Firmy w pandemii nie rezygnują z inwestowania. Średnio co piąta aplikuje o kredyt na ten cel

Firmy coraz bardziej optymistycznie podchodzą do inwestowania. Rozpoczęcie nowych projektów w IV kwartale zapowiedziało 23 proc. z nich – wynika z badania NBP. Przytaczane przez bank wskaźniki dotyczące nastrojów inwestycyjnych są dobrym prognostykiem nie tylko na najbliższe tygodnie, lecz także na kolejne kwartały. A to oznacza coraz wyższe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne. Banki konkurują o klientów nie tylko warunkami kredytów lub pożyczek, ale też przyjaznymi i szybkimi procedurami kredytowymi, które już coraz częściej można przejść całkowicie online. – Szczególnie małe firmy potrzebują szybkich decyzji kredytowych – mówi wiceprezes ING Banku Śląskiego Ewa Łuniewska.

Ze względu na pandemię COVID-19 ponad połowa polskich firm zrezygnowała z inwestycji. Jednak z drugiej strony realizację nowych inwestycji w 2021 roku wciąż miało w planach 30 proc. przedsiębiorstw – wynika z raportu firmy doradczej EY „Rok z COVID-19 oczami polskich przedsiębiorców”.

– Zapotrzebowanie firm na środki do rozwoju biznesu jest bardzo duże. W tej chwili przedsiębiorstwa zastanawiają się, czy jest to już dobry moment, aby zacząć inwestować. Duże firmy już zaczęły, mniejsze zastanawiają się nad dogodnym momentem. Jednak zapotrzebowanie jest, zwłaszcza że po pandemii pojawiają się nowe potrzeby – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Łuniewska.

Z październikowego raportu NBP na temat kondycji sektora przedsiębiorstw wynika, że w III kwartale br. ogólny wskaźnik optymizmu inwestycyjnego wzrósł piąty kwartał z rzędu i kształtuje się na poziomie zbliżonym do szczytu z 2018 roku. Silną poprawę nastrojów inwestycyjnych odnotowano w sektorze publicznym, przemyśle, dużych firmach i wśród eksporterów. Towarzyszy temu poprawa do rekordowych poziomów planów zwiększania nakładów.

Rozpoczęcie nowych inwestycji w perspektywie kwartału zapowiedziało 23 proc. firm – o 2 pp. mniej niż w poprzednim kwartale, ale to i tak więcej niż przeciętna wieloletnia. Raport NBP wskazuje, że firmy planują zwiększać skalę inwestycji w perspektywie kwartału i zrewidowały w górę plany inwestycyjne obejmujący cały bieżący rok. Optymistyczne są również prognozy na kolejne kwartały.

Dla części przedsiębiorstw to właśnie inwestycje – zwłaszcza w cyfryzację i technologie – stały się sposobem na pokonanie koronakryzysu. Obok środków własnych czy funduszy unijnych jedną z najczęstszych metod ich finansowania jest kredyt bankowy. Z opracowanego przez PARP „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce 2020” wynika, że ok. 70 proc. nakładów inwestycyjnych sektora MŚP jest finansowanych ze środków własnych, a średnio co piąta firma (18,25 proc.) sięga właśnie po pożyczkę bądź kredyt.

– W ING Banku Śląskim od lat przyśpieszamy decyzje kredytowe. Mamy ścieżki automatyczne, półautomatyczne i eksperckie w zależności od wielkości finansowania – wymienia wiceprezes banku. – Szybkość decyzji odgrywa ogromną rolę zwłaszcza w przypadku mniejszych klientów. Jeżeli firma aranżuje finansowanie na kilkadziesiąt bądź kilkaset milionów, jest w stanie poczekać na decyzję dłużej. Natomiast w przypadku małych kwot oczekiwania klienta są dużo wyższe, jeśli chodzi o czas decyzji kredytowej.

Jak podkreśla, każda firma, wybierając ofertę kredytową, zwraca uwagę na szereg elementów, z których najważniejszym jest koszt finansowania, ale i przyjazność procedury kredytowej.

– Przedsiębiorcy są bardzo wrażliwi właśnie na ten aspekt oferty i obsługi bankowej – mówi Ewa Łuniewska.

ING Bank Śląski od lat inwestuje w cyfrowe rozwiązania. W 2011 roku jako pierwszy bank w Polsce udostępnił wniosek kredytowy dla firm online.

– Przez 10 lat do użytku weszło wiele zdigitalizowanych ułatwień dla klientów. Przede wszystkim w obszarze przyspieszania i automatyzowania decyzji kredytowej w oparciu o algorytmy, bazy danych i informacje z innych, dostępnych źródeł – tak aby klient mógł uzyskać decyzję w jeszcze łatwiejszy sposób i bez zbędnych formalności – mówi wiceprezes ING. – W tej chwili wprowadziliśmy kolejną odsłonę digitalizacji, czyli możliwość w pełni online&HASH39;owego procesu kredytowego dla potencjalnych klientów.

Od początku listopada firma, która ubiega się o finansowanie do 400 tys. zł, otrzymuje od razu decyzję kredytową natychmiast po wypełnieniu wniosku online. Warunkiem jest co najmniej 12-miesięczny okres funkcjonowania firmy i prowadzenie przez nią pełnej księgowości.

– W takim wypadku decyzję kredytową podejmiemy online, już w trakcie wypełniania przez klienta wniosku elektronicznego. Nie wymagamy też dodatkowych dokumentów – mówi Michał Tusznio, dyrektor odpowiedzialny za finansowanie firm w ING Banku Śląskim. – Taką decyzję otrzymać może zarówno klient ING w systemie ING Business, jak i firma niezwiązana jeszcze z naszym bankiem, która wypełni wniosek online na stronie www.ing.pl.

– Wypełnienie wniosku trwa kilka minut. My w tle przeprowadzamy pełną weryfikację, sprawdzamy różne bazy danych czy informacje w Biurze Informacji Kredytowej. Cała decyzyjność toczy się w tle, klient tego nie widzi, ale już po kilku minutach otrzymuje od nas decyzję o wysokości limitu kredytowego – dodaje Ewa Łuniewska.

W przypadku procesów kredytowych na wyższe kwoty dla obecnych klientów ING czas oczekiwania na decyzję wynosi do dwóch dni. Jeśli firma wnioskuje o ponad 10 mln zł albo jeśli produkt jest bardzo specyficzny, musi poczekać na decyzję do pięciu dni. 

Co istotne, firma może zacząć korzystać z przyznanych środków w krótkim czasie od złożenia wniosku i uzyskania decyzji. Cały proces, włącznie z podpisaniem umowy kredytowej, odbywa się w pełni online, bez konieczności osobistego stawiennictwa w banku.

– W przypadku klientów ING po otrzymaniu pozytywnej decyzji na wniosku bank udostępnia im umowę kredytową do podpisania w ING Business. Klient składa elektroniczny podpis w systemie, a jeśli konieczne jest ustanowienie zabezpieczeń, wskazane przez bank dokumenty przesyła kurierem. Środki z kredytu są dostępne na rachunku bieżącym firmy natychmiast po podpisaniu umowy i spełnieniu warunków w niej zawartych. Natomiast w przypadku, gdy wniosek składa firma niebędąca klientem ING, decyzja kredytowa ma charakter warunkowy. Zostanie podtrzymana, jeśli klient otworzy rachunek firmowy w ING i  jego weryfikacja w Biurze Informacji Kredytowej przebiegnie pozytywnie – wyjaśnia Michał Tusznio.

– Z punktu widzenia klientów jest to rewolucyjna zmiana, ponieważ całą procedurę kredytową mogą odbyć online i w ciągu kilku minut, nawet nie będąc naszym klientem. To jest skrócenie do minimum formalności związanych z uzyskaniem decyzji kredytowej – dodaje Ewa Łuniewska.

7 proc. Polaków deklaruje, że ma długi. Co trzeci z nich zetknął się z tym problemem po raz pierwszy podczas pandemii

Pandemia nie uderzyła w budżety polskich gospodarstw domowych aż tak mocno, jak zakładały prognozy. Większość z nich deklaruje, że ich sytuacja finansowa w tym czasie się nie zmieniła. Pogorszenie odczuło z kolei 28 proc. i było ono spowodowane głównie galopującymi cenami w sklepach. 7 proc. gospodarstw ma jednak problem z terminowym opłacaniem swoich rachunków i rat kredytów – wynika z najnowszego badania, które przeprowadził Kantar dla KRUK SA.

