Wynagrodzenia nie nadążają za inflacją. Jednak ich bardziej dynamiczny wzrost grozi większymi problemami firm

W grudniu 2022 roku inflacja, drugi miesiąc z rzędu zwalniając, wyniosła 16,6 proc. w ujęciu rocznym. Wynagrodzenia w przedsiębiorstwach zatrudniających przynajmniej 10 osób wzrosły o 10,3 proc. Jeszcze trudniejsza jest sytuacja w mikrofirmach i sferze budżetowej. Dodatkowo presję na wzrost płac podbija rosnąca płaca minimalna. Zdaniem Jacka Męciny z Konfederacji Lewiatan firmy średnio są w stanie zaakceptować podwyżki płac rzędu 10–13 proc. Wyższe wiązałyby się z koniecznością zwolnień.

– Trend wzrostu wynagrodzeń w 2023 roku będzie w największym stopniu decydował o utrzymaniu bądź redukcji poziomu zatrudnienia. Firmy są w dość trudnej sytuacji, bo oprócz wynagrodzeń rosną inne koszty związane z funkcjonowaniem, bo przecież inflacja dotyka także firmy nie tylko w postaci wzrostu cen energii, ale półfabrykatów, innych zakupów, które muszą realizować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Jacek Męcina, prof. UW, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Do tego dochodzi czynnik płacowy. Cała filozofia musi polegać na tym, aby zabezpieczając pracownikom możliwość przynajmniej częściowego urealnienia płac, jednocześnie nie przesadzić ze wzrostem wynagrodzeń. Myślę, że bezpieczny wzrost poziomu wynagrodzeń to jest od 10 do 13 proc. Wszystko, co powyżej, będzie powodować, że firmy będą musiały się restrukturyzować.

Wysoka inflacja spowodowana na świecie tzw. drukowaniem pieniędzy podczas pandemii koronawirusa i lockdownów (czyli masowym skupem obligacji przez banki centralne), a potem wojną energetyczną Rosji, w Polsce zaczęła się ugruntowywać już w 2019 roku z powodu trwających od 2016 roku transferów społecznych – programu 500+, dodatkowych emerytur i mocnych podwyżek płacy minimalnej. W efekcie w Polsce wzrost cen wynosi 16,6 proc., podczas gdy w strefie euro jest to 9,2 proc., a w Stanach Zjednoczonych – 6,5 proc. Wyższe koszty życia w naturalny sposób przenoszą się na oczekiwania wyższych płac przez pracowników. To jednak oddziałuje na bilanse firm, w których są oni zatrudnieni.

– Jeżeli postulaty związkowe i postulaty w trakcie negocjacji będą znacznie wyższe, to przedsiębiorcy mogą sobie nie poradzić z tak dużymi podwyżkami przy innych rosnących kosztach i słabnącym zapotrzebowaniu na produkty i usługi. To może się przełożyć niestety na wzrost bezrobocia – przewiduje Jacek Męcina. – Musimy pamiętać o tym, że zbyt duże wzrosty wynagrodzeń mogą grozić nam spiralą cenowo-płacową, która będzie jeszcze gorsza z punktu widzenia pracowników i ich rodzin. Wiele firm podejmuje działania nadzwyczajne: mówi o ostrożnym wzroście wynagrodzeń i stara się pracownikom zapewnić jednorazowe świadczenie inflacyjne, które ma pomóc przetrwać ten trudny okres.

Jak pokazały najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, wynagrodzenia w przedsiębiorstwach zatrudniających więcej niż dziewięć osób wzrosły w grudniu 2022 roku średnio o 10,3 proc. Choć nominalnie po raz pierwszy w historii przekroczyły, i to wyraźnie, 7 tys. zł brutto, to ekonomiści spodziewali się wzrostu wyższego (o 12,5 proc. rok do roku). Taka dynamika i tak nie dorównywałaby wzrostowi cen, gdyż w grudniu średnio inflacja wyniosła 16,6 proc. Tempo wzrostu wynagrodzeń pozostaje w tyle za wzrostem cen od maja 2022 roku (z wyjątkiem w lipcu).

Z nowym rokiem nastąpił też wzrost płacy minimalnej, który po raz pierwszy będzie dwustopniowy: od stycznia jest to  3490 zł,  o 480 zł więcej niż w roku poprzednim. Minimalna stawka godzinowa wynosi z kolei 22,80 zł. Kolejna podwyżka płacy minimalnej będzie miała miejsce 1 lipca br. i wyniesie już 3600 zł.

– Podwyżki minimalnego wynagrodzenia są dość wysokie i przede wszystkim mogą uderzyć w mikroprzedsiębiorstwa, które i tak z trudem radziły sobie z podwyżkami składki zdrowotnej i ze zmianami podatkowymi w roku 2022 – ocenia doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Także w wielu dużych firmach wzrost minimalnego wynagrodzenia jest powiązany z innymi stawkami taryfikatora wynagrodzeń. Część z nich ma tak ułożone taryfikatory wynagrodzeń w układach zbiorowych pracy lub w regulaminach wynagrodzeń, że automatycznie wzrost płacy minimalnej powoduje, że rosną procentowo wynagrodzenia także dla innych grup zawodowych. To oczywiście będzie dla tych firm trudne, zwłaszcza jeżeli działają one w sektorze najbardziej energochłonnym i nie otrzymują pomocy od państwa.

