Polsce grozi kolejny kryzys, tym razem na granicy z Ukrainą. Od listopada obsługa wniosków wizowych może zostać wstrzymana

Każdego roku polski rynek pracy zasila tylu imigrantów z Ukrainy, że polskie placówki mają problem z obsłużeniem ich wniosków wizowych. Pomaga w tym prywatna firma, ale jej umowa właśnie wygasa. Aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz, w listopadzie tę usługę powinien zacząć świadczyć nowy podmiot. Już wiadomo, że nie ma na to szans, ponieważ przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie zawierał błędy. To oznacza, że w przyszłym miesiącu wydawanie wiz dla Ukraińców może zostać wstrzymane, a Polsce grozi kolejny kryzys. Cała sytuacja odbije się na polskich firmach, które w znacznym stopniu korzystają na dopływie pracowników ze Wschodu.

– Niestety mamy kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a za chwilę możemy mieć kryzys także na granicy z Ukrainą. Jest to związane z przetargiem na obsługę wizową, który – z uwagi na złe rozpisanie – może nie doczekać się rozstrzygnięcia, przez co będzie grozić nam paraliż – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Kulesza, przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Polskie placówki dyplomatyczne na Ukrainie wydają rokrocznie ok. 1,2 mln wiz. Wniosków Ukraińców o przyjazd do Polski jest tak wiele, że placówki samodzielnie nie są w stanie ich obsłużyć. Dlatego potrzebna jest współpraca z zewnętrzną firmą. Podobnie odbywa się to zresztą w innych krajach UE, gdzie wyspecjalizowane podmioty prywatne pomagają ambasadom i konsulatom w rozpatrywaniu wniosków i wydawaniu wiz.

Dla Polski od ponad 10 lat tę usługę realizuje VFS, operator, który działa też w ponad 140 innych krajach. W procesie ubiegania się o wizę do Polski obsługuje nie tylko Ukraińców, ale też m.in. obywateli Chin, Indii, Turcji, Rosji i Białorusi. Dostawcy w tym roku wygasa jednak umowa na obsługę wniosków wizowych z Ukrainy. Dlatego Ambasada RP w Kijowie ogłosiła przetarg, aby wyłonić nowy podmiot, który się tym zajmie. Zgłoszono w nim pięć ofert, w tym m.in. od dotychczasowego dostawcy oraz konsorcjum francuskiej TLS i polskiej spółki Personnel Service. Ta ostatnia działa jednak głównie w branży HR i od 10 lat specjalizuje się w werbowaniu ukraińskich pracowników do pracy w Polsce. Dlatego nie bardzo może jednocześnie obsługiwać aplikacje wizowe składane przez obywateli Ukrainy, ponieważ byłby to konflikt interesów. Jak podkreśla poseł Konfederacji, przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie został przygotowany nieprofesjonalnie z uwagi na błędnie sporządzoną specyfikację istotnych warunków zamówienia.

Podczas konferencji prasowej i w formie interpelacji zadałem Ministerstwu Spraw Zagranicznych pytanie o to, kto odpowiada za taki sposób rozpisania przetargu, w którym nie zostały wpisane odpowiednie przepisy niwelujące konflikt interesów – mówi Jakub Kulesza.

Startujące w przetargu podmioty od miesięcy składają kolejne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, co spowodowało prawno-proceduralny zamęt. W tej chwili każde rozstrzygnięcie będzie skutkować kolejnymi skargami do KIO, a procedury odwoławcze mogą trwać całymi latami. Tymczasem – aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz – nowy podmiot powinien zacząć świadczyć usługę już w listopadzie. Dziś nie ma na to szans.

– Ten przetarg pozostaje obecnie nierozstrzygnięty. Mamy spór, który przeciąga całą procedurę, i ta sytuacja może doprowadzić do tego, że nie będziemy mieli obsługi wizowej dla obywateli Ukrainy. To z kolei może prowadzić do chaosu, paraliżu i problemów na granicy polsko-ukraińskiej – podkreśla przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Ryzyko zachwiania systemu wizowego już wzbudza niepokój na Ukrainie. 25 czerwca br. pod Ambasadą RP w Kijowie odbyła się pikieta, podczas której strajkujący wyrażali zaniepokojenie obecną sytuacją. Na możliwe zakłócenia w wydawaniu wiz na Ukrainie uwagę zwrócił też m.in. Warsaw Enterprise Institute, który wskazuje, że Ukraińcy pełnią ważną rolę na polskim rynku pracy. W styczniu br. w Polsce przebywało ok. 1,35 mln obywateli tego kraju, co mimo przestojów związanych z pandemią oznacza 6-proc. wzrost rok do roku. Jeśli dopływ pracowników zza wschodniej granicy zostanie wstrzymany, boleśnie odczują to polscy przedsiębiorcy.

Jednocześnie WEI podkreśla, że podmiot prywatny obsługujący tak newralgiczny proces, jakim jest obsługa ruchu wizowego, musi być wiarygodny, posiadać doświadczenie w tym zakresie oraz gwarantować bezpieczeństwo procedury i ochrony danych osobowych.

Liczę, że tam, gdzie zawodzą urzędnicy i Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zainterweniuje premier Mateusz Morawiecki. Zwłaszcza że na granicy polsko-ukraińskiej mamy największy przepływ ludności. Z tego kierunku do pracy w Polsce przyjeżdża najwięcej ludzi. Zablokowanie całego procesu wizowego spowodowane prawdopodobnie niekompetencją urzędników może doprowadzić do dużego kryzysu. Dlatego dobrze by było, gdyby premier zainterweniował zawczasu – ocenia poseł.

W interpelacji skierowanej do premiera poseł wskazuje, że kryzys wizowy na Ukrainie „będzie uderzał wizerunkowo w Rzeczpospolitą Polską jako państwo niesprawne, będzie naruszał i tak delikatne stosunki polsko-ukraińskie oraz przede wszystkim zatrzyma działania organów państwa z powodu braku podmiotu wykonującego na jego zlecenie obsługę systemu wizowego”.

Przede wszystkim domagam się wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za to, że ten przetarg nie został rozstrzygnięty z uwagi na błędy proceduralne. Domagam się znalezienia rozwiązania tego problemu, które nie sparaliżuje całej obsługi wizowej – podkreśla Jakub Kulesza.  

Przemysł zgłasza największe od lat zapotrzebowanie na pracowników z kompetencjami technicznymi. W ich kształcenie angażują się nie tylko firmy, ale i miasta

Firmy produkcyjne chcą zatrudniać coraz więcej pracowników, ale też szukają coraz bardziej wyspecjalizowanych kompetencji. Ten trend będzie postępować. Raport Światowego Forum Ekonomicznego wskazuje, że do 2025 roku rozwój automatyzacji i nowych technologii przyczyni się do powstania 97 mln nowych stanowisk. Eksperci podkreślają, że kompetencje przyszłości, które będą potrzebne do ich obsługi, powinny być kształcone już od najmłodszych lat. Tę potrzebę widzi coraz więcej miast i samych przedsiębiorców, którzy wspólnie angażują się w projekty naukowo-edukacyjne. Przykładem może być nowa inwestycja w Gnieźnie.