– Z naszego najnowszego badania wynika, że 28 proc. Polaków w czasie pandemii odnotowało pogorszenie sytuacji finansowej w swoim gospodarstwie domowym. Natomiast 6 proc. wskazało, że ich sytuacja w tym okresie wręcz się poprawiła. Zdecydowana większość Polaków wskazywała jednak, że ich sytuacja finansowa jest stabilna i w zasadzie nie zmieniła się w porównaniu z okresem przedpandemicznym – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Salach, rzeczniczka prasowa KRUK SA.

Z badania przeprowadzonego w październiku br. przez Kantar dla KRUK SA wynika, że 62 proc. polskich gospodarstw domowych nie odczuło wpływu COVID-19 na swoje budżety. Wśród 6 proc., które odczuły poprawę, najczęściej dostrzegały ją osoby posiadające troje lub więcej dzieci (17 proc.) lub te, które powadzą własną działalność gospodarczą (15 proc.). Z kolei na pogorszenie sytuacji najczęściej wskazywały osoby z mniejszych miast, liczących do 100 tys. mieszkańców (34 proc. wskazań), oraz zatrudnione w konkretnych branżach: usługowej (38 proc.), przemysłowej (29 proc.) i budowlanej (29 proc.).

– Są oczywiście także branże, które poradziły sobie dużo lepiej. Jest to głównie branża medyczna oraz sektor związany z administracją publiczną – mówi Agnieszka Salach.

Z badania przeprowadzonego dla KRUK SA wynika, że najczęstszym powodem pogorszenia sytuacji finansowej polskich gospodarstw domowych w czasie pandemii był wzrost wydatków, na który przełożenie ma wysoka inflacja. Na ten czynnik wskazało aż 57 proc. badanych. Z kolei dla 25 proc. gorsza sytuacja była spowodowana obniżką wynagrodzenia, a 16 proc. wskazywało na zamknięcie swojego miejsca pracy w związku z obostrzeniami.

Mimo to 82 proc. gospodarstw domowych zadeklarowało, że dobrze radzi sobie ze spłatą swoich zobowiązań i w terminie opłaca rachunki, raty kredytów etc. W przeciwnej sytuacji jest 7 proc. badanych, u których wystąpiły z tym problemy.

– Co istotne, 39 proc. spośród tych 7 proc. to osoby, które w pandemii z problemem zadłużenia zetknęły się po raz pierwszy – podkreśla rzeczniczka KRUK SA.

Jak wskazuje, spóźnienia w terminowym regulowaniu rachunków i opłat niekoniecznie dotyczą tych gospodarstw domowych, których sytuacja finansowa pogorszyła się w pandemii. 30 proc. z nich zadeklarowało spadek poziomu oszczędności, co może sugerować, że część osób korzysta z wcześniej zgromadzonych środków, aby płacić rachunki w terminie.

– Co ciekawe, 4 proc. Polaków zadeklarowało, że przed pandemią zmagało się z problemem zadłużenia, zaległymi opłatami za różnego rodzaju zobowiązania. Natomiast w tym momencie tego problemu nie mają – mówi Agnieszka Salach.

Statystyki pokazują, że opóźnienia w płatnościach zwykle dotyczą najbardziej podstawowych rachunków: za czynsz (34 proc.), prąd (28 proc.) czy gaz (22 proc.). Blisko co trzecia osoba wskazała też na trudności z terminową opłatą rachunku za telefon, a co piąta – ze spłatą raty pożyczki. Z kolei 11 proc. gospodarstw domowych, które obecnie mają długi, wskazało, że ma problemy z terminowym płaceniem rat kredytu hipotecznego.

– Ponad 40 proc. badanych uważa, że w długi może popaść każdy i jest to prawda. Warto jednak pamiętać, że odpowiedzialność za decyzję, co zrobić z takim zadłużeniem, stoi po stronie osoby, która je posiada. Najważniejsze jest to, żeby nie chować głowy w piasek, otwierać korespondencję, czytać, weryfikować, kontaktować się z wierzycielem i negocjować warunki spłaty zadłużenia w ratach – mówi rzeczniczka KRUK SA.

W październikowym badaniu Kantar zapytał Polaków również o to, jakiej pomocy potrzebują, żeby poradzić sobie z zaległościami finansowymi. Większość oczekuje po prostu porady (43 proc.) albo zmotywowania (29 proc.) do spłaty zadłużenia, choć średnio co czwarty badany wskazał też na konieczność zaciągnięcia kolejnej pożyczki na uregulowanie poprzednich.

– Doskonale wiemy, że jest to droga, która może prowadzić do tzw. spirali zadłużenia – przestrzega Agnieszka Salach.

Co roku 17 listopada obchodzony jest Dzień bez Długów. To inicjatywa, której pomysłodawcą jest KRUK SA. Ma ona na celu promocję racjonalnego zarządzania domowym budżetem i edukację osób zadłużonych, które nie wiedzą, jak poradzić sobie ze spłatą długów. Dzień ten obchodzony jest od 2009 roku.

Prof. Witold Orłowski: Bank centralny musi odzyskać wiarygodność. Inaczej ceny będą wciąż rosnąć

– Inflację można zwalczać, ale to są narzędzia bardzo bolesne w zastosowaniu. To, jak ostre będą, zależy od tego, na ile bank centralny jest umiejętny w swoich działaniach – podkreśla ekonomista, prof. Witold Orłowski. Jego zdaniem dotychczasowe działania Rady Polityki Pieniężnej raczej podbijają oczekiwania inflacyjne, co nakręca spiralę, wpływając na dalszy wzrost cen. W październiku inflacja wyniosła 6,8 proc., a ekonomiści spodziewają się dalszych wzrostów.

– Głównym zadaniem banku centralnego jest niedopuszczenie do tego, żeby spirala inflacyjna powstała, czyli żebyśmy zaczęli wierzyć w to, że inflacja na pewno będzie rosła. Póki co bank się z tego dobrze nie wywiązuje. Jeśli nadal tak będzie, to utrzyma się dość powszechne wśród ludzi oczekiwanie, że inflacja wcale nie będzie spadać, mimo że bank centralny tak mówi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Witold Orłowski, profesor ekonomii, Akademia Vistula, Politechnika Warszawska

Według szybkiego szacunku inflacji GUS z końca października wyniosła ona w tym miesiącu 6,8 proc., najwięcej od ponad 20 lat. W ostatnich miesiącach rośnie ona stromo: jeszcze w czerwcu wynosiła w ujęciu rocznym 4,4 proc. Tymczasem rosną oczekiwania inflacyjne, czyli ludzie zauważyli już wzrost cen i spodziewają się ich dalszej eskalacji. Jak wynika z ostatnich dostępnych badań GUS-u, wskaźnik oczekiwań inflacyjnych Polaków w październiku osiągnął 41,2 pkt, najwięcej od maja 2020 roku, gdy na fali pandemicznych obaw odnotowano 49,2 pkt. Jeszcze większe obawy o wzrost cen ankietowani mieli w kwietniu 2020 roku (54,70 pkt). Wówczas wynosiła ona odpowiednio 3,4 proc. i 2,9 proc.

– Problem z inflacją polega na tym, że jeśli wszyscy wierzymy w to, że inflacja będzie wysoka, to domagamy się podwyżek płac, pracodawcy nie mają wyjścia, muszą nam je dać, ale wtedy rosną koszty, a co za tym idzie, rzeczywiście ceny rosną. To jest tzw. spirala inflacyjna – wyjaśnia ekonomista.

Wielu komentatorów zarzuca Radzie Polityki Pieniężnej nieumiejętną komunikację z rynkiem. Przez wiele miesięcy prof. Adam Glapiński, przewodniczący RPP i zarazem prezes NBP, powtarzał, że inflacja ma charakter przejściowy i wynika z przyczyn podażowych, na które RPP nie ma wpływu. Jednak inflacja niezmiennie rosła, aż w końcu RPP niespodziewanie podniosła stopy procentowe najpierw na początku października – o 40 pkt bazowych do 0,50 proc. w przypadku stopy referencyjnej, a potem, na początku listopada o 75 pkt bazowych do 1,25 proc. Problem polega na tym, że rynek w październiku wyceniał wzrost stóp o 15 pb., a w listopadzie o 50 pb. Nie pomogła też komunikacja przewodniczącego RPP, który poinformował, że „chciał zaskoczyć rynek i to się udało”.

