
– To jest rynek hurtowy i oczywiście większość indywidualnych odbiorców chroni taryfa, ale możliwości nieprzenoszenia tych rosnących kosztów na taryfę dla odbiorców indywidualnych są ograniczone – mówi Grzegorz Onichimowski. – Poza tym nie ma nic za darmo i wiadomo, że jeśli podwyżki nie będą zbyt wysokie, to będzie oznaczać tylko tyle, że wyższe koszty zapłacą inni odbiorcy, tzn. przemysł, jednostki samorządu terytorialnego, szkoły, szpitale.
Podczas konferencji w ubiegłym tygodniu prezes URE Rafał Gawin poinformował, że wzrost taryf na energię na 2023 rok może być bezprecedensowy, rachunki gospodarstw domowych mogą wzrosnąć co najmniej kilkadziesiąt procent. URE ocenia, że w tej sytuacji uzasadnione byłoby wprowadzenie działań osłonowych dla gospodarstw domowych.
Co więcej, portal OKO.press dotarł do pisma skierowanego przez prezesa URE do członków rządu, w którym ostrzega on, że przyszłoroczne podwyżki cen energii dla gospodarstw domowych mogą być ogromne, na poziomie nawet 180 proc.
Obecnie problemem jest jednak nie tylko wysokość rachunków za energię i ogrzewanie, ale i coraz większe obawy o dostępność gazu i węgla przed nadchodzącym sezonem jesienno-zimowym.
– Wydaje mi się, że tej zimy węgla ani gazu na potrzeby produkcji energii elektrycznej raczej nam nie zabraknie – ocenia ekspert Instytutu Obywatelskiego. – Po pierwsze, gazu w ogóle zużywamy do produkcji energii niewiele, głównie w elektrociepłowniach. I tam rzeczywiście jest problem. Ale myślę, że te elektrociepłownie będą zaopatrywane w gaz w pierwszej kolejności i jeśli będą ograniczenia, to raczej po stronie przemysłu. Jeśli chodzi o węgiel, problemem są raczej braki węgla zużywanego przez odbiorców komunalnych, a nie w sensie całego bilansu. Ale tutaj nie mamy jasności, bo np. na na stronach operatora systemu przesyłowego pojawiają się liczne komunikaty o awariach elektrowni. I teraz pytanie, czym te awarie są spowodowane. To znaczy, czy są to prawdziwe awarie, czy niektóre bloki są wyłączane po to, żeby oszczędzać węgiel na sezon jesienno-zimowy. Jeśli jest tak, to rzeczywiście mamy duży kłopot.
Izba Gospodarcza Sprzedawców Polskiego Węgla już pod koniec czerwca br. alarmowała, że najbliższa zima może się okazać najcięższą od wielu lat, a – po nałożeniu embarga na import węgla z Rosji – na polskim rynku brakuje ok. 8–9 mln t tego surowca. Brak węgla i brak potencjału do szybkiego zwiększenia jego produkcji krajowej może zaś spowodować w nadchodzącym czasie przerwy w dostawach energii elektrycznej – wskazuje IGSPW.
Z problemami boryka się jednak nie tylko Polska, ale i inne kraje UE, w tym np. Węgry, które w połowie tego miesiąca wprowadziły w całym kraju stan zagrożenia energetycznego i zakazały eksportu surowców energetycznych. Były prezes TGE i ekspert Instytutu Obywatelskiego podkreśla, że i Polsce potrzebny jest kompleksowy plan radzenia sobie z obecnym kryzysem.
– Przed sezonem zimowym na razie nie słyszymy o żadnym spójnym zestawie środków nadzwyczajnych, które rząd planuje wprowadzić w związku z potencjalnym deficytem paliw. A do takich nie zaliczam dobrych rad pod tytułem zbierajmy chrust albo ocieplajmy domy, bo wiadomo, że tych domów przed nadchodzącą zimą za wiele ocieplić się już nie da. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że materiały izolacyjne do tego ocieplenia zdrożały już o ok. 60 proc. – mówi Grzegorz Onichimowski. – Ważne, żebyśmy przygotowywali taki plan awaryjny, jakie mają już nasi sąsiedzi. W nich mówi się już nawet o tak desperackich krokach jak np. ogrzewanie jakichś hal, gdzie mogliby się gromadzić ludzie, kiedy w domach będzie zimno. Ja nie przypuszczam, że będziemy mieli do czynienia z tak skrajnymi sytuacjami, ale uspokajanie ludzi za bardzo nie jest dobre, podobnie jak tworzenie nastroju paniki. Trzeba mówić o tym, jak trudna jest sytuacja.
Upały i spowodowana nimi susza obniżają jakość warzyw i owoców, jednocześnie wymuszając na producentach sztuczne nawadnianie plantacji. Największym problemem są jednak wielokrotnie droższe nawozy, do produkcji których potrzebny jest bardzo drogi obecnie gaz, a także wyższe koszty energii oraz pracowników. Wzrost kosztów produkcji jest często wyższy niż wzrost cen owoców i warzyw. Wszystko to powoduje, że uprawa warzyw i owoców stała się mniej opłacalna.
– Ceny większości owoców i warzyw, jeżeli je porównamy z cenami sprzed roku, są wyższe, natomiast wzrost średniej ceny jest niższy niż stopień inflacji rok do roku. Czyli można powiedzieć, że bardziej drożeją inne produkty czy usługi niż owoce i warzywa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Boguta, prezes zarządu Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.
Według Głównego Urzędu Statystycznego w czerwcu 2022 roku owoce były droższe niż przed rokiem o 6,2 proc., zaś warzywa – o 8,5 proc. To sporo mniej niż średnia inflacja wszystkich towarów i usług konsumpcyjnych, która wyniosła 15,5 proc., a także mniej niż wzrost cen żywności ogółem (14,8 proc.).
Ceny w skupie w połowie lipca były mocno zróżnicowane w stosunku do tych sprzed roku. W przypadku warzyw część produktów skupowana jest w cenach wyższych nawet o kilkadziesiąt procent od tych rok wcześniej (kalafiory, brokuły, kapusta czerwona, kapusta biała, cebula – głównie te, których jednostkowa cena jest nominalnie raczej niska. Natomiast za bób, sałatę czy pomidory rolnicy dostają niższe stawki niż przed rokiem. W przypadku owoców w górę poszły wszystkie ceny z wyjątkiem wiśni deserowych, które skupowane są po cenach nieznacznie niższych niż w 2021 roku.
– Na wzrost cen wpływają przede wszystkim koszty produkcji, które są wyższe z racji wzrostu cen energii, wyższe koszty robocizny, brak pracowników, co też powoduje, że koszty robocizny rosną. To również wyższe ceny innych środków do produkcji, nawozy, środki ochrony roślin – mówi Witold Boguta.