Jeszcze większe dysproporcje widać w sferze budżetowej. Planowany w 2023 roku wzrost płac w jednostkach budżetowych to 7,8 proc., jak na początku roku zadeklarował wiceminister finansów Sebastian Skuza podczas posiedzenia senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych. Przyznał tym samym, że w tym roku osoby zatrudnione w administracji powinny się liczyć z realnym spadkiem wynagrodzeń.

– Państwowa sfera budżetowa to najbardziej w tej chwili zaniedbany dział gospodarki, w którym płace są bardzo niskie. Niektórzy nauczyciele bez nadgodzin czy pracownicy administracji odpowiedzialni za poważne zadania, takie jak zapewnianie nam wyrobienia dowodu czy paszportu, zaczynają zarabiać mniej niż np. pracownicy znacznie mniej kwalifikowani w handlu – wskazuje Jacek Męcina. – To może oznaczać, że będą albo odchodzić i szukać innego zatrudnienia na rynku pracy, albo spowoduje pauperyzację tej grupy. Do tego nie możemy dopuścić. To musi być priorytet, który bardzo trudno zrealizować w kontekście bardzo trudnej sytuacji budżetowej, ale wokół tego musi być jakiś konsensus także w Radzie Dialogu Społecznego. 

W Polsce wciąż mamy rynek pracownika, ale wykwalifikowanego. Mimo spadku liczby ofert pracy popyt na kompetencje rośnie

Spowolnienie i większa ostrożność firm w trudnych warunkach gospodarczych nie mają jak na razie negatywnego przełożenia na rynek pracy. Bezrobocie nadal utrzymuje się na niskim poziomie, co powoduje, że wciąż mamy do czynienia z rynkiem pracownika. 70 proc. rodzimych firm zgłasza obecnie problemy z pozyskiwaniem odpowiednich talentów. Oprócz rosnących kosztów to w tej chwili jedna z głównych bolączek przedsiębiorców. – Na rynku jest dużo ofert pracy i niekoniecznie adekwatne do tego talenty – mówi Magdalena Radomska z agencji rekrutacyjnej People.

W Polsce cały czas mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Wciąż jest dostępnych bardzo dużo ofert pracy, a kandydatów jest mniej, podaż i popyt są na różnych poziomach – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Radomska, recruitment business manager, HR lead partner w agencji rekrutacyjnej People. – W naszej firmie często mówimy też o rynku kompetencji, co oznacza, że potrzebujemy pracowników, ale kompetentnych, z wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami, za które pracodawca po prostu płaci odpowiednie wynagrodzenie. Dlatego z drugiej strony mówimy również o kompetentnym pracodawcy, tutaj te dwie strony muszą się spotkać.

Spowolnienie gospodarcze ciągle nie wywołuje większych perturbacji na polskim rynku pracy. Bezrobocie nadal utrzymuje się na historycznie niskich poziomach. Według danych MRiPS stopa bezrobocia rejestrowanego na koniec 2022 roku wyniosła 5,2 proc. To oznacza nieznaczny wzrost – o 0,1 pkt proc. – względem listopada i spadek o 0,6 pkt proc. wobec grudnia 2021 roku. Polska notuje także jeden z najniższych wyników w UE – według metodologii Eurostatu stopa bezrobocia w październiku 2022 roku wyniosła 3 proc., przy czym średnia unijna to 6 proc.

Ze wstępnych danych podawanych przez ministerstwo wynika, że w urzędach pracy zarejestrowanych było na koniec grudnia 813,2 tys. bezrobotnych. W ostatnim miesiącu roku pracodawcy zgłosili do urzędów ponad 67 tys. wakatów. Z danych Grant Thornton przytaczanych w grudniowym raporcie „Rynek pracy, edukacja, kompetencje”, opracowanym przez PARP, wynika, że w listopadzie ub.r. na 50 największych portalach rekrutacyjnych w Polsce pracodawcy opublikowali łącznie blisko 298 tys. nowych ofert pracy, o 3,1 proc. mniej niż miesiąc wcześniej i o 3,2 proc. mniej niż przed rokiem. Największy spadek w ujęciu rocznym nastąpił w popycie na pracowników fizycznych (-29 proc.), natomiast dynamiczne wzrosty zanotowano w przypadku zawodów branży finansowej (+32 proc.) oraz IT (+18 proc.). Przykładowo dla dyrektorów marketingu/sprzedaży było o 125 proc. ogłoszeń więcej, dla specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa prawie dwa razy więcej, a dla analityków finansowych – o 65 proc.