– To, jak bardzo ostrych narzędzi w walce z inflacją trzeba używać, zależy od tego, na ile bank centralny umiejętny jest w swoich działaniach. Jeśli umie nas przekonać, że zastosuje takie stopy, jakie będą potrzebne, że nie powinniśmy się obawiać inflacji, to wtedy okazuje się, że wystarczają znacznie niższe podwyżki stóp procentowych, żeby zahamować inflację – mówi prof. Witold Orłowski. – Jeśli kompletnie nie wierzymy bankowi centralnemu, bo od roku stale mówi, że nic nie zrobi, a inflacja spadnie sama z siebie, a nie spada, tylko rośnie, to w tym momencie bank może oczywiście powstrzymać inflację, ale prawdopodobnie jeszcze bardziej podnosząc stopy procentowe, niż byłoby to w normalnej sytuacji potrzebne. Dlatego pierwsze zalecenie wszystkich ekonomistów dla banku centralnego to: spróbujcie odzyskać wiarygodność.

Ekonomista ocenia, że dalsze podwyżki stóp procentowych są nieuniknione. Wiele zależy jednak od dalszej strategii działania Rady Polityki Pieniężnej. W walkę z inflacją włącza się również rząd. Zapowiedział już tarczę antyinflacyjną, na razie jednak nie jest jasne, na czym miałaby ona polegać. Chodzi m.in. o bon energetyczny, który ma otrzymać ok. 2 mln gospodarstw domowych w Polsce. Rzecznik rządu zadeklarował, że na początku przyszłego tygodnia poznamy szczegóły rozwiązania.

­– Nie wiemy, co się będzie znajdować w tarczy antyinflacyjnej. Teoretycznie rząd może zakazać wzrostu cen, ale wtedy kolejki będą, a ceny tak czy owak wzrosną. Zresztą mało prawdopodobne, żeby rząd to miał na myśli – przewiduje ekspert. – Natomiast to, co prawdopodobnie rząd ma na myśli, to stosowanie rekompensat dla ludzi, zwłaszcza tych uboższych. To jest z jednej strony zrozumiałe, ale z drugiej strony, jeśli przyczyną inflacji jest to, że na rynku jest za dużo pieniędzy, do czego dopuścił bank centralny, to czy fakt, że tych pieniędzy znajdzie się na rynku jeszcze więcej, ochroni kogoś przed inflacją, czy wręcz odwrotnie – spowoduje, że inflacja jeszcze bardziej wzrośnie. Obawiam się, że to raczej doprowadzi do wzrostu inflacji.

Jak podkreśla, będzie to mieć nieprzyjemne skutki dla gospodarki.

– Inflacja odciąga uwagę od bieżącej działalności i zniechęca do oszczędzania. Każdy powie: jak ceny rosną, to pewnie lepiej szybciej kupić, a nie oszczędzać, zwłaszcza jeśli na oszczędzaniu się traci. To jest fatalne dla rozwoju gospodarczego, bo oszczędności są potrzebne po to, żeby firmy miały z czego dokonywać inwestycji. Dlatego inflacja jest generalnie szkodliwa dla gospodarki, ale im wyższa zaczyna być, tym te szkody są większe – mówi ekonomista z Akademii Vistula i Politechniki Warszawskiej. 

Unijny pakiet Fit for 55 będzie wyzwaniem dla lotnictwa. Pasażerowie muszą się nastawić na podwyżki cen biletów

Pakiet Fit for 55 dla przewoźników lotniczych oznacza m.in. wyższe rachunki za emisje CO2, opodatkowanie paliwa lotniczego oraz konieczność opracowania i wdrożenia nowych, bardziej ekologicznych paliw i napędów. Przyszłością mają być m.in. samoloty hybrydowe i elektryczne oraz niskoemisyjne paliwa syntetyczne. Ekspert ds. lotnictwa Grzegorz Brychczyński wskazuje jednak, że minie jeszcze co najmniej 10–15 lat, zanim takie rozwiązania zostaną wdrożone w komercyjnym lotnictwie pasażerskim, dlatego UE może nie zdążyć z dekarbonizacją tego sektora w założonym horyzoncie czasowym. Szybciej pojawią się za to podwyżki cen biletów lotniczych, bo koszt związany z wdrożeniem przewoźnicy – zwłaszcza niskokosztowi – przynajmniej w części przerzucą na pasażerów.

– Cele ekologiczne zawarte w Fit for 55 są osiągalne, ale obawiam się, że nie w takim horyzoncie czasowym, jaki został podany w tym dokumencie. To będzie trwało trochę dłużej, chociażby z tego powodu, że technologie związane z konstrukcją, produkcją, wytwarzaniem różnego rodzaju paliw dziś nie są jeszcze wdrożone – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Brychczyński, ekspert ds. lotnictwa.

Opublikowany w 2019 roku raport EASA (Agencja Unii Europejskiej ds. Bezpieczeństwa Lotniczego), dotyczący oddziaływania lotnictwa na środowisko, pokazuje, że ten sektor odpowiada za około 3,6 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych w UE. Jednak boom na latanie i dynamiczny wzrost sektora w ostatnich latach sprawił, że ta liczba rośnie. Do 2050 roku emisje z lotnictwa mogą się zwiększyć już o 28 proc w porównaniu z 2019 rokiem – wynika z przytaczanego przez CIRE raportu „Internalizacja kosztów klimatu europejskiego lotnictwa”, opracowanego przez holenderską firmę badawczą CE Delft.

UE dąży jednak do zminimalizowania emisji z lotnictwa i skłonienia pasażerów, aby korzystali tam, gdzie jest to możliwe, ze środków transportu bardziej przyjaznych środowisku, głównie kolei. To też zostało uwzględnione w pakiecie Fit for 55, który Komisja Europejska opublikowała w połowie lipca br. Dokument ten ma się przyczynić do realizacji celu, jakim jest zredukowanie przez UE o co najmniej 55 proc. emisji gazów cieplarnianych do 2030 roku (w porównaniu z poziomem z 1990 roku) i osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej dwie dekady później. Transport lotniczy mocno odczuje założenia tej strategii.

Jednym z najważniejszych jest zapowiedź corocznego obniżania o 4,5 proc. liczby uprawnień do emisji dla lotów wewnątrzunijnych. Bezpłatne uprawnienia mają zostać całkowicie wycofane do 2026 roku. Opodatkowane zostanie też paliwo lotnicze, do tej pory zwolnione z opłat. Zwolnienie zostanie utrzymane tylko w lotach towarowych, natomiast w ruchu pasażerskim w ciągu nadchodzących 10 lat stawki będą sukcesywnie podnoszone. Lotnictwo ma też stopniowo odchodzić od tradycyjnego paliwa na rzecz zwiększania udziału zrównoważonych paliw, w tym niskoemisyjnych paliw syntetycznych.

– W paliwach lotniczych są już stosowane dodatki biopaliw. Niemniej jeszcze przez jakieś najbliższe 15–20 lat nie pozbędziemy się nafty i typowego paliwa lotniczego – uważa Grzegorz Brychczyński.

Dla branży lotniczej dążenie UE do ograniczenia emisji z transportu może jednak stanowić bodziec do przyspieszonej transformacji i wdrażania bardziej ekologicznych rozwiązań, jak np. samoloty elektryczne i hybrydowe.

– Aktualnie najlepiej przygotowana technicznie do szybkiego wdrożenia w lotnictwie jest technologia hybrydowa. Mówiąc kolokwialnie, jest to połączenie silnika z elektryką. Napędy stricte elektryczne w silnikach lotniczych też są daleko zaawansowane, są już takie samoloty z obszaru general aviation, czyli lotnictwa aeroklubowego, na którym młodzi adepci się szkolą i zdobywają szlify dowódców komercyjnych statków powietrznych. To są już samoloty certyfikowane, czyli w pełni bezpieczne, dopuszczone do latania. Natomiast w dużym lotnictwie potrzeba jeszcze trochę czasu – mówi ekspert ds. lotnictwa.

Jak podkreśla, opracowanie i wdrożenie takich napędów w komercyjnym lotnictwie pasażerskim zajmie jednak trochę czasu. W tej chwili nad elektrycznymi i hybrydowymi samolotami pracują już m.in. Airbus i Boeing, ale szacuje się, że pierwsze tego typu konstrukcje mają się pojawić w powietrzu około 2030 roku.