Pod koniec 2021 roku ceny nawozów wzrosły nawet cztero-, pięciokrotnie. Przyczyną był gwałtowny wzrost cen gazu niezbędnego do ich produkcji. Agresja Rosji na Ukrainę spowodowała dodatkowo wykluczenie tych rynków, a także Białorusi z dostaw nawozów. Przed atakiem Rosja i Białoruś odpowiadały łącznie za blisko 40 proc. globalnej produkcji nawozów potasowych oraz wieloskładnikowych. Ekonomiści z PKO BP w swoim raporcie z 11 marca 2022 roku napisali, że polskie zapotrzebowanie na nawozy najmocniej zaspokajane jest importem właśnie w segmencie nawozów potasowych, w tym wieloskładnikowych zawierających potas. Rosja jest również ważnym graczem na światowym rynku nawozów azotowych (12 proc.), ale tu polscy producenci są w stanie zaspokoić krajowy popyt.
– To powoduje, że producent ponosi znacznie większe koszty. Ten wzrost kosztów produkcji jest większy niż wzrost cen, z jakim mamy obecnie do czynienia. Czyli to stawia producentów w dosyć trudnej sytuacji. Z tym że część tych środków do produkcji, które obecnie tak mocno zdrożały, producenci wykorzystywali jeszcze z roku ubiegłego czy np. część warzyw, jabłka sprzedawane były jeszcze do niedawna ze zbiorów z ubiegłego roku, kiedy koszty były niższe – mówi prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. – Natomiast z niepokojem patrzymy na to, co się będzie działo na dobre już jesienią i co się dzieje teraz w odniesieniu do owoców jagodowych, czy jednak producenci nie będą do tego po raz kolejny, i to w sporej ilości, dokładać.
Do 31 maja rolnicy mogli składać wnioski o dopłaty do nawozów, a 11 lipca Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zaczęła wypłacać pierwsze pieniądze. Złożono niemal 427 tys. wniosków. Do 21 lipca ARiMR przekazała rolnikom prawie 1,3 mld zł. Co oznacza, że wsparcie dostało już 221 tys. rolników. Dopłaty będą przekazane do końca sierpnia, jednak dotyczą nawozów zakupionych między początkiem września 2021 roku a połową maja br. Maksymalna kwota niezbędna do realizacji programu wyniosła 3,5 mld zł, a pula dostępnych środków na wsparcie – 3,9 mld zł.
Dodatkowym problemem przy produkcji rolniczej, ogrodniczej i sadowniczej są kwestie pogodowe. Niewielkie opady śniegu zimą i suchy początek wiosny nie zapewniły dostatecznego nawodnienia glebie. Wprawdzie sady jabłkowe czy plantacje borówek są nawadniane, ale temperatury są dużo wyższe niż zazwyczaj, co przyspiesza dojrzewanie owoców i pogarsza ich jakość. Problemem są nie tylko deszcz i słońce, ale też gwałtowne zjawiska pogodowe, takie jak burze, nawałnice, wichury, gradobicia czy podtopienia. Na przykład w przypadku jabłek co roku 5–10 proc. zbiorów nie nadaje się do sprzedaży jako owoce deserowe (do zjedzenia) i musi być przerabiane na sok czy przecier. Jest to dla producentów strata, bo jabłka takie są o ok. 60 proc. tańsze.
– Trudno powiedzieć, jaki będzie dalszy przebieg pogody w odniesieniu do kolejnych gatunków owoców jagodowych, w odniesieniu do owoców z drzew: jabłka, śliwki, gruszki czy wiśnie. Tutaj warunki pogodowe mogą bardzo modyfikować sytuację, tym samym i wielkość zbiorów – ocenia Witold Boguta. – Podobnie, jeśli chodzi o warzywa. Wiadomo, że zbiór warzyw korzeniowych, kapustnych, dyniowatych, tych uprawianych w polu jest dopiero przed nami, jesienią czy latem w przypadku dyniowatych, więc mamy jeszcze kilka tygodni tej wegetacji. Przebieg pogody będzie bardzo istotnie wpływał na nią, w końcowym efekcie na plony. Zatem o tym, co i w jakiej ilości zbierzemy, będziemy mogli coś powiedzieć praktycznie w końcu października, kiedy będziemy po zbiorach.
Koszty opieki zdrowotnej, związane ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem powietrza, szacuje się na ok. 820 mld dol. rocznie, a według Światowej Organizacji Zdrowia co roku zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do 4,2 mln przedwczesnych zgonów – wynika z raportu „Zielone szpitale” UN Global Compact Network Poland. Tym samym zmiany klimatu stanowią olbrzymie obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej. Z drugiej strony ten sektor sam się do nich przyczynia, odpowiadając za 4,4 proc. globalnych emisji CO2 do atmosfery. W obecnym scenariuszu będą one ciągle rosnąć, by w 2050 roku osiągnąć poziom 6 gigaton rocznie. Koszty środowiskowe i finansowe pokazują, że konieczna jest zielona transformacja w szpitalach. Niektóre z nich są jednak w takim stanie, że może je czekać decyzja o zamknięciu.
– Sektor ochrony zdrowia musi przechodzić na zieloną ścieżkę, docelowo nie ma innego planu. Natomiast ta droga będzie długa i wyboista. Dane zaprezentowane w raporcie pokazują, że w Polsce co piąty szpital ma powyżej 70 lat, a połowa została wybudowana w latach 60.–70. ubiegłego wieku. Tak więc to nie są placówki, które łatwo będzie transformować w zielonym kierunku – mówi dr hab. Iwona Kowalska-Bobko, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego, Wydział Nauk o Zdrowiu, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Dane przytaczane w raporcie wskazują, że większość szpitali odznacza się wysoką energochłonnością, emitując średnio 2,5 raza więcej gazów cieplarnianych niż inne budynki komercyjne. Wynika to z faktu, że na etapie projektowania budynków nie uwzględniono wydajności energetycznej, a liczba specjalistycznego wyposażenia wymaga dodatkowego zużycia energii i chłodzenia.
– Infrastruktura szpitalna, którą mamy w Polsce, wskazuje, że na poziomie centralnym należałoby podjąć jakieś decyzje dotyczące jej modernizacji – ocenia prof. Iwona Kowalska-Bobko. – Czeka nas odpowiedź m.in. na pytanie, czy ta infrastruktura nie jest za duża, czy nie mamy za dużo łóżek szpitalnych, jak ją zmienić, jak konsolidować dostępność do świadczeń zdrowotnych w dużych ośrodkach miejskich. Przykładem jest wojskowy szpital w Krakowie, który mieści się w centrum miasta i ma około 100 lat. To jest czas na to, żeby się zastanowić, czy nie powinien zostać zamknięty. Biorąc pod uwagę wystarczającą dostępność szpitali i łóżek na terenie miasta, jestem przekonana, że nie byłoby to aż takie złe rozwiązanie. W Bytomiu na jednej ulicy są trzy szpitale, więc pytanie, czy nas stać na to, żeby utrzymywać tak rozbudowaną, kosztowną infrastrukturę, np. nie zamieniając jej na jeden nowoczesny szpital spełniający warunki zielonego szpitala na obrzeżach miasta.