– Na rynku jest dużo ofert pracy i niekoniecznie adekwatne do tego talenty – mówi ekspertka agencji People. – Firmy w Polsce mocno się rozwijają, firmy zagraniczne również otwierają tu swoje huby operacyjne i centra usług wspólnych, więc jest zapotrzebowanie na wiele nowych osób z umiejętnościami, m.in. technologicznymi. Rynek kandydata niekoniecznie do tego dojrzał, nie mamy odpowiedniego zaplecza. Dodatkową kwestią jest to, że ludzie szukają też pracy poza granicami Polski.

Według ostatniego raportu ManpowerGroup („Niedobór talentów 2022”) 7 na 10 pracodawców – od branży produkcyjnej po marketing, handel czy budownictwo – zgłaszało trudności ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników o odpowiednich umiejętnościach połączonych z pożądanymi kompetencjami miękkimi (np. odporność na stres, umiejętność adaptacji, rzetelność, dyscyplina, kreatywność). Z największymi wyzwaniami w zakresie niedoboru talentów mierzą się zwłaszcza małe i średnie przedsiębiorstwa oraz sektory takie jak gastronomia i hotelarstwo, bankowość i finanse, produkcja, budownictwo, zdrowie, edukacja, IT i technologie oraz handel.

– Najtrudniejsze dla rekruterów nie jest samo dotarcie do kandydata, bo tutaj mamy odpowiednie narzędzia, ale zbudowanie relacji z nim. Chodzi o to, żeby pracować na jego motywacji i utrzymać go w procesie rekrutacyjnym, kiedy jest bombardowany bardzo dużą liczbą ofert. Samo dotarcie do kandydata i zainteresowanie go ofertą nie jest już tak dużym wyzwaniem. Dlatego jeżeli prowadzimy rekrutację, która ma kilka etapów, musimy wiedzieć, jak podtrzymać kandydata w tym procesie, jak go motywować i zachęcać, żeby on cały czas był zainteresowany i chciał do końca tej rekrutacji z nami zostać – mówi Magdalena Radomska.

Eksperci agencji People zwracają uwagę, że utrzymywaniu rynku pracownika sprzyjają także zmiany pokoleniowe i potrzeby pracowników, szczególnie tych młodszych, i coraz większa transparentność w ogłoszeniach o pracę dotycząca widełek płacowych. Poza tym w tym roku wejdzie w życie również szereg korzystnych dla pracowników zmian w prawie, np. dotyczących pracy zdalnej. Elastyczność miejsca i godzin pracy jest coraz częściej oczekiwanym standardem przez kandydatów do pracy.

Zdaniem ekspertów agencji People kolejne miesiące mogą przynieść zmniejszenie liczby ofert i wzrost liczby kandydatów poszukujących nowego zajęcia. Obie strony będą ostrożniej podchodziły do rekrutacji. Pracownicy zdecydowani na zmianę pracy będą się wyróżniać na rynku, bo spodziewany jest wzrost liczby kandydatów, którzy tylko będą badać rynek, szczególnie jeśli ich dotychczasowy pracodawca nie będzie oferował im poczucia bezpieczeństwa i stabilności.

Prace nad przełomowymi innowacjami prowadzą już nawet nastolatkowie. Młodzi badacze otrzymali granty na rozwój swoich wynalazków

Technologie węglowe w medycynie, pozyskiwanie z roślin wartościowych substancji, które mogą być wykorzystywane w medycynie i kosmetologii, czy nowatorskie metody zapobiegania powikłaniom związanym z zespołem kruchości kości – to przykłady obszarów, którymi zajmują się młodzi badacze, nagrodzeni w pierwszej edycji programu grantowego „Talenty Jutra”. Zorganizowała go powołana przez Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) Fundacja Empiria i Wiedza, która zapowiada, że będzie to program cykliczny. Wsparcie finansowe jest dziś jedną z największych potrzeb młodych badaczy i może zdecydować o rozwijaniu ich projektów w Polsce.

– Wspieramy młodych naukowców, bo wierzymy w ich potencjał i talent. Już dzisiaj obserwujemy młodych, którzy tworzą nowe projekty, wynalazki, pracują nad badaniami, które są w stanie zmieniać polską naukę. Wierzymy też, że to młodzi Polacy mogą stworzyć nowe centrum innowacji na świecie i to centrum będzie właśnie u nas, w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Zuzanna Piasecka, prezes Fundacji Empiria i Wiedza.

– Młodzi naukowcy potrzebują wsparcia finansowego, żeby móc kontynuować i rozwijać swoje pasje, badania, zainteresowania. To jest m.in. kwestia laboratorium, kupienia albo wynajęcia sprzętu. Za tym wszystkim muszą iść finanse, ale młodzi naukowcy potrzebują też mentorów, czyli ludzi, którzy ich poprowadzą. Dzisiaj tworzymy zespołowe Nagrody Nobla, dostają je zespoły często nawet kilkusetosobowe. Dlatego taki młody człowiek musi się nauczyć pracować w zespole i potrzebuje mentora, który mu powie, że droga, którą idzie, jest właściwa – mówi Stefan Janta, dyrektor Planetarium Śląskiego, które było patronem honorowym gali finałowej konkursu „Talenty Jutra”.

Niskie zarobki, uniemożliwiające utrzymanie się wyłącznie z nauki, brak wsparcia finansowego przez cały okres studiów doktoranckich, konieczność podjęcia pracy niezwiązanej z tematem badań, a w konsekwencji często porzucanie kariery naukowej z powodów finansowych – to od lat jedne z głównych bolączek młodych naukowców. Wskazywali na nie m.in. uczestnicy badania przeprowadzonego w 2017 roku w ramach Projektu Naukowiec polskiej sieci EURAXESS. Młodzi naukowcy podkreślali w nim, że wobec braku stałego finansowania głównym narzędziem rozwoju własnej kariery są dla nich granty. Prawie 88 proc. młodych naukowców zadeklarowało, że poszukuje informacji na temat grantów, konkursów i stypendiów, a blisko 79 proc. – że ubiega się o grant krajowy.

– W Polsce nie ma zbyt wielu instytucji, które chciałyby wspierać młodych ludzi. Zazwyczaj jednak patrzy się na zwrot z zainwestowanej kwoty. Empiria i Wiedza wychodzi temu naprzeciw – mówi Stefan Janta.

– Empiria i Wiedza jest fundacją powołaną przez Bank Gospodarstwa Krajowego w czasie pandemii, kiedy to wsparcie szeroko rozumianej edukacji było szczególnie potrzebne. Wspieramy zarówno tych, którzy jeszcze nie do końca odkryli swój potencjał, ale też dmuchamy w żagle tym najzdolniejszym – mówi Zuzanna Piasecka.

Wspieranie i inspirowanie młodych ludzi do tworzenia innowacji i realizacji projektów naukowo-badawczych, zwłaszcza w naukach ścisłych i medycynie, to cel zainicjowanego przez fundację programu grantowego „Talenty Jutra”. W tym roku odbyła się jego pierwsza edycja.

– „Talenty Jutra” to program skierowany do młodych ludzi, między 15. a 25. rokiem życia, którzy mają nie tylko pomysł, ale i pierwsze doświadczenia z badaniami, pracują już nad rozwojem swojego wynalazku z obszaru nauk ścisłych i medycyny – mówi prezes Fundacji Empiria i Wiedza.

Do tegorocznej, pierwszej edycji programu napłynęła ponad setka zgłoszeń nowatorskich prac naukowych i wynalazków, w kategoriach takich jak biotechnologia, informatyka i nauki inżynieryjno-techniczne, nauki biologiczne, nauki o zdrowiu i medycyna, nauki chemiczne oraz nauki o Ziemi i środowisku, nauki fizyczne i astronomia. Jury – składające się z 15 naukowców, reprezentujących różne dyscypliny oraz różne uczelnie i instytuty badawcze z całej Polski – wyłoniło spośród nich 50 najlepszych, finałowych projektów.

– Jestem spokojny o przyszłość polskiej nauki, bo w szeregi naukowców poszukujących innowacji wstępują bardzo zdolne osoby, które z pewnością będą godnie nas zastępować i tworzyć naukę na wysokim poziomie, naukę, która rozwiązuje rzeczywiste problemy i potrzeby społeczeństwa. Właśnie w te problemy celują nasi finaliści i laureaci – mówi prof. dr hab. inż. Łukasz Albrecht, prorektor ds. nauki Politechniki Łódzkiej.

Spośród finalistów jury wybrało ostatecznie 20 najlepszych projektów i przyznało im granty o łącznej wartości pół miliona złotych, które ufundował Bank Gospodarstwa Krajowego. Uroczysta gala finałowa, podczas której ogłoszono zwycięzców, odbyła się w tym tygodniu w Planetarium Śląskim w Chorzowie, a udział wzięli w niej polscy i zagraniczni przedstawiciele świata nauki.

– Zapał tych młodych ludzi do uprawiania nauki i prowadzenia badań jest dostatecznie duży, żeby ta nauka w Polsce się rozwijała. Potrzebna jest tylko odpowiednia polityka i wsparcie, żeby ten zapał nie zgasł – podkreśla prof. dr hab. inż. Andrzej Ożyhar, prorektor ds. nauki Politechniki Wrocławskiej.

Jak zauważa, wielu spośród tegorocznych finalistów ma ambicję zmieniania świata na lepsze, co odzwierciedlają prowadzone przez nich projekty i badania.

– Mój projekt jest ukierunkowany głównie na pomoc i wsparcie pacjentów w wieku geriatrycznym. Każdy z nas będzie kiedyś w podeszłym wieku, dlatego istotne są m.in. metody zapobiegania poważnym powikłaniom związanym z zespołem kruchości kości. Na tym właśnie opiera się mój projekt. Dotychczas nikt nie powiązał ze sobą w sposób molekularny dwóch zagrażających życiu jednostek chorobowych, czyli zespołu kruchości i choroby wieńcowej, która dotyka nawet 25 proc. Polaków. Jest to przełomowe rozwiązanie, które dużo wniesie do współczesnej kardiologii i pozwoli pacjentów z zespołem kruchości traktować w sposób szczególny – mówi Julia Cieśla, laureatka nagrody w jednej z kategorii.

Obok głównych nagród pięciu finalistów programu „Talenty Jutra” otrzymało od fundacji BGK wyróżnienia związane z inicjatywą 3W, czyli woda-wodór-węgiel. Organizatorzy wskazują bowiem, że w nadchodzących latach to właśnie ten obszar gospodarki będzie się intensywnie rozrastał, a te surowce będą punktem wyjścia większości prowadzonych w Polsce badań i wprowadzanych w życie innowacyjnych rozwiązań. Dwie nagrody specjalne związane z inicjatywą 3W trafiły w tym roku do rąk Jakuba Ostrowskiego i Kajetana Grzelki.

– Pierwszy z projektów, wyróżnionych nagrodą specjalną, alokuje technologie węglowe w medycynie. Drugi dotyczy natomiast pozyskiwania z roślin bardzo wartościowych substancji, które mogą być wykorzystywane w medycynie i kosmetologii – precyzuje Maciej Przybyła, dyrektor zarządzający pionem strategii w BGK.

– Mój projekt zatytułowany „Dojenie korzeni” polega na wielokrotnym uzyskiwaniu od roślin związków aktywnych. Jego przełomowość polega na tym, że jest to jedyny taki projekt w Polsce oraz na świecie, który łączy w sobie dwa zagadnienia: elektroporację i solwenty eutektyczne. Elektroporacja to zwiększenie ilości oraz średnicy porów w błonach komórek korzeni roślin pod wpływem prądu elektrycznego. Przez te pory z korzeni rośliny do solwentów eutektycznych, czyli zgodnych ze związkami zawartymi w płynie międzykomórkowym roślin, płyną substancje aktywne, które mogą być dalej badane i na ich podstawie mogą być opracowywane nowe leki czy nowe klasy leków. W przypadku rośliny, którą się zajmuję, to są cztery związki, które mają właściwości m.in. przeciwdepresyjne i przeciwnowotworowe – wyjaśnia Kajetan Grzelka.

Laureaci tegorocznego konkursu „Talenty Jutra” wskazują, że pozyskane w nim granty umożliwią im przede wszystkim kontynuowanie badań i dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.

– Ta wygrana napawa mnie dużym optymizmem i utwierdza w przekonaniu, że kierunek, w którym idę, ma sens, że to może przyczynić się do rozwoju szeregu nowych technologii – dodaje Kajetan Grzelka.

Będąca częścią BGK Fundacja Empiria i Wiedza zapowiada, że tegoroczna edycja programu grantowego była pierwszą, ale nie ostatnią. Kolejny nabór w konkursie ma wystartować w przyszłym roku.

– Chcemy, żeby to był program cykliczny – zapowiada prezes fundacji. – Zwłaszcza że uczestnicy konkursu są bardzo zadowoleni, mamy też bardzo dobry odzew od jury, które jest pod wrażeniem jakości i innowacyjności nadesłanych projektów i wierzy, że ci młodzi ludzie naprawdę będą zmieniać świat.

Sądy może zalać w tym roku kolejna fala pozwów frankowych. Kredytobiorcy czekają na kolejne rozstrzygnięcie TSUE

W sądach jest obecnie ok. 20–25 proc. umów frankowych i przewiduje się, że pojawi się ich jeszcze drugie tyle – mówi adwokat Andrzej Zorski, który tym tematem zajmuje się od sześciu lat. Jak wskazuje, duża część frankowiczów wstrzymuje się z pozwem do czasu rozstrzygnięcia przez TSUE kwestii tego, czy po unieważnieniu umowy kredytu frankowego bankowi przysługuje jeszcze prawo do wynagrodzenia za wieloletnie korzystanie z jego kapitału. Rozstrzygnięcie w tej sprawie jest spodziewane w maju, ale adwokat ocenia, że i w tym przypadku orzecznictwo TSUE powinno się okazać dla kredytobiorców korzystne.

– Od dwóch–trzech lat widzimy już bardzo stałą linię orzecznictwa polskich sądów w sprawach frankowiczów. Praktycznie 98 proc. tych umów frankowych jest unieważnianych. Sąd Najwyższy jest już niemal całkowicie zgodny w tej kwestii, podobnie jak Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który też od kilku lat podtrzymuje swoją linię orzeczniczą. Dlatego w 2023 roku umowy frankowe najprawdopodobniej wciąż będą unieważniane – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Zorski, adwokat i wspólnik w kancelarii Pilawska Zorski Adwokaci.

Z danych KNF wynika, że liczba spłacanych kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich wynosi nieco ponad 300 tys., a ich wartość to ok. 60 mld zł (październik 2022 roku). Chociaż Polacy posiadający hipoteki w CHF stanowią niewielki odsetek całej populacji kredytobiorców, to jednak kwota ich całkowitego zadłużenia jest znacząca, a sprawy frankowe stanowią obecnie istotną część sporów toczących się przed polskimi sądami.

– Obecnie w sądach jest około 20–25 proc. umów frankowych i przewiduje się, że jeszcze drugie tyle się pojawi. A biorąc pod uwagę, że banki proponują bardzo kiepskie ugody w porównaniu do tego, co można uzyskać w sądzie, to z pewnością spodziewałbym się w tym i przyszłym roku kolejnej fali pozwów – mówi ekspert.

Frankowiczów zainteresowanych skierowaniem swojej sprawy na drogę sądową jest z każdym rokiem coraz więcej, ponieważ zachęcają ich do tego m.in. statystyki zapadłych orzeczeń. Te zaś w 98 proc. spraw są dla kredytobiorców korzystne. Sprawy frankowe toczą się w polskich sądach od wielu lat i praktycznie wszystkie kwestie prawne zostały już wyjaśnione, a prokonsumencki wyrok TSUE z 8 września 2022 roku usunął już niemal wszystkie wątpliwości dotyczące kwestii unieważniania wadliwych umów frankowych.

– Rozstrzygnięta jest główna zasada, czyli kwestia ważności bądź nieważności umów frankowych. Pozostają jeszcze roszczenia poboczne, czyli kwestia wynagrodzenia dla banków za korzystanie z kapitału i kwestia ewentualnych odsetek ustawowych za opóźnienia w procesie – wyjaśnia adwokat.

Jak wskazuje, prawo do wynagrodzenia za korzystanie z kapitału to ostatnia ważna do rozstrzygnięcia kwestia dotycząca kredytów frankowych. Chodzi o sprawę C-520/21, w której Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia zwrócił się do TSUE z tzw. pytaniem prejudycjalnym dotyczącym tego, czy w przypadku unieważnienia umowy kredytu frankowego ze względu na niedozwolone zapisy bankowi należy się wynagrodzenie za bezumowne wieloletnie korzystanie z jego kapitału. W ostatnich miesiącach wielu frankowiczów, zwłaszcza tych walczących o unieważnienie umowy, dostało w tej sprawie pozew od swojego banku.

Wynagrodzenie za korzystanie z kapitału w polskim systemie prawnym w ogóle nie istnieje. To jest twór stworzony przez banki trzy–cztery lata temu, kiedy one zaczęły przegrywać procesy frankowe i musiały wymyślić coś, żeby powstrzymać falę ludzi przed pójściem do sądu. I wymyśliły właśnie to – mówi Andrzej Zorski. – Jeżeli sąd unieważni umowę kredytu frankowego, to tak naprawdę powinniśmy rozliczyć się z bankiem na zero. W dużym skrócie: pożyczyliśmy 300 tys. zł i musimy oddać łącznie 300 tys. zł. I nic ponadto, żadnych odsetek, żadnego dodatkowego wynagrodzenia. Natomiast banki utrzymują, że należy im się jeszcze tzw. wynagrodzenie za to, że my przez kilkanaście lat z tych 300 tys. zł korzystaliśmy.

Jego zdaniem jest to czynnik, który wielu frankowiczów powstrzymuje przed złożeniem pozwu.

– Rzeczywiście odnosi to efekt mrożący, część osób boi się jeszcze pozywać banki właśnie z powodu braku rozstrzygnięcia tej kwestii. Natomiast moim zdaniem Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej absolutnie na to nie pozwoli, nie ma mowy, żeby po unieważnieniu tych umów jeszcze coś bankowi się należało. Najprawdopodobniej w okolicach maja TSUE zajmie się tą kwestią – mówi adwokat z kancelarii Pilawska Zorski Adwokaci.

Wielu kredytobiorców decyduje się na drogę sądową dopiero wówczas, gdy analogiczną sprawę wygra ktoś ze znajomych lub z rodziny.

– Kiedy już zobaczą, że ta hipoteka rzeczywiście jest wykreślona, że sprawa jest prawomocnie wygrana, to wtedy najprawdopodobniej i oni pójdą do sądu – mówi Andrzej Zorski.

Tym, co w ostatnich miesiącach motywuje frankowiczów do skierowania swojej sprawy na drogę sądową, jest z kolei wysoki kurs franka i spadek wartości złotego, które mocno odbijają się na wysokości rat. Większość ekspertów przewiduje, że jeśli frank szwajcarski w ciągu paru miesięcy podrożeje do 6 zł, kredytobiorcy przestaną się wahać i zaczną kwestionować swoje umowy, żeby uchronić domowe budżety przed katastrofą.

Z danych zagregowanych przez portal Frankowicze.net wynika, że listopad ub.r. okazał się najlepszym jak dotąd miesiącem pod względem liczby wyroków wydanych na korzyść kredytobiorców. Kancelarie wyspecjalizowane w prowadzeniu spraw frankowych w ciągu miesiąca zaraportowały po około 50–60 korzystnych wyroków każda, z czego znaczną część stanowiły orzeczenia prawomocne.

Do rozstrzygnięcia pozostają jeszcze wpadkowe kwestie, takie jak zarzuty zatrzymania czy zarzuty potrącenia, ale one tak naprawdę dotyczą już wyłącznie kwestii rozliczenia po unieważnieniu umowy kredytowej. Tak więc jeśli ktoś jeszcze się zastanawia, czy iść do sądu albo jakie ma szanse, żeby taką umowę unieważnić, to moja rada jest taka, że z pewnością warto. Dotychczasowe statystyki pokazują, że ok. 98 proc. takich spraw jest wygranych. Pozostałe 2 proc. to są na ogół sprawy bardziej kredytów przedsiębiorczych niż konsumenckich – mówi adwokat.

Ważne rozstrzygnięcie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Może mieć przełożenie na toczące się postępowania frankowe

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uchylił decyzję UOKiK-u, który przeszło dwa lata temu nałożył karę na Santander Bank Polska. Kara dotyczyła stosowania niedozwolonych zasad ustalania kursów walut, na podstawie których naliczane są raty kredytów indeksowanych m.in. do euro i franka szwajcarskiego. SOKiK w uzasadnieniu ustnym wskazał m.in., że mechanizm ustalania kursów przez bank jest obiektywny, a stosowanie spreadów jest normalną praktyką rynkową. Nieprawomocne na razie rozstrzygnięcie może mieć duży wpływ na sprawy frankowe, które toczą się przed polskimi sądami. Te będą bowiem brać go pod uwagę w swoim orzecznictwie.

 To rozstrzygnięcie, które jest niezwykle ważne z perspektywy kształtowania rynku usług finansowych – mówi agencji Newseria Biznes dr Piotr Bodył Szymala. – Sąd nie podzielił zarzutu dotyczącego nierzetelności, abuzywności klauzul zawartych w taryfach walutowych i uznał, że kara nałożona przez UOKiK w 2020 roku na Santander Bank Polska – ale podobne kary były nakładane też na inne banki – jest niezasadna. Mówiąc wprost: sąd uznał, że kształtowanie ceny walut na rynku usług finansowych w Polsce jest normalną i dopuszczalną praktyką, a taryfy bankowe, które przewidują takie rozwiązania, są legalne.

Ponad dwa lata temu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył w sumie ponad 60 mln zł kary na trzy banki – BNP Paribas (26,6 mln zł), Bank Millennium (10,5 mln zł) oraz Santander Bank Polska (23,6 mln zł) – za stosowanie niedozwolonych klauzul dotyczących zasad ustalania kursów walut, na podstawie których naliczane są raty kredytów indeksowanych m.in. do euro i franka szwajcarskiego. Według UOKiK-u wskutek tych zapisów banki mają możliwość subiektywnego kształtowania kursów walutowych, stanowiących podstawę ustalania wysokości rat płaconych przez kredytobiorców.

– Od strony technicznej zarzuty UOKiK-u dotyczyły tego, że bank sam ustala kurs, kierując się ceną rynkową, oraz stosuje w ramach tego kursu element wynagrodzenia, a na dodatek sposób opisania tego mechanizmu ustalenia kursu w klauzulach umownych nie daje konsumentowi szansy na zbadanie, czy bank rzetelnie przeprowadził ten proces – wyjaśnia Piotr Bodył Szymala.

Santander odwołał się od tej decyzji, a w ubiegłym tygodniu Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przyznał mu rację – 24 listopada br. uchylił decyzję UOKiK stwierdzającą abuzywność klauzul stosowanych przez bank.

– UOKiK uznał, że jeżeli bank zachowuje swobodę, nawet niewielką, w zakresie kształtowania kursów walutowych, to znaczy, że wykorzystuje swoją dominującą pozycję względem konsumenta. Natomiast sąd w listopadowym rozstrzygnięciu stwierdził, że to jest normalna praktyka rynkowa i rozwiązania umowne przewidujące, że konsument może spłacać swój dług albo w walucie, albo alternatywnie kupując walutę po kursie ustalonym przez bank, są legalne i usprawiedliwione – podkreśla radca prawny.

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w ustnym orzeczeniu wskazał, że Santander nie ma dowolności w ustalaniu tabel kursowych, a mechanizm ustalania kursów przez bank jest obiektywny. Bank wskazywał źródło kursów rynkowych (serwis Reuters) i dopuszczał odchylenia o +/-1 proc., więc nie można tu mówić o rażącym odchyleniu. Ponadto konsument mógł zweryfikować rzetelność kursu zastosowanego przez bank. Mógł także sam ocenić, czy kurs banku mu odpowiada, i ewentualnie kupić walutę poza bankiem. SOKiK wskazał również, że bank może stosować spread i jest to działanie rynkowe.

– Sąd wyjaśnił, że nie każdy model kształtowania cen byłby z jego perspektywy akceptowalny. Jednak ten konkretny – w którym jest nawiązanie do stawek publikowanych w Reutersie i który dopuszcza rozsądne odchylenie od rynku – został oceniony jako rzetelny – mówi Piotr Bodył Szymala.

Ekspert wskazuje, że to stanowisko SOKiK może mieć wpływ na sprawy frankowe, które toczą się przed polskimi sądami. Te będą bowiem brać je pod uwagę w swoim orzecznictwie.

SOKiK nie badał jednej konkretnej sprawy, to było postępowanie w sprawie decyzji urzędu, ale przedmiotem analizy były klauzule umowne. Zatem jeżeli sąd stwierdza, że te klauzule umowne dotyczące sposobu ustalenia kursu nie są abuzywne, to z perspektywy wielu sporów dotyczących kredytów denominowanych we frankach lub indeksowanych do franka ma to znaczenie. Czy zamyka to postępowania indywidualne? Oczywiście nie, ponieważ inne sądy powszechne analizują każdą sprawę oddzielnie. Natomiast SOKiK – jako wyspecjalizowany sąd – ma wpływ także na orzecznictwo i zachowania innych sądów. A w ramach tego postępowania, które zakończyło się 24 listopada br., dał swego rodzaju świadectwo rzetelności tymże klauzulom, co powinno być uwzględniane w indywidualnych sprawach sądowych – mówi  radca prawny. – Trzeba jednak poczekać, w jaki sposób sądy powszechne przeanalizują to rozstrzygnięcie.

Jak wskazuje, podobne wyroki zapadały wcześniej też w innych europejskich krajach.

– To jest de facto powtórzenie rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego Austrii sprzed dwóch lat, który rozpatrywał podobną sprawę i także uznał, że normalną praktyką rynkową jest kształtowanie przez poszczególne banki kursów walut, a także stosowanie spreadów, czyli tej różnicy, na której bank zarabia. Tę myśl dostrzegamy w rozstrzygnięciu Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – mówi ekspert Monitora Prawa Bankowego. – W ramach europejskiego rynku mamy jedną dyrektywę o niedozwolonych klauzulach umownych 93/13. I ona powinna w taki sam sposób obowiązywać i w Austrii, i w Polsce.

Na ubiegłotygodniowe orzeczenie SOKiK zareagował Santander Bank Polska, który wyraził zadowolenie, że sąd uznał jego argumenty. Orzeczenie na razie nie jest jeszcze prawomocne. Bank czeka na jego pisemne uzasadnienie. 

Deweloperzy i właściciele mieszkań z rynku wtórnego zaczynają obniżać ceny nieruchomości. Mniejszy popyt będzie się utrzymywał w kolejnych kwartałach

Wysoka inflacja i stopy procentowe oraz wymóg bufora wprowadzony przez KNF radykalnie zmniejszyły zdolność kredytową Polaków. Wraz z nią spadło zapotrzebowanie na mieszkania, w efekcie na rynku widać już pierwsze obniżki cen lokali, bądź to w formie rabatów, bądź nawet niższych cen wywoławczych. Sytuacja na rynku pozostanie trudna przez kolejne kwartały, i to nie tylko dla branży deweloperskiej, ale też np. wykończeniowej czy meblarskiej. Także planujący zakupy inwestycyjne stali się ostrożniejsi w podejmowaniu decyzji zakupowych.

– Popyt na rynku nieruchomości, w szczególności na rynku mieszkaniowym, ewidentnie bardzo spadł. Jest to spowodowane zmniejszeniem dostępności kredytów hipotecznych. W ostatnich miesiącach banki udzielają ich o około 70 proc. mniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Drogomirecki, ekspert rynku nieruchomości Morizon.pl, Gratka.pl. 

BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe spadł w październiku 2022 roku o 68,7 proc. rok do roku. Oznacza to, że w przeliczeniu na dzień roboczy w danym miesiącu banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 68,7 proc. w porównaniu do października 2021 roku. To przekłada się na liczbę zaciągniętych pożyczek, a więc na drastyczny spadek gospodarstw kupujących na własne potrzeby mieszkaniowe. Pomimo że od dwóch miesięcy RPP nie podnosi stóp procentowych, kredyty hipoteczne nadal są poza zasięgiem wielu Polaków. Mniejszą liczbę klientów widać zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym.

 Zmniejszony popyt przekłada się na sytuację cenową na obu tych rynkach. Na rynku pierwotnym deweloperzy zasadniczo obniżek jeszcze nie wprowadzają, ale jest szereg obniżek zakamuflowanych, czyli rabaty, bonusy, promocje. W ten sposób końcowa realna cena, którą potencjalny klient zgłaszający się do dewelopera płaci, jest niższa od tej, którą widzimy w ofercie – mówi Marcin Drogomirecki.

Z ostatnich danych z NBP wynika, że po trzech kwartałach br. za mieszkania na rynku pierwotnym i tak trzeba płacić o 17,5 proc. więcej niż przed rokiem, a na rynku wtórnym – o 13,6 proc. Kupujących może cieszyć jednak to, że dynamika wzrostów zmalała. Jak wynika z analizy Morizon.pl, w październiku br. w 15 analizowanych miastach odnotowano minimalny spadek cen na poziomie 0,19 proc. w stosunku do września. W niektórych miastach spadki były jednak nieco wyraźniejsze. 