– To przede wszystkim wiąże się ze zmianami konstrukcyjnymi, a każda taka zmiana w lotnictwie musi przejść certyfikację. Ten proces jest dość długotrwały i kosztowny, dlatego od projektu do realizacji trzeba liczyć średnio około dekady. Drugi etap to jest wdrożenie, czyli kolejne pięć lat, i dopiero później przychodzi czas na próby eksploatacyjne i uzyskanie certyfikacji całego statku powietrznego, wyposażonego w te elementy, które będą pozwalały znacząco redukować emisję CO2. Dopiero wtedy takie samoloty będą mogły wejść do użytku – mówi Grzegorz Brychczyński.

Dla przewoźników wdrożenie Fit for 55 będzie oznaczać wzrost kosztów, który szczególnie dotkliwie mogą odczuć linie niskokosztowe. Eksperci spodziewają się, że będą one przynajmniej w części przerzucać je na pasażerów, podwyższając ceny biletów. Według przytaczanego raportu CE Delft mogą one podrożeć od 8 do nawet 34 proc. Rozwiązania ujęte w Fit for 55 znacząco podniosą też koszty uruchamiania połączeń lotniczych.

Rozwój transportu publicznego w miastach zagrożony bez środków unijnych. Stołeczne inwestycje nie zostały wstrzymane mimo trudnej sytuacji w pandemii

Trudny czas pandemii był dla komunikacji miejskiej w Warszawie okresem intensywnych zmian. W zapewnianiu bezpieczeństwa pasażerom pomocne okazały się systemy mobilne i różne inteligentne rozwiązania. – Obliczają one np. objętość pojazdu oraz liczby pasażerów, która korzysta z autobusów, tramwajów czy metra, i dzięki temu jesteśmy w stanie ocenić, ile taboru powinno być w danym momencie w ruchu, aby zapewnić im odpowiednie warunki sanitarne – wyjaśnia Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy. Spadek liczby pasażerów nie wstrzymał komunikacyjnych inwestycji w mieście. Dalszy ich rozwój będzie uzależniony od zastrzyku finansowego z Unii Europejskiej.

Jak wynika z raportu Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie za 2020 rok, podczas pandemii z publicznych przewozów skorzystało 40 proc. mniej pasażerów w porównaniu z rekordowym 2019 rokiem. Mimo zdecydowanie mniejszej liczby pasażerów na stołeczne ulice wysyłano maksymalną liczbę autobusów (1,5 tys.), tramwajów (400) oraz pociągów metra (52) i Szybkiej Kolei Miejskiej (20).

– Po pierwsze, pandemia koronawirusa pokazała, że transport publiczny jest niezbędny dla funkcjonowania normalnego miasta. Okres pandemii oczywiście wpłynął bardzo mocno na to, ile osób korzysta z transportu publicznego, ale nadal procent podróżujących transportem publicznym jest duży. W Warszawie komunikacja miejska dalej obsługuje ponad połowę wszystkich podróży. Po drugie, pandemia dała również odpowiedź na pytanie, jak istotne są rozwiązania mobilne i inteligentne systemy w transporcie, które umożliwiają dostosowanie pojazdów do sytuacji sanitarnej. Po trzecie, okazało się, że transport publiczny jest usługą, która powinna być w specjalny sposób traktowana – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Olszewski.

Wraz ze spadkiem liczby podróżujących spadły również wpływy ze sprzedaży biletów – z 914 mln zł w 2019 roku do ok. 600 mln zł w 2020 roku. Jednocześnie potrzebne okazały się nadzwyczajne działania, które miały zapewnić bezpieczeństwo pasażerom. Samorządy starały się przeprogramować transport publiczny, aby zmienić jego funkcjonowanie. Jak podkreśla Michał Olszewski, była to operacja na żywym organizmie i od razu było wiadomo dokładnie, jak reagują pasażerowie na te zmiany, w jaki sposób utrudniają lub ułatwiają one komunikację w danym rejonie.

– Transport publiczny jest rzeczywiście krwiobiegiem miasta i jego braki, np. usuwanie jednej linii w danym mieście, powodowały potężne perturbacje w obsłudze komunikacyjnej danego rejonu, co pokazuje, jak ważne jest dzisiaj utrzymanie jakości tego transportu – dodaje wiceprezydent Warszawy.

Mimo pandemii w ubiegłym roku w miejskim transporcie w stolicy zrealizowano szereg istotnych inwestycji. Wśród nich są m.in. zakupy elektrycznego taboru autobusowego czy oddawanie do użytku kolejnych stacji drugiej linii metra. W tym roku do stolicy trafiły nowe, bardziej energooszczędne wagony tramwajowe, otworzono nowe trasy tramwajowe i trwają prace nad projektami kolejnych, np. na Gocław czy Zieloną Białołękę. Planowane są kolejne inwestycje, ale – jak podkreśla Michał Olszewski – wiele zależy od środków unijnych. Kluczowe znaczenie ma wynik negocjacji Umowy Partnerstwa z Komisją Europejską.

– Bardzo wiele zależy od tego, ile środków finansowych zostanie zagwarantowanych na transport publiczny oraz ile z tych środków otrzymają samorządy – podkreśla wiceprezydent Warszawy. – Nie zgadzamy się na to, aby środki unijne były kolejną pozycją, w której pieniądze będą przesuwane z wydatków samorządowych na rządowe, z tego względu, że to w miastach żyje 80 proc. mieszkańców Polski. Musimy mieć świadomość tego, że bez zapewnienia im odpowiedniej jakości usług nasz kraj nie będzie się dalej dynamicznie rozwijał. Nie pomaga nam, jako krajowi, kompletnie niepotrzebna polityczna nagonka na Unię Europejską i na zasady praworządności, która toczy się w tle. Na pewno nie pomaga tutaj sytuacja, że w polskich miastach rządzą prezydenci, którzy są w opozycji do obecnego rządu. Jesteśmy często pokazywani jako wywrotowcy, a tak naprawdę my bronimy jako samorządy prawdziwych wartości, które też wyrażają nasi mieszkańcy.

Jak dodaje, na przestrzeni ostatnich 14 lat Warszawa pozyskała z UE 18 mld zł. W przeliczeniu na jednego mieszkańca to ok. 10 tys. zł. Ten wynik jest niemożliwy do powtórzenia w kolejnych latach, ale jest szansa na pozyskanie kilku miliardów złotych, które umożliwią dalszy rozwój stolicy.

Branża spirytusowa liczy na dialog z rządem ws. podwyżek akcyzy. Jest gotowa na kompromis

Zgodnie z propozycjami rządu w ciągu kolejnych sześciu lat akcyza na mocne alkohole wzrośnie sumarycznie o 40–45 proc. To oznacza, że półlitrowa butelka wódki będzie kosztować 50 zł – wskazuje Związek Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy. Tak wysoki wzrost może mocno uderzyć w kondycję branży, która w ostatnich miesiącach boryka się z rosnącymi kosztami produkcji i surowców. Ucierpią głównie polskie firmy, które mają duży udział w rynku mocnych alkoholi, zwłaszcza po realizowanym właśnie przejęciu jednego z liderów w branży przez polską spółkę Maspex. Związek liczy, że rząd wycofa się z propozycji kroczących podwyżek, i deklaruje, że branża jest gotowa na dialog.

Pod koniec października Sejm przyjął nowelizację ustawy akcyzowej, która określa podwyżki tego podatku na alkohole i papierosy na 2022 rok oraz mapę akcyzową, czyli harmonogram podwyżek na kolejne lata (2023–2027). Przepisy trafią teraz pod obrady Senatu, który najbliższe posiedzenie rozpocznie 24 listopada.

– Projekt nowelizacji ustawy akcyzowej zakłada 10-proc. podwyżkę w 2022 roku oraz kroczące, 5-proc. podwyżki akcyzy w kolejnych latach. Dokładając do tego fakt, że w zeszłym roku mieliśmy już podwyżkę akcyzy na wyroby spirytusowe o 10 proc. oraz dodatkowy podatek od małych formatów, to w sumie ten skumulowany wzrost sięgnie kilkudziesięciu procent – mówi agencji Newseria Biznes Witold Włodarczyk, prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Związek wyliczył, że na przestrzeni rozpisanych w projekcie sześciu lat podwyżek akcyza na alkohol wzrośnie sumarycznie o 40–45 proc. Do tego dochodzi wzrost kosztów produkcji – na który składają się m.in. ceny wody, energii elektrycznej, paliw, opakowań, koszty pracy i surowców, a także wzrost cen usług, transportu i magazynowania. Branża podkreśla, że podwyżki są dla niej coraz mocniej odczuwalne, a przez wzrost akcyzy będą one również odczuwalne dla konsumentów.