– Tu za przykład może posłużyć Wielka Brytania, gdzie powstały już dokumenty strategiczne i wyznaczono cele, do których brytyjska ochrona zdrowia chce zmierzać – dodaje Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych Philips Healthcare. – Z naszego regionu Europy Środkowo-Wschodniej można z kolei wskazać Czechy, które w swoich zamówieniach publicznych stosują konkretne zielone kryteria, po to, aby promować chociażby energooszczędność.
Zielony szpital to taki, który promuje zdrowie publiczne i zabezpiecza interesy zdrowotne lokalnej populacji, a z drugiej strony zmniejsza swój wpływ na środowisko dzięki właściwemu zarządzaniu, zrównoważonym łańcuchom dostaw i poprawie efektywności energetycznej. Do najważniejszych inicjatyw i inwestycji, które mogą zazielenić placówkę medyczną, należą termomodernizacja, wymiana przestarzałych źródeł ciepła, stolarki okiennej i drzwiowej, instalacja odnawialnych źródeł i magazynów energii, zielone otoczenie, odpowiedni recykling odpadów i zmiana w łańcuchach dostaw. Jak wynika z raportu „Zielone szpitale”, opracowanego przez UN Global Compact Network Poland we współpracy z firmą Philips, aż 71 proc. całkowitych emisji gazów cieplarnianych w sektorze opieki zdrowotnej pochodzi z łańcucha dostaw, czyli m.in. produkcji i transportu leków, urządzeń medycznych, jedzenia i wyposażenia dla szpitali.
– W ochronie zdrowia najwięcej emisji gazów cieplarnianych pochodzi z ogrzewania i zużycia prądu. Właśnie w tym zakresie będziemy planowali podjąć działania, żeby zmniejszyć emisję, czyli będą to różnego rodzaju przedsięwzięcia związane z dostosowaniem budynków do tego, żeby pochłaniały mniej energii – mówi Joanna Węgrzynowska, manager ds. ESG w Grupie LUX MED.
Jak podkreśla, placówki sektora prywatnego również mają dużą rolę do odegrania w tym procesie. LUX MED przyjął strategię, zgodnie z którą do 2025 roku zamierza zredukować emisję gazów cieplarnianych o 40 proc. względem 2019 roku, a do 2040 roku dojść do zeroemisyjności.
Przykłady podawane w raporcie „Zielone szpitale” pokazują, że szpitale mają do wyboru wiele różnych proekologicznych inwestycji. Wymiana świetlówek na oprawy LED-owe czy termomodernizacja może się przełożyć – w zależności od stanu budynku – na redukcję zużycia energii nawet o 20 do 60 proc., przy okazji zmniejszając koszty utrzymania. Z kolei po zainstalowaniu paneli słonecznych na dachu budynku Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Szczecinie w ciągu zaledwie czterech miesięcy udało się zredukować wytwarzanie CO2 o ponad 305 t, a oszczędności wyniosły blisko 400 tys. zł.
Zielone szpitale zrzesza sieć Global Green and Healthy Hospitals, do której należy obecnie ponad 60 tys. placówek na świecie. Organizacja działa na rzecz implementacji energooszczędnych rozwiązań w szpitalach i edukuje w zakresie zielonych wyzwań służby zdrowia. W Polsce ten temat wciąż jest jednak stosunkowo rzadko podejmowany, o czym świadczy m.in. fakt, że do GGHH należą jedynie dwie polskie placówki. Są to Ortopedyczno-Rehabilitacyjny Szpital Kliniczny im W. Degi w Poznaniu oraz Wojewódzki Specjalistyczny Zespół Zakładów Opieki Zdrowotnej Chorób Płuc i Gruźlicy w Wolicy.
– Dane opublikowane w 2020 roku pokazują, że zielone szpitale to takie, które zmniejszają koszty operacyjne budynków o około 9 proc. i których wartość wzrasta o 7,5 proc. To są szpitale, które zwiększają swoje obłożenie o ponad 3 proc. Ale najważniejsza rzecz jest taka, że zachorowalność na choroby takie jak grypa, astma, bóle głowy u pacjentów, którzy są w tych szpitalach, zmniejsza się nawet o 87 proc. Tak więc te dane powinny przekonywać, że to jest właśnie pożądany kierunek – mówi prof. Iwona Kowalska-Bobko.
Jednym ze sposobów na zmniejszanie śladu węglowego systemu ochrony zdrowia jest szeroko pojmowana cyfryzacja. Chodzi m.in. o rezygnację z papieru i digitalizację obiegu dokumentów, usprawnienie zarządzania energią czy komunikacji z pacjentami.
– Przykładem jest chociażby cyfrowy triaż, do którego używa się cyfrowych kwestionariuszy wypełnianych przez pacjentów. Taki projekt wdrożono w Holandii, na bazie platformy VitalHealth – mówi Michał Kępowicz. – Dzięki możliwości przeprowadzenia cyfrowego triażu i zaobserwowania, czy pacjent powinien już trafić do szpitala, czy to może jeszcze nie jest ten moment, liczba hospitalizacji zmniejszyła się o ok. 30 proc., a liczba reoperacji spadła o 74 proc.
Do zazielenienia sektora ochrony zdrowia może się też przyczynić telemedycyna. Jak wynika z raportu „Zielone szpitale”, transformacja modelu opieki w czasie pandemii COVID-19 sprawiła, że w pewnym momencie nawet 45–55 proc. konsultacji odbywało się zdalnie jako uzupełnienie tradycyjnych wizyt u lekarza. To oznacza chociażby ograniczenie śladu węglowego związanego z transportem pacjenta do centrum medycznego.
– Według statystyk brytyjskiej służby zdrowia tradycyjne wizyty u lekarza generują około 30 mln ton CO2. Jedna wizyta to jest od 3,5 do 8 kg śladu węglowego. Dzięki telemedycynie taka tradycyjna wizyta w uzasadnionych przypadkach może zostać zastąpiona zdalną, dając pozytywny impakt dla ochrony zdrowia i zmniejszając zanieczyszczenie środowiska – mówi dyrektor ds. relacji strategicznych Philips Healthcare.
