Polski przemysł zyska na rozwoju morskich farm wiatrowych. Dziś branża liczy około 400 firm

Polski łańcuch dostaw dla branży offshore obejmuje dziś ponad 400 przedsiębiorstw – podaje Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Branżowi eksperci oceniają, że udział krajowych firm w projektach pierwszej fazy rozwoju morskich farm wiatrowych będzie sięgał 20–25 proc., ale potencjał krajowego przemysłu w tym obszarze jest nawet dwukrotnie większy. Jak największe lokalne zaangażowanie ma zapewnić porozumienie sektorowe, które branża offshore podpisała z rządem w połowie września.

– Offshore jest wielką szansą dla naszych konstruktorów, inżynierów, stoczni, armatorów, marynarzy, właściwie dla wszystkich serwisantów. To jest branża, o którą powinniśmy dbać i podejmować jak najszybciej słuszne decyzje, abyśmy zaistnieli nie tylko w stawianiu i remontowaniu samych farm wiatrowych, ale również w ich obsłudze. Jako armator chcemy obsługiwać farmy wiatrowe nie tylko na Bałtyku, ale żeby otworzyły się przed nami drzwi również na całym świecie – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Arciszewska-Mielewczyk, prezes zarządu spółki Polskie Linie Oceaniczne.

Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku mają być jednym z filarów polskiej transformacji energetycznej. Zgodnie z rządowymi planami na koniec tej dekady moc zainstalowana w offshore ma sięgnąć ok. 5,9 GW, a w 2040 roku – już 11 GW. Pierwsze prace instalacyjne mają się rozpocząć w 2024 roku, zaś pierwsze przyłączenia do sieci zaplanowano dwa lata później, na 2026 rok. Wart ok. 130 mld zł projekt budowy farm wiatrowych na Bałtyku ma się stać kołem zamachowym dla całej gospodarki. Ministerstwo Klimatu i Środowiska chce, aby jak największy udział miały w nim polskie firmy.

– Jako armator jesteśmy żywo zainteresowani, żeby posiadać statki, które będą odpowiadały deweloperom, ale i takie, które będą zajmowały się badaniami, obsługą i załogami pracującymi przy farmach wiatrowych na Bałtyku. Nie pogardzimy też własnymi statkami, jeżeli takie zadanie również wyznaczy nam polski rząd – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk.

Jak podaje MKiŚ, już w tej chwili polski łańcuch dostaw dla branży offshore obejmuje ponad 400 przedsiębiorstw. 120 z nich – w tym spółki z udziałem Skarbu Państwa, m.in. PGE i PLO – podpisało się pod zawartym 15 września br. porozumieniem sektorowym na rzecz rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Jego stronami są też organy administracji rządowej i kluczowe ministerstwa, podmioty z sektora oświaty i nauki, inwestorzy oraz organizacje branżowe (łącznie ponad 200 podmiotów). Porozumienie ma stanowić platformę współpracy między nimi.

To drugi tego typu dokument na świecie, wzorowany na brytyjskim Offshore Sector Deal. Ma się przyczynić  do maksymalizacji tzw. local content, czyli udziału polskich przedsiębiorców w łańcuchu dostaw dla morskich farm wiatrowych, które będą powstawać w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku.

Obecnie potencjał local content w łańcuchu dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej szacuje się na 20–25 proc. dla projektów, które powstaną w pierwszym etapie (o mocy 5,9 GW) – wynika z raportu „Optymalizacja rozwoju krajowego łańcucha dostaw morskiej energetyki wiatrowej w Polsce”, opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej, Polskie Towarzystwo Morskiej Energetyki Wiatrowej i Instytut Jagielloński. Eksperci wskazują jednak na znacznie większy od tych szacunków potencjał krajowego przemysłu. W kolejnej dekadzie udział lokalnych przedsiębiorstw w rozwoju morskich farm może osiągnąć nawet 45–50 proc. Z kolei w optymistycznym scenariuszu do 2050 roku w Polsce mogłoby zostać zainstalowanych nawet ok. 28 GW w morskich farmach wiatrowych, osiągając poziom nawet 65 proc. udziału lokalnego łańcucha dostaw w całości dostaw dla sektora offshore.