– Te zmiany spowodują, że będziemy mieć zdecydowaną podwyżkę cen alkoholu, w tym wyrobów spirytusowych – mówi Witold Włodarczyk.

– Biorąc pod uwagę lawinowo rosnące koszty dla producentów – w tym koszty materiałów, zbóż, spirytusu, butelek i tu można by wymieniać jeszcze bardzo długo – pod koniec tej mapy drogowej półlitrowa butelka wódki będzie kosztować nawet 50 zł. Z punktu widzenia konkurencyjności jest to fatalna informacja dla branży – mówi Krzysztof Kouyoumdjian, dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International, który właśnie przechodzi w ręce polskiego Maspeksu.

Branża alarmuje, że osłabi jej kondycję, a to może oznaczać zachwianie zdolności inwestycyjnej i ograniczenie rozwoju nowych miejsc pracy. Zgodnie z szacunkami przemysł spirytusowy przeznacza na kupno surowców wykorzystywanych do produkcji wąsko rozumianych wyrobów spirytusowych kwotę około 1,3 mld zł rocznie. Ten wynik przez planowane podwyżki także jest zagrożony.

– Trzeba przy tym pamiętać, że rozmawiamy o branży, która jako jedna z niewielu przynosi Polsce produkt globalny, bo wyroby spirytusowe z Polski są znane na całym świecie, jesteśmy największym producentem wódki w Unii Europejskiej. To jest niepotrzebne podcinanie nóg branży, która może stać się lokomotywą eksportu – mówi prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

W dodatku jest to branża zdominowana przez polskie podmioty. Wpływa na to również właśnie realizowana transakcja na rynku – polski koncern spożywczy Maspex, właściciel takich marek jak Lubella czy Tymbark, przejmuje od Roust Corporation spółkę CEDC odpowiedzialną za polskie marki Żubrówka, Soplica czy Absolwent. Tym samym Maspex stanie się liderem polskiego rynku wódki.

– Z punktu widzenia wagi i znaczenia spodziewanej transakcji na pewno należy podkreślić, że firma Maspex jest polskim inwestorem branżowym, który bardzo dobrze zna rodzimy rynek spożywczy i od wielu lat z sukcesami na nim działa – mówi dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International. – Ogromna większość marek mocnych alkoholi, które sprzedają się najlepiej, to są polskie marki. Trzy najlepiej sprzedające się marki czystych wódek w Polsce to są właśnie polskie marki, mające od lat ugruntowaną tradycję. Do tego dochodzi bardzo duży segment małych producentów, którzy mogliby rozwijać swoje wyroby na skalę lokalną, niekoniecznie będąc obecni w każdym sklepie, ale również czerpiąc z tego zyski. Natomiast w tak trudnym i zmiennym otoczeniu jest to niemożliwe – dodaje Kouyoumdjian.

Najmocniej ucierpieć mogą zwłaszcza producenci rzemieślniczych alkoholi – wódek regionalnych, nalewek i miodów pitnych. 

– Planowana podwyżka akcyzy to kolejny, drastyczny wzrost cen naszych produktów opartych o jakość i drogie surowce. Wciąż dostajemy nowe, wyższe ceny komponentów, wyższe ceny szkła, etc. Wszystkie te czynniki, które nakładają się na siebie, nie pozwalają nam patrzeć optymistycznie w przyszły rok. Wiadomo już, że koszty produkcji będą o wiele wyższe, więc 130-letnia tradycja naszego przedsiębiorstwa będzie zmagać się z wyjątkowo trudnym zadaniem – dodaje Grzegorz Grabowski, dyrektor zarządzający przedsiębiorstwem Toruńskie Wódki Gatunkowe.

Przedstawiciele branży podkreślają, że w przypadku wyrobów spirytusowych tak duża podwyżka akcyzy oznacza też ryzyko rozwoju czarnego rynku.

– Grupy przestępcze, które zawsze w takich sytuacjach się uaktywniają, będą zainteresowane produkcją „lewej” wódki. Rozwój czarnego rynku, który w Polsce przez wiele lat udawało się z sukcesem ograniczać, może niestety powrócić i to jest realne ryzyko. Pokusa łatwego zarobku będzie bardzo duża – mówi Krzysztof Kouyoumdjian.

– Przy cenie wódki, która może w niedługim czasie dojść do 50 zł za butelkę, duża część konsumentów przeniesie się na czarny rynek. To z kolei oznacza nie tylko brak założonych wpływów budżetowych z akcyzy, ale i duża zagrożenie dla zdrowia Polaków – dodaje Witold Włodarczyk.

Jak podkreśla, ZP PPS nie neguje potrzeby zwiększania akcyzy, ale apeluje o ujednolicenie podstaw opodatkowania wszystkich wyrobów alkoholowych i tym samym usunięcie dysproporcji na rynku. Dziś powoduje ona, że alkohole mocne zapewniają 69 proc. wpływów z akcyzy wynikającej z opodatkowania wyrobów alkoholowych, natomiast piwo – 28 proc., podczas gdy pod względem konsumpcji proporcje są odwrotne. Argument o większej szkodliwości alkoholi mocnych branża kontruje informacją o tym, że to po piwo najczęściej sięga młodzież. Prawie połowa Polaków zaczyna inicjację alkoholową od piwa.

– Jesteśmy w dialogu z decydentami i liczymy na to, że skala tej podwyżki w przyszłym roku będzie jednak mniejsza niż obecnie planowane 10 proc., a przede wszystkim – że rząd wycofa się z tych kroczących podwyżek w kolejnych latach. Po pierwsze, nie wiemy, jaka będzie inflacja i jak szeroko rozwinie się czarny rynek. Te dwa niekontrolowane elementy trzeba brać pod uwagę, planując w tak długim okresie – mówi prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

– Czujemy niepokój związany z niepewnym otoczeniem regulacyjnym, w którym żyjemy. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że polityka fiskalna państwa przez lata nie była wyraźnie komunikowana. Żyliśmy od jednej niezapowiedzianej podwyżki akcyzy do drugiej, zmieniały się stawki tych podwyżek. Czasem nowe regulacje ukazywały się nawet kilka dni przed datą, kiedy miały one zacząć obowiązywać. Bardzo trudno jest prowadzić biznes w takim otoczeniu – dodaje dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International. 

Zaostrza się globalna rywalizacja w obszarze 5G. Część państw próbuje wykluczyć z rynku chińskich dostawców i wybiera droższe rozwiązania [DEPESZA]

– Państwa, które stosują restrykcje wobec chińskich firm technologicznych, argumentują, że stanowią one zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. W istocie kontekst jest amerykański. Krótko mówiąc, dobre stosunki z USA są tu ważniejsze niż ewentualne korzyści ze współpracy z chińskimi firmami – mówi prof. Edward Haliżak, ekspert ds. stosunków międzynarodowych z UW. Jak wskazuje, rywalizacja w obszarze 5G się zaostrza, a Stany Zjednoczone próbują wykluczyć z globalnego rynku chińskich dostawców tej technologii. Za ich przykładem podąża też część państw UE, w tym m.in. Polska, dla której USA są jednym z głównych sojuszników. – Polska wybiera technologię firm europejskich, które po prostu są droższe. Problem polega na tym, że to przełoży się na ceny usług w tej dziedzinie. To trzeba jasno powiedzieć – podkreśla ekspert.

– 5G to technologia przyszłości, która umożliwia digitalizację nieomal wszystkich dziedzin gospodarki i życia społecznego. Opiera się na superszybkich łączach i gromadzeniu jak największej ilości danych. I to właśnie jest klucz, który sprawia, że ta technologia jest bardzo wrażliwa z punktu widzenia operowania ogromnymi ilościami danych i gromadzenia ich – mówi agencji Newseria Biznes prof. Edward Haliżak z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

5G, czyli nowa generacja sieci komórkowej, w porównaniu z 4G/LTE ma stworzyć wręcz rewolucyjne możliwości, oferując szybsze łącza i większą pojemność sieci. Umożliwi tworzenie nowych usług i modeli biznesowych, pozwoli też wdrożyć na dużą skalę rozwiązania oparte na internecie rzeczy w obszarach takich jak smart city czy telemedycyna. Większość ekspertów jest zgodna, że upowszechnienie 5G będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej. Prace nad standaryzacją sieci 5G już od kilku lat prowadzi światowa czołówka technologicznych gigantów, m.in. Huawei, Ericsson i Nokia.