– Dzisiaj technologię wykorzystuje się już wszędzie, zarówno w działaniach fizycznych czy typowo wytwórczych, przemysłowych, jak i w działaniach kulturalnych – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Grobelny, wiceprezydent Gniezna. – Młodzież nie ma dzisiaj orientacji, a także nie mają jej rodzice, jakie zawody przyszłości będą potrzebne. Nie jesteśmy w stanie nawet ich określić do końca, dlatego że to wszystko dynamicznie się zmienia. Dlatego też najbardziej istotne jest to, żebyśmy zmienili mentalność, żeby dzieciaki chętnie korzystały z nauki, zarówno w szkołach zawodowych, jak i na poziomie technikum i później ewentualnie uzupełniały swoją wiedzę o to, co jest potrzebne.

Jak wynika z raportu World Economic Forum „The Future of Jobs 2020”, do 2025 roku podział czasu pracy między ludźmi a maszynami będzie niemal równy. W okresie tych kilku lat 85 mln miejsc pracy zostanie zautomatyzowanych i będzie wykonywanych przez maszyny tylko ze wsparciem człowieka. Równocześnie powstanie 97 mln nowych etatów. Do obsługi tych miejsc pracy będą potrzebne wyspecjalizowane kompetencje.

Już dziś, jak wynika z Barometru ManpowerGroup, zapotrzebowanie przemysłu na wykwalifikowanych pracowników jest najwyższe od lat. Wpływ na to ma z pewnością ożywienie gospodarcze po okresie pandemicznych lockdownów, a także coraz większe inwestycje firm w automatyzację i nowoczesne technologie.

– Dla naszej firmy, produkującej okna dachowe, cyfryzacja jest szeroko rozumiana. Może to być automatyzacja, robotyzacja produkcji, ale może to być użycie jakichś nowoczesnych software’ów do planowania, komunikacji, zarządzania firmą i procesem – wymienia Robert Purol, dyrektor gnieźnieńskiej fabryki VELUX, która jest jednym z największych w regionie pracodawców.

W cenie są nie tylko kompetencje twarde, ale i miękkie takie jak krytyczne myślenie i analiza, nastawienie na rozwiązywanie problemów, umiejętności w zarządzaniu swoim czasem, elastyczność i ustawiczne kształcenie. Jak wskazuje raport WEF, 94 proc. pracodawców oczekuje, że pracownicy będą  aktywnie podnosić swoje kwalifikacje. Jeszcze w 2018 roku odsetek ten wynosił 65 proc.

Co ciekawe, wśród najważniejszych barier we wdrażaniu innowacji firmy najczęściej wymieniają te dotyczące kadr. Są to brak pożądanych umiejętności na lokalnym rynku pracy, problem z pozyskaniem talentów i brak kompetencji kadry kierowniczej. Na każdą z nich wskazuje między 41 a 56 proc. przedsiębiorców badanych przez WEF. Dlatego same firmy angażują się w kształcenie przyszłych kadr, inwestując w edukację najmłodszych. Na takie inicjatywy decydują się też władze miast, które wiedzą, że dostęp do wykwalifikowanych pracowników jest kluczowym czynnikiem lokowania się biznesu w danym miejscu.

W wielu krajach Europy istnieje już coś takiego, co się nazywa dual education, czyli to, że młodzież kształcąca się w szkołach technicznych ma prawo i obowiązek pracować u pracodawców, a więc kształcić się też już u pracodawców – mówi Lidia Mikołajczyk-Gmur z Fundacji VELUX, które są partnerami projektu.

– Z tym musimy sobie poradzić w najbliższym czasie, żeby te kompetencje dopływały – podkreśla dyrektor gnieźnieńskiej fabryki VELUX.

Kształcenie kompetencji przyszłości w Gnieźnie i okolicach ma wspierać nowa inwestycja – Stolica eXperymentu, czyli nowoczesne, interaktywne centrum edukacyjne na kształt warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Ma to być miejsce, w którym dzieci i młodzież będą się uczyć podstaw programowania, automatyki i robotyki, poznawać podstawowe zjawiska fizyczne i chemiczne oraz bardziej zaawansowane nowe technologie, jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość czy sztuczna inteligencja.

 Celem Stolicy eXperymentu jest przede wszystkim umożliwienie kształcenia kadr przyszłości, zarażanie techniką i technologią od najmłodszego pokolenia. Nie tylko tych, którzy mają pewne predyspozycje do nauki przedmiotów ścisłych, ale także tych, którzy są humanistami. Dzięki temu, że zapoznają się z możliwościami, jakie stwarza dziś technologia, będą mieć możliwość wykorzystania jej w swoich przyszłych działaniach – wyjaśnia wiceprezydent Gniezna. – Nie bez przyczyny Stolica eXperymentu jest zlokalizowana w tzw. kwadracie edukacji, obok Centrum Kształcenia Praktycznego i Ustawicznego. Młodzież ze szkół zawodowych i techników będzie zdobywać tu dodatkową wiedzę i kompetencje.

W nowoczesnym, interaktywnym centrum naukowym o powierzchni 1,1 tys. mkw. znajdą się m.in. laboratoria programowania i robotyki, druku i skanowania 3D, laboratorium multimediów VR i AR oraz sztucznej inteligencji, a także laboratorium robotyki i automatyki oraz pracownie fizyczne i chemiczne. W Gnieźnie właśnie uroczyście wmurowano pod tę inwestycję akt erekcyjny. Jest ona wspólnym przedsięwzięciem Gniezna i powiatu gnieźnieńskiego, a finansowe wsparcie w wysokości 8 mln zł zapewniły Fundacje VELUX.

– Ten budynek powinien zapełnić się uczniami za około 13 miesięcy. Przed nami jeszcze ogromna ilość pracy, ponieważ Stolica eXperymentu to nie tylko budynek, ale także ludzie – edukatorzy i animatorzy – którymi trzeba go wypełnić – mówi Jarosław Grobelny.

W Stolicy eXperymentu będziemy gościć dzieci od wieku przedszkolnego aż po dorosłych – dodaje Lidia Mikołajczyk-Gmur. – Generalnie chodzi o to, żebyśmy nie bali się nauk technicznych, fizyki i chemii, żebyśmy potrafili zadawać pytania, kwestionować pewne rzeczy i eksperymentować. Stąd nazwa inwestycji.

Stolica eXperymentu to projekt, który ma nie tylko pokazywać, że nauka przedmiotów ścisłych nie musi być nudna i trudna.

– Te kompetencje to m.in. robotyka, automatyka, programowanie, ale może za 10 lat one będą jeszcze inne, ponieważ one będą się zmieniać w miarę tego, jak świat idzie do przodu – mówi ekspertka z Fundacji VELUX.

Możliwe będą także zajęcia doszkalające dla dorosłych – zarówno dla pracowników firm działających na lokalnym rynku, jak i dla nauczycieli – którzy będą chcieli podnosić swoje kompetencje w tych obszarach i wykorzystywać je w pracy.

Jak wskazuje Lidia Mikołajczyk-Gmur, zaangażowanie w projekt Stolica eXperymentu wpisuje się w ogólne cele Fundacji VELUX, które już od kilku lat wspierają szkolnictwo zawodowe nie tylko w Polsce, ale i m.in. w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Wynika to z faktu, że całej tej części Europy brakuje kadr o kompetencjach technicznych.

– W Gnieźnie mamy też m.in. klasę patronacką w jednej ze szkół ponadpodstawowych, mamy też technika, z których pozyskujemy pracowników na staże, oraz uczelnie wyższe, gdzie też staramy się pozyskiwać absolwentów i oferować im pracę po studiach – mówi Robert Purol.

 Powinniśmy zatrzymywać tę najzdolniejszą młodzież w mieście, ale żeby było to możliwe, musimy dać im atrakcyjną ofertę pracy i możliwości rozwoju. Jeżeli będziemy mieć firmy, które będą rozwijać się tu, na miejscu, dzięki zaangażowaniu technologicznemu, wówczas ta oferta będzie na tyle atrakcyjna, że młodzież, która na studia wyjeżdża do Wrocławia, Poznania czy Warszawy, wróci do naszego miasta i będzie stanowić trzon kadry technologicznej – dodaje Jarosław Grobelny.

Projektowane przepisy o cyberbezpieczeństwie mogą naruszać szereg unijnych przepisów. Polska naraża się na kolejne procesy przed TSUE [DEPESZA]

Wykluczanie z rynku dostawców technologii, których nowo powołane kolegium ds. cyberbezpieczeństwa określi jako dostawców wysokiego ryzyka, może naruszać szereg różnych przepisów międzynarodowych. Takie propozycje przepisów znajdują się w procedowanej ustawie o cyberbezpieczeństwie. Wątpliwości prawników budzą m.in. kryteria narodowościowe, czyli analiza pozostawania pod kontrolą państwa spoza UE i NATO, natychmiastowa wykonalność decyzji kolegium i brak możliwości odwołania się od niej. Procedowane przepisy mogą przede wszystkim uderzyć w koncerny z Chin, m.in. Huaweia, choć nie jest to wprost określone w ustawie. Istnieje ryzyko, że w przypadku wykluczenia z rynku koncern będzie dochodzić swoich praw przed unijnym trybunałem.

– W obecnym kształcie przepisy regulujące postępowanie w sprawie uznania dostawcy za tzw. dostawcę wysokiego ryzyka mogą być uznane za naruszające przepisy unijne oraz umowy międzynarodowe – wskazuje w komentarzu dla agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego, radca prawny w kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Kwestia tzw. dostawców wysokiego ryzyka jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych w projektowanej nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC). Rząd pracuje nad nią już od ponad roku. Nowa regulacja ma być podstawą do rozwijania polskiego systemu cyberbezpieczeństwa, ale będzie mieć też duże przełożenie m.in. na wdrażanie w Polsce technologii 5G.

Nowela budzi duże zainteresowanie nie tylko ze strony rynku telekomunikacyjnego, o czym świadczy m.in. fakt, że do pierwszej wersji projektu wpłynęło ponad 750 uwag, zgłoszonych nie tylko przez instytucje takie jak NASK, Związek Cyfrowa Polska, UKE, Agencja Wywiadu i BBN, ale również KGHM, PKN Orlen, NBP, Komisja Nadzoru Finansowego, fundacja Digital Poland, Federacja Konsumentów czy Związek Banków Polskich. W połowie października odpowiedzialny za cyfryzację KPRM opublikował kolejną, trzecią już wersję projektu tej nowelizacji, która w niewielkim zakresie uwzględnia uwagi zgłoszone w toku konsultacji społecznych.

Dla branży telekomunikacyjnej problematyczny jest zwłaszcza mechanizm oceny ryzyka dostawców usług i sprzętu ICT. W tej chwili zapisy projektu pozwalają bowiem wykluczyć z polskiego rynku część dostawców na podstawie kryteriów politycznych i narodowościowych. Eksperci wskazują, że są one wprost wymierzone w firmy technologiczne z Chin, zwłaszcza Huaweia, który jest obecnie jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury dla 5G.

W obecnym kształcie przepisy projektu mogą naruszać zasadę równego traktowania ze względu na przynależność państwową, która została określona w art. 18 Traktatu o funkcjonowaniu UE oraz art. 20 i art. 21 ust. 2 Karty Praw Podstawowych – zauważa prof. Maciej Rogalski.

Projekt noweli ustawy o KSC zakłada, że oceny dostawców infrastruktury – istotnej z punktu widzenia krajowego cyberbezpieczeństwa i sieci 5G – ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, którego przewodniczącym będzie premier, a w jego skład wejdą ministrowie (m.in. do spraw informatyzacji, spraw wewnętrznych, obrony narodowej i spraw zagranicznych) oraz przedstawiciele służb odpowiedzialnych za krajowe bezpieczeństwo i obronność. W trakcie tej oceny Kolegium weźmie pod uwagę nie tylko potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego „o charakterze ekonomicznym, kontrwywiadowczym i terrorystycznym”, ale również prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO.

Firmy, które na tej podstawie zostaną uznane za dostawców wysokiego ryzyka, zostaną de facto wykluczone z polskiego rynku, z ograniczoną możliwością odwołania. Ponadto operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, będą zmuszeni wycofać je w ciągu pięciu–siedmiu lat.

Wykluczenie z polskiego rynku określonych dostawców oznacza automatyczne polepszenie sytuacji innych dostawców działających na polskim rynku. To z kolei może stanowić naruszenie art. 106 ust. 1 TFUE, który zakazuje państwom członkowskim przyjmowania lub utrzymywania w mocy – w odniesieniu do przedsiębiorstw, którym przyznano prawa wyłączne lub specjalne – wszelkich środków, które prowadziłyby do naruszenia innej zasady w traktatach UE. Przepisy te obejmują w szczególności art. 18 (zasada niedyskryminacji), art. 34 (swobodny przepływ towarów) i art. 102 TFUE (zakaz nadużywania pozycji dominującej) – wymienia radca prawny.

Rynek telekomunikacyjny niemal od początku prac nad nowelą apeluje, żeby zamiast narodowościowych, uznaniowych kryteriów uwzględnić w ustawie kryteria merytoryczne, bazujące np. na specyfikacji technicznej albo certyfikacji bezpieczeństwa usług i sprzętu pochodzącego od danego dostawcy. W trakcie konsultacji podkreślały to m.in. UOKiK, Konfederacja Lewiatan, IAB Polska czy fundacja Digital Poland.

– W artykule 66a przedstawiono szereg niemerytorycznych kryteriów oceny dostawców. Pozwala to stwierdzić, że w wyniku zmian KSC wcale nie polepszy się system cyberbezpieczeństwa w Polsce. To tak jakby z polskiego rynku wyeliminować samochody produkowane w Meksyku czy Chinach. Wyeliminowanie tych samochodów na bazie czysto politycznych decyzji nie zwiększy bezpieczeństwa poruszania się po krajowych drogach. Kluczem jest bowiem homologacja czy ocena testów zderzeniowych Euro NCAP – napisali przedstawiciele Fundacji w uwagach zgłoszonych do poprzedniego projektu ustawy. 

Zgodnie z nowym brzmieniem tego przepisu opinia kolegium powinna zawierać analizę prawdopodobieństwa, z jakim dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod kontrolą państwa spoza terytorium Unii Europejskiej lub Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, z uwzględnieniem: przepisów prawa regulujących stosunki między dostawcą sprzętu lub oprogramowania a tym państwem, prawodawstwa oraz stosowania prawa w zakresie ochrony danych osobowych, struktury własnościowej dostawcy sprzętu lub oprogramowania oraz zdolności ingerencji tego państwa w swobodę działalności gospodarczej dostawcy sprzętu lub oprogramowania.