Jak wskazuje, w kontekście zielonej transformacji ochrony zdrowia równie ważnym aspektem jest gospodarka cyrkularna i ekoprojektowanie wyrobów medycznych tak, aby minimalizować ich późniejszy wpływ na środowisko. To aspekty dziś często pomijane i lekceważone w placówkach medycznych. Plagą sektora są miliony ton tworzyw sztucznych i jednorazowych narzędzi wykorzystywanych podczas zabiegów.
Na ten aspekt postanowiła zwrócić uwagę również Grupa LUX MED, która rocznie zużywa w swoich placówkach ponad 70 tys. 100-metrowych rolek prześcieradeł medycznych. Standardowy surowiec, z którego są produkowane, to celuloza – materiał pochodzący najczęściej z drzew iglastych. Dlatego w ubiegłym roku firma postanowiła zrezygnować z nich na rzecz podkładów medycznych produkowanych z użyciem makulatury. To pozwoliło ograniczyć zużycie naturalnego surowca, a przy tym okazało się, że podkłady z domieszką makulatury są też o 10 proc. tańsze. Inna kwestia to takie projektowanie sprzętu medycznego, by był przyjazny dla środowiska i nadawał się do renowacji lub też recyklingu. Z przytaczanych przez firmę Philips danych wynika, że 80 proc. wpływu produktu na środowisko określane jest na etapie projektowania.
– Coraz częściej tworzy się systemy i rozwiązania medyczne w oparciu o ekodesign, z myślą o tym, że to urządzenie ma być bardziej przyjazne dla środowiska. Takie rozwiązanie otrzymuje później tzw. ekopaszport, w którym jest napisane, że jest ono energooszczędne, z jakich materiałów jest zrobione, czy generuje substancje szkodliwe, czy jest to rozwiązanie tworzone w oparciu o gospodarkę obiegu zamkniętego etc. To jest właśnie kierunek, w którym powinna się zmieniać ochrona zdrowia, tzn. promować te rozwiązania, które są tworzone zgodnie z ideą ekodesignu i mają ekopaszporty – mówi Michał Kępowicz.
W reakcji na gwałtowny wzrost cen węgla rząd zaproponował, że gospodarstwom domowym ogrzewanym węglem będzie przysługiwał w tym roku jednorazowy dodatek w wysokości 3 tys. zł. Ze świadczenia może skorzystać w sumie 3,8 mln rodzin, a na wypłaty w 2022 roku rząd zarezerwował maksymalnie 11,5 mld zł. – Rząd jest zmuszony zorganizować jakiś system dopłat dla osób, które ogrzewają się węglem, bo ceny są bardzo wysokie. Ale potrzebne jest też rozwiązanie długoterminowe, które pomoże tym ludziom nie przez jedną zimę, ale przez dłuższy czas – mówi Bernard Swoczyna, ekspert Fundacji Instrat. Jak ocenia, problemy z cenami i dostępnością węgla nie skończą się w nadchodzącym sezonie grzewczym.
Tak zwany dodatek węglowy w wysokości 3 tys. zł będzie w tym roku przysługiwać gospodarstwom domowym, dla których głównym źródłem ogrzewania jest kocioł na paliwo stałe, kominek, koza, ogrzewacz powietrza, trzon kuchenny, piecokuchnia, kuchnia węglowa lub piec kaflowy na paliwo stałe. Urządzenia muszą być zasilane węglem kamiennym, brykietem lub pelletem, zawierającymi co najmniej 85 proc. węgla kamiennego.
– Jakieś doraźne wsparcie na pewno jest potrzebne, ale trzeba zwrócić uwagę na to, czy ta pomoc jest dobrze ukierunkowana. Poza tym zwróćmy uwagę na osoby ogrzewające się np. pelletem albo wykorzystujące nowoczesne źródła energii, jak np. pompy ciepła. Oni też nie powinni być pozbawieni pomocy, ich paliwa i energia elektryczna też będą drożały – mówi agencji Newseria Biznes Bernard Swoczyna, główny ekspert w programie Energia & Klimat Fundacji Instrat. – Oprócz gospodarstw domowych, które ponoszą bardzo wysokie koszty, a część z nich jest po prostu zagrożona ubóstwem energetycznym, mamy też firmy, jak np. małe piekarnie, zakłady fryzjerskie. One również ponoszą bardzo wysokie koszty wzrostu cen węgla, gazu ziemnego i prądu. I obawiam się, że im rząd już nie pomoże.
Wnioski o dopłatę będzie można składać w urzędzie gminy od momentu wejścia w życie nowej ustawy do 30 listopada br. Na wypłatę pieniędzy gmina będzie mieć maksymalnie miesiąc. Warunkiem ich otrzymania jest jednak zgłoszenie źródła ogrzewania w Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków. W ustawie nie przewidziano za to żadnych kryteriów dochodowych, co oznacza, że dopłata przysługuje wszystkim gospodarstwom domowym ogrzewanym węglem lub węglopochodnymi. Z OSR wynika, że jest ich w sumie 3,8 mln, a na wypłatę tzw. dodatków węglowych w 2022 roku przewidziano maksymalny limit w kwocie 11,5 mld zł.
W Polsce, która wciąż węglem stoi, nie tylko wysokie ceny są problemem, lecz również niedobór tego surowca. Konieczność rezygnacji z importu rosyjskiego węgla wywołała na rynku lukę, która w krótkim czasie jest trudna do zrekompensowania.
– Polskie kopalnie są w stanie pokryć prawie całe zapotrzebowanie energetyki, czyli elektrowni na węgiel. Natomiast w przypadku węgla lepszej jakości dla gospodarstw domowych od lat byliśmy zależni od węgla z Rosji. I niestety przez to, że zbyt wolno odchodziliśmy od węgla w ogrzewaniu domów, teraz tego węgla będzie brakowało – mówi ekspert. – Węgiel można kupić w innych krajach, natomiast pytanie, czy będzie miał taką samą wartość opałową, czy będzie w nim tak samo mała zawartość popiołu. Może się okazać, że tego węgla dobrej jakości po prostu w Polsce zabraknie.
Jak wskazuje Instytut Badań Strukturalnych, spośród prawie 4 mln gospodarstw domowych ogrzewanych węglem lub węglopochodnymi połowa nie ma innego źródła ciepła. To oznacza, że jeśli węgla zabraknie, skutki najbardziej dotkliwie odczują 2 mln rodzin. W tej liczbie mieści się 1,2 mln rodzin z dziećmi do 15. roku życia i ok. 400 tys. takich, w których jest choć jedna osoba 70+, w tym 150 tys. samotnych seniorów.