– Na świecie ma miejsce bardzo ostra rywalizacja w dziedzinie 5G. Najbardziej efektywnym dostawcą tej technologii są firmy chińskie ZTE i Huawei. W Europie są to Ericsson i Nokia, które oferują tę technologię po wyższych cenach. W Stanach Zjednoczonych funkcjonują dwie firmy: Cisco i Maverick, które są jednak lekko zapóźnione w stosunku do firm europejskich i chińskich – mówi ekspert ds. stosunków międzynarodowych.

Jak wskazuje, w obawie przed globalną dominacją Chin w obszarze technologii teleinformatycznych administracja Donalda Trumpa w zeszłym roku zainicjowała program Clean Network, który ma wyeliminować chińskich producentów z rynku ICT i budowy 5G.

– ZTE i Huawei zostały wykluczone z amerykańskiego rynku jako zagrażające bezpieczeństwu narodowemu. Ten model postępowania wobec chińskich firm, które dysponują zaawansowaną i do tego tańszą technologią, jest jednak dylematem dla wielu państw Unii Europejskiej – podkreśla prof. Edward Haliżak.

Podejście państw UE do chińskich dostawców technologii 5G jest zróżnicowane. Polska, Rumunia czy Czechy naśladują amerykańskie rozwiązania i przyjmują restrykcyjne ustawodawstwo, które wyklucza je z krajowych rynków. Podobnie jak Szwecja, ponieważ Chińczycy są bezpośrednią konkurencją szwedzkiego Ericssona. Jednak inne kraje – w tym np. Holandia, Norwegia czy Niemcy – przyjęły już bardziej elastyczne podejście.

– Niemcy w swoich wstępnych projektach dotyczących ustawodawstwa 5G wprowadzają kryterium zaufania. Firmy chińskie są już obecne na niemieckim rynku i – co ważniejsze – Chiny są bardzo ważnym partnerem gospodarczym, dlatego też Niemcy stosują bardziej wyważone podejście w stosunku do tamtejszych firm. To też sprawia, że USA są z tego powodu bardzo złe na Niemcy – wyjaśnia ekspert. – Łagodny stosunek do chińskich inwestycji ma też Hiszpania, ponieważ chińskie firmy są już tam zadomowione i opanowały technologię 3G i 4G. Tutaj znaczenie mają też dobre kontakty z Ameryką Łacińską, gdzie dominująca jest właśnie technologia chińska od Huaweia i ZTE. Hiszpanie chcą pozostawać w tym samym standardzie technologicznym.

Jak podkreśla, w Estonii z kolei każdy przypadek inwestycji chińskiej firmy będzie rozpatrywany jednostkowo pod kątem ewentualnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego.

– Nie przyjęto ustawodawstwa, które w ogóle zakazuje jakichkolwiek kontaktów, za to wprowadzono rozwiązania bardziej szczegółowe, uzależniające przyznanie koncesji na chińską technologię w zależności od sytuacji – mówi prof. Edward Haliżak.

Każdy kraj stosuje indywidualne podejście do chińskich dostawców infrastruktury dla sieci 5G, ponieważ na poziomie ogólnounijnym nie ma w tym obszarze odgórnych wytycznych.

– Komisja Europejska w 2018 i 2020 roku wydała decyzje dotyczące ochrony danych na jednolitym rynku europejskim. Zgodnie z nimi firmy, które naruszają bezpieczeństwo danych, będą karane finansowo. To wspólne, jednolitorynkowe podejście wypracowane przez strategię cybernetyczną Unii Europejskiej, ale uważa się, że ono stanowi tylko punkt wyjścia dla rozwiązań krajowych – mówi ekspert UW.

Rozwiązania przyjmowane przez poszczególne kraje UE są w dużym stopniu uzależnione od ich relacji z USA, które mają z Chinami napięte stosunki.

– To jest przede wszystkim kwestia relacji politycznych, finansowych i handlowych. Te państwa, które decydują się na współpracę z chińskimi firmami Huawei i ZTE, nie traktują tego w kategoriach zagrożenia dla ich bezpieczeństwa, patrzą na to zupełnie inaczej. Natomiast te, które stosują restrykcje, argumentują to względami bezpieczeństwa narodowego, twierdząc, że chińskie firmy mu zagrażają. Ale w istocie rzeczy kontekst jest amerykański, związany jest z tym, żeby naśladować, podążać za wzorcem amerykańskim. Krótko mówiąc, dobre stosunki z USA są tu ważniejsze niż ewentualne korzyści ze współpracy z firmami chińskimi – ocenia prof. Edward Haliżak.

Polska, dla której Stany Zjednoczone są jednym z głównych sojuszników, pracuje w tej chwili nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Zawarte w niej zapisy pozwalają zdaniem części ekspertów wykluczyć z rodzimego rynku chińskie firmy na podstawie kryteriów narodowościowych.

– Polska wybiera technologię firmy Ericsson i Nokii, firm europejskich, które po prostu są droższe. Problem polega na tym, że to przełoży się na ceny usług w tej dziedzinie. To trzeba jasno powiedzieć – mówi ekspert UW. – Poza tym nasze cyberbezpieczeństwo w ogóle jest poważnym wyzwaniem, ponieważ my nie mamy własnej technologii, musimy wybierać technologię importowaną. I teraz blokujemy technologię chińską na rzecz technologii europejskich czy amerykańskich, ale to ciągle jest import – uzależnienie od innego źródła, europejskiego lub amerykańskiego.

Ekspert zauważa, że wykluczanie dostawców z Chin z europejskich rynków ma charakter względny, ponieważ nawet firmy takie jak Ericsson i Nokia też korzystają z części elementów pochodzących od chińskich poddostawców.

– Chińczycy mają te technologie rozwinięte jako podzespoły, części, elementy i co najważniejsze, są one chronione patentami. W związku z tym inne firmy – nie chcąc nadużywać własności intelektualnej – po prostu muszą korzystać z rozwiązań chińskich – mówi prof. Edward Haliżak. – Poza tym istnieją obecnie procedury i rozwiązania, które pozwalają zapewnić bezpieczeństwo cybernetyczne rozumiane jako ochrona danych wrażliwych. Te procedury można również zastosować w odniesieniu do chińskich firm. W związku z tym argument bezpieczeństwa narodowego po prostu jest tu nadużywany, biorąc pod uwagę to, że można korzystać z firm chińskich i doskonale je kontrolować.

Polskie firmy w ogonie Europy pod względem wykorzystania chmury. Przyspieszenie w tym obszarze przyniosłoby gospodarce dodatkowe 121 mld zł w 2030 roku

Chmura jest jedną z kluczowych technologii cyfrowej transformacji, ale Polska wciąż musi nadrabiać pod tym względem dystans dzielący ją od bardziej rozwiniętych gospodarek. Poziom wykorzystania technologii chmurowych w naszym kraju jest dziś bowiem 14-krotnie niższy niż w najbardziej zaawansowanych państwach Europy. Szczególnie słabo wypadają pod tym względem małe i średnie firmy. W energetyce i przemyśle wytwórczym z chmury korzysta raptem co piąta firma. Jak szacują eksperci McKinsey, nadrobienie zaległości i szerokie upowszechnienie tej technologii w 2030 roku mogłoby przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB. Największe korzyści odniosłyby z tego handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka.

– Transformacja cyfrowa przyspieszyła, zarówno w administracji publicznej, jak i wśród przedsiębiorców. O ile duże firmy radzą sobie z tym doskonale, o tyle sektor małych i średnich firm potrzebuje wsparcia państwa. Tym wsparciem są projekty tworzone przez podmioty, które współpracują z państwem. Jednolita chmura wydaje się perspektywą do tego, aby pomóc zarówno w sferze państwowej, jak i w sferze przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju i technologii, która uczestniczyła w prezentacji raportu.

– Z naszych analiz wynika, że poziom wdrożenia rozwiązań chmurowych w Polsce jest obecnie 14-krotnie niższy w porównaniu do europejskich liderów chmury, czyli krajów północnych – mówi Borys Pastusiak, partner w firmie doradczej McKinsey.

Polska gospodarka, aby zachować konkurencyjność, musi nadgonić dystans dzielący ją od europejskich liderów, zarówno pod względem wykorzystania technologii chmurowych, jak i tempa ich wdrażania. W tej chwili w Polsce poziom wdrożenia chmury jest niższy (1,5 raza) nawet od średniej dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wynika z nowego raportu „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce”, opracowanego przez McKinsey & Company.