– My się tego offshore&HASH39;u w Polsce dopiero uczymy, więc zawsze jest coś, co trzeba dopracować. Już w tej chwili mamy wielu pracowników, którzy budują i konstruują dla branży offshore, marynarzy, którzy pływają i obsługują farmy wiatrowe, więc mamy potencjał. Musimy wykorzystać swoją szansę. To są oczywiście bardzo kosztowne inwestycje, ale w przyszłości one gwarantują bardzo duże przychody i przede wszystkim budowanie tego local contentu, żebyśmy mogli stać się niezależnym podmiotem, a na pewno dobrze na tym zarabiać – zaznacza prezes Polskich Linii Oceanicznych.

Jak podkreśla, doświadczenie, jakie firmy zdobyłyby na krajowym podwórku, otworzyłoby im także drogę na rynki zagraniczne. Do rozwoju w sektorze offshore potrzebują jednak wsparcia formalnego.

– Ważnym elementem jest też skoordynowanie wszystkich tych działań, bo tort jest bardzo duży, ale jesteśmy w stanie podzielić tę pracę i wesprzeć się wzajemnie, żeby jako Polska bardzo dobrze zafunkcjonować w sektorze offshore – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk.

Podpisując Polish Offshore Wind Sector Deal, minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka zapowiedział, że Polska ma ambicje i możliwości, aby stać się jednym z liderów rozwoju morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku, a nawet w Europie. Jednocześnie przypomniał, że w lutym tego roku weszła w życie długo wyczekiwana przez branżę tzw. ustawa offshore’owa, której celem jest m.in. zapewnienie ram prawnych i wieloletniego wsparcia dla podmiotów zainteresowanych rozwojem sektora offshore wind w Polsce. Branża wskazuje, że mimo to procedury administracyjne związane z budową farm wiatrowych na Bałtyku wciąż się przedłużają. Dlatego rząd szuka kolejnych ułatwień, żeby przyspieszyć ten proces.

Według zapowiedzi pełnomocnika rządu ds. OZE Ireneusza Zyski w Polsce do 2040 roku ma powstać od 60 do nawet 77 tys. nowych miejsc pracy związanych bezpośrednio i pośrednio z programem budowy morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Jak wynika z tegorocznego raportu „Energia (od)nowa”, opracowanego przez ILF Consulting Engineers – Polska ma szansę, aby do tego czasu stać się już dojrzałym rynkiem w branży offshore, wiodąc prym w basenie Morza Bałtyckiego. Warunkami są jednak dostosowanie zaplecza portowego, rozwój innowacji oraz infrastruktury logistycznej i obsługowej, a także budowa kadr dla tego sektora, których na dzisiaj też brakuje.

Pracownicy fizyczni pilnie potrzebni na rynku pracy. Według Polaków jest na nich większe zapotrzebowanie niż na lekarzy

W czołówce najbardziej poszukiwanych zawodów są przede wszystkim pracownicy produkcji i remontowo-budowlani. Według Polaków pracownicy fizyczni są pożądani na rynku pracy nawet bardziej niż lekarze – wynika z badania SW Research. Potwierdzają to też statystyki OLX, serwisu z ogłoszeniami pracy w Polsce. W lipcu tego roku liczba wolnych wakatów dla pracowników produkcji przekraczała 28 tys., podczas gdy jeszcze w styczniu była o ok. 8,5 tys. niższa. Jeszcze bardziej wzrosła w tym czasie liczba wolnych wakatów czekających na pracowników branży budowlano-remontowej. Badania pokazują, że ich postrzeganie przez Polaków coraz wyraźniej się zmienia. Prawie co drugi twierdzi, że pracownicy fizyczni mogą dziś dobrze zarobić. Podobny odsetek uważa ich pracę za równie ważną jak pracowników umysłowych.