– Możliwe, że tej zimy kłopoty z węglem się nie skończą. Rosja była dużym dostawcą węgla do Unii Europejskiej, zwiększenie wydobycia w polskich kopalniach zajmie dłuższy czas. Dlatego jest poważne ryzyko, że następna zima też może być ciężka – mówi Bernard Swoczyna. – W tym roku będziemy dopłacać osobom ogrzewającym się węglem, ale to nie oznacza, że węgiel ma w ogrzewaniu dłuższą przyszłość.
Jak podkreśla, dopłaty nie powinny więc spowolnić odchodzenia od kotłów węglowych jako źródła ciepła. Jego zdaniem, chociaż rząd nie ma wyjścia i chce ulżyć gospodarstwom domowym w tej trudnej sytuacji, jednocześnie powinien zadbać o działania długoterminowe, takie jak poprawa efektywności energetycznej, docieplanie domów czy modernizacja systemu energetycznego i sieci ciepłowniczych.
– Te działania w długim horyzoncie czasowym mogłyby uniezależnić nas od węgla i gazu ziemnego z Rosji i na trwałe obniżyć rachunki – podkreśla główny ekspert w programie Energia & Klimat Fundacji Instrat.
W ubiegłym tygodniu trzech dostawców złożyło do Urzędu Regulacji Energetyki wnioski o zmianę obowiązujących w 2022 roku taryf na sprzedaż energii dla gospodarstw domowych. To oznacza, że jeszcze w tym roku niewykluczone są podwyżki cen. – Prąd, gaz i ciepło w naszych domach w najbliższym czasie nie będą tańsze. Polacy powinni w miarę możliwości uwzględnić te nowe realia w swoich codziennych wyborach – wskazuje Maciej Maciejowski z Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej. Żeby zaoszczędzić na rachunkach za prąd, wystarczy zmiana drobnych, codziennych nawyków. Prowadzona przez PKEE kampania „Liczy się energia” pokazuje, jak zrobić to bez konieczności kupowania energooszczędnego sprzętu czy rezygnacji z urządzeń elektrycznych.
– W obecnej sytuacji rosnących cen paliw, agresji Rosji na Ukrainę, inflacji i kosztów CO2 ceny energii rosną na całym świecie. To duże obciążenie dla obywateli i firm, ale nie idą za nim nadzwyczajne korzyści dla branży energetycznej. Energia elektryczna z pewnością będzie droższa w 2023 roku, dlatego tak ważne jest, byśmy wszyscy – producenci węgla, spółki energetyczne i odbiorcy energii – podchodzili do tego tematu odpowiedzialnie i solidarnie. Już teraz warto więc racjonalnie podchodzić do zużycia energii i po prostu zacząć ją oszczędzać, dzięki temu podwyżki będą mniej odczuwalne – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej.
W badaniu przeprowadzonym w czerwcu br. przez IBRIS dla PKEE 91 proc. ogółu Polaków zadeklarowało, że uważa się za osoby oszczędzające energię elektryczną. Przeciwnego zdania było jedynie 7 proc. respondentów. Z tego samego badania wynika również, że dla 72 proc. Polaków motywacją do oszczędzania prądu jest troska o środowisko naturalne. Jeszcze większy odsetek respondentów (86 proc.) wskazał na chęć ograniczenia wysokich rachunków za energię elektryczną.
– Prezes Urzędu Regulacji Energetyki wskazywał niedawno, że ciepło, prąd i gaz w naszych domach w najbliższym czasie tańsze nie będą – podkreśla Maciej Maciejowski, dyrektor ds. komunikacji PKEE. – Polacy powinni w miarę możliwości uwzględnić te nowe realia w swoich codziennych wyborach. Powszechną postawą powinno być racjonalne korzystanie z energii i możliwie maksymalna redukcja jej zużycia.
Sposoby na optymalizację zużycia energii i zmniejszenie wysokości rachunków przekazuje ogólnopolska kampania „Liczy się energia”, prowadzona przez Polski Komitet Energii Elektrycznej. Z materiałów i porad dostępnych na stronie www.liczysieenergia.pl można się dowiedzieć, jak zrobić to w najprostszy sposób – bez konieczności kupowania energooszczędnego sprzętu czy drastycznego ograniczenia korzystania z urządzeń elektrycznych. Wystarczy tylko zmiana drobnych, codziennych nawyków.
– Jeśli racjonalnie podejdziemy do tematu oszczędzania energii, te oszczędności mogą być naprawdę spore. Szczególnie w perspektywie kwartału czy roku – podkreśla ekspert PKEE. – To racjonalne podejście obejmuje m.in. dopasowanie energochłonnych czynności do taryfy, jaką posiadamy. Wybrane taryfy zakładają mniejsze opłaty za energię zużywaną w nocy lub weekendy. Jeśli właśnie w tym czasie zaplanujemy włączenie pralki, zmywarki, odkurzanie czy większe gotowanie, to oszczędności mogą sięgnąć nawet kilkudziesięciu procent kosztów.
Z badania Publicis Groupe Data Science dla PKEE wynika, że tego typu działania edukacyjne przynoszą efekty. Po pierwszej edycji kampanii „Liczy się energia” mniej osób deklaruje, że w ogóle ogranicza korzystanie z urządzeń elektrycznych, aby zaoszczędzić na rachunkach za prąd. Wcześniej ten odsetek wynosił 13 proc., a w wyniku działań edukacyjnych spadł o ponad połowę (do 6 proc.). Kampania dotarła do 34 proc. Polaków w wieku 35+, którzy są właścicielami bądź współwłaścicielami domów i mieszkań.
– W tej chwili 46 proc. Polaków w badanej grupie deklaruje ograniczenie korzystania z oświetlenia, podczas gdy przed kampanią ten odsetek wynosił 42 proc. Rezygnację z pozostawiania urządzeń w trybie czuwania deklaruje 28 proc. versus 14 proc. wcześniej. Natomiast używanie energooszczędnych urządzeń – 18 proc. vs. 13 proc. przed kampanią – mówi Maciej Maciejowski.
Na aspekty związane z oszczędzaniem energii warto zwrócić uwagę zwłaszcza latem, mając w planach dłuższą nieobecność w domu bądź mieszkaniu. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy światła we wszystkich pomieszczeniach na pewno są wyłączone. Pozostawienie ich na kilka czy kilkanaście dni może bowiem znacznie podnieść wysokość rachunków za energię i obciążyć domowy budżet. Wyjeżdżając, warto również odłączyć od prądu część urządzeń elektrycznych.
– Chodzi m.in. o telewizor, mikrofalówkę, komputery, pralkę czy wpięte do gniazdek ładowarki. Te urządzenia, nawet pozostając w trybie uśpienia, nadal pobierają energię elektryczną, czego najlepszym przykładem są świecące się diody i zegary na pralce czy kuchence mikrofalowej – mówi dyrektor ds. komunikacji Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej.