– Są oczywiście sektory, w których wykorzystanie chmury jest wysokie, takie jak branża teleinformatyczna albo sektor mediowy. Z drugiej strony mamy takie branże jak nieruchomości, energetyka czy przemysł wytwórczy, gdzie wykorzystanie rozwiązań chmurowych jest bardzo niskie i daleko nam do liderów w tym obszarze – mówi Borys Pastusiak.

Z szacunków McKinsey, ujętych w nowym raporcie, wynika, że pełniejsze wykorzystanie technologii chmurowych w polskich firmach i instytucjach publicznych już w 2030 roku może przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB.

– Co warto podkreślić, 80 proc. tej wartości może pochodzić z innowacji, czyli nowych przedsiębiorstw, produktów, procesów cyfrowych umożliwionych dzięki lepszemu wykorzystaniu analityki danych, internetu rzeczy, automatyzacji czy też hiperskalowalności. Pozostałe 20 proc. to korzyści, które może odnieść bardziej tradycyjny biznes, czyli modernizacja infrastruktury IT czy też optymalizacja kosztów operacyjnych – mówi Ewa Granosik, analityczka w McKinsey, autorka raportu.

Analiza pokazuje, że największe korzyści wynikające z upowszechnienia chmury mogą odnieść handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka. Tylko w tym pierwszym sektorze wykorzystanie dynamicznych cen, inteligentnych promocji i optymalizacja stanów magazynowych – wsparte technologiami chmurowymi – mogłyby przynieść 12 mld zł w 2030 roku.

– Kolejne 11 mld zł może pochodzić z sektora FMCG, z automatyzacji produkcji czy też optymalizacji zużycia energii – mówi Ewa Granosik.

Jak podkreśla, polskie firmy wciąż wskazują jednak na szereg barier, które ograniczają wdrażanie technologii chmurowych. Wśród tych głównych są m.in. niepewność regulacyjna, skomplikowane wymogi i obawy o bezpieczeństwo danych.

– Firmy wskazują także na inne bariery, jakimi są brak odpowiedniej wiedzy na temat tych technologii, jaką wartość dodaną mogą przynieść, oraz deficyt kompetencji na rynku – wymienia analityczka w McKinsey.

W nowym raporcie analitycy wskazują, że Polska ma solidne fundamenty, żeby wykorzystać potencjał technologii chmurowych. To m.in. stabilna sytuacja makroekonomiczna, wysokiej jakości infrastruktura cyfrowa i dostawcy chmury, działający w ramach sektora publicznego.

– Aby jednak do tego roku doścignąć liderów, Polska musiałaby notować roczny wzrost wdrożenia chmury na poziomie nawet 50 czy 60 proc. rok do roku, co oznacza przyspieszenie obecnego tempa dwu-, a nawet dwuipółkrotnie – podkreśla Borys Pastusiak.

Kluczową rolę w upowszechnianiu tej technologii w kolejnych latach będą mieć nie tylko przedsiębiorstwa, ale i sektor publiczny. Dysponuje on bowiem środkami na wsparcie finansowe dla chmury i kreuje prawodawstwo w tym obszarze. Instytucje publiczne, które korzystają z chmury, mogą też stanowić przykład dla innych uczestników rynku. 

60 proc. firm przyspieszyło inwestycje w infrastrukturę IT. Chcą się w ten sposób przygotować na kolejne kryzysy [DEPESZA]

Dla biznesu pandemia COVID-19 okazała się katalizatorem cyfrowej transformacji. – To po prostu wykorzystanie technologii do tego, żeby firma działała lepiej, sprawniej, bardziej elastycznie – mówi Andrzej Syta z Goldenore. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw inwestuje w nowoczesne rozwiązania IT, by przygotować się na ewentualne kolejne kryzysy. Tego typu inwestycje to konieczność również pod kątem wdrażania nowych technologii w firmach. Rozwiązania chmurowe czy sztuczna inteligencja potrzebują bowiem większych mocy. Do tego trendu przystosowują się także dostawcy sprzętu i oprogramowania, którzy stawiają w ofercie na mocniejsze i bardziej wydajne rozwiązania dla biznesu.

– Biznes na całym świecie musi dostosowywać się do wymogów, jakie narzuca cyfrowa transformacja. Infrastruktura IT jest tego nieodłącznym elementem. Firmy chcą, żeby pomogła im ona stać się sprawnymi, elastycznymi, wydajnymi i odpornymi na cyberataki. Chcą przekształcać dane w wartość, żeby szybko reagować na zmiany rynkowe i utrzymywać konkurencyjność, a przy tym – w obliczu zwiększonej liczby cyberataków – mieć gwarancję, że ich poufne dane są bezpieczne – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Syta, menedżer do spraw przedsprzedaży w Goldenore. 

Pandemia COVID-19 uświadomiła wielu firmom, że aby móc skutecznie działać w warunkach kryzysu i nieprzewidywalności rynkowej, muszą wykazywać się dużą elastycznością. Potwierdza to też tegoroczne badanie „CEO Study 2021”, przeprowadzone przez IBM Institute of Business Value na grupie ponad 3 tys. dyrektorów. 56 proc. z nich podkreśliło potrzebę zwiększenia sprawności operacyjnej i elastyczności swojej firmy w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat.

Dla wielu firm zawirowania związane z pandemią okazały się jednak nie tylko wyzwaniem, ale i szansą. Aż 60 proc. ankietowanej kadry kierowniczej wskazało, że wykorzystuje ten czas, aby radykalnie przyspieszyć cyfrową transformację swojej firmy. Z kolei według 2/3 badanych pandemia pozwoliła rozwinąć nowe inicjatywy transformacyjne, które wcześniej napotykały opór.

– Cyfrowa transformacja to po prostu wykorzystanie technologii do tego, żeby firma działała lepiej, sprawniej, bardziej elastycznie – mówi Andrzej Syta. – IBM odpowiedział na tę potrzebę, wprowadzając nowy serwer IBM Power E1080. To pierwszy z generacji serwerów opartych na procesorze Power 10, który jest w stanie odpowiedzieć na najważniejsze wyzwania, z jakimi mierzy się współczesny biznes.

IBM Power E1080 to serwer klasy korporacyjnej oparty na zaawansowanym, wysoko wydajnym procesorze IBM Power10, oficjalnie zaprezentowanym we wrześniu tego roku. To efekt pięciu lat pracy zespołu inżynierów oraz setek nowych i oczekujących patentów.

– Powstał przede wszystkim z myślą o zapewnieniu przedsiębiorstwom elastyczności, ciągłości biznesowej i większej wydajności. Gwarantuje mniejsze o 33 proc. zużycie energii, o 50 proc. większą moc obliczeniową i unikalne możliwości skalowania. To obecnie najszybsza, bezpieczna i wydajna platforma serwerowa klasy korporacyjnej, która pozwala firmom korzystać z rozwoju sztucznej inteligencji i bezproblemowo migrować do chmury hybrydowej – mówi menedżer do spraw przedsprzedaży w Goldenore. 

IBM Power E1080 został od podstaw zaprojektowany z myślą o chmurze hybrydowej i obsłudze złożonych środowisk, wymagających dużej mocy obliczeniowej i przetwarzania ogromnych ilości danych. Dzięki nowej technologii Memory Inception obsługuje wielopetabajtowe klastry pamięci, co umożliwia tworzenie pul pamięci w wielu systemach, zwiększając pojemność chmury i jej wydajność.

– Wykorzystując serwer oparty na procesorze IBM Power10, można zbudować chmurę przystosowaną do obsługi nawet newralgicznych obciążeń, o kluczowym znaczeniu dla działalności przedsiębiorstwa – podkreśla mówi Andrzej Syta.

Jak wskazuje, technologią o strategicznym znaczeniu dla biznesu jest też sztuczna inteligencja, której wykorzystanie wzrasta z każdym rokiem. I choć według danych Eurostatu za ubiegły rok na razie SI wykorzystuje raptem 7 proc. europejskich przedsiębiorstw, to właśnie w tej technologii firmy widzą w nadchodzących latach największy potencjał. Wdrożenie i trening SI wymagają jednak ogromnej mocy obliczeniowej. Dlatego w procesorze Power10 każdy rdzeń został wyposażony w cztery silniki MMA (Matrix Math Accelerator), które w porównaniu z poprzednikiem, Power9, zapewniają kilkunastokrotne usprawnienie wnioskowania AI.