– Patrząc na dane GUS z 2021 roku, widać, że wśród najbardziej poszukiwanych zawodów dominują pracownicy fizyczni – sprzedawcy, pracownicy budowlani i kierowcy. Te dane mają też odzwierciedlenie w statystykach OLX Praca, gdzie widzimy duży wzrost liczby ogłoszeń w branżach związanych z pracą fizyczną. Rekordowe wyniki notujemy w przypadku kierowców, pracowników budowlanych, produkcyjnych czy magazynowych. Rosnącą popularnością cieszy się w tej chwili również sektor związany z gastronomią, hotelarstwem i obsługą klienta. Jeżeli porównamy liczbę aktywnych ogłoszeń w tym roku w stosunku do poprzedniego, to ten wzrost jest ponad 30-proc. – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Świderski, dyrektor kategorii Praca w OLX.

W lipcu tego roku na OLX Praca liczba ogłoszeń dla pracowników produkcji przekraczała 28 tys., podczas gdy jeszcze w styczniu była o ok. 8,5 tys. niższa. W przypadku pracowników budowlano-remontowych w tym samym czasie przybyło dla nich aż 14 tys. wakatów – w lipcu czekało na nich ponad 27,8 tys. aktywnych ofert pracy.

Jak ocenia ekspert OLX, tak duży wzrost zapotrzebowania na te grupy pracowników to w dużej mierze efekt zmian, które zaszły w gospodarce podczas kolejnych lockdownów wywołanych pandemią COVID-19.

– Okres obostrzeń mocno wpłynął na ograniczenia produkcyjne. Dzisiaj firmy próbują nadrobić ten czas i stracone wolumeny produkcyjne. Stąd zapotrzebowanie na pracowników produkcyjnych i magazynowych jest bardzo duże – wyjaśnia Paweł Świderski. – Z drugiej strony w związku z obostrzeniami pewne branże, np. sklepy, gastronomia, hotelarstwo, nie mogły normalnie funkcjonować, a wielu pracowników straciło pracę. Po znalezieniu nowego zajęcia oni nie chcą już wracać do poprzedniego. Mimo że sezon wakacyjny się skończył, w tych sektorach nadal brakuje pracowników. Kolejna kwestia to zmiana przyzwyczajeń zakupowych – wszyscy dzisiaj coraz częściej kupujemy w internecie, zamawiamy jedzenie do domu. Stąd cały sektor związany z transportem i dostawami kurierskimi szybko się rozwija i potrzebuje nowych pracowników.

Zdaniem Polaków pracownicy fizyczni są dziś pożądani na rynku pracy nawet bardziej niż lekarze i pielęgniarki czy specjaliści IT – wynika z  badania „Stanowiska blue i grey collar – co Polacy wiedzą o ich benefitach?”, przeprowadzonego przez SW Research. Branża remontowo-budowlana jest postrzegana jako ta, w której najtrudniej znaleźć pracownika. Prawie połowa Polaków (46 proc.) uważa, że to właśnie pracownicy tego sektora są dziś potrzebni bardziej niż osoby pracujące na wyższych stanowiskach jak inżynier, księgowy czy specjalista od marketingu. Średnio co trzeci uważa, że dotyczy to też pracowników produkcji (33 proc.) oraz kurierów i kierowców (31 proc.).

– Według ankietowanych trudności ze znalezieniem pracowników fizycznych są dziś rzeczywiście dużo większe niż jeszcze jakiś czas temu. Tylko co piąty nie widzi takiej tendencji – dodaje dyrektor kategorii Praca w OLX.

– Polacy rzeczywiście dostrzegają braki wśród tzw. blue i grey collar workers, czyli pracowników technicznych i fizycznych. W pierwszej kolejności wskazują zapotrzebowanie na pracowników produkcyjnych, remontowo-budowlanych, magazynierów czy kurierów. Natomiast na samym końcu tej listy wymieniają pracowników umysłowych, takich właśnie jak specjaliści ds. HR, marketingu czy PR – mówi Piotr Zimolzak, wiceprezes i główny analityk agencji badawczej SW Research.