Rosnące ceny i obawy o dostępność węgla i gazu, a także kurcząca się rezerwa mocy elektrowni konwencjonalnych windują ceny energii elektrycznej na rynku hurtowym, gdzie w ostatnich tygodniach rekord goni rekord. W efekcie – jak zapowiedział już prezes URE Rafał Gawin – w 2023 roku Polacy mogą się spodziewać kilkudziesięcioprocentowych podwyżek na rachunkach za prąd. W przypadku przedsiębiorstw te podwyżki mogą wynieść kilkaset procent. Tymczasem polskie firmy już w tej chwili zwracają uwagę na ryzyko ograniczania produkcji, która przez drastyczny wzrost kosztów staje się nieopłacalna.
– Możemy się spodziewać sytuacji, że z jednej strony, na skutek tych wielkich podwyżek, obniży się aktywność gospodarcza polskiej gospodarki i będziemy mieli do czynienia z recesją. A z drugiej strony, że nie będziemy mogli wyjść z tej recesji, bo natrafimy na ścianę w postaci niewystarczających mocy wytwórczych polskiej energetyki. Nawet przy niższych cenach surowców energetycznych nie będziemy mogli zaoferować wystarczająco dużo energii i po wystarczająco konkurencyjnych cenach. Nie mówiąc już o śladzie węglowym, który też będzie pewnym obciążeniem dla polskich produktów – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Onichimowski, ekspert Instytutu Obywatelskiego, były prezes Towarowej Giełdy Energii.
Ceny energii elektrycznej na Towarowej Giełdzie Energii biją historyczne rekordy. W ostatnich dniach cena MWh w ramach kontraktu rocznego z dostawą na 2023 rok sięgnęła poziomu 1,6 tys. zł. Dla porównania jeszcze w ubiegłym roku cena energii z dostawą na 2023 rok wynosiła ok. 368 zł za MWh. Wysokie ceny notowane są też na tzw. rynku bilansującym, służącym dokupowaniu brakującej energii, która nie została wcześniej zakontraktowana.
– Prąd w Polsce drożeje w katastrofalnym tempie. Na dodatek ta dynamika bardzo się zwiększa, bo ostatnie dwa miesiące przyniosły wzrost rzędu 50–60 proc. – mówi Grzegorz Onichimowski. – Na to się składa szereg czynników, część z nich jest długoterminowa, część krótkoterminowa. Te krótkoterminowe są oczywiście w dużej mierze związane z sytuacją zewnętrzną, przede wszystkim z brakiem węgla i gazu. I nie mówimy tu tylko o Polsce, ale o całej Europie.
Rosnące ceny to m.in. efekt obaw o dostępność gazu, który jest podstawą produkcji energii elektrycznej w wielu krajach Europy. Rosja wstrzymała już dostawy gazu do kilku państw UE, w tym Polski, a do wielu kolejnych mocno je ograniczyła. To efekt odmowy europejskich koncernów gazowych płacenia za gaz w rublach. W ostatnich dniach surowiec przestał płynąć gazociągiem Nord Stream 1, teoretycznie ze względów technicznych, ale Niemcy obawiają się, że eksport może nie zostać wznowiony.
Kolejny krótkoterminowy czynnik wzrostu cen energii to kurcząca się rezerwa mocy elektrowni konwencjonalnych (4 lipca br. w Polsce z bieżącej pracy wyłączonych było ok. 22 GW z 53,6 GW mocy zainstalowanej w całym krajowym systemie energetycznym) oraz obawy o dostawy węgla na kolejny sezon grzewczy.
– Spółki Skarbu Państwa są w dużym stresie, czy będą miały wystarczającą ilość węgla i po jakiej cenie. Spółki węglowe zaczynają wypowiadać im długoterminowe kontrakty, które były bardzo korzystne z dzisiejszego punktu widzenia. Firmy energetyczne po prostu nie wiedzą, jaką marżę tak naprawdę realizują na przyszły rok, bo one dopiero będą produkowały tę energię, którą dzisiaj sprzedają. W efekcie – jeśli nie mają pewności, jaka będzie cena i ile zapłacą za ten węgiel – narzucają bardzo dużą marżę na ryzyko – wyjaśnia ekspert Instytutu Obywatelskiego.
Z kolei wśród ciągnących się od wielu lat zaniedbań Grzegorz Onichimowski wymienia spowolnienie inwestycji w odnawialne źródła energii, które znacznie spowolniło zieloną transformację w Polsce.
– Z powodów ideologicznych przez wiele lat ciążyła nad nami chociażby słynna ustawa 10H. W efekcie „zamordowaliśmy” branżę, która miała szansę realnie obniżyć nam ceny energii – mówi. – Patrząc dziś na godzinowe ceny energii na TGE, widzimy, że w dni, kiedy świeci słońce, te ceny są nawet niższe niż nocą. Świadczy to o tym, że fotowoltaika, której już tyle zainstalowaliśmy na dachach, już realnie obniża ceny. Gdybyśmy mieli dwa–trzy razy więcej zielonej energii z wiatru i nowoczesnych wiatraków, to wówczas – jak np. szacowali eksperci Klubu Jagiellońskiego – ceny energii mogły być o ok. 30 proc. niższe.
Jak wskazuje, Polska nie wykorzystała na transformację energetyczną także środków z handlu emisjami CO2 w unijnym systemie ETS. To w sumie blisko 70 mld zł, z których co najmniej połowa – zgodnie z wymogami UE – powinna być przeznaczona na inwestycje w OZE długofalowo przyczyniających się do spadku cen energii elektrycznej dla odbiorców.
– Te pieniądze nie poszły na transformację energetyczną, tylko niewielka ich część została przeznaczona na programy takie jak Czyste Powietrze czy Mój Prąd. Większość z tych pieniędzy po prostu rozpuściła się w budżecie – mówi Grzegorz Onichimowski. – To spowodowało, że chociaż mieliśmy mnóstwo chętnych do tego, aby budować w Polsce energetykę odnawialną, oni nie zrealizowali tych inwestycji, ponieważ np. nie mieli jak przyłączyć się do sieci elektroenergetycznej.
Jak wynika z podsumowania porównywarki Rachuneo.pl, w tym roku średni rachunek za prąd polskiego gospodarstwa domowego wzrósł o 24 proc. w stosunku do ubiegłego (przy założeniu rocznego zużycia na poziomie 2400 kWh rocznie przez rodzinę 2+2). W tym cena energii czynnej poszła w górę o 37 proc., a koszt dystrybucji – o 8 proc.Prezes URE Rafał Gawin zapowiedział już, że w 2023 roku Polacy powinni się spodziewać kolejnych, nawet kilkudziesięcioprocentowych podwyżek. Niewykluczone jednak, że nastąpią one jeszcze w tym roku. 11 lipca br. trzech tzw. sprzedawców z urzędu złożyło do URE wnioski o podwyższenie obowiązujących w 2022 roku taryf na sprzedaż energii dla gospodarstw domowych. To m.in. pokłosie sytuacji na Towarowej Giełdzie Energii. Wnioski są obecnie analizowane – jeżeli nowe taryfy zostaną zatwierdzone przez URE, przedsiębiorstwa będą mogły wprowadzić je w życie najwcześniej po dwóch tygodniach od tej decyzji.
– Nowelizacja Kodeksu pracy będzie oznaczać dla pracodawców małą rewolucję. Firmy będą musiały się zastanowić nad nową organizacją pracy, ponieważ pracownikom zostaną wydłużone urlopy rodzicielskie i nadane nowe uprawnienia. Problem może się pojawić w dużych zakładach pracy, które muszą organizować pracę na wiele miesięcy z góry – mówi dr Katarzyna Kalata, wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Łodzi. Jak ocenia, planowane zmiany, które muszą zostać wdrożone najpóźniej na początku sierpnia br., są jednak korzystne dla wszystkich pracowników, zwłaszcza tych, którzy mają dzieci.
Rządowy projekt nowelizacji Kodeksu pracy oraz niektórych innych ustaw trafił do Sejmu na początku czerwca br. i wciąż jest w trakcie ścieżki legislacyjnej. Jego celem jest m.in. wdrożenie do polskiego porządku prawnego dwóch unijnych dyrektyw (tzw. dyrektywa rodzicielska oraz dyrektywa w sprawie przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy w Unii Europejskiej). Polska powinna to zrobić najpóźniej do 2 sierpnia br.
– Z tych zmian wynika, że będziemy mieli prawo do dwóch nowych urlopów, czyli urlopu opiekuńczego oraz urlopu z tytułu siły wyższej. Ten pierwszy będzie przysługiwać m.in. z tytułu choroby członka najbliższej rodziny, z którym wspólnie zamieszkujemy, czyli np. męża czy dziecka. Będzie on przysługiwał w wymiarze aż pięciu dni, ale będzie niepłatny. Nie otrzymamy z tego tytułu żadnego wynagrodzenia. Natomiast urlop z tytułu siły wyższej będzie nam przysługiwał w wymiarze dwóch dni w roku kalendarzowym i będzie płatny w 50 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Katarzyna Kalata.
Oprócz dwóch nowych urlopów w znowelizowanych przepisach pojawią się też duże ułatwienia dla rodziców.
– Przede wszystkim urlop rodzicielski zostanie wydłużony o dziewięć tygodni. Rodzice będą mogli z niego korzystać niezależnie od tego, czy matka wykorzystała urlop macierzyński – mówi ekspertka z Wyższej Szkoły Bankowej w Łodzi.
W tej chwili urlop rodzicielski wynosi 32 tygodnie w przypadku urodzenia jednego dziecka i 34 tygodnie w przypadku ciąży mnogiej. Po zmianach będzie to odpowiednio 41 i 43 tygodnie. Nie trzeba będzie też wykorzystywać go od razu, ale maksymalnie w pięciu częściach do zakończenia roku kalendarzowego, w którym dziecko ukończy szósty rok życia. Nowością będzie brak możliwości wykorzystania całości urlopu tylko przez jednego rodzica. Ojciec nie będzie mógł zrzec się swoich dziewięciu tygodni urlopu rodzicielskiego na rzecz matki, ani matka na rzecz ojca.
– Matce będzie przysługiwać dziewięć tygodni urlopu i jednocześnie ojcu też będzie przysługiwać dziewięć tygodni urlopu, niezależnie od tego, czy drugi rodzic z nich skorzysta – mówi ekspertka WSB w Łodzi. – Ponadto rodzice do ósmego roku życia dziecka będą mogli też złożyć do pracodawcy wniosek, że nie chcą pracować w nadgodzinach, i pracodawca będzie musiał taki wniosek uwzględnić.
Zgodnie z nowymi przepisami pracownik opiekujący się dzieckiem do ukończenia przez nie ósmego roku życia – bez wyrażenia swojej dobrowolnej zgody – nie będzie również zobowiązany do pracy w porze nocnej, w systemie przerywanego czasu pracy czy delegowania poza stałe miejsce pracy. Kolejną nowością będą też zmiany w urlopach ojcowskich. W tej chwili ojcowie mogą wykorzystać ten dwutygodniowy urlop do czasu ukończenia przez dziecko 24. miesiąca życia. Wskutek nowelizacji będą mieć na to już tylko 12 miesięcy.
Istotna zmiana ma dotyczyć również wysokości zasiłku macierzyńskiego za cały okres urlopu rodzicielskiego i ustalenia go na poziomie 70 proc. podstawy wymiaru zasiłku.
– Kluczowe zmiany są też planowane w zakresie umów na okres próbny i umów na czas określony – mówi dr Katarzyna Kalata. – Przede wszystkim pracodawca będzie musiał uzasadniać przyczynę wypowiedzenia takiej umowy, skonsultować się w tej sprawie ze związkami zawodowymi oraz – jeżeli pracownik wniesie powództwo do sądu – będzie musiał przywrócić go do pracy.
Zgodnie z aktualnymi przepisami pracodawca nie ma obowiązku podawania przyczyny wypowiedzenia umowy na czas określony. Nie musi też konsultować się w tej sprawie z zakładową organizacją związkową. Takie wymogi obowiązują tylko przy umowach na czas nieokreślony. Z kolei w razie niezgodnego z prawem rozwiązania umowy na czas określony do tej pory pracownik mógł żądać przed sądem jedynie odszkodowania, a nie przywrócenia do pracy.
– Te planowane zmiany sprawią, że praktycznie znikną różnice między umowami na czas określony i nieokreślony – zauważa ekspertka łódzkiej WSB.
Ważne zmiany dotyczą też okresu, na jaki pracodawca i pracownik będą mogli zawrzeć umowę na okres próbny.
– Do tej pory taką umowę można było zawrzeć na trzy miesiące. Natomiast po zmianach okres próbny będzie zależny od czasu, na jaki będziemy chcieli zawrzeć kolejną umowę. Dla przykładu, jeżeli kolejną umowę będziemy chcieli zawrzeć na sześć miesięcy, to okres próbny będzie wynosił miesiąc. Jeżeli będzie to do 12 miesięcy, to okres próbny będzie wynosił do trzech miesięcy. Kluczowe jest również to, że okres próbny będzie mógł być przedłużony, jeżeli pracownik będzie np. chory – mówi dr Katarzyna Kalata.
Jak ocenia, zmiany procedowane w tej chwili przez Sejm będą rewolucją dla pracodawców, którzy będą musieli się zastanowić nad nową organizacją pracy. Planowana nowelizacja jest jednak bardzo korzystna dla pracowników, zwłaszcza tych, którzy mają pod opieką dzieci.
– Jedyna niekorzystna zmiana dotyczy urlopów opiekuńczych. Aktualnie pracownikom przysługuje zasiłek opiekuńczy z tytułu np. opieki nad chorym członkiem rodziny. Jeśli natomiast pracownik skorzysta z nowego urlopu opiekuńczego, nie będzie mieć żadnego prawa do wynagrodzenia. Dlatego warto w takiej sytuacji skorzystać z zasiłku opiekuńczego – zauważa ekspertka Wyższej Szkoły Bankowej.
Z najnowszej projekcji NBP wynika, że z dwucyfrową inflacją będziemy się borykać jeszcze w tym i kolejnym roku, a pod koniec 2024 roku zbliżymy się do pasma dopuszczalnych wahań celu inflacyjnego. Jak podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, nie jest pewne, czy uda się tak szybko ten poziom osiągnąć, ale obecną politykę Rady Polityki Pieniężnej uważa za o wiele bardziej realistyczną, niż była przez większość ubiegłego roku. Podwyżki stóp nie są jedynym dostępnym jej narzędziem.
– Inflacja będzie nadal wysoka w drugiej połowie tego roku i w przyszłym roku. Zmiana ma nastąpić dopiero w 2024 roku. Pod tym względem mamy różnicę między NBP a założeniami budżetowymi Ministerstwa Finansów, które zostały zbudowane w oparciu o ocenę z wiosny tego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, były wiceminister finansów. – NBP przewiduje silny spadek inflacji w roku 2024 do poziomu niewiele odbiegającego od celu inflacyjnego, ale zakłada kontynuację wysokiej, dwucyfrowej inflacji nie tylko w tym roku, ale także w roku przyszłym, dlatego że podniesienie stóp procentowych, jakie miało miejsce ostatnio, oddziałuje ograniczająco na inflację po trzech–czterech kwartałach.
W lipcowym „Raporcie o inflacji” NBP w górę zrewidował prognozy inflacji, a w dół – wzrostu PKB. Jeszcze w marcu Departament Analiz i Badań Ekonomicznych zakładał, że w 2022 roku inflacja średnio wyniesie 10,8 proc.; obecnie prognoza wzrosła do 14,2 proc. W 2023 roku ma ona wynieść 12,3 proc. zamiast wcześniej przewidywanych 9 proc. (założenia do ustawy budżetowej na 2023 rok, przyjęte niedawno, bo 15 czerwca, zakładają średnią inflację rzędu 7,8 proc.). Za to zgodnie z najnowszą projekcją NBP w 2024 roku inflacja będzie minimalnie niższa, niż wcześniej sądzono, i wyniesie 4,1 proc. zamiast 4,2 proc.
W rozbiciu na kwartały oznacza to, że szczyt przypadnie na I kwartał 2023 roku (centralna ścieżka 18,8 proc.), a w ostatnim kwartale 2024 roku wyhamuje do 3,5 proc., czyli dotknie górnej granicy pasma dopuszczalnych wahań od celu inflacyjnego.
– Mam wątpliwości, czy rzeczywiście dojdzie do takiego gwałtownego spadku inflacji, jaki NBP przewiduje w roku 2024, ale jeśli chodzi o te najbliższe półtora roku, to prognoza NBP jest z grubsza zbieżna z prognozami ekonomistów, moimi również – mówi prof. Stanisław Gomułka. – Prezes Glapiński w ostatnim wystąpieniu publicznym bardzo podkreślał, że podstawowym konstytucyjnym celem NBP jest utrzymanie inflacji na poziomie około 2,5 proc. plus minus 1. Jesteśmy daleko od tego celu i Rada Polityki Pieniężnej jak gdyby zobowiązała się, również podkreślając to przy okazji swoich decyzji podnoszenia stóp procentowych, że zamierza ten cel konstytucyjny zrealizować.
Rada Polityki Pieniężnej prowadzi cykl podwyżek stóp procentowych od października 2021 roku. Było ich do tej pory 10, a stopa referencyjna wzrosła już z 0,1 proc. do 6,5 proc. Nie jest wykluczone, że będą kolejne, bo w razie, gdyby przyszłe odczyty inflacji zaskoczyły wysokością, szef NBP zapowiedział dalszą walkę ze wzrostem cen. Możliwe jednak, że Rada poczeka na skutki dotychczasowych podwyżek, gdyż rynek reaguje na nie z opóźnieniem minimum dwóch kwartałów, ale czasem skutki mogą być widoczne po dwóch latach. Z tego powodu, zdaniem dużej części ekonomistów, Rada zwlekała z podnoszeniem kosztu pieniądza zbyt długo.
– Zmiany w Radzie Polityki Pieniężnej oraz silny wzrost inflacji zmusiły i prezesa, i Radę do dosyć drastycznej zmiany stanowiska, do bycia bardziej realistycznym w tych sprawach – ocenia były wiceminister finansów.
Najbardziej inflacjogenne okazały się wzrosty cen surowców energetycznych, a także silny wzrost płac, jednostkowych kosztów produkcji oraz osłabienie złotego. Rząd zapowiada zresztą dalszy silny wzrost cen energii elektrycznej w najbliższych miesiącach. Problemem było też wspieranie konsumpcji przez rząd poprzez transfery socjalne. W ocenie prof. Stanisława Gomułki do tej pory nie było dobrej współpracy przy programie antyinflacyjnym między rządem a Narodowym Bankiem Polskim.
– Na początku problem był raczej po stronie NBP niż rządu, ale doszło do bardzo istotnej zmiany na korzyść realizmu ze strony NBP w ostatnich dwóch kwartałach i teraz jest pytanie, co zrobi rząd. Zapowiada już możliwość podwyższenia podatku od zysków dla przedsiębiorstw energetycznych, tzn. gazowych i produkujących energię elektryczną, to jest jedna z możliwości – wskazuje ekonomista.
Jak dodaje, także NBP ma inne możliwości obniżania presji inflacyjnej.
– Przykładowo wydanie i sprzedaż wysoko oprocentowanych bonów NBP, o tym mówił np. były członek Rady Polityki Pieniężnej Bogusław Grabowski. To zmniejszyłoby nadpłynność w sektorze bankowym i w związku z tym presję inflacyjną od strony popytu. Nie jest pewne, co zrobi NBP w tej sprawie, i w związku z tym w tej chwili trudno przesądzać, czy to zbliżenie do celu inflacyjnego NBP zapowiadane przez prezesa na rok 2024 będzie możliwe. Nie jest wykluczone, że to się przesunie o dalszy rok czy dwa – mówi prof. Stanisław Gomułka.