– Typowe wdrożenie sztucznej inteligencji obejmuje wysyłanie danych z platformy operacyjnej do systemu GPU. Zwykle powoduje to latencję, a przy większej ilości danych w sieci może nawet zwiększać zagrożenie bezpieczeństwa. IBM Power10, dzięki wbudowanym algorytmom wnioskowania, uruchamia mechanizmy AI bliżej punktu danych bez konieczności zastosowania odrębnej infrastruktury, przeznaczonej specjalnie dla sztucznej inteligencji. To z kolei przekłada się na szybsze uzyskanie informacji i większe bezpieczeństwo – tłumaczy ekspert Goldenore. – Wykorzystanie IBM Power10 jest więc sposobem na szybsze wdrożenie w firmie rozwiązań AI i bardziej optymalne korzystanie ze zgromadzonych danych.

IDC szacuje, że globalny rynek platform dla sztucznej inteligencji będzie wart w 2025 roku 27 mld dol., a jego udział w całym rynku serwerów wzrośnie do 21 proc.

Według IBM nowy Power10 to też mniejsze całkowite koszty posiadania infrastruktury IT, co wynika m.in. z faktu, że większa moc kompresji danych per rdzeń przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na licencje, miejsce w serwerowni i czas pracownika IT przeznaczonego do nadzoru operacji.

– Ponieważ dane znajdują się w coraz bardziej rozproszonym środowisku, a liczba cyberataków z każdym rokiem rośnie, kluczowy nacisk został położony również na bezpieczeństwo danych od rdzenia aż po chmurę, co gwarantuje m.in. wykorzystanie kryptografii kwantowej. W IBM Power10 wbudowano też czterokrotnie więcej silników szyfrujących per rdzeń niż w przypadku jego poprzednika – wskazuje Andrzej Syta.

Polskie firmy notują wzrost liczby cyberataków. Największym zagrożeniem pozostają błędy po stronie pracownika

Masowe przejście na pracę zdalną okazało się czynnikiem, który wpłynął na cyberbezpieczeństwo polskich firm. Prawie co piąta z nich odnotowała w ubiegłym roku wzrost liczby ataków hakerskich. Ich celem, będącym zarazem najsłabszym ogniwem całego systemu cyberbezpieczeństwa, najczęściej są pracownicy i ich skrzynki mailowe. W przypadku ataku phishingowego mogą posłużyć hakerom jako punkt wejścia do organizacji. Jednak sami pracownicy też często wykazują się niefrasobliwością, np. przesyłając służbową korespondencję na swoje prywatne, słabo chronione skrzynki mailowe. Dlatego – jak podkreślają eksperci ING Tech Poland – pierwszą linią obrony firm przed cyberatakami jest podnoszenie świadomości pracowników. W drugim kroku potrzebne są zabezpieczenia techniczne.

– Czynnik ludzki pozostaje niezmiennie jednym z głównych zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa, który w dodatku najtrudniej jest kontrolować. Mimo tego, że inwestujemy duże środki i wysiłek w to, żeby szkolić, pracować nad odpowiednią świadomością, często wystarczy, że tylko jedna osoba popełni błąd, zamyśli się albo zapomni, a taki błąd może być bardzo brzemienny w skutkach dla całej organizacji – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Wolek, dyrektor Pionu Bezpieczeństwa IT w ING Tech Poland.

Z ostatniego „Barometru Cyberbezpieczeństwa 2021” firmy doradczej KPMG wynika, że w ocenie 55 proc. polskich firm pandemia COVID-19 przyczyniła się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W ubiegłym roku 19 proc. zaobserwowało nasilenie takich incydentów, a 64 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden taki atak. To wzrost o 10 punktów procentowych r/r.

83 proc. przedsiębiorstw ankietowanych przez KPMG w czasie pandemii COVID-19 wdrożyło pracę zdalną, niemal w pełni w klasycznym modelu – z wykorzystaniem służbowych laptopów i szyfrowanych połączeń (VPN). Jednocześnie 51 proc. firm przyznało, że przejście pracowników na home office okazało się wyzwaniem w kontekście zapewnienia bezpieczeństwa, ponieważ praca w modelu zdalnym zwiększyła ryzyko nieautoryzowanych działań i podatność na cyberataki. Co czwarty przyznaje, że zmniejszyła się skuteczność operacji bezpieczeństwa.

– Możemy zorganizować liczne sesje awarenessowe dla użytkowników. Mimo tego, że oni będą się super zachowywać podczas tych sesji, ostatecznie nie wiemy, jak zareagują przy prawdziwym ataku – mówi Łukasz Miedziński, dyrektor Departamentu Cyber w ING Tech Poland. – Najczęściej popełniane błędy przez pracowników to przede wszystkim niestosowanie się do polityk, które są jasno zdefiniowane w firmie, łamanie zasad, których powinni przestrzegać.

Jak podkreśla, słabym ogniwem często są zwykłe skrzynki mailowe pracowników, które np. w przypadku ataku phishingowego służą hakerom jako punkt wejścia do organizacji. Dane KPMG wskazują, że ataki oparte na socjotechnice wiążą się z dużymi obawami przedsiębiorców.

– Pierwszą fazą takiego ataku jest weryfikacja pracownika i jego zainteresowań. Poprzez social media cyberprzestępca może sprawdzić, czym on się zajmuje na co dzień, czym się interesuje, a następnie stworzyć maila w taki sposób, żeby pracownik bez zastanowienia zainteresował się jego treścią i kliknął w link, który został dla niego przygotowany. Po takiej akcji oczywiście infekcja jest gotowa – mówi Łukasz Miedziński.

Szkolenia pracowników z zakresu cyberbezpieczeństwa obejmują również socjotechnikę. Firmy uczulają swój personel, w jaki sposób przestępcy mogą wykorzystywać dane na jego temat i czym grozi kliknięcie na zainfekowany link. Symulują przykładowe ataki i obserwują reakcję pracowników, szukając słabego ogniwa. Podnoszenie tzw. security awerness wśród pracowników to pierwsza linia obrony firmy przed cyberatakami, ale nigdy nie daje ona 100 proc. gwarancji bezpieczeństwa. Dlatego drugi krok to zabezpieczenia stricte techniczne, które przedsiębiorstwo powinno wdrożyć, żeby zminimalizować ryzyko.

– Zaczynając od tzw. preventive controls, czyli zabezpieczeń, które blokują pewne zachowania pracowników, szyfrowanie czy uwierzytelnianie dwuskładnikowe. Chyba najważniejszy element to ograniczenie dostępu do skrzynek z różnych miejsc. Ważne jest, żeby skrzynki jednak były zawsze obsługiwane z wewnątrz organizacji bądź przez szyfrowane połączenia typu VPN. W dalszej kolejności możemy skoncentrować się na zabezpieczeniach typu detective, czyli monitorujemy pracowników, jak reagują w określonych sytuacjach – wymienia dyrektor Departamentu Cyber w ING Tech Poland.

– Korespondencję służbową możemy zabezpieczać na wiele sposobów. Jednym z nich jest klasyfikacja danych, które funkcjonują w firmie, i dbanie o to, aby dane sklasyfikowane wysoko nie mogły opuszczać organizacji. Innym sposobem jest skanowanie contentu wiadomości w taki sposób, żeby przechwytywać wiadomości, które zawierają treści niepożądane, również przeciwdziałając opuszczeniu organizacji – wyjaśnia Przemysław Wolek.

O tym, jakie mogą być tego konsekwencje, świadczy tzw. afera mailowa na szczytach władzy. Od czerwca w internecie pojawiają się szczegóły korespondencji między najważniejszymi politykami w państwie. Rząd nie komentuje sprawy, kwestionując prawdziwość maili.

– Trudno jest odnosić się do tego bardzo specyficznie, dlatego że nie wiemy, co dokładnie się wydarzyło – mówi dyrektor Pionu Bezpieczeństwa IT w ING Tech Poland. – W naszej firmie nie wyobrażamy sobie, żeby korespondencja służbowa przetwarzana była na kontach prywatnych i w taki sposób wykorzystywana. To nie powinno mieć miejsca.

Przesyłanie służbowych danych na prywatne skrzynki lub noszenie ich na urządzeniach mobilnych, np. pendrive’ach, oznacza, że organizacja traci kontrolę nad danymi i nie jest w stanie ich dłużej kontrolować. Te praktyki – uważane przez firmy i ekspertów za bardzo niebezpieczne – są jednak bardzo powszechne wśród pracowników.

– Firmowe skrzynki mailowe organizacji są chronione poprzez zaawansowane techniki i zabezpieczenia security. Natomiast skrzynki prywatne już tak dobrze chronione nie są, więc w takim przypadku korespondencja może zostać po prostu przejęta – dodaje Łukasz Miedziński.