Wyniki badania SW Research potwierdzają, że w podejściu Polaków nastąpiła istotna zmiana w postrzeganiu blue i grey collar workers. 48 proc. ankietowanych uważa pracę pracowników produkcji za równie ważną jak pracowników umysłowych z tej samej firmy. Według 46 proc. dotyczy to też pracowników remontowo-budowlanych. Zawody, które zdaniem Polaków są najbardziej niedoceniane, to kasjer (54 proc.), kurier bądź kierowca (36 proc.), pracownik produkcyjny (36 proc.) i magazynier (34 proc.).

– Polacy w ciągu ostatnich 10 lat zauważyli spore zmiany dotyczące pracowników fizycznych i technicznych. To już nie są te same zawody i te same miejsca pracy, co przed dekadą – mówi Piotr Zimolzak.

Zdaniem badanych największa ewolucja zaszła m.in. w logistyce, call center, transporcie, na produkcji i w pracy na magazynie. Mimo to 47 proc. Polaków wskazuje, że zawody wymagające wykonywania prac fizycznych nie są postrzegane jako prestiżowe. To właśnie to stereotypowe podejście jest po części odpowiedzialne za dzisiejsze niedobory na rynku pracy.

– Większość z nas chciała mieć wykształcenie wyższe, więc w tym momencie mamy nadpodaż absolwentów szkół wyższych, zwłaszcza na kierunkach humanistycznych. Po drugie, przez wiele lat mieliśmy przeświadczenie, że praca fizyczna jest nieco gorsza. Wielu osobom mamy mówiły: „ucz się, bo będziesz rowy kopał!” – mówi Sylwia Królikowska, superniania liderów i trenerka biznesu. – Każdy, kto próbował ostatnio robić remont, wie, jak trudno jest dziś o brukarza, stolarza czy tynkarza, i z jakim szacunkiem traktujemy tych pracowników, kiedy już przyjdą i faktycznie wykonują dla nas te prace. Tak więc trzeba walczyć z tym przeświadczeniem, że praca fizyczna jest czymś gorszym.

Takie postrzeganie pracy fizycznej przekładało się też na zarobki, które oferowali pracodawcy.

– Pracodawcy przez wiele lat nie byli skłonni dużo płacić za pracę fizyczną, więc ci pracownicy często wyjeżdżali za granicę. W efekcie dzisiaj nie mamy ani pracowników, ani szkół, które mogłyby ich dostarczyć – podkreśla Sylwia Królikowska.

Blisko 2/3 Polaków badanych przez SW Research uważa, że to pracownicy remontowo-budowlani są grupą, która najczęściej emigruje z powodów zarobkowych do krajów Europy Zachodniej.

Co ciekawe, ponad połowa Polaków uważa również, że wykonując zadania pracownika remontowo-budowlanego, można dziś dobrze zarobić. Niemal co czwarty (24 proc.) wskazał też zawód kuriera bądź kierowcy jako atrakcyjny zarobkowo.

– W przypadku niektórych zawodów, zwłaszcza technicznych, obserwowaliśmy ostatnio dość duże podwyżki lub zmiany oferty pracodawców. Te oferty nie zawsze były tylko i wyłącznie finansowe. Czasami okazywało się, że pracodawcy oferowali lepsze lub bardziej dopasowane do potrzeb potencjalnych pracowników benefity. Jednak ogólny trend rynkowy jest taki, że pracodawcy chcą być dla potencjalnych pracowników jak najbardziej atrakcyjni – zauważa Kinga Makowska, współzałożycielka agencji HRrebels.

Stanowiska blue i grey collar nie są jednak kojarzone z benefitami – 42 proc. Polaków sądzi, że żaden z tych zawodów nie oferuje atrakcyjnych dodatków pozapłacowych.

UE pracuje nad przepisami dotyczącymi sztucznej inteligencji. Część z nich może jednak zahamować jej rozwój

Rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji mogą być szansą na pobudzenie gospodarki i skok technologiczny. Z drugiej strony wiążą się też z zagrożeniami, a w Europie są już przypadki, kiedy algorytmy sztucznej inteligencji były wykorzystywane w sposób budzący wątpliwości prawne. Tymczasem na ten moment nie ma żadnego prawa, które regulowałoby ten obszar. Dlatego UE intensywnie pracuje nad przepisami, które w większości mają mocno prokonsumencki charakter. Partner w kancelarii Baker McKenzie Marcin Trepka wskazuje jednak, że zbyt sztywne przepisy zadziałają odwrotnie i zamiast pobudzić, ograniczą innowacyjność i rozwój sztucznej inteligencji.

– Elementem, który musi zostać uregulowany, jest przewidywalność systemów sztucznej inteligencji. Największe zagrożenie jest dostrzegane właśnie w tym braku przewidywalności, tzn. że algorytm będzie podejmował pewne decyzje w sposób niezamierzony przez tego, który go skonstruował. Systemy, które wiążą się z wysokim ryzykiem, to np. stosowana w medycynie sztuczna ręka chirurga, gdzie SI będzie de facto asystowała w operacji, czy autonomiczne samochody i drony. Tutaj nie może być miejsca na pomyłki – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Trepka, radca prawny i partner w kancelarii Baker McKenzie.

Sztuczna inteligencja jest w tej chwili jedną z najszybciej rozwijających się technologii i elementarną częścią cyfrowej transformacji. Według danych przytaczanych przez Komisję Europejską w ostatniej dekadzie liczba zgłoszeń patentowych w zakresie SI wzrosła aż o 400 proc. Szacuje się, że do 2025 roku wpływ tej technologii na gospodarkę będzie liczony w bilionach euro, a dzięki niej w Europie może powstać ok. 60 mln nowych miejsc pracy. Dlatego też KE chce zwiększyć prywatne i publiczne inwestycje w sztuczną inteligencję do 20 mld euro rocznie, a w marcu tego roku Parlament Europejski przyjął projekt europejskiej strategii w zakresie danych, które są podstawą dla rozwoju SI.

Szansę rozwojową w tej technologii dostrzega też rząd, który w styczniu br. przyjął „Politykę dla rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”. Określa ona ponad 200 zadań, których realizacja jest niezbędna do szerokiego wdrożenia SI m.in. w takich obszarach jak edukacja, nauka, sektor przedsiębiorstw i sektor publiczny oraz współpraca międzynarodowa.

Partner w kancelarii Baker McKenzie zauważa, że jednym z problemów we wdrażaniu SI jest jednak brak odpowiednich uregulowań prawnych. Termin „sztuczna inteligencja” jest bardzo pojemny, używany w odniesieniu do wielu różnych rozwiązań technologicznych, z którymi wiążą się też różne ryzyka prawne.

– Mamy bardzo dużą inicjatywę legislacyjną po stronie Komisji Europejskiej. Mamy trzy akty, które są obecnie procedowane. To jest akt o systemach sztucznej inteligencji, akt o usługach cyfrowych i akt o rynkach cyfrowych. One w założeniu na poziomie całej UE mają regulować sektor cyfrowy w zakresie wprowadzania do obrotu i wykorzystywania systemów sztucznej inteligencji. Natomiast poza tym nie ma dziś specyficznej regulacji w tym obszarze – podkreśla radca prawny.

Pomimo braku konkretnych regulacji dotyczących SI do tego obszaru zastosowanie mają przepisy ogólne, prawo cywilne. Autonomiczne działanie sztucznej inteligencji stwarza bowiem szereg wyzwań dotyczących odpowiedzialności prawnej. W tej chwili nie istnieją przepisy regulujące, kto będzie ponosić tę odpowiedzialność np. za wypadek z udziałem autonomicznego samochodu czy decyzje podjęte przez algorytm bez autoryzacji, ale w tych sprawach UE wydała swoje opinie.

– Możemy sobie wyobrazić, że autonomiczny samochód albo dron uszkodzi czyjeś zdrowie czy w skrajnych przypadkach zabije człowieka. Jeśli zdarzy się taki wypadek, kto za to odpowiada? Tu również jest rezolucja Parlamentu Europejskiego przewidująca, że – na zasadzie ryzyka – tę odpowiedzialność ponosi ten, kto z tego rozwiązania korzysta, a na zasadzie dołożenia należytej staranności – ten, który go stworzył. To już jednak trochę inny rodzaj odpowiedzialności – mówi Marcin Trepka.

Z kolei w sprawach gospodarczych zastosowanie znajduje prawo konkurencji i ochrony konsumentów. Zdarzały się już bowiem przypadki, kiedy algorytmy sztucznej inteligencji były wykorzystywane w sposób budzący wątpliwości od strony prawnej.

– Przykładowo bardzo popularne są różnego rodzaju algorytmy monitorujące ceny, dostosowujące je do poziomu konkurencji. Komisja Europejska w 2017 roku – kiedy ogłaszała wyniki bardzo dużego badania sektorowego w zakresie e-commerce – pokazała, że 53 proc. przedsiębiorców działających na rynku monitoruje ceny konkurentów, a 67 proc. robi to z wykorzystaniem specjalnych algorytmów, z czego 78 proc. z nich dostosowuje na tej podstawie swoje ceny. I nagle może się okazać, że mamy ujednolicenie cen w całych sektorach, ponieważ wszyscy dostosowują się do swoich konkurentów. Tu pojawia się zagrożenie dla konkurencji na rynku w postaci tzw. cichej zmowy, która pomimo że w większości jurysdykcji nie jest zabroniona przez przepisy prawa konkurencji, może wywoływać skutki antykonkurencyjne analogiczne do antykonkurencyjnego porozumienia – ostrzega ekspert Baker McKenzie.

Bardzo duży wpływ na kształtowanie praktyk w tym zakresie będzie mieć projekt rozporządzenia w sprawie sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence Act), który Komisja Europejska zaprezentowała 21 kwietnia tego roku. Jeszcze przed tym Parlament powołał specjalną Komisję ds. Sztucznej Inteligencji w Erze Cyfrowej (AIDA), której zadaniem jest przeanalizowanie wpływu tej technologii na gospodarkę UE. W październiku ub.r. PE przyjął też trzy sprawozdania dotyczące sposobów na uregulowanie sztucznej inteligencji przez UE, aby wspierać innowacje, standardy etyczne i zaufanie do technologii. Jak wskazali europosłowie, przepisy regulujące ten obszar powinny być ukierunkowane przede wszystkim na człowieka.

– Wszystkie te regulacje są bardzo prokonsumenckie. Zdaniem niektórych obserwatorów ten konsument jest w tym przypadku nawet „nadchroniony”, czyli przyznajemy mu więcej ochrony, niż jest to wymagane. W ten sposób naturalnie ograniczamy innowacyjność, ponieważ im więcej musimy spełnić zasad, tym mniej możliwości eksperymentowania z technologią – mówi Marcin Trepka.

Procedowane obecnie regulacje dotyczące SI mają – jak wskazuje KE – przekształcić Europę w globalne centrum wiarygodnej sztucznej inteligencji. Z jednej strony mają zbudować zaufanie i ograniczyć związane z nią ryzyka, z drugiej – wspierać inwestycje w SI i rozwój tej technologii. Partner w kancelarii Baker McKenzie zauważa jednak, że zbyt sztywne uregulowania zadziałają odwrotnie i ograniczą innowacyjność w tym obszarze.

– Po stronie przedsiębiorstw będzie to oznaczać spore utrudnienia. Po wejściu w życie tych przepisów wprowadzenie systemu SI do obrotu będzie związane z ogromnymi kosztami. Mamy nawet badania niemieckich ośrodków badawczych, które wyliczają, że małe i średnie przedsiębiorstwa chcące zainwestować w system sztucznej inteligencji będą musiały ponieść koszt nawet 400 tys. euro, co będzie kwotą zaporową. Przewiduje się, że koszty związane ze spełnieniem tych wszystkich ograniczeń mogą de facto zablokować rozwój – w przeciwieństwie do zamierzeń projektodawców rozporządzeń, które mają na celu zrównoważony rozwój systemów sztucznej inteligencji – ocenia radca prawny.

Według danych Eurostatu („Artificial intelligence in EU”) obecnie tylko 4 proc. przedsiębiorstw w Polsce i 7 proc. firm europejskich korzysta z systemów sztucznej inteligencji, ale nie ma wątpliwości, że ten odsetek będzie sukcesywnie wzrastać.