Przepisy regulujące postępowanie w sprawie uznania dostawcy za dostawcę wysokiego ryzyka mogą naruszać art. 34 i art. 35 TFUE, które chronią swobodny przepływ towarów. Zauważyć należy, że dany dostawca może wytwarzać produkty i usługi w jednym kraju członkowskim i dostarczać do innych krajów, co jest powszechną praktyką w UE. Przepis art. 34 TFUE zakazuje natomiast państwom członkowskim przyjmowania „ograniczeń ilościowych w przywozie” i „wszelkich środków o skutku równoważnym” – mówi prof. Maciej Rogalski.

Prawnicy i eksperci podkreślają, że ustawa w aktualnym kształcie – z mechanizmem zaprojektowanym w celu wykluczenia konkretnych dostawców na podstawie kryteriów narodowościowych – jest wątpliwa z punktu widzenia zgodności z międzynarodowymi i unijnymi przepisami dotyczącymi m.in. wolnego handlu i swobody prowadzenia działalności gospodarczej. 

Co istotne, dla dostawców wykluczonych z polskiego rynku na podstawie nowelizacji ustawy o KSC w tym kształcie będzie ona podstawą do dochodzenia swoich praw przed unijnymi trybunałami. Podobna sytuacja ma w tej chwili miejsce w Szwecji, która w ubiegłym roku wykluczyła chiński koncern technologiczny Huawei z budowy infrastruktury dla sieci 5G, jednak ten odwołał się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Nie wiemy, czy ostateczny kształt przepisów noweli ustawy o KSC pozostanie w obecnym kształcie, czy zostaną wykluczeni konkretni dostawcy i, po trzecie, czy będą oni korzystać ze środków odwoławczych. Przy założeniu pozytywnej odpowiedzi na wszystkie trzy pytania raczej nie mam wątpliwości, że podmiot, którego będzie dotyczyć taka niekorzystna decyzja, skorzysta z wszystkich dostępnych, prawnie przysługujących mu środków, w tym skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE. Chyba że do tego czasu zostanie wydane rozstrzygnięcie przez TSUE w sprawie szwedzkiej, które będzie mieć znaczenie precedensowe. Dlatego trzeba się zastanowić, czy z ostatecznym kształtem tego projektu nie należałoby jednak poczekać do tego rozstrzygnięcia – konkluduje rektor Uczelni Łazarskiego

Rynek telekomunikacyjny broni się przed dużymi zmianami. Operatorzy chcą uniknąć wielomilionowych strat [DEPESZA]

Branża telekomunikacyjna jest zaniepokojona kształtem nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, nad którą pracuje rząd. Chodzi o zapisy dotyczące uznawania firm technologicznych za dostawców wysokiego ryzyka. Kryteria są tak sformułowane, że mogą wykluczać dostawców z Azji. Operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, mogą być zmuszeni do wycofania przynajmniej części z nich w ciągu kilku lat, co pociągnie za sobą wielomiliardowe straty. Straty poniosą nie tylko duże, ale i mniejsze podmioty – wskazuje Krajowa Izba Komunikacji Ethernetowej (KIKE), zrzeszająca małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych.

Nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) rząd pracuje już od ponad roku. W połowie października KPRM opublikował trzecią wersję projektu, który został już skierowany do Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych.

– Nowa odsłona projektu nie uwzględniła praktycznie żadnych propozycji zmian, jakie sformułowała KIKE przy poprzednich konsultacjach. Dlatego trudno powiedzieć, że zostały w niej uwzględnione oczekiwania małych i średnich operatorów. Nadal identyfikowane są poważne ryzyka dotyczące wycofania z rynku sprzętu chińskich producentów, z których korzysta większość członków KIKE – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bazański, ekspert Grupy Roboczej ds. Kontaktów z Administracją Publiczną w Krajowej Izbie Komunikacji Ethernetowej, radca prawny z Kancelarii itB Legal.

Według rządowych propozycji przepisów opublikowanych w połowie października nowy organ – kolegium ds. cyberbezpieczeństwa – będzie mógł nadać firmie technologicznej status dostawcy wysokiego ryzyka. Taka decyzja zapadnie po analizie szeregu kryteriów, wśród których znalazły się także kryteria narodowościowe. Oceniane będzie m.in. prawdopodobieństwo, z jakim dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod kontrolą państwa spoza terytorium Unii Europejskiej lub NATO. Eksperci podkreślają, że może to uderzyć w chińskie korporacje, m.in. firmę Huawei, która jest jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury dla 5G.

Firmy, które na tej podstawie zostaną uznane za dostawców wysokiego ryzyka, będą de facto wykluczone z polskiego rynku, z ograniczoną możliwością odwołania. Ponadto operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, będą zmuszeni wycofać je w ciągu pięciu–siedmiu lat.

– Podkreślenia wymaga fakt, że obowiązkowi wycofania będą podlegały produkty, usługi i procesy ICT wskazane w decyzji ministra właściwego do spraw informatyzacji, a więc nie wszystkie produkty, usługi i procesy ICT oferowane przez dostawcę wysokiego ryzyka – wyjaśniono w uzasadnieniu nowelizacji ustawy.

W raporcie „Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce” analitycy Audytela i Dentons oszacowali, że wykluczenie z polskiego rynku chińskich dostawców sprzętu sieciowego wygeneruje straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych. Sięgną one od 13,4 do 14,9 mld zł. Drugim skutkiem może być ograniczenie konkurencji, a co za tym idzie, także wzrost cen sprzętu dostarczanego przez pozostałych graczy na rynku. To zaś oznaczałoby, że operatorzy poniosą większe koszty w związku z dalszym rozwojem sieci. Analitycy szacują ten koszt na 3,5 mld zł.

Straty poniosą jednak nie tylko duże podmioty działające na rynku, na co wskazuje raport Krajowej Izby Komunikacji Ethernetowej, zrzeszającej małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. KIKE przy okazji publikacji pierwszej wersji ustawy przeprowadziła badanie sprawdzające, jaki sprzęt przeważa w działalności tych podmiotów oraz jaki jest szacowany koszt ewentualnej wymiany urządzeń od producentów, którzy pochodzą spoza Unii i USA (jeden z istotniejszych producentów sprzętu elektronicznego spośród krajów członkowskich NATO).

– Z opublikowanego przez KIKE raportu, który pokazuje skalę wykorzystania elementów sieciowych z państw zza Wielkiego Muru, wynika, że ziszczenie się czarnych scenariuszy może finalnie doprowadzić do konieczności wymiany sprzętu przez małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. To z kolei będzie wiązać się z nieprzewidzianymi, wysokimi wydatkami – mówi Łukasz Bazański.

W badaniu wzięło udział 57 przedsiębiorców z segmentu małych i średnich firm telekomunikacyjnych. Raport pokazuje, że 100 proc. z nich korzysta ze sprzętu producenta, który ma swoją siedzibę poza Unią Europejską lub USA. Co istotne, taki sprzęt średnio stanowi 80,79 proc. ogólnie wykorzystywanego sprzętu w działalności operatorów. Prawie połowa z nich (47 proc.) korzysta z urządzeń chińskiego Huaweia, ale wśród popularnych dostawców są też koreański Dasan, pochodzące z Chin TP-Link i ZTE oraz tajwańskie D-Link i ZyXEL. Oszacowany przez małych i średnich operatorów koszt wymiany takiego sprzętu wyniósłby co najmniej 161,8 mln zł, a średnio 2,99 mln zł dla pojedynczej spółki.

– Nie ma żadnych uzasadnionych powodów, aby sądzić, że sprzęt chińskich dostawców jest bardziej lub mniej narażony na ataki czy też mógłby takie ataki generować. To może dotknąć każdego producenta towaru lub usługi. Dlatego ważne jest wprowadzanie odpowiednich wymagań i zabezpieczeń na poziomie sprzętu – niezależnie od tego, kto go wyprodukował. Bez stygmatyzowania konkretnych producentów i dostawców tylko dlatego, że geograficznie pochodzą z Azji – podkreśla ekspert GARP KIKE. 

KIKE zgłosiła cały szereg zastrzeżeń już do poprzedniej wersji noweli ustawy o KSC, wskazując m.in., że nie uwzględnia ona ekonomiczno-gospodarczych skutków, jakie będą się wiązać z wprowadzeniem nowych przepisów. Według izby ich konsekwencje dla małych i średnich operatorów będą wręcz dramatyczne. Uwagi KIKE nie zostały jednak uwzględnione w pracach nad kolejnymi wersjami noweli. Podobnie jak zastrzeżenia innych organizacji branżowych, ekspertów, prawników i podmiotów z rynku telko, którzy w sumie zgłosili do projektowanej regulacji ponad 750 uwag. Nowa wersja, opublikowana w połowie października, uwzględnia je w niewielkim stopniu.

– Kolejna odsłona projektu niczego nie zmienia. Ryzyka dla małych i średnich operatorów istnieją nadal – mówi Łukasz Bazański, wskazując, że projekt noweli ustawy o KSC powinien trafić do ponownych konsultacji publicznych.

Podwyżki cen paliw, prądu i gazu najwyższe od kilkunastu lat. W przyszłym roku wzrosną nawet o 30–40 proc.

Na globalnych rynkach rosną ceny surowców energetycznych, a to pociąga za sobą podwyżki detalicznych cen prądu czy gazu. Od października więcej płacą klienci PGNiG, a koncern zapowiada kolejne wnioski o zatwierdzenie wyższych taryf, które będą obowiązywać od nowego roku. Więcej muszą płacić m.in. mieszkańcy Włoch, Francji czy Wielkiej Brytanii. Szacuje się, że przeciętne gospodarstwo domowe w UE wyda w tym roku na gaz od 800 do 1150 euro więcej niż przed rokiem. Drożeją też paliwa – na Węgrzech za benzynę trzeba płacić blisko 30 proc. więcej niż rok temu, w Polsce w październiku wzrost cen za paliwo wyniósł już 34 proc. r/r.

– Podwyżki cen paliw, prądu i gazu są obecnie najwyższe od kilkunastu lat, to jest nie tylko bolączka gospodarstw domowych, ale również przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Parvi z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu. – Gospodarka wraca do normalności po koronawirusie, w związku z czym jest większe zapotrzebowanie na paliwa. Natomiast OPEC nie wydobywa ropy w takich ilościach, jak to było kiedyś, w związku z tym możliwe, że ceny paliw jeszcze pójdą w górę. Jeżeli chodzi o ceny prądu i gazu, to nie wytwarzamy tyle energii, ile potrzebujemy. Poza tym koszty emisji CO2 są horrendalne, płacą za to elektrownie i podwykonawcy przesyłu energii, ale ostatecznie skupia się to na konsumentach. 

Surowce energetyczne drożeją – gaz ziemny, ropa naftowa, nawet węgiel. Teksańska ropa WTI od początku roku zdrożała o ponad 70 proc. i kosztuje już ponad 83 dol. za baryłkę. Europejska Brent to już koszt niemal 86 dol. za baryłkę – od początku roku podrożała o dwie trzecie. Za gaz ziemny, mimo październikowej przeceny, trzeba płacić już dwa razy tyle, co na początku roku. Jak wyjaśnia URE, koszt zakupu gazu na Towarowej Giełdzie Energii na styczeń kolejnego roku dziś wynosi ponad 420 zł/MWh, a w październiku 2020 roku było to niecałe 74 zł/MWh. Wzrost na przestrzeni roku wyniósł więc 470 proc. Z kolei notowany na giełdzie w Rotterdamie węgiel podrożał od tej pory o 135 proc., a na początku października jego ceny były jeszcze o trzy czwarte wyższe.

Tymczasem mimo apeli polityków, m.in. prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena, kartel OPEC pod wodzą Arabii Saudyjskiej i grupa kilku niezrzeszonych w nim państw z Rosją na czele nie zdecydowały się na podwyższenie wydobycia ropy naftowej ponad wcześniej zaplanowany poziom. Od listopada wzrośnie ono o 400 tys. baryłek dziennie, natomiast liczono na to, że w związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem i nadchodzącą zimą producenci wprowadzą na rynek jeszcze więcej surowca.

– Wzrost cen energii spowodowany jest m.in. tym, że zaczyna brakować surowców. Przykładowo w Kanadzie zaprzestano wydobycia ropy naftowej, dlatego że kiedyś koszt wydobycia 100 baryłek był ekwiwalentem 6–7 baryłek ropy, a teraz to 70 baryłek, w związku z czym nie było to już opłacalne – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowe w Opolu. – Natomiast tam, gdzie wydobycie jest jeszcze opłacalne, mimo wszystko jest mniejsze, a w związku z tym ceny rosną. Musimy też ponosić większe opłaty za przejście na zieloną energię i za koszty emisji, które wzrosły nawet 10-krotnie.

Globalnie zapotrzebowanie na energię dynamicznie rośnie. Sytuacja ta jest skutkiem zbiegu kilku okoliczności. Po tym, jak wielkie gospodarki ruszyły po lockdownach, wzrosło zapotrzebowanie, głównie fabryk, na energię. Tymczasem od kilku lat w Europie trwa rewolucja polegająca na przechodzeniu na odnawialne źródła energii, które są jednak niestabilne, ponieważ zależą od siły wiatru, wody czy nasłonecznienia. Susza, bezwietrzne okresy czy pochmurna aura odcinają Stary Kontynent od energii. Norwegowie, którzy większość swojej energii pozyskują z hydroelektrowni, alarmują, że zbiorniki wodne są napełnione jedynie w 67,5 proc. Tak niski stan wód ostatnio notowano w 2006 roku. To może wywindować ceny energii w sezonie zimowym.

Jednocześnie Rosja przykręciła kurek z gazem ziemnym, choć produkuje go więcej niż w ostatnich latach, a europejskie magazyny świecą pustkami po poprzedniej, znacznie chłodniejszej od wcześniejszych zimie. Eksperci podkreślają, że Rosjanom chodzi o pozwolenie Niemiec na rozruch gazociągu Nord Stream 2.

 Powinniśmy się skupić nie tylko na zielonej energii, ale również przede wszystkim na atomowej. Mamy wokół Polski więcej elektrowni atomowych niż sąsiadów – mówi dr Rafał Parvi. – Jak przeciwdziałać tym podwyżkom? W Polsce przewidziane są dopłaty dla gospodarstw domowych, ale tylko dla rodzin ubogich, czyli z dochodem do około 1,5 tys. zł dla jednoosobowych gospodarstw, natomiast dla rodzin wielodzietnych około 1,1 tys. zł. Dlatego reszta musi się przygotować na podwyżki około 30–40 proc. od 2022 roku. Jest to trend ogólnoświatowy.

Kredytobiorcy rezygnują z procesów frankowych w obawie przed wysokimi kosztami. Teraz będą mogli je wytoczyć bez kosztów i opłat początkowych

– Orzecznictwo sądowe jest w tej chwili bardzo przyjazne sprawom konsumenckim – mówi Anna Lengiewicz z kancelarii LWB Lengiewicz Wrońska i Wspólnicy. W sprawach sądowych dotyczących tzw. polisolokat i kredytów frankowych szanse na wygraną sięgają nawet 80–90 proc. Jednak większość konsumentów nie podejmuje żadnych kroków, aby odzyskać swoje pieniądze, obawiając się utraty kolejnych środków na opłacenie prawników i kosztów sądowych. W tym miesiącu ruszył dedykowany im program RePlan, który zapewnia finansowanie takich spraw. Kredytobiorca może w nim liczyć na obsługę prawną i pełne pokrycie kosztów postępowania, a wynagrodzenie zapłaci tylko w przypadku wygranej sprawy.

Program RePlan to inwestycja amerykańskiego funduszu private equity, utworzonego przez doświadczonych finansistów, który pomoże polskim konsumentom w finansowaniu roszczeń wobec banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Koszt inwestycji to ok. 150 mln zł. Projekt ma także aspekt misyjny – w ocenie inwestorów niska świadomość praw konsumenckich w Polsce przekłada się bezpośrednio na zaskakującą bierność w dochodzeniu swoich praw wobec banków oraz towarzystw ubezpieczeń.

– Konsumenci boją się dochodzenia swoich praw wobec instytucji finansowych, banków i towarzystw ubezpieczeń, głównie dlatego że nie chcą stracić więcej pieniędzy na kancelarie odszkodowawcze, prawników, wysokie koszty postępowania i opłaty sądowe. Drugą przyczyną jest obawa przed ryzykiem konfrontacji z ogromnymi korporacjami, jakimi są instytucje finansowe. Banki i towarzystwa ubezpieczeń dysponują ogromnym kapitałem i rzeszą prawników, a zwykły konsument naturalnie boi się przegranej. Można porównać to do walki Dawida z Goliatem – mówi agencji Newseria Biznes Anna Lengiewicz, partner zarządzający w Kancelarii Prawniczej LWB Lengiewicz Wrońska i Wspólnicy.

Szacuje się, że w Polsce grupa poszkodowanych przez instytucje finansowe to ponad 700 tys. osób, które zawarły umowy kredytu we frankach, i ok. 5 mln osób, które zawarły umowy ubezpieczenia inwestycyjnego, czyli tzw. polisolokaty.

W tej grupie tylko ok. 5 proc. dochodzi swoich praw. Ponoć w sprawach dotyczących kredytów frankowych ten procent wzrasta, ale tak naprawdę nie ma oficjalnych danych na ten temat  – mówi ekspertka.

Jak podkreśla, mimo obaw szanse odzyskania pieniędzy przez frankowiczów i byłych właścicieli polisolokat są duże, ponieważ orzecznictwo sądowe jest w tej chwili bardzo przyjazne sprawom konsumenckim. Przełomem okazał się zwłaszcza wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z października 2019 roku dotyczący nieuczciwych klauzul w umowach frankowych, który przechylił szalę na stronę kredytobiorców.

– Można powiedzieć, że nastąpiła w tym zakresie ogromna ewolucja od 2013–2014 roku, kiedy sprawy konsumenckie nie były jeszcze aż tak zrozumiałe przez sądy. Natomiast teraz ta dysproporcja, która istnieje pomiędzy konsumentem a korporacjami finansowymi, znajduje odzwierciedlenie w korzystnym orzecznictwie. Mówi się w nim, że wprowadzanie konsumenta w błąd jest praktyką zakazaną, że należy mu przekazać jasną i czytelną informację na temat wszelkich ryzyk związanych z zawieraną umową – wyjaśnia prawniczka.

W tym miesiącu ruszył dedykowany konsumentom program RePlan, który zapewnia finansowanie takich spraw o dochodzenie swoich roszczeń wobec instytucji finansowych.

RePlan powstał jako odpowiedź na brak w budżetach domowych odpowiedniej kwoty, która wystarczyłaby na sfinansowanie postępowania przeciwko bankom czy towarzystwom ubezpieczeniowym. Innymi słowy, RePlan sfinansuje wszystkie koszty i opłaty do czasu zakończenia postępowania w sądzie lub zawarcia ugody i odzyskania przez konsumenta jego środków finansowych – mówi Anna Lengiewicz.

Co ważne, w tym przypadku konsument zapłaci RePlan wynagrodzenie, ale dopiero w momencie, kiedy sprawa zostanie wygrana.

– Wysokość tego wynagrodzenia kształtuje się w zależności od korzyści uzyskanych na samym końcu. W przypadku spraw frankowych konsument będzie musiał zapłacić jedynie część tego, co pobrałby bank w razie kontynuowania umowy kredytu. Podobnie w przypadku opłat likwidacyjnych i transakcyjnych z tytułu tzw. polisolokat. Konsument jako wynagrodzenie dla RePlan zapłaci jedynie część tego, co towarzystwo ubezpieczeń zabrało mu jako tę opłatę likwidacyjną lub opłatę transakcyjną – wyjaśnia partner zarządzający w Kancelarii Prawniczej LWB Lengiewicz Wrońska.

W Polsce partnerem programu jest warszawska kancelaria LWB Lengiewicz Wrońska i Wspólnicy, która zapewnia obsługę prawną programu RePlan. Specjalizuje się w sprawach dotyczących opłat likwidacyjnych i kredytów frankowych – we współpracy z nią ok. 2,5 tys. konsumentów odzyskało już ponad 32 mln zł.

– Warto zająć się własną sprawą, ponieważ tam, gdzie możemy dochodzić swoich praw przed sądem, obowiązują zasady przedawnienia roszczeń. To oznacza, że im później zaczniemy zastanawiać się nad załatwieniem własnej sprawy, tym mniejsze możemy mieć szanse. Terminy przedawnienia oznaczają tyle, że po pewnym czasie swoich roszczeń już nie można dochodzić – mówi Anna Lengiewicz.

RePlan jest skierowany do frankowiczów, którzy w latach 2006–2010 podpisali z bankiem umowę na kredyt hipoteczny zawierającą niedozwolone klauzule. Dotyczy to zarówno osób, które kontynuują spłatę kredytu, jak i tych, które ten kredyt już spłaciły. Drugą grupą, która może przystąpić do programu, są konsumenci, którym ubezpieczyciele pobrali opłaty likwidacyjne w razie wcześniejszego rozwiązania umowy ubezpieczenia na życie lub opłaty transakcyjne pobierane z góry za zarządzanie inwestycyjnym ubezpieczeniem na życie przez okres 10 lat.

Aby przystąpić do programu, należy złożyć wniosek o bezpłatną analizę swojej sprawy na stronie RePlan i przejść weryfikację, po której będzie jasne, czy kwalifikuje się ona do dochodzenia roszczenia i merytorycznego wsparcia w ramach finansowania przez ten program.

Według danych Związku Banków Polskich, przytaczanych przez „Puls Biznesu”, w sądach jest zarejestrowanych 62 tys. spraw dotyczących kredytów frankowych. 84 proc. takich spraw w sądach I instancji kończy się wygraną frankowiczów i przegraną banku. 3/4 z nich dotyczy unieważnienia umowy kredytowej, natomiast 17 proc. przypadków sądy zarządziły „odfrankowienie” kredytu. Do apelacji trafia ok. 6 proc. spraw.

Utrata danych poważnym problemem dla firm. Coraz więcej z nich decyduje się na zewnętrzne centra przetwarzania danych

Dane są dziś dla biznesu motorem napędowym i podstawą działalności. Ich utrata może oznaczać nawet wielomilionowe konsekwencje finansowe, niemożność kontynuowania działalności i utratę zaufania klientów. Tymczasem w ostatnich latach liczba naruszeń bezpieczeństwa danych wciąż rośnie, a związane z tym koszty są najwyższe w historii. Pandemia dodatkowo zwiększyła ryzyko, przyczyniając się do wzrostu liczby ataków hakerskich. Dlatego – jak podkreśla Sebastian Mikołajczyk, menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange – przedsiębiorstwa muszą dziś przykładać szczególną wagę do bezpieczeństwa swoich danych, a firmowa serwerownia to często za mało, żeby zapewnić im konieczną ochronę.

 W dzisiejszych czasach dane są podstawą każdego biznesu. Bardzo istotne jest jednak to, w jakim miejscu te dane przechowujemy, jak są one chronione i kto ma do nich dostęp – mówi agencji Newseria Biznes ekspert Orange Polska. – Podstawowe zagrożenia dla danych biznesowych to przede wszystkim ich bezpośrednia kradzież, utrata oraz straty spowodowane pożarem, zalaniem czy innym fizycznym uszkodzeniem infrastruktury, na której te dane są przechowywane.

Z przeprowadzonego krótko przed pandemią badania One System „Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP” wynika, że prawie co piąta (18 proc.) mała i średnia firma w Polsce doświadczyła utraty danych. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek może być jeszcze wyższy. Tymczasem – jak pokazuje nowy raport IBM Security – na przestrzeni ostatniego roku średnie koszty incydentów naruszenia danych wzrosły z 3,86 do 4,24 mln dol. To najwyższy wynik w siedemnastoletniej historii tego badania.

Agencja Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) w swoim ubiegłorocznym raporcie zauważa z kolei, że finansowe skutki są odczuwalne nie tylko w momencie odkrycia naruszenia danych, ale mogą trwać jeszcze ponad dwa lata po tym, jak doszło do takiego incydentu. Jak wskazuje ENISA, w latach 2019 i 2020 liczba naruszeń bezpieczeństwa danych znacząco wzrosła.

Ekspert Grupy Orange zaznacza, że ryzyko utraty danych wiąże się z czynnikami  fizycznymi – takimi jak pożar, zalanie czy uszkodzenie serwerów, ale dla biznesu równie problematyczne są awarie zasilania i blackouty, które powodują przerwy w dostępie do strategicznych danych.

– W przedsiębiorstwach bardzo często serwery i infrastruktura teleinformatyczna są zasilane z tego samego źródła, co maszyny i produkcja. Brak prądu powoduje przerwę w dostawie usług, przestoje, brak kontaktu z klientem etc. – mówi Sebastian Mikołajczyk. – Dlatego tak ważne jest zapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa energetycznego, żeby urządzenia, które przechowują i przetwarzają dane, miały możliwość ciągłej pracy bez przerw w zasilaniu.

Równie ważne są warunki środowiskowe, w jakich pracują serwery. Taka infrastruktura pobiera dużo prądu i jednocześnie wydziela dużo ciepła, dlatego kluczowe jest to, aby serwery pracowały w odpowiedniej temperaturze, wilgotności i miały zapewnione chłodzenie.

Kolejny element to okno na świat, którym jest łącze transmisji danych. Nadal w wielu firmach z tego samego łącza korzystają pracownicy i wszystkie główne serwery. Przerwanie takiego łącza oznacza brak dostępu do usług i infrastruktury – wyjaśnia ekspert Orange Polska.

Jak podkreśla, bardzo ważny jest też czynnik ludzki, ale nie każda firma może sobie pozwolić na zatrudnienie wyspecjalizowanych, wysoko opłacanych inżynierów, którzy będą czuwali nad bezpieczeństwem i ciągłością działania jej infrastruktury.

– Skuteczne zapobieganie cyberatakom wymaga znajomości mechanizmów, którymi posługują się hakerzy. To naprawdę specjalistyczna wiedza, którą trzeba tez na bieżąco aktualizować. Nie wszyscy za tym nadążają, dlatego warto posiłkować się wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanego personelu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Wiele firm organizuje serwerownie we własnych lokalizacjach, nie zapewniają one jednak takiego bezpieczeństwa, jakie miałyby w wyspecjalizowanym data center, gdzie infrastruktura towarzysząca gwarantuje m.in. odpowiednią ochronę, zasilanie, łączność i parametry środowiskowe.

Takie nowoczesne data center Orange Polska uruchomił właśnie w podwarszawskich Łazach. W komorach serwerowych Warsaw Data Hub znajdzie się 1,6 tys. mkw. powierzchni wyposażonej w niezależne zasilanie, wentylację i automatyczne systemy gaszenia pożarów dla sprzętu IT i sieciowego. Obiekt  zapewnia optymalne warunki pracy urządzeń i nieprzerwaną transmisję danych. Znajdą się w nim nie tylko urządzenia Orange, ale i jego klientów biznesowych. 

– Przechowywanie infrastruktury, która gromadzi i przetwarza dane, w profesjonalnym data center jest z pewnością dobrym posunięciem. W Warsaw Data Hub mamy zabezpieczenia, które pozwalają uchronić dane przed najczęstszymi typami zagrożeń, a personel dba o bezpieczeństwo 24 godziny na dobę, dzięki czemu jest ono na naprawdę wysokim poziomie – mówi menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange.

Oprócz kolokacji, czyli wynajmu przestrzeni w serwerowni i udostępniania niezbędnej infrastruktury, Warsaw Data Hub zapewnia także szerokie spektrum specjalistycznych usług z zakresu cyberbezpieczeństwa. To istotne teraz, kiedy, jak pokazuje nowy „Barometr Cyberbezpieczeństwa” firmy doradczej KPMG, w ocenie 55 proc. polskich firm pandemia przyczyniła się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W ubiegłym roku aż 64 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent.

– Przy wyborze data center warto zwrócić uwagę na to, jak firma, która oferuje tego typu usługi, podchodzi do kwestii bezpieczeństwa teleinformatycznego i jakie dodatkowe usługi oferuje swoim klientom. Mam tu na myśli np. przeciwdziałanie atakom DDoS, które polegają na generowaniu takiej ilości zapytań, że serwer po prostu „zamiera” i nie jest w stanie odpowiedzieć. Powszechne są też cyberataki szyfrujące dane czy polegające na ich wyłudzaniu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Ekspert Grupy Orange podkreśla, że każde data center powinno oferować co najmniej kilka podstawowych rozwiązań bezpieczeństwa teleinformatycznego dla swoich klientów.

W Orange mamy CERT, czyli specjalne centrum cyberbezpieczeństwa, które przez 24 godziny na dobę monitoruje ruch w sieci i aktywnie wyszukuje niestandardowe zachowania, analizując je pod kątem ataków hakerskich. Klient może u nas zamówić dedykowane firewalle czy tzw. systemy SIEM, które zbierają i analizują logi z poszczególnych urządzeń. Gdyby firma chciała zrobić to wszystko indywidualnie, potrzebowałaby naprawdę dużych zasobów finansowych i osób o specjalistycznych kompetencjach. My robimy to w jednym miejscu dla wielu klientów. To dużo tańsze i naprawdę optymalne rozwiązanie – zapewnia ekspert Orange Polska. – W związku z otwarciem Warsaw Data Hub dajemy też naszym aktualnym i nowym klientom okazję do poznania nowoczesnego data center z bliska. Dni otwarte w Warsaw Data Hub odbędą się 26 i 27 października. Warto nas wtedy odwiedzić.

 

 

Rekordowo niska szara strefa na rynku tytoniowym. Eksperci widzą szansę dla budżetu na większe wpływy z akcyzy na papierosy

– Podniesienie podatku akcyzowego o 5 proc. przełoży się na wzrost ceny paczki papierosów o około 30 gr. To bardzo skromna propozycja. Mamy dużą przestrzeń do tego, aby podnieść ten podatek wyżej – ocenia ekspert podatkowy Wojciech Bronicki. Jak szacuje, podniesienie minimalnej stawki akcyzy na papierosy o 15 proc. przełożyłoby się na blisko 2 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa. Mogłoby też skłonić część palących do rzucenia nałogu. Zdaniem ekspertów moment na wprowadzanie takiej podwyżki jest sprzyjający, bo szara strefa na rynku wyrobów tytoniowych w Polsce spada od sześciu lat i w tej chwili jest rekordowo niska: wynosi 5,5 proc.

Zdaniem ekspertów budżet może pokusić się o wyższą korektę minimalnej stawki akcyzy na papierosy niż 5-proc. propozycja Ministerstwa Finansów. Moment na wprowadzanie takiej podwyżki jest sprzyjający, ponieważ szara strefa na rynku wyrobów tytoniowych w Polsce jest rekordowo niska. Według raportu Instytutu Doradztwa i Badań Rynku Almares wynosi 5,5 proc. i spada regularnie od 2015 roku. Zdaniem ekspertów to właściwy moment na podniesienie minimalnej stawki akcyzy na papierosy o 10–15 proc. Dałoby to nawet blisko 2 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu.

Zgodnie z propozycją nowelizacji przepisów akcyzowych, którą w październiku przedstawiło Ministerstwo Finansów, od 2022 roku ma wejść w życie 5-proc. korekta minimalnej stawki akcyzy na papierosy. Ma ona wzrosnąć z obecnych 100 proc. do 105 proc. Eksperci przekonują, że budżet powinien pokusić się o bardziej odważny ruch.

– Podniesienie minimalnej stawki podatku akcyzowego o 5 proc. przełoży się na około 30 gr na paczce papierosów. To bardzo skromna propozycja. Wydaje się, że nie przełoży się to na ograniczenie dostępności cenowej najtańszych papierosów, np. wśród młodzieży. To też pokazuje, że mamy dużą przestrzeń do tego, aby podnieść ten podatek wyżej – mówi Wojciech Bronicki.

Szacuje również, że podniesienie minimalnej stawki akcyzy na papierosy o 15 proc. przełożyłoby się na blisko 2 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa. Mogłoby też skłonić część palących do rzucenia nałogu i ograniczyłoby dostępność cenową papierosów wśród nieletnich. W Polsce, według danych Towarzystwa Profilaktyki i Przeciwdziałania Uzależnieniom, dzieci wypalają co roku nawet 4 mld papierosów. 

Eksperci przypominają również, że w ostatnich latach nie nastąpił realny wzrost cen papierosów w Polsce: 

 Po pierwsze, przez ostatnich kilka lat ceny papierosów stały w miejscu lub rosły bardzo nieznacznie, a w tym czasie wynagrodzenia wzrosły o ponad 30 proc. Po drugie, mamy wysoką inflację, która też uderza w budżet, i z tego punktu widzenia podwyżka jest korzystna. Poza tym wiadomo, że papierosy są szkodliwe i wydatki budżetowe na leczenie skutków palenia tytoniu rosną. Tak więc wszystko wskazuje, że jest to dobry moment na podwyższenie podatku akcyzowego – mówi dr Bohdan Wyżnikiewicz, prezes zarządu Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych.

Eksperci zgodnie zauważają, że moment na wprowadzanie wyższej minimalnej stawki akcyzy na papierosy jest sprzyjający z powodu rekordowo niskiej szarej strefy. Dzisiaj sięga ona zaledwie 5,5 proc. rynku tytoniowego w Polsce. Konsekwentny spadek szarej strefy ustabilizował też legalną sprzedaż papierosów. Dzięki temu zysk czerpią producenci papierosów. 

– Udział papierosów nielegalnych jest najniższy w historii badań tego zjawiska. To pokazuje, że mamy duży postęp, dzięki temu wpływy z akcyzy i innych podatków są większe i jest to generalnie korzystne dla wszystkich uczestników rynku. Powrót do wzrostu gospodarczego i inne, korzystne wskaźniki gospodarcze – chociażby na rynku pracy – wskazują, że jest to dobry moment, aby zwiększać dochody budżetu państwa z tytułu podatku akcyzowego, które przez pewien czas stały w miejscu. Z punktu widzenia budżetu jest to słuszne posunięcie i można by pokusić się nawet o wyższy wzrost akcyzy na wyroby tytoniowe niż tylko o 5 proc. – dodaje dr Bohdan Wyżnikiewicz.

– Wzrost podatku akcyzowego na wyroby tytoniowe ma szerokie poparcie wśród środowisk medycznych, co było widać i słychać podczas ostatniej połączonej Komisji Zdrowia i Finansów Publicznych. Przy dzisiejszej strukturze stawki kwotowo-procentowej podatek minimalny na papierosy należałoby podnieść wyżej niż inflacja, czyli przynajmniej do 107, a nie 105 proc., jak proponuje Ministerstwo Finansów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Bronicki, partner w Kancelarii Podatkowej BBGTAX.

W uzasadnieniu do nowelizacji przepisów akcyzowych Ministerstwo Finansów argumentuje, że podwyżki są odpowiedzią na potrzebę przeciwdziałania szkodliwemu wpływowi wyrobów tytoniowych na zdrowie Polaków. Z badań CBOS wynika, że wyroby tytoniowe pali 26 proc., czyli ok. 8 mln osób. Z kolei z powodu chorób spowodowanych paleniem papierosów co roku umiera około 81 tys. Polaków, co odpowiada populacji średniej wielkości miasta. Bank Światowy szacuje, że w Polsce koszt leczenia chorób wywoływanych dymem papierosowym wynosi ok. 15 proc. całkowitych wydatków na leczenie.

Oprócz tej podstawowej, fiskalnej funkcji podatku akcyzowego również funkcja zdrowotna jest bardzo ważna i trzeba ją dobrze wykorzystać. Jednak do tego podatek minimalny na wyroby tytoniowe powinien zostać podniesiony dużo wyżej, niż zakłada propozycja Ministerstwa Finansów. Gdybyśmy naprawdę chcieli ograniczyć dostępność cenową papierosów, tę minimalną stawkę akcyzy można nawet podwoić. To będzie impuls do ograniczenia dostępności cenowej papierosów – mówi Wojciech Bronicki.