Ekonomiści prognozują długotrwały spadek popytu na niektóre dobra konsumpcyjne. Wydatki na meble, odzież czy sprzęt AGD Polacy będą odkładać na lepsze czasy

Czynniki ekonomiczne i polityczne – dwucyfrowa inflacja, wzrost stóp procentowych, wysokie ceny energii i niepewność związana z wojną w Ukrainie – powodują, że w nadchodzących miesiącach konsumenci będą raczej wstrzymywać się z zakupami dóbr trwałego użytku. To może oznaczać mniejszy popyt w takich segmentach jak meble, sprzęt RTV i AGD oraz odzież i obuwie. Podobnie może być na rynkach innych państw członkowskich UE. To zła wiadomość dla polskich firm z segmentu dóbr konsumenckich trwałego użytku, które mają na europejskim rynku silną pozycję i potencjalnie wiele do stracenia.

– W ubiegłym roku zaobserwowaliśmy znaczny wzrost popytu na dobra konsumpcyjne. To było widoczne zwłaszcza pod koniec roku, wiele kategorii produktów odnotowało wzrosty sprzedaży. W bieżącym roku oczekiwaliśmy, że ten popyt trochę przesunie się w kierunku usług i wzrosną takie obszary jak usługi turystyczne, hotelarskie czy gastronomia. Jednak w tej chwili widzimy pewien spadek aktywności i popytu. Jest to związane oczywiście z czynnikami dookoła nas, przede wszystkim inflacją, która wszystkich nas przeraża. Marcowy odczyt wyniósł 10,9 proc. rok do roku, to jest już inflacja dwucyfrowa i to robi wrażenie, a przy tym powoduje, że zanika pewna chęć do wydawania pieniędzy w obszarach, które nie są niezbędne dla życia – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Bąk, członek zarządu Allianz Trade.

Pokazuje to m.in. bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej BWUK, opisujący obecne tendencje konsumpcji indywidualnej, który wyniósł w marcu br. -39,0 i był o 11,3 pkt proc. niższy w stosunku do poprzedniego miesiąca. Z kolei w odniesieniu do marca 2021 roku obecna wartość BWUK jest niższa aż o 16 pkt proc. Wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (WWUK), opisujący oczekiwane w najbliższych miesiącach tendencje konsumpcji indywidualnej, spadł z kolei o 12,2 pkt proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i ukształtował się na poziomie -31,5. To wynik o 11,3 pkt proc. niższy niż rok temu.

– Obecne odczyty w lutym sprzedaży detalicznej wskazują na dosyć głębokie spadki, jeśli chodzi o sprzedaż w segmencie modowym. Dotknęły one nie tylko tę kategorię. Inne segmenty z obszaru dóbr konsumpcyjnych, jak np. AGD czy meble, odnotowały również 10-proc. spadki. W Allianz Trade, analizując sytuację makroekonomiczną plus otoczenie polityczne, dochodzimy do wniosku, że konsumpcja w bieżącym roku będzie pod bardzo silną presją – ocenia Sławomir Bąk.

Jak podkreśla, na razie rodzime firmy mają silną pozycję w obszarze dóbr konsumenckich trwałego użytku. Polska jest trzecim eksporterem mebli na świecie i jednym z najważniejszych w Europie producentów RTV/AGD. Wiele międzynarodowych koncernów z tej branży ma w Polsce swoje fabryki, do których komponenty dostarczają krajowi przedsiębiorcy.

– Jesteśmy też istotnym graczem w branży odzieżowo-obuwniczej. W globalnym rankingu zajmujemy 10. pozycję pod względem wielkości produkcji obuwia i 11. pozycję w segmencie odzieży. To jest świetny wynik, biorąc pod uwagę to, że w konkurencji biorą udział firmy z Azji, gdzie koszty wytworzenia są bardzo niskie – mówi członek zarządu Allianz Trade.

Polskie brandy odzieżowe mają rozpoznawalną, silną pozycję, czego przykładem jest chociażby koncern LPP. Jeszcze przed pandemią na zagraniczne rynki co roku trafiało też ponad 100 mln par polskiego obuwia. Łączna wartość polskiego eksportu odzieży i obuwia wynosiła ok. 20 mld zł rocznie, z czego aż 70 proc. przypadało na kraje UE.

Branża fashion w całej Europie nie ma w ostatnich dwóch latach dobrej passy. Najpierw uderzył w nią kryzys związany z COVID-19 i lockdowny. Pod koniec 2021 roku odzież i obuwie notowały wprawdzie silne odbicie sprzedaży (o 20–30 proc. r/r), ale okazało się ono krótkotrwałe. Zresztą sprzedaż w sklepach odzieżowych strefy euro była nadal o 1,7 mld euro niższa w porównaniu do poziomu z 2019 roku. Teraz z kolei kondycję branży osłabia m.in. wysoka inflacja i niepewność związana z wojną w Ukrainie. Już obserwowany jest spadek popytu: najpierw w najszybciej reagującym kanale online, który w pierwszych tygodniach wojny notował nawet 50-proc. spadki obrotów. Pod koniec lutego br. na wielu platformach internetowych sprzedaż praktycznie zamarła.

Patrząc jednak na długofalowe trendy w segmencie fashion na rynkach europejskich, widać, że przez ostatnich 20 lat udział wydatków na odzież i modę w ogólnych wydatkach gospodarstw domowych spadł z 6 do 4 proc. w 2020 roku. To jest spadek dość znaczący – wskazuje Sławomir Bąk.

Szacunki Allianz Trade jeszcze na początku tego roku zakładały, że wzrost wydatków na odzież w strefie euro wyniesie w tym roku 6,4 proc. Wybuch wojny w Ukrainie sprawił, że światowy lider w ubezpieczeniach kredytu kupieckiego zrewidował te prognozy. Według aktualnych ten wzrost będzie jednak aż o 1/3 niższy i wyniesie 4,4 proc. To zaś oznacza, że wydatki na odzież i obuwie pozostaną znacznie poniżej poziomu sprzed pandemii. Allianz Trade szacuje, że w całym 2022 roku wydatki detaliczne na modę mogą się okazać o 4,85 mld euro niższe w stosunku do poziomu z 2019 roku, przy czym największy spadek odnotują Włochy i Niemcy, które są głównym rynkiem zbytu dla polskich eksporterów. W kontekście wysokich cen surowców oraz kosztów frachtu i transportu pod wysoką presją będą też marże brutto detalistów odzieżowych.

– W branży dóbr konsumpcyjnych obserwujemy też zmianę trendów i zachowań konsumenckich. Pandemia wiele zmieniła, właściwie wszyscy przenieśliśmy się głównie do online’u. To dotyczy zwłaszcza branży modowej, ok. 60 proc. wszystkich kupujących chociaż raz dokonało jakiejś transakcji w internecie – mówi ekspert Allianz Trade.

Zmiana preferencji, która zaszła w czasie pandemii, to kolejny czynnik, który negatywnie wpływa na detalistów z branży odzieżowej, ponieważ konsumenci coraz częściej wybierają w tej chwili alternatywne kanały dystrybucji (online zamiast sklepów stacjonarnych), wzorce konsumpcji (second-handy) lub produkty (odzież sportowa).

– Ta zmiana dotyczy nie tylko kanałów dystrybucji, ale i asortymentu, który wybieramy. Staramy się wybierać produkty tańsze, co stawia pod dodatkową presją przedsiębiorstwa i firmy z branży odzieżowej – mówi Sławomir Bąk. – Z naszych danych wynika, że w ostatnich latach niewypłacalność w Europie ogłosiło 78 podmiotów z branży fashion. To może nie aż tak dużo, ale te podmioty generowały łącznie ok. 14 mld euro obrotu, czyli 27 proc. całego obrotu branży detalicznej. Wniosek jest prosty: w branży modowej ryzyko jest dużo bardziej skoncentrowane i dużo wyższe niż w całej branży detalicznej.

Analitycy Allianz Trade zauważają, że napływ uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy oznacza, według ostrożnych szacunków, dodatkowe 2–3 mld zł miesięcznie wydatkowane przez nich na podstawowe utrzymanie (m.in. ze środków przekazywanych z budżetu, organizacji pozarządowych, środków własnych i pracy zarobkowej). Te środki w pierwszej kolejności będą zapewne przeznaczane na żywność i mieszkanie, ale jakaś ich część zapewne trafi też do segmentu dóbr konsumenckich trwałego użytku, w tym branży odzieżowej i obuwniczej.

Wiceminister klimatu: Derusyfikacja unijnej energetyki jest naszym priorytetem. W długiej perspektywie jest to zbieżne z celami klimatycznymi

– Nasze cele klimatyczne są absolutnie spójne z odejściem od paliw kopalnych z Rosji. Jeżeli chcemy osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku na poziomie unijnym, musimy przecież odchodzić od paliw kopalnych w energetyce – mówi Adam Guibourgé-Czetwertyński, wiceminister klimatu i środowiska. Zastąpienie paliw kopalnych odnawialnymi źródłami to jednak proces zakrojony na lata, a równolegle w krótkiej perspektywie trzeba szukać dywersyfikacji dostaw tych surowców, na których w dużej mierze opiera się unijna gospodarka. Potrzebna będzie także zmiana podejścia do gazu, który miał być paliwem przejściowym w procesie transformacji energetycznej i alternatywą dla węgla.

 Wojna w Ukrainie pokazała, jak ważna w obecnych okolicznościach jest kwestia bezpieczeństwa energetycznego. To jest kierunek, nad którym Polska od lat pracuje, dywersyfikując dostawy paliw energetycznych, żeby nie być zależnym od jednego dostawcy z Rosji – mówi agencji Newseria Biznes Adam Guibourgé-Czetwertyński.

Według danych GUS, które przytacza w swojej analizie Forum Energii, obecnie 46 proc. polskich potrzeb energetycznych jest zaspokajanych przez surowce z importu. Na własne potrzeby Polska produkuje tylko 3 proc. ropy, 20 proc. gazu i 80 proc. węgla. Reszta jeszcze do niedawna pochodziła głównie z Rosji – w ciągu ostatnich 20 lat na zakup rosyjskich surowców energetycznych Polska wydała przeszło 900 mld zł. To się jednak zmienia, bo kolejne polskie rządy już od kilkunastu lat prowadzą strategię dywersyfikacji dostaw, głównie ropy i gazu. Według informacji, które na ubiegłotygodniowej konferencji przytaczał premier Mateusz Morawiecki, jeszcze w 2015 roku rosyjski gaz miał 72 proc. w polskim imporcie. Z kolei w 2021 roku ten udział spadł już do 57 proc.

Kraje Europy Środkowej i Zachodniej są w tej chwili nawet bardziej uzależnione od dostaw rosyjskich surowców niż państwa Europy Wschodniej, które w obawie przed szantażami Rosji już od dawna prowadzą politykę dywersyfikacji. Według PIE głównymi odbiorcami rosyjskiego gazu były w ostatnich latach Niemcy, Włochy i Węgry. Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier przyznał ostatnio, że jego poparcie dla budowy gazociągu Nord Stream 2 i prowadzona ostatnimi laty polityka wobec Rosji okazały się błędne.

Widać rosnącą świadomość w tym aspekcie – nie tylko w Polsce, ale i w innych państwach członkowskich UE. Dla niektórych to jest być może trudna pobudka do rzeczywistości, która powoduje konieczność rewizji wcześniej prowadzonych polityk i wdrożenia dywersyfikacji, jaką w Polsce prowadzimy od lat – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska. – Derusyfikacja polityki unijnej to jest priorytet naszych działań w tym momencie.

Na forum unijnym już od kilku tygodni trwa dyskusja dotycząca konieczności wprowadzenia embarga na import surowców z Rosji. W tym tygodniu Komisja Europejska w ramach piątego pakietu sankcji zaproponowała zakaz importu węgla, natomiast Parlament Europejski prawie jednogłośnie opowiedział się w rezolucji za pełnym embargiem także na ropę, gaz i paliwo jądrowe. Na odcięcie od rosyjskiego błękitnego surowca wcześniej zdecydowały się Estonia, Łotwa i Litwa. Plan przedstawiony przez polski rząd zakłada, że u nas stanie się to do końca tego roku, podobnie jak rezygnacja z importu ropy. Z kolei węgiel z Rosji mamy przestać sprowadzać już w maju. Ustawę, która zakaże importu czarnego surowca, w czwartek przegłosował Sejm.

– Na krótką metę będą potrzebne działania dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, szybszy rozwój energetyki odnawialnej i poprawa efektywności energetycznej, które redukują zapotrzebowanie na energię produkowaną z paliw kopalnych. Po drugie – przedłużenie życia istniejących bloków energetycznych zamiast budowy nowych, które mogłyby zwiększyć naszą zależność od rosyjskich paliw kopalnych – podkreśla wiceminister.

Dotychczasowa polityka unijna w dużym stopniu opierała się na wykorzystaniu gazu ziemnego jako paliwa przejściowego – bo bardziej ekologicznego niż węgiel – w  transformacji energetycznej.

Jeśli nie będziemy w stanie importować tego paliwa z innych źródeł niż rosyjskie, to możemy być podatni na szantaż, który stosuje Rosja – mówi Adam Guibourgé-Czetwertyński. – Wojna w Ukrainie uświadomiła nam wagę bezpieczeństwa energetycznego. Nie możemy sobie dłużej pozwolić na politykę energetyczno-klimatyczną, która zwiększyłaby naszą zależność od rosyjskich paliw kopalnych.

Zgodnie z rządowym planem rezygnacja z rosyjskich surowców do końca 2022 roku ma być możliwa m.in. dzięki poprawie efektywności energetycznej, rozwojowi energetyki jądrowej i technologii magazynowania energii oraz inwestycjom w OZE. Jednak dla zapewnienia ciągłości dostaw energii podjęte zostaną też działania mające na celu utrzymanie gotowości do pracy jednostek węglowych.

Na długą metę nasze cele klimatyczne są absolutnie spójne z odejściem od paliw kopalnych z Rosji. Jeżeli chcemy osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku na poziomie unijnym, musimy przecież odchodzić od paliw kopalnych w energetyce – mówi wiceminister klimatu i środowiska.

Jak wskazuje, w dążeniu zarówno do neutralności klimatycznej, jak i niezależności od rosyjskich paliw rząd zamierza też postawić na wykorzystanie nowych technologii.

Jedną z takich technologii są niewątpliwie magazyny energii, potrzebne do stabilizacji systemu energetycznego opartego na źródłach odnawialnych. Ale to są też między innymi tzw. technologie CCS, umożliwiające pochłanianie i składowanie dwutlenku węgla. Wiadomo, że w niektórych procesach przemysłowych w niektórych obszarach naszej gospodarce trudno będzie zupełnie zrezygnować z emisji gazów cieplarnianych. Właśnie dla takich obszarów potrzebne są technologie, które pomogą wychwytywać CO2 i składować je na długi okres – mówi Adam Guibourgé-Czetwertyński.

Jak poinformowała minister klimatu i środowiska Anna Moskwa, Polska posiada alternatywną drogę dostaw ropy – przez terminal naftowy w Gdańsku, którego możliwości przeładunkowe wynoszą 36 mln t rocznie i są wystarczające dla zapewnienia zapotrzebowania polskich rafinerii. Większego problemu nie będzie stanowić też rezygnacja z rosyjskiego węgla, którego w 2021 roku Polska kupiła 8 mln t. Z danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że choć udział Rosji w imporcie węgla do Polski sięga ok. 70 proc., to jego udział w całym krajowym zużyciu tego surowca wynosi ok. 8,5 proc., a polskie zapotrzebowanie na ten surowiec jest w większości (ok. 80 proc.) zaspokajane przez źródła krajowe. Importowany węgiel trafia niemal wyłącznie do gospodarstw domowych, a sektor energetyczny jest od niego niezależny. Ewentualne braki importu węgla rosyjskiego nie stanowią też ryzyka dla dostarczania ciepła do gospodarstw domowych oraz stabilnych dostaw prądu. Ewentualne zapotrzebowanie można zaś uzupełnić dostawami węgla z Czech, które obok Australii są największym eksporterem tego surowca do Polski.

Bardziej problematyczna będzie natomiast rezygnacja z rosyjskiego gazu, ale jak wskazuje rząd, ma to być możliwe m.in. dzięki prowadzonym od lat inwestycjom w projekty dywersyfikacyjne. Gazociąg Baltic Pipe ma już niedługo umożliwić przesył 10 mld m³ gazu ziemnego rocznie z Norwegii do Polski oraz 3 mld m³ gazu z Polski do Danii. Z kolei prowadzona obecnie rozbudowa terminalu LNG w Świnoujściu znacznie zwiększy jego moce regazyfikacyjne i wprowadzi nowe funkcjonalności dotyczące m.in. zwiększenie elastyczności dostaw do terminalu oraz dywersyfikacji transportu lądowego przez instalację przeładunkową LNG. Z kolei nowy terminal LNG (FSRU) w rejonie Gdańska ma umożliwić efektywne rozprowadzenie gazu do klientów zarówno w Polsce, jak i w regionie CEE.

Nowa rządowa strategia ma przyspieszyć obniżanie zużycia energii w budynkach. Bardziej zielony musi stać się jednak sam proces budowlany

Według danych ONZ budynki i cały przemysł budowlany odpowiadają za ok. 38 proc. światowych emisji dwutlenku węgla. Do 2050 roku globalne zasoby budowlane prawdopodobnie się podwoją, co spowoduje również ogromny wzrost tych emisji – wynika z raportu opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Budownictwa Ekologicznego PLGBC i EBOiR. Sektor budowlany w ostatnich latach podejmuje coraz intensywniejsze wysiłki na rzecz ograniczenia emisyjności. Jednak w tym celu konieczne jest nie tylko ograniczenie energii bezpośrednio zużywanej przez budynki, w czym ma pomóc nowa rządowa strategia, ale również m.in. zmiana podejścia do projektowania, produkcji materiałów i całego procesu budowlanego.

 Dekarbonizacja polskiego sektora budownictwa do 2050 roku jest rzeczą jak najbardziej osiągalną, wymaga jedynie współpracy wszystkich osób zaangażowanych w proces budowlany – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Płoszaj-Mazurek, architekt i partner w Bjerg Arkitektur Polska, ekspert Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego PLGBC. – Tak naprawdę całą technologię potrzebną do tego, aby tworzyć budynki o zerowym śladzie węglowym, już mamy. Pozostaje jedynie kwestia tego, żeby edukować i przekonywać, jak bardzo jest to ważne, oraz współpracować w ramach wszystkich grup, które uczestniczą w całym procesie budowlanym.

Ubiegłoroczny raport, opracowany przez PLGBC we współpracy z Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju („Zerowy ślad węglowy. Mapa drogowa dekarbonizacji budownictwa do roku 2050”), pokazuje, że budownictwo odgrywa kluczową rolę w dekarbonizacji gospodarki, a zminimalizowanie śladu węglowego w tym sektorze jest jednym z najbardziej opłacalnych sposobów złagodzenia skutków kryzysu klimatycznego. Budynki i cały przemysł budowlany odpowiadają bowiem za ok. 38 proc. światowych emisji CO2 (dane ONZ za 2020 rok), przy czym 28 proc. to zużycie energii przez budynki (ślad węglowy operacyjny), a 10 proc. – działalność przemysłu budowlanego związana z wydobyciem surowców, produkcją i transportem materiałów, procesem budowy czy rozbiórki budynków (ślad węglowy wbudowany).

– Aby pełna dekarbonizacja polskiego sektora budowlanego była możliwa – czyli aby wszystkie budynki, które już istnieją albo dopiero będą powstawać, były rzeczywiście zeroemisyjne – musimy zdać sobie sprawę, że na co dzień rozmawiamy przede wszystkim o operacyjnym śladzie węglowym, o energii, którą zużywają budynki. Tę energię redukujemy, zmieniając źródła na mniej emisyjne lub zeroemisyjne. Natomiast często zapominamy o tym, jak duży jest ślad węglowy związany z materiałami używanymi do budowy i samymi procesami budowlanymi – mówi Mateusz Płoszaj-Mazurek.

Przykładem tego, jak duże znaczenie ma wbudowany ślad węglowy, jest proces produkcji najpowszechniej stosowanych materiałów konstrukcyjnych budynku – cementu i stali. Dane z 2017 roku przytaczane w raporcie wskazują, że produkcja cementu odpowiada za 20 Mt CO2e (miliony ton ekwiwalentu CO2), co stanowi 22 proc. całkowitej emisji polskiego przemysłu. Z kolei produkcja stali odpowiada za kolejne 9 proc. tych emisji, czyli ok. 8 Mt CO2e rocznie. Kolejne poważne źródło emisji dwutlenku węgla stanowią odpady generowane przez budynki i procesy budowlane. Przykładowo sam proces rozbiórki wymaga dużej ilości energii, a do tego trzeba doliczyć także emisję z transportu odpadów na składowiska.

Nie ma żadnych regulacji związanych wprost ze śladem węglowym budynków, a jedynie są regulacje związane z efektywnością energetyczną. One w sposób pośredni wpływają na ślad węglowy budynków, które budujemy, czy budynków już istniejących – mówi ekspert Polish Green Building Council. – Cała branża budowlana mogłaby skorzystać z większego zaangażowania państwa w postaci m.in. promocji, edukacji, a także wprowadzania pewnych regulacji związanych ze śladem węglowym budynków.

Ogromne znaczenie dla procesu dekarbonizacji ma też już istniejąca tkanka budowlana, charakteryzująca się wysokim zapotrzebowaniem na energię i wymagająca głębokiej modernizacji. Jak wynika z przyjętej w lutym br. przez rząd Długoterminowej Strategii Renowacji Budynków, w Polsce znajduje się 14,2 mln budynków, z czego niemal 40 proc. to budynki mieszkalne jednorodzinne. Znaczna część obiektów cechuje się niską efektywnością energetyczną i w kolejnych latach będzie wymagała termomodernizacji. O ile obiekty powstające po 2020 roku są relatywnie efektywne energetycznie, o tyle starsze budynki wymagają często głębokiej modernizacji. Problem w tym, że w Polsce 42 proc. budynków mieszkalnych powstało przed 1971 rokiem, a do roku 2012 przeprowadzono termomodernizację tylko w połowie z nich.

Rządowa strategia zakłada, że ten proces będzie przyspieszał. W latach 2020–2030 zaplanowano termomodernizację 236 tys. budynków rocznie, w kolejnej dekadzie – 271 tys. budynków, a w latach 2040–2050 – 244 tys. budynków. Realizacja tego harmonogramu oznaczałaby, że do 2050 roku zostanie przeprowadzonych 7,5 mln takich inwestycji.

Eksperci PLGBC i EBOiR wskazują, że wraz z postępem w redukcji energochłonności budynków będzie rosło znaczenie dziś marginalizowanego wbudowanego śladu węglowego. To zaś oznacza konieczność zmiany podejścia do produkcji materiałów, projektowania, procesu budowlanego i wykorzystywanych źródeł energii, a także odpowiednie regulacje w polskim prawie, które umożliwią wdrożenie tych zmian. Kolejny niezbędny punkt to szeroka współpraca wszystkich podmiotów zaangażowanych w proces budowlany – od administracji rządowej i samorządów, przez deweloperów, inwestorów oraz właścicieli budynków, po architektów, producentów materiałów i technologii budowlanych, wykonawców i zarządców budynków, a także instytucje finansowe czy stowarzyszenia branżowe.

W tej chwili największe bariery, które spowalniają proces dekarbonizacji, to przede wszystkim dostępność wiedzy na temat tego, jak bardzo emisyjne są produkty, których używamy, i procesy budowlane. Ta wiedza jest trudno dostępna i ciężko oczekiwać od architektów, inwestorów czy deweloperów, że poświęcą ogromną ilość czasu na jej pozyskanie. Dlatego potrzebna jest większa promocja i edukacja w tym zakresie – mówi Mateusz Płoszaj-Mazurek.

Jak szacuje Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA), by osiągnąć zerową emisję dwutlenku węgla netto w obiektach budowlanych do 2050 roku, bezpośrednie emisje CO2 z budynków musiałyby spaść o połowę jeszcze przed końcem tej dekady, a pośrednie emisje z sektora budowlanego musiałyby zostać obniżone o 60 proc. (m.in. dzięki zmniejszeniu emisji  związanych z  wytwarzaniem energii). To  oznacza, że emisje sektora budowlanego w latach 2020–2030 powinny spadać rokrocznie o ok. 6 proc.

O zrównoważonym rozwoju oraz neutralności klimatycznej w sektorze budownictwa eksperci rozmawiali podczas debaty zorganizowanej w czasie Thursday Gathering. To spotkania społeczności innowatorów, naukowców, start-upów, ekspertów, inwestorów i studentów, które są dobrą okazją do wymiany wiedzy, doświadczeń i omówienia najważniejszych trendów rynkowych. Organizatorem coczwartkowych eventów jest Fundacja Venture Café Warsaw i jej partnerzy.

Brak dostaw żywności z Ukrainy i Rosji trudno będzie uzupełnić produkcją z innych rynków. To może spowodować braki niektórych produktów i jeszcze szybszy wzrost cen

Z wyliczeń FAO wynika, że nie da się w całości zastąpić niedoboru dostaw produktów rolnych z Rosji i Ukrainy, a w następnym sezonie ceny żywności będą wyższe o kilka do ponad 20 proc. Dotyczy to m.in. zbóż, ale to z kolei przekłada się na inne rynki. Szok cenowy obserwowany jest m.in. na rynku drobiarskim. Producenci drobiu i jaj podnoszą ceny dla konsumentów, bo pasze – główny składnik ich kosztów – szybko drożeją. Według Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz władze, zarówno na szczeblu krajowym, jak i unijnym, powinny pilnie monitorować sytuację.

– Ukraina była bardzo szybko rozwijającym się rynkiem w ostatnich latach, jeśli chodzi o produkcję drobiarską i produkty rolne w ogóle. Z uwagi na umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską była bardzo mocno obecna na rynku unijnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Gawrońska, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. – Ukraina była jednym z największych dostawców mięsa drobiowego na rynek unijny, jak również liderem w dostawach zarówno jaj, jak i produktów jajecznych do sektora HoReCa w UE. Poza tym zyskała bardzo mocno z uwagi na konkurencyjność swoich produktów na rynku globalnym.

Jak podkreśla, Ukraina eksportowała prawie pół miliona ton mięsa drobiowego na międzynarodowe rynki. Teraz jej odbiorcy szukają alternatywnych dostaw.

– My, mimo że wcześniej byliśmy drożsi od Ukrainy, to jednak w tej chwili jesteśmy bardzo konkurencyjni w handlu eksportowym, w czym pomaga nam również słaby złoty – podkreśla Katarzyna Gawrońska.

„W 2021 roku Federacja Rosyjska lub Ukraina (lub oba te kraje) znalazły się w pierwszej trójce światowych eksporterów takich produktów jak pszenica, kukurydza, rzepak, nasiona słonecznika i olej słonecznikowy, przy czym Federacja Rosyjska również była światowym eksporterem nawozów azotowych, drugim wiodącym dostawcą nawozów potasowych i trzecim największym eksporterem nawozów fosforowych” – czytamy w analizie Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO).

Eskalacja konfliktu rodzi obawy o to, czy plony i produkty w Ukrainie będą zbierane i eksportowane. Wojna już doprowadziła do zamknięcia portów, a to droga morska była głównym szlakiem transportowym dla zboża, zawieszenia operacji tłoczenia nasion oleistych i wprowadzenia wymagań dotyczących licencji eksportowych dla niektórych produktów. Dodatkowo zbliża się pora kolejnych zasiewów.

– W tej chwili problemem stało się to, że zakontraktowane kilka milionów ton zbóż do końca sezonu zbożowego, czyli do czerwca, nie wypłyną z Ukrainy na rynki światowe. Bardzo dużym zagrożeniem jest też to, że Ukraina z uwagi na obecną sytuację może nie dokonać większości zasiewów, bo one odbywają się pod koniec marca, na początku kwietnia, tak że istnieje długoterminowe ryzyko, jeżeli chodzi o podaż z Ukrainy na rynkach światowych – wyjaśnia dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Ukraińcy szukają jednak innych rozwiązań. Już zapowiedzieli transport zbóż drogą kolejową, choć jej przepustowość jest dużo mniejsza niż statków. Jak podkreślają przedstawiciele KIPDiP, powołując się na agencję Bloomberga, ukraińska firma MHP, największy producent kurczaków, wznowiła eksport drobiu transportem drogowym i rozważa kolej. Zapowiada także zasiewy na dużą skalę, szczególnie w środkowej i zachodniej części Ukrainy.

– Nie wiadomo, jak zachowają się inne kraje w stosunku do wielkości zasiewów, prognoz zbiorów, do tego, jakie mają zapasy na swoich wewnętrznych rynkach. Nie wiadomo też, jak będzie dalej zachowywała się giełda i kapitał spekulacyjny, więc istnieje jeszcze bardzo duże ryzyko, że sytuacja będzie bardzo trudna co najmniej przez najbliższe miesiące. Trudno na tym etapie prognozować cokolwiek – mówi dyrektor Izby.

Z symulacji FAO wynika, że niedobory ziarna spowodowane niemożnością importu z Rosji i Ukrainy mogą być tylko częściowo zrekompensowane w sezonie 2022/2023 przez alternatywne źródła. Dla wielu eksporterów szkodą na drodze do zwiększenia produkcji mogą być jej wysokie koszty. W górę idą kontrakty na surowce rolne na światowych giełdach. Od początku roku pszenica podrożała o niemal jedną trzecią, a to i tak po częściowym odreagowaniu. W ciągu 12 miesięcy cena skoczyła dwukrotnie mocniej. Kukurydza podrożała w tych okresach odpowiednio o przeszło 20 i przeszło 30 proc., a soja – o ponad 20 proc. i niemal 18 proc.

Ceny ziarna paszowego będą mieć z kolei przełożenie na producentów drobiu – odpowiadają one bowiem za 60–70 proc. kosztów produkcji drobiarskiej. Już w ostatnich tygodniach widoczny jest szok cenowy na rynku drobiarskim – ceny jaj w hurcie wzrosły o 89 proc. od początku lutego do połowy marca, a wolnorynkowe ceny skupu żywca kurcząt – o ponad 38 proc. Dlatego organizacje drobiarskie zaapelowały w połowie miesiąca do rządu o ustabilizowanie sytuacji na rynku pasz.

– Sądzimy, że Ministerstwo Rolnictwa powinno bardzo skrupulatnie śledzić to, co się dzieje na rynkach światowych, jeśli chodzi o podaż surowców paszowych, o to, w jakich ilościach wypływa zboże z Polski, ponieważ ceny w eksporcie w portach są zdecydowanie najmocniej oddziałującym czynnikiem na to, jakie są ceny sprzedaży i możliwości zakupu przez producentów jaj i drobiu – przekonuje Katarzyna Gawrońska. – Powinniśmy się też zastanowić na forum unijnym, czy mamy możliwości interwencji rynkowych. Takie interwencje, które np. w ostatnim czasie wprowadziły Węgry, związane z zakazami i limitowaniem eksportu na szczeblu danego kraju członkowskiego, nie są możliwe z punktu widzenia prawa, ponieważ funkcjonujemy na wspólnym rynku. Natomiast Komisja Europejska powinna tutaj z dużym zaangażowaniem śledzić to, co się dzieje w każdym kraju, i ewentualnie, jeżeli zaistnieje takie ryzyko, którego nie jesteśmy w stanie na tym etapie przewidzieć, podjąć odpowiednie kroki.

FAO szacuje, że ceny żywności na rynku globalnym mogą wzrosnąć o 8–22 proc. wobec poziomu wyjściowego sprzed wybuchu wojny, a i tak były to już poziomy mocno podwyższone. W lutym indeks globalnych cen żywności wzrósł do 140,7 punktów, czyli był o 20,7 proc. wyżej niż rok wcześniej. To rekord wszech czasów, wyższy od dotychczasowego z lutego 2011 roku o 3,1 punktu. Najmocniej podrożały oleje oraz nabiał, a tylko w przypadku cukru odnotowano lekki spadek.

Amerykańska organizacja pozarządowa tworzy międzynarodową koalicję na rzecz pomocy Ukrainie. Wspólnie z fundacją Jolanty Kwaśniewskiej zajmie się też relokacją uchodźców

Global Empowerment Mission, amerykańska organizacja pomocowa, wynajęła w Warszawie, Rzeszowie i Tatabányi na Węgrzech magazyny, z których każdego dnia do Ukrainy wyjeżdżają tiry załadowane sprzętem i najpotrzebniejszymi towarami. – Jesteśmy w stanie wysłać tam żywność, lekarstwa, a nawet karetki pogotowia i sprzęt przeciwpożarowy. Praktycznie wszystko, czego nasi ukraińscy partnerzy potrzebują w danej chwili – mówi Michael Capponi, założyciel i prezes GEM. Wspólnie z fundacją Jolanty Kwaśniewskiej Porozumienie bez Barier organizacja rozpoczyna w Polsce program relokacji 50 tys. ukraińskich uchodźców, aby stworzyć im możliwość znalezienia pracy i samodzielnego utrzymania.

– Mamy w tej chwili w Polsce ponad 2 mln osób z Ukrainy i sytuacja wygląda tak, jakby do dużego dzbanka z wodą, gdzie menisk jest już wypukły, dolewać kolejne litry wody. Wiadomo, że ta sytuacja w pewnym momencie będzie grozić katastrofą humanitarną. Stąd apele do osób zaprzyjaźnionych w różnych zakątkach świata, żeby zechciały przyjmować część tej solidarnej odpowiedzialności za kobiety z Ukrainy – mówi agencji Newseria Biznes Jolanta Kwaśniewska, prezes fundacji Porozumienie bez Barier.

Według najnowszych danych UNHCR, agendy ONZ ds. uchodźców, z powodu wojny w Ukrainie już 3,7 mln ludzi zostało zmuszonych do ucieczki z tego kraju, a kolejne 6,5 mln osób zostało przesiedlonych w granicach Ukrainy. UNHCR wskazuje, że jest to największy kryzys uchodźczy w Europie od czasów II wojny światowej. Szef unijnej dyplomacji Josep Borrell wskazywał niedawno, że docelowo UE powinna przygotowywać się na przyjęcie nawet ok. 5 mln uciekinierów z ogarniętej wojną Ukrainy.

Polska jest głównym kierunkiem tego wojennego exodusu. Według ostatnich danych Straży Granicznej w ciągu miesiąca wojny granicę z naszym krajem przekroczyło 2,3 mln uchodźców, z których zdecydowaną większość stanowią kobiety i dzieci. W ciągu ostatniej doby funkcjonariusze odprawili na przejściach granicznych kolejne 31 tys. osób. Szacuje się, że w kolejnych tygodniach do Polski przyjadą kolejne setki tysięcy, a być może i miliony uchodźców. Statystyki pokazują, że większość z nich tu zostaje. Od 24 lutego br. tylko 308 tys. osób, które przekroczyły polsko-ukraińską granicę, wyruszyło dalej do innych krajów UE.

Eksperci niemal od początku podkreślają, że w długiej perspektywie Polska nie będzie w stanie samodzielnie udźwignąć tak dużego ciężaru. Już w tej chwili problem stanowi m.in. to, że fala uchodźców z Ukrainy rozkłada się nierównomiernie na poszczególne regiony, powodując duże przeciążenie wschodnich województw. Dlatego właśnie fundacja Jolanty Kwaśniewskiej Porozumienie bez Barier we współpracy z Global Empowerment Mission (GEM) uruchomiła program pomocowy dla uchodźców wojennych z Ukrainy, który ma wesprzeć ich relokację z miejsc tymczasowego pobytu – dworców, stadionów i hal sportowych.

– Głównym założeniem tego projektu jest to, aby jak najwięcej osób, które przybywają do nas z Ukrainy, namówić do przemieszczania się z terenów przygranicznych i głównych miast – takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław – na inne obszary Polski i dalej, do Europy – mówi Jolanta Kwaśniewska. – Tworzymy w tym celu bazę wolontariuszy i wolontariuszek, głównie dziewczyn z Ukrainy, które mogą pracować bezpośrednio na Dworcu Centralnym, Wschodnim i Zachodnim, na Torwarze czy w centrum PTAK, gdzie przebywa w tej chwili ok. 7 tys. Ukrainek. Wolontariuszki docierają do tych kobiet, informują, że są z fundacji i mamy możliwość opłacenia im wyjazdu do Europy. Informują o zorganizowanych transportach i o tym, że w kraju destynacji będą na nich czekać zaprzyjaźnione organizacje i osoby, a my będziemy mieć później szansę śledzenia ich losów.

Program relokacji uchodźców ma objąć ok. 50 tys. uchodźców z Ukrainy, którym fundacja Porozumienie bez Barier we współpracy z GEM znajdą bezpieczne schronienie.

– W ciągu ostatnich 10 lat za każdym razem, kiedy gdzieś na świecie dochodzi do dużego kryzysu, zwykle błyskawicznie jestem na miejscu, czasami w ciągu 24 godzin. Tak było i tym razem. Właściwie zarezerwowałem lot, jeszcze zanim wybuchła wojna. Wiedziałem, na co się zanosi, i zwykle coś mówi mi, żeby działać. Tym razem sprawa jest bardzo poważna. Jest to zapewne zwieńczenie wszystkiego, czego nauczyłem się w życiu w zakresie przedsiębiorczości i pracy humanitarnej, gdzie trzeba rozwiązać złożone problemy – mówi Michael Capponi, założyciel i prezes GEM. 

Global Empowerment Mission to organizacja, która w ciągu ostatnich 20 lat była zaangażowana w ponad 300 misji humanitarnych na całym świecie. W latach 90. była w Kosowie, zajmowała się też pomocą dla ofiar huraganów w Stanach Zjednoczonych. Od 2017 roku ściśle współpracuje z inicjatywą BStrong Bethenny Frankel, która sfinansowała już wiele programów pomocowych. Teraz GEM i BStrong przekierowały wsparcie głównie na pomoc Ukrainie. Na ten cel przeznaczyły już ponad 85 mln dol. Michael Capponi nawołuje do budowania szerokiej, międzynarodowej koalicji organizacji pozarządowych i firm, która pozwoli zwielokrotnić tę pomoc.

– Oferujemy nasze magazyny i nasze możliwości spedycyjne każdej organizacji, która szuka sposobów na pomoc Ukrainie – mówi prezes GEM.  – Każdy – właściciel biznesu, zwykły obywatel czy też ktoś rozpoznawalny w społeczeństwie – może pomóc na wiele sposobów: finansowo, wysyłając towary do naszych magazynów albo łącząc nas z partnerami, którzy mogą zaspokoić codziennie aktualizowane potrzeby. My zajmiemy się całą resztą. Co godzinę otrzymujemy z Ukrainy wiele zapytań. Jesteśmy w stanie wysłać tam żywność, lekarstwa, a nawet karetki pogotowia i sprzęt przeciwpożarowy. Praktycznie wszystko, czego nasi ukraińscy partnerzy potrzebują w danej chwili.

GEM dzięki sieci darczyńców i możliwościom Fulfillment Hub USA, dostawcy usług magazynowych i logistycznych, jest w stanie każdego dnia dostarczyć dziesiątki ton najpotrzebniejszej pomocy bezpośrednio do miejsc wskazanych przez lokalne i centralne władze Ukrainy. To kompletny łańcuch dostaw, który pozwala dotrzeć do wielu miejscowości w Ukrainie – tam, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna.

– Nigdy nie zdołamy zaspokoić wszystkich potrzeb, bo te są naprawdę ogromne. Mogę jednak zapewnić, że wszystkie zbierane przez nas dary trafią we właściwe ręce i do właściwych osób, które ich potrzebują – mówi Michael Capponi.

– Ogromnie ważne jest to, że mamy partnerów na terenie Ukrainy, bo cała ta pomoc nie może iść ciągle w tych samych kierunkach. Także Kijów nie jest w stanie przyjąć całej pomocy, więc jej relokacja jest ogromnie istotna. Apelujemy do tych firm i instytucji, które chcą nieść pomoc w sposób sensowny, aby tę pomoc deklarowały do magazynu w Rzeszowie. Kolejny, cztery razy większy magazyn jest zlokalizowany pod Warszawą w Raszynie i będzie mógł nieść pomoc nie tylko Ukrainie, ale i bardzo wielu polskim organizacjom, które mają partnerskie organizacje na terenie Ukrainy – wyjaśnia Jolanta Kwaśniewska.

Magazyny GEM i Fulfillment Hub USA znajdują się także w Tatabányi (Węgry) oraz w wybranych lokalizacjach na terenie Ukrainy.

– Obecnie tygodniowo otrzymujemy do wszystkich magazynów ok. 100 kontenerów z USA i spodziewamy się ponad 160 kontenerów z Unii Europejskiej. Nasze magazyny są w stanie obsłużyć i wysłać 260 ciężarówek do Ukrainy – mówi Abel Horvath, dyrektor generalny Fulfillment Hub USA. – To jest inna koncepcja pracy. Nie pracujemy z organizacją nastawioną na zysk. Celem jest jak najszybsze działanie. Umożliwienie szybkich dostaw poprzez zmianę naszego sposobu działania i systemu było sporym wyzwaniem. Jednak dzięki specjalnie opracowanemu systemowi zarządzania magazynem i naszym programistom udało nam się odpowiednio dostosować nasz system, tak by było to realne.

Organizacje pomocowe podkreślają jednak, że potrzebują wszelkiego możliwego wsparcia, aby napływ dostaw na tak dużą skalę odbywał się płynnie i na czas. Dlatego apelują do biznesu i społeczności międzynarodowej o pomoc i utworzenie wspólnie Globalnej Sieci Pomocy (Global Relief Network) w celu wsparcia ogarniętej wojną Ukrainy.

– Po raz pierwszy na taką skalę angażujemy się w pomoc krajowi dotkniętemu wojną. Mamy świadomość, że dziś potrzeba ogromnych wysiłków humanitarnych, których nie jest w stanie zapewnić żadna pojedyncza organizacja – podkreśla Michael Capponi. – Połączenie naszych wysiłków zwielokrotni pomoc, którą będziemy w stanie wysyłać Ukrainie.

Wojna w Ukrainie wpływa na decyzje inwestycyjne polskich firm. Presja inflacyjna zwiększyła zainteresowanie kredytami obrotowymi

Na kondycję polskich przedsiębiorstw oddziałuje presja inflacyjna i rosnące ceny energii i paliw, przekładające się na wyższe koszty. ING Bank Śląski prognozuje, że przełoży się to na duży wzrost zainteresowania finansowaniem obrotowym. – Firmy będą sięgać po kredyty, faktoring i prawdopodobnie również leasing, który też pomaga zabezpieczać finansowanie np. na maszyny, urządzenia czy środki transportu – mówi wiceprezes banku Ewa Łuniewska. Jednocześnie atak Rosji na Ukrainę wpływa na przesunięcie w czasie decyzji o nowych inwestycjach.

– Eksport do Rosji i Ukrainy stanowi raptem 5 proc. całości polskiego eksportu, więc nie jest to dużo. Jednak uzależnienie części firm od tych rynków zbytu może się okazać dużo większe. Oceniamy, że tam, gdzie przekracza ono 20 proc. po stronie importowej lub eksportowej, może to już stanowić dla tych przedsiębiorstw poważny czynnik ryzyka – mówi Ewa Łuniewska, wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego.

Wojna w Ukrainie już znajduje odzwierciedlenie w gospodarce i przekłada się na sytuację polskich przedsiębiorstw. Polski Instytut Ekonomiczny prognozuje, że konflikt za wschodnią granicą spowolni tegoroczny wzrost gospodarczy w Polsce do 3,5 proc. (wobec zakładanych wcześniej 4,3 proc.). Z kolei w 2023 roku prognoza wzrostu PKB została skorygowana z 4,5 do 3,6 proc. Według analityków ostateczne wskaźniki będą w dużej mierze uzależnione od przyjęcia Krajowego Planu Odbudowy i liczby migrantów, którzy pozostaną w Polsce. Jednym z kluczowych czynników spowalniających wzrost gospodarki w 2022 i 2023 roku będzie osłabienie eksportu z uwagi na przerwanie handlu z Rosją i Ukrainą.

– Zastąpienie importu może się okazać nawet trudniejsze niż znalezienie nowych rynków zbytu – mówi Ewa Łuniewska.

Jak podkreśla, jednym z najbardziej odczuwalnych skutków rosyjskiej agresji na Ukrainę jest w tej chwili również duży wzrost niepewności wśród polskich firm.

– Wojna w Ukrainie w bezprecedensowy sposób podnosi niepewność prowadzenia działalności gospodarczej. W pierwszej kolejności myślimy tu oczywiście o firmach, które produkują bądź prowadzą szeroką działalność operacyjną w Ukrainie, w Rosji albo Białorusi. Natomiast dalej patrzymy też na połączenia handlowe i tutaj oddziaływanie wojny dotyczy większej liczby firm i ma zdecydowanie dużo większy zasięg działania – mówi wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego.

Badanie przeprowadzone na początku marca br. przez Polski Instytut Ekonomiczny i Bank Gospodarstwa Krajowego (miesięczny Indeks Koniunktury) pokazało, że aż 42 proc. polskich firm ma poczucie dużego lub bardzo dużego zagrożenia w związku z sytuacją na Wschodzie. Tylko co 10. firma uważa, że zagrożenie dla ich działalności jest bardzo małe. Obawy odczuwane są bez względu na wielkość firm, chociaż więcej niepokoju panuje wśród firm mikro (46 proc.) niż w dużych przedsiębiorstwach (28 proc.). Co ciekawe, o ile jeszcze miesiąc temu ponad połowa (55 proc.) największych firm uważała, że atak Rosji na Ukrainę w małym stopniu zagrozi prowadzonej przez nich działalności, o tyle w tej chwili jest ich już tylko 22 proc., co pokazuje gwałtowny spadek optymizmu.

– Ta rosnąca niepewność w gospodarce nie sprzyja inwestycjom – zauważa Ewa Łuniewska. – Pierwszym negatywnym czynnikiem jest wspomniane załamanie eksportu i importu do naszych wschodnich sąsiadów, drugim odkładanie inwestycji w gospodarce i czekanie na to, w jaki sposób ten konflikt się zakończy, co on będzie oznaczał dla gospodarki i dla firm. To jest po prostu bardzo duża niepewność. Dlatego firmy będą wstrzymywały się z inwestycjami, będą je odkładały na później. Te inwestycje, które już zostały zaplanowane, które mają podpisane kontrakty, pewnie będą się toczyć, ale nowe będą raczej odkładane na przyszłość.

Wiceprezes ING Banku Śląskiego ocenia też, że duża presja inflacyjna, rosnące ceny energii i paliw  a tym samym wyższe koszty  będą powodować, że wśród polskich przedsiębiorstw pojawi się wzmożone zainteresowanie finansowaniem obrotowym.

– Ceny energii, gazu, paliw, ale również surowców rolnych, koszty pracy – wszystko to bardzo drożeje i przyczynia się do presji inflacyjnej. W związku z tym firmy będą mieć zwiększone zapotrzebowanie na kapitał obrotowy i z pewnością będą sięgać po kredyty, faktoring i prawdopodobnie również leasing, który też pomaga zabezpieczać finansowanie np. na maszyny, urządzenia czy środki transportu – mówi ekspertka.

W reakcji na bieżącą sytuację ING Bank Śląski zadecydował o obniżeniu o maksymalnie 1 pkt proc. marży kredytowej dla nowych kredytów i pożyczek online do kwoty 400 tys. zł. Jednocześnie podwyższył do 0,5 proc. oprocentowanie środków w polskich złotych zgromadzonych na kontach OKO (dla sald do 10 mln zł), a dla nowych środków będzie ono wyższe dodatkowo jeszcze o 1 pkt proc. Ma to nieco ułatwić polskim firmom prowadzenie biznesu w trudnym otoczeniu gospodarczym.

– Ponieważ stopy procentowe rosną, finansowanie staje się dużo droższe. Tak więc firmy będą z jednej strony potrzebować tego finansowania, z drugiej będą musiały zmierzyć się z  jego wyższymi kosztami. Wychodząc naprzeciw ich potrzebom, w ING Banku Śląskim zdecydowaliśmy się obniżyć naszą marżę kredytową o maks. 1 punkt procentowy dla zaangażowań do 400 tys. zł  – tak aby to finansowanie, które jest teraz tak bardzo potrzebne, uczynić bardziej dostępnym. Ponadto nie będziemy też naliczać prowizji od udzielenia takiego finansowania – mówi Ewa Łuniewska. – Z drugiej strony, jeżeli firmy posiadają nadwyżki środków, to – w sytuacji rosnących stóp procentowych – chcemy zaoferować im również wyższe oprocentowanie depozytów na rachunku OKO. To jest już 0,5 proc., a dla nowych środków do 10 mln zł oferujemy dodatkowo 1 proc. Tak więc w sumie przy nowych środkach na depozytach można uzyskać 1,5 proc.

ING Bank Śląski podał również, że ma w portfelu niewielu klientów, którzy prowadzili działalność operacyjną w Ukrainie, Rosji bądź Białorusi. Z kolei firmy, które prowadziły wymianę handlową z tymi krajami, będą zmuszone szukać nowych rynków zbytu lub zmienić łańcuchy dostaw.

Liczba niewypłacalności polskich firm wzrośnie w tym roku o 10–15 proc. Wojna w Ukrainie nałożyła się na i tak bardzo trudne otoczenie dla biznesu

Rosnąca inflacja i droższy pieniądz, gwałtowny wzrost cen surowców i energii, przerwane łańcuchy dostaw, problemy rynku pracy i Polski Ład – wszystko to już od kilku miesięcy utrudnia funkcjonowanie polskich firm. Część z nich sobie z tym nie poradziła, na co wskazuje rekordowa liczba niewypłacalności ogłoszonych przez polskie firmy w ubiegłym roku. Statystyki pokazują, że początek tego roku przyniósł znaczące spadki, ale nie musi to wcale oznaczać poprawy sytuacji. Tym bardziej że już wkrótce zaczną być widoczne efekty wojny w Ukrainie. Euler Hermes prognozuje, że łączna liczba niewypłacalności w 2022 roku będzie nawet o 10–15 proc. wyższa.

 Gdy spojrzymy na dane z pierwszych dwóch miesięcy 2022 roku, liczba niewypłacalności firm jest mniejsza niż w tym samym okresie rok wcześniej. Jednak, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach. Liczba bankructw jest dokładnie taka sama, mniej jest z kolei postępowań restrukturyzacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Bąk, członek zarządu Euler Hermes ds. oceny ryzyka.

Według danych Monitora Sądowego i Gospodarczego, przeanalizowanych przez Euler Hermes, w styczniu br. niewypłacalność ogłosiło 50 polskich firm, w lutym – 45. Dla porównania rok wcześniej te liczby wynosiły odpowiednio 151 i 165. W ujęciu rocznym widać więc mocny spadek, jednak analitycy zauważają, że o ile w 2021 roku ok. 2/3 niewypłacalności stanowiły uproszczone postępowania restrukturyzacyjne, o tyle obecnie dominują likwidacje i bankructwa. Znacznie mniej jest za to postępowań naprawczych.

To jest związane przede wszystkim ze zmianą prawa. Wiele firm, które chciały wejść w ten uproszczony proces restrukturyzacji, zrobiło to już w 2021 roku – wskazuje Sławomir Bąk.

Przed 1 grudnia ub.r. firmy, które chciały rozpocząć uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, mając ku temu przesłanki, np. w postaci gorszych wyników finansowych, mogły to zrobić jeszcze na mocy przepisów covidowych znacznie odformalizowujących i ułatwiających cały proces.

Od nowego roku uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne można przeprowadzić raz na 10 lat. Poza tym w tym roku zmieniły się perspektywy powodzenia postępowań restrukturyzacyjnych. Teraz, aby takie postępowanie rozpoczynać, firmy powinny mieć naprawdę dobry, konkretny plan na to, żeby w tych warunkach i przy już i tak trudnej sytuacji firmy zakończyło się ono sukcesem. W obecnych warunkach, patrząc chociażby na kumulację różnorakich zagrożeń dla biznesu, jakie dziś występują, jest to dosyć trudne, co potwierdza rosnąca liczba zamykanych, wyrejestrowywanych działalności – podkreśla członek zarządu Euler Hermes ds. oceny ryzyka.

Statystyki Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej pokazują, że tylko w lutym br. działalność zamknęło 17 110 firm, a kolejne 24 433 ją zawiesiły. W sumie z rynku zniknęło więc 41,5 tys. biznesów. To o ponad 10 tys. więcej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej. Z kolei mniej firm niż przed rokiem wchodzi na rynek. W lutym br. działalność rozpoczęły 21 583 nowe przedsiębiorstwa, a 9772 ją odwiesiły.

– Jeśli patrzeć na liczbę zamykanych i zawieszanych działalności, a z drugiej strony – na liczbę odwieszanych bądź otwieranych firm, bilans jest zdecydowanie negatywny – mówi Sławomir Bąk. – Dziś jest na tym rynku bardzo dużo niepewności, dlatego szacujemy, że w 2022 roku liczba niewypłacalności polskich firm też będzie wzrastać.

Co istotne, już ubiegły rok był pod tym względem rekordowy, niewypłacalność w 2021 roku ogłosiło przeszło 2,23 tys. polskich przedsiębiorstw. Euler Hermes prognozuje, że w tym roku ta liczba zwiększy się zapewne o 10–15 proc., chociaż zastrzega, że na ocenę pewnych zjawisk musimy poczekać. Dopiero pod koniec I połowy br. będzie widać, jak firmy radzą sobie ze zmianami fiskalnymi, wojną w Ukrainie i rosnącymi kosztami produkcji.

 Przed polskimi firmami rysują się bardzo niepewne czasy. Przedsiębiorcy powinni bardzo uważnie przyglądać się kondycji swoich kontrahentów – przestrzega ekspert Euler Hermes. – Widzimy już dzisiaj większe zapotrzebowanie na limity kredytowe od dostawców, co jest wywołane inflacją, która napędza ceny w obrocie między firmami. Dodatkowo coraz wyższy koszt pieniądza, czyli finansowania kredytem, powoduje, że firmy na coraz większą skalę chcą korzystać z kredytu u swoich dostawców. Jest to dla odbiorcy znacznie tańsze i łatwiejsze, jednak rodzi określone ryzyka dla dostawcy, ponoszącego wyższe koszty finansowe zamrożenia swojego kapitału, oraz większą ekspozycję na ryzyko.

Ekspert wskazuje, że na trudne warunki, z którymi polskie firmy musiały się mierzyć już w zeszłym roku, czyli galopującą inflację, wyższy koszt pieniądza, gwałtowny wzrost cen surowców i energii, przerwane łańcuchy dostaw wskutek pandemii COVID-19 i problemy na rynku pracy, w tej chwili nakłada się też niepewność związana z wojną w Ukrainie.

– To oczywiście ogromny problem humanitarny, ale i gospodarczy. Codziennie dowiadujemy się o problemach kolejnych firm wstrzymujących działalność ze względu na to, że jakieś komponenty, których używają w produkcji, są bądź były produkowane w Ukrainie, a łańcuch dostaw został przerwany – mówi Sławomir Bąk. – Trzeba też pamiętać, że COVID-19 jeszcze się nie skończył, chociaż ten temat trochę przycichł. Wiadomości, które przychodzą z Chin, nie są zbyt optymistyczne. Zamkniętych i objętych kwarantanną jest pięć dużych miast z populacją 37 mln ludzi, w tym związanych m.in. z produkcją niezbędnych komponentów elektronicznych w Shenzen. To mniej więcej tyle, co populacja całej Polski, widać więc, że ten problem jeszcze nie zniknął i nadal będzie miał zauważalny wpływ na łańcuchy dostaw.

Euler Hermes prognozuje, że jedynym, co w nadchodzących miesiącach może krótkofalowo poprawiać sytuację na polskim rynku i stabilizować kondycję przedsiębiorstw, będzie wzrost konsumpcji i rosnący popyt m.in. na żywność i artykuły pierwszej potrzeby w związku z dużym napływem uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy. Z drugiej strony wysiłek finansowy państwa związany z wojną (np. opieka nad uchodźcami i szybki wzrost wydatków na obronność) może powodować, że państwo będzie ograniczać swoje wsparcie dla przedsiębiorców, jakiego można by oczekiwać np. w związku z rosnącymi cenami energii.

Wszystkie branże będą mniej lub bardziej dotknięte konsekwencjami wojny w Ukrainie. Do tej drugiej grupy zaliczyłbym branżę budowlaną, transportową, stalową, maszynową, ale i rolnictwo, ponieważ ceny nawozów sztucznych wzrosły i wzrosną jeszcze bardziej – prognozuje członek zarządu Euler Hermes ds. oceny ryzyka. – W branży budowlanej i w transportowej już wcześniej szacowano deficyt pracowników rzędu 100150 tys. osób w każdej z nich, a obecnie znaczna część zatrudnionych wyjechała z powrotem na Ukrainę walczyć w obronie swojej ojczyzny.

W krótkiej perspektywie musimy się także liczyć z odpływem inwestycji zagranicznych na mniej zagrożone eskalacją konfliktu rynki. To jednak może się zmienić po kilku latach – wojna będzie bowiem kolejnym po pandemii czynnikiem, który uświadomi przedsiębiorcom konieczność skracania i dywersyfikacji łańcuchów dostaw. Zdaniem ekspertów Euler Hermes kraje Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska, mogą być miejscem przekierowywania produkcji i działalności wycofywanej nie tylko z Azji, ale także z Rosji.

Pracownicy z Ukrainy wracają do kraju walczyć z Rosją. Szereg branż polskiej gospodarki musi się liczyć z brakiem rąk do pracy

Szacuje się, że z Polski wyjechało kilkadziesiąt tysięcy Ukraińców, którzy wrócili zaciągnąć się do armii i bronić kraju przez rosyjską inwazją. Dla polskiego rynku pracy oznacza to potężny odpływ pracowników. Nie spowoduje on całkowitego paraliżu, ale przysporzy dużych problemów pracodawcom w branżach takich jak transport czy budownictwo, które już wcześniej borykały się z problemem rąk do pracy. Ich miejsce – przynajmniej w części – mogą jednak zająć uchodźcy z Ukrainy, którzy już przyjechali do Polski. Dlatego eksperci apelują o umiejętne zarządzanie tą falą imigracji, żeby uniknąć chaosu, oraz wprowadzenie mechanizmów ułatwiających uchodźcom płynne wejście na polski rynek pracy.

Szacuje się, że już kilkadziesiąt tysięcy osób przekroczyło polsko-ukraińską granicę, żeby wziąć udział w działaniach wojennych. To oznacza odpływ pracowników m.in. z branży budowlanej, logistycznej, produkcyjnej i magazynowej. I to jest dość duża liczba, natomiast ona nie powinna sparaliżować polskiego rynku pracy, chociaż w sektorze budowlanym te odpływy zostały już zauważone i niektóre z inwestycji będą opóźnione – mówi Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy i prezes firmy konsultingowej Conperio.

Z „Raportu Mobilności Transgranicznej” EWL Group i Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, który został opublikowany na krótko przed rosyjską inwazją na Ukrainę, wynika, że jeszcze przed wojną w Polsce mieszkało ponad 1,5 mln obywateli Ukrainy, którzy stanowili najliczniejszą grupę cudzoziemców i duże wsparcie rodzimego rynku pracy. Jednak w końcówce ubiegłego tygodnia rzecznik ukraińskiej straży granicznej Andrij Demczenko poinformował, że od początku wojny z zagranicy do Ukrainy wróciło już 215 tys. obywateli tego kraju. Szacuje się, że tylko z Polski wyjechało kilkadziesiąt tysięcy Ukraińców, którzy wrócili zaciągnąć się do armii i bronić kraju przed rosyjską inwazją.

– Ten odpływ pracowników, którzy wyjechali bronić swojego kraju, będzie raczej trudny do zastąpienia. Pozyskanie w ich miejsce pracowników z Polski będzie problemem m.in. ze względu na niskie bezrobocie i bardzo dużą liczbę wakatów – mówi Mikołaj Zając.

Jak wskazuje, choć odpływ ukraińskich pracowników nie powinien całkowicie sparaliżować polskiego rynku pracy, to jednak przysporzy dużych problemów pracodawcom zwłaszcza w branżach takich jak transport czy budownictwo, w których pracownicy z Ukrainy stanowili bardzo duży odsetek ogółu zatrudnionych. Dla przykładu według danych MRiPS w 2021 roku w sektorze budownictwa na podstawie tzw. oświadczeń o powierzeniu pracy i zezwoleń na pracę pracowało ok. 373 tys. Ukraińców (wzrost aż o 21 proc. r/r), co stanowiło prawie 80 proc. zatrudnionych w ten sposób pracowników z zagranicy. Ten sektor jest silnie uzależniony od pracowników zza wschodniej granicy. Dlatego dobrowolne powroty Ukraińców do ojczyzny, wynikające z pobudek patriotycznych, mogą prowadzić do opóźnień na polskich budowach wynika z niedawnej analizy Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, który wskazuje również, że duże kłopoty ma w tej chwili także sektor transportowy, który mierzy się z dotkliwym odpływem kierowców z Ukrainy.

– Problemy będą mieć branże, w których i tak brakuje rąk do pracy. Aby im zapobiegać, polski rząd powinien zastanowić się m.in. nad możliwością zatrudnienia pracowników z innych krajów – mówi prezes Conperio.

Eksperci wskazują, że aby zapobiec kryzysowi na rynku pracy rząd powinien maksymalnie uprościć i przyśpieszyć procedury, które w przyszłości zachęcałyby pracowników z Ukrainy do podejmowania pracy zarobkowej w Polsce, oraz pilnie zapoczątkować budowę systemu zachęt, które ułatwiłyby Ukraińcom podjęcie decyzji o osiedleniu się tu na stałe i usprawniły proces asymilacji.

Niezbędne jest też wprowadzenie mechanizmów ułatwiających płynne wejście na rynek pracy uchodźcom z Ukrainy, którzy już przyjechali do Polski. Z danych przekazywanych przez Straż Graniczną wynika, że od 24 lutego polsko-ukraińską granicę przekroczyło już 1,72 mln osób. Tylko w niedzielę, 13 marca do Polski przyjechało 62,7 tys. uchodźców. Ekspert rynku pracy wskazuje, że w Polsce nie zabraknie dla nich wolnych wakatów, a problemu nie stanowi nawet fakt, że większość przybyszy stanowią kobiety z dziećmi. Konieczne jest jednak umiejętne zarządzanie tą falą imigracji, żeby uniknąć chaosu.

Znikoma część przybyszy zza wschodniej granicy, przyjeżdżając do Polski, ma zorganizowaną pracę. A pracodawcy chcą i potrzebują zatrudniać. Dlatego w punktach przygranicznych powinny powstawać bazy danych kompetencji uchodźców. To są często osoby o umiejętnościach, których w Polsce brakuje – szwaczki, kucharki, nauczycielki, tłumaczki czy pracownice administracji. Poza tym w wielu zakładach produkcyjnych zajęcia, które kiedyś zarezerwowane były tylko dla mężczyzn  jak np. spawanie bądź operowanie wózkiem widłowym  dziś z powodzeniem wykonują panie. Znaczna część podzespołów, przede wszystkim z branży automotive i zbrojeniowej, jest dziś produkowanych w Polsce i wysyłanych np. do Niemiec, a w około 70 proc. tych firm prawie połowę pracowników stanowią właśnie kobiety – mówi Mikołaj Zając.

Prezes Conperio wskazuje też, że z dużym brakiem rąk do pracy boryka się w tej chwili automotive, będący zarazem najsilniejszym sektorem polskiej produkcji. W nadchodzących miesiącach to właśnie ta branża może „wchłonąć” pracowników z Ukrainy, którzy uciekli do Polski przed wojną.

– Po Niemczech i Francji polski automotive jest trzecim co do wielkości pod względem zatrudnienia. I na szczęście ta branża jest w stanie zapewnić pracę nawet tym pracownikom, którzy w zasadzie nie posiadają kwalifikacji. Nie rozgranicza też płci, co oznacza, że równie dobrze odnajdą się w niej kobiety i mężczyźni. A ze względu na przewidywane niemieckie inwestycje w zbrojenia polski automotive będzie miał bardzo dużą liczbę zleceń, którym podoła tylko wtedy, jeśli zapewni sobie odpowiednią liczbę pracowników – mówi ekspert.

W sobotę, 12 marca br. Sejm przyjął specjalną ustawę dotyczącą pomocy uchodźcom z Ukrainy. Zakłada ona m.in. przyznanie im prawa pobytu na terenie Polski przez 18 miesięcy z możliwością przedłużenia, numeru PESEL oraz świadczeń pieniężnych, socjalnych i bezpłatnej pomocy psychologicznej. Znalazł się w niej również zapis gwarantujący Ukraińcom legalnie przekraczającym granicę z Polską dostęp do rynku pracy.

Polski biznes szeroko włącza się w pomoc Ukrainie. Największe polskie firmy przekazują środki finansowe, dary i organizują pomoc logistyczną

Schronienie w Polsce znalazło do tej pory już ponad 960 tys. uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy. Jak podaje MSWiA, 98 proc. z nich chce pozostać w Polsce, żeby móc szybko wrócić do swojego kraju. Dlatego w tej chwili najpilniejszą potrzebą jest zapewnienie im zakwaterowania, pomocy w znalezieniu zatrudnienia, pomocy finansowej i organizacji bieżących potrzeb. Wsparcie zapewniły już samorządy, organizacje pozarządowe i zwykli Polacy oraz największe polskie firmy. – Naszym obowiązkiem jest dziś udzielenie wszelkiej pomocy uchodźcom z Ukrainy, którzy znaleźli się w dramatycznej sytuacji – podkreśla prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej, Wojciech Dąbrowski.

– Stale zwiększamy naszą pomoc, dostosowując ją do bieżących potrzeb. Do tej pory udzieliliśmy już wsparcia finansowego w kwocie przekraczającej 400 tys. zł na pomoc uchodźcom z Ukrainy. Jesteśmy w stałym kontakcie z Caritasem i administracją rządową. W zbiórki darów dla uchodźców włączyły się także spółki z Grupy PGE w całej Polsce. Bardzo dziękuję wszystkim naszym pracownikom za ich pomoc i zaangażowanie  mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski.

Jak podaje ONZ, od czasu rosyjskiej inwazji 24 lutego br. z Ukrainy uciekło już 1,5 mln osób, z których ok. 964 tys. trafiło do Polski. Według MSWiA tylko w sobotę 5 marca br. Straż Graniczna odprawiła na przejściach prawie 130 tys. osób, głównie kobiet i dzieci uciekających z objętego wojną kraju. Szacuje się, że do Europy może trafić nawet kilka milionów Ukraińców.

Polacy już na początku rosyjskiej agresji na Ukrainę szeroko włączyli się w pomoc uchodźcom, którzy codziennie tysiącami przekraczają wschodnią granicę. Przekazują dary, angażują się w wolontariat, zapewniają transport i zakwaterowanie. Pomoc organizują też samorządy i organizacje pozarządowe, ale ogromne wsparcie zapewniły również działające w Polsce firmy, w tym PGE Polska Grupa Energetyczna.

PGE udostępniła miejsca noclegowe w swoim ośrodku Energetyk w Nałęczowie, w którym schronienie znalazło 80 członków rodzin ukraińskich energetyków z przedsiębiorstwa energetycznego DTEK, uciekających przed rosyjską agresją. Mają oni zapewnione wyżywienie, opiekę oraz środki higieniczne i wszelkie potrzebne artykuły.

– We wszystkich spółkach z Grupy PGE rozpoczęła się także zbiórka najpotrzebniejszych rzeczy, które przekażemy do Caritasu. W strefie przygranicznej pracują również zespoły wolontariuszy PGE pomagające uchodźcom – zapewnia prezes zarządu PGE.

Artykuły zebrane do tej pory przez pracowników PGE zostały spakowane do pięciu busów i przekazane do ośrodków, w których znajdują się uchodźcy. 

MSWiA podaje, że 98 proc. uchodźców z Ukrainy chce pozostać w Polsce, żeby móc szybko wrócić do swojego kraju po uspokojeniu sytuacji. Dlatego w tej chwili najpilniejszą potrzebą jest m.in. zapewnienie im zakwaterowania, pracy i pomocy finansowej. Nad specjalnymi rozwiązaniami w tym kierunku pracuje już polski rząd. Jak poinformował w środę minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek, do polskich szkół zgłoszono już ponad setkę dzieci z Ukrainy, ale prawdopodobnie będzie ich znacznie więcej. Resort będzie musiał zadbać o zapewnienie im nie tylko edukacji, ale i wsparcia psychologicznego, co będzie wyzwaniem organizacyjnym i finansowym, podobnie jak m.in. organizacja miejsc w żłobkach dla pochodzących z Ukrainy dzieci poniżej siedmiu lat, których może być nawet kilkadziesiąt tysięcy. 

Wsparciem dla najmłodszych mogą być również pluszowe zabawki, które spełniają funkcję terapeutyczną. Coraz częściej z ich wsparcia korzystają strażacy, policjanci oraz ratownicy medyczni pomagający dzieciom. Pluszowe misie od Fundacji PGE trafią do ośrodków pomocy dla uchodźców z Ukrainy, w których przebywają dzieci. 

– Wojna to ogromna trauma, szczególnie dla najmłodszych. Eksperci wskazują, że pluszowe zabawki mają pozytywny wpływ na psychikę najmłodszych, w szczególności na łagodzenie urazów psychicznych wywołanych traumatycznym wydarzeniem, a takim niewątpliwie jest ta tragiczna wojna. Dlatego postanowiliśmy przekazać terapeutyczne misie dla ukraińskich dzieci, które zapewnią im źródło wsparcia. W pierwszej turze do najmłodszych trafi tysiąc pluszowych zabawek, kolejne misie dostarczone będą zgodnie z potrzebami – zapewnia Wojciech Dąbrowski.

Do tej pory pluszowe zabawki od PGE zostały przekazane blisko 400 ukraińskim dzieciom. 

W akcję pomocy Ukraińcom zaangażowały się także drużyny sportowe i instytucje kultury pod patronatem PGE. Muzeum Narodowe w Warszawie prowadzi animacje w języku polskim i ukraińskim. Na najmłodszych czekają liczne atrakcje i miejsce do zabawy. Przestrzeń edukacyjna jest inspirowana Galerią Sztuki XIX Wieku, której mecenasem jest PGE Polska Grupa Energetyczna. Firma przekazała także niezbędne materiały i przybory do realizacji zajęć z dziećmi.

Akademie sportowe, których sponsorem jest PGE, realizują bezpłatne treningi dla dzieci i młodzieży, przekazują sprzęt sportowy i niezbędne produkty do ośrodków, gdzie przebywają uchodźcy z Ukrainy, a także przedmioty na licytacje, z których dochód jest przeznaczony na pomoc Ukraińcom. Przygotowują także miejsca noclegowe.

Pomagać obywatelom Ukrainy – zarówno tym, którzy zostali w kraju, jak i uciekającym przed wojną – cały czas można też za pośrednictwem organizacji pozarządowych czy samorządów, które organizują zbiórki darów i łączą osoby potrzebujące z tymi, którzy mogą ją zaoferować. Z kolei środki finansowe na pomoc dla Ukrainy można wpłacać m.in. na konto Caritasu, Polskiej Akcji Humanitarnej, Polskiego Czerwonego Krzyża oraz zbiórkę Solidarni z Ukrainą organizowaną przez Pomagam.pl.

„Nie” dla rosyjskich surowców w Polsce. Wstrzymanie importu istotne dla budowania bezpieczeństwa kraju

– Ten węgiel, który od 2014 roku kupowaliśmy podobno od Rosji, był tak naprawdę kopany w Donbasie, czyli w zajętych przez Rosjan republikach ukraińskich – mówi dr hab. inż. Zbigniew Karaczun, profesor SGGW i ekspert Koalicji Klimatycznej, która wspólnie z innymi organizacjami apeluje do polskiego rządu o wstrzymanie importu węgla, gazu i ropy z Rosji tak szybko jak to możliwe i bezpieczne dla krajowej gospodarki. W apelu, który podpisały 33 organizacje pozarządowe, eksperci wskazują, że dalsze importowanie z Rosji surowców energetycznych służyłoby finansowaniu zbrojeń prokremlowskiego reżimu, co ostatecznie może dotknąć nie tylko Ukrainę, ale również Polskę. – Myślę, że ta świadomość spowoduje, iż będziemy chcieli zrobić to jak najszybciej – mówi ekspert.

 Polska sprowadza z Rosji bardzo duże ilości surowców energetycznych: aktualnie jest to około 9 mln ton węgla, podobna ilość ropy naftowej i ok. 10 mld metrów sześciennych gazu ziemnego. To powoduje, że Polska jest w dużym stopniu zakładnikiem dostaw z Rosji, nasze bezpieczeństwo energetyczne zależy od ciągłości dostaw tych surowców – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Koalicja Klimatyczna wskazuje, że w ostatnich latach Polska kupiła od Rosji ropę i węgiel za ponad 730 mld zł, natomiast wartość kontraktu gazowego na dostawy tego surowca nie jest jawna.

– Ropa naftowa jest dostarczana do największej rafinerii w Polsce, czyli do zakładów w Płocku, które produkują z tego paliwo. Gaz ziemny jest wprowadzany do systemu rurociągów gazowych i dystrybuowany wśród mieszkańców, ale jest też ważnym czynnikiem energetycznym dla naszego przemysłu, zwłaszcza chemicznego. Natomiast węgiel jest sprowadzany przede wszystkim przez prywatnych właścicieli i sprzedawany prywatnym użytkownikom, ale kupują go także elektrociepłownie i część elektrowni, ponieważ – zdaniem części polskich ekspertów – ma on znacznie lepszą jakość i lepsze parametry niż węgiel, który jest wydobywany u nas. A ponieważ jest tani i jest blisko, to bardzo uzależniliśmy się w Polsce od tego źródła rosyjskiego węgla – mówi ekspert Koalicji Klimatycznej.

Pieniądze za dostawy surowców energetycznych wspierają jednak reżim Władimira Putina, który od 24 lutego prowadzi atak na terytorium Ukrainy, wywołując największy konflikt w Europie od czasów II wojny światowej. Dlatego eksperci zrzeszeni w Kolacji Klimatycznej zaapelowali do polskiego rządu o podjęcie odważnych działań politycznych i gospodarczych, czyli wstrzymanie importu węgla, gazu i ropy z Rosji tak szybko jak to możliwe i bezpieczne dla polskiej gospodarki.

Pod apelem do polskiego rządu podpisały się w sumie 33 organizacje rządowe, które wskazują, że mimo tego znaczącego uzależnienia od surowców energetycznych z Rosji Polska będzie w stanie w niedługim czasie się bez nich obejść, o ile przyspieszy proces dekarbonizacji. Trwanie przy paliwach kopalnych w obecnej sytuacji będzie bowiem oznaczać brak suwerenności energetycznej i dalsze finansowanie zbrojeń prokremlowskiego reżimu.

W obliczu tego, co dzieje się za wschodnią granicą, nie mamy innej alternatywy. To jest element budowy bezpieczeństwa Polski. Dzisiaj już nikt nie ma wątpliwości, że jeżeli nie powstrzymamy Putina i rosyjskiego rządu przed tym, co robi na Ukrainie, jeżeli będziemy dalej finansować jego zbrojenia, a temu właśnie służą środki ze sprzedaży zasobów energetycznych, to Putin nie zatrzyma się na Ukrainie. Będzie chciał iść dalej i my również będziemy w orbicie jego zainteresowania, będziemy następnym celem. Więc naszym obowiązkiem jest dzisiaj szukać alternatyw – podkreśla profesor SGGW.

Sygnatariusze apelu Koalicji Klimatycznej wskazują, że w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę dekarbonizacja polskiej gospodarki nie może być rozłożona w czasie na wiele lat do przodu, ale musi się rozpocząć już teraz, w nadchodzących dniach, tygodniach i miesiącach. Wśród najpilniejszych, koniecznych do podjęcia działań eksperci wymieniają: budowę własnych, niezależnych i odnawialnych źródeł energii, modernizację przestarzałych sieci energetycznych, zwiększenie skali inwestycji w efektywność energetyczną oraz finansowanie własnych źródeł energii w przedsiębiorstwach i przemyśle. Równie ważna i pilna jest elektryfikacja transportu publicznego i towarowego, który nie może dłużej opierać się na silnikach spalinowych.

Wiadomo, że to nie jest możliwe do zrobienia w krótkim terminie, ale powinniśmy szukać już „na teraz” innych kierunków zaopatrywania Polski w surowce energetyczne. Ten węgiel, który od około 2014 roku kupowaliśmy podobno od Rosji, był tak naprawdę kopany w Donbasie, czyli w zajętych przez Rosję republikach ukraińskich. Nie powinniśmy też kupować od Rosji ropy naftowej, bo dzisiaj nie mamy problemu z kupowaniem jej od innych państw. Dalej, powinniśmy także przestawić naszą sieć gazową. Mamy połączenie z Norwegią i gazoport w Świnoujściu i możemy odejść od tego, żeby kupować gaz z Rosji – mówi dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Eksperci podkreślili, że wszystkie te działania nie będą możliwe bez wsparcia Unii Europejskiej. Dlatego Polska musi zakończyć konflikty z UE i przeznaczyć pieniądze z Funduszu Odbudowy na transformację energetyki i transportu.

– Europa dostrzegła już zagrożenie, jakim jest uzależnienie od surowców pochodzących z państw, które niekoniecznie podzielają europejskie wartości. I nie chodzi tylko o Rosję, ale także o wiele innych krajów, z których Unia pozyskuje gaz, ropę naftową czy inne surowce energetyczne. Dlatego tak ważnym elementem polityki unijnej jest właśnie dekarbonizacja i transformacja w stronę energetyki odnawialnej. Te lokalne, odnawialne zasoby energetyczne są czymś, co zapewni nam 100 proc. bezpieczeństwa, bo tego nikt nam nie zabierze. Nikt nie zabierze nam słońca, wiatru, rzek czy ewentualnych odpadów z rolnictwa, z których możemy produkować biogaz – podkreśla ekspert Koalicji Klimatycznej.

Jak podkreśla, w Europie bardzo ważny jest w tej chwili również powrót do idei europejskiej solidarności energetycznej. 

– Ta idea wyrażona kiedyś w unii energetycznej polega na tym, żeby kraje sąsiadujące wspólnie budowały swoje bezpieczeństwo, służąc jako tzw. backupy. Czyli w momencie, kiedy w Polsce nie będzie świeciło słońce albo nie będzie wiatru, to moglibyśmy liczyć na Czechy, Słowację i Niemcy, że zasilą one nasz system i zapobiegną zagrożeniom dla sieci energetycznej – mówi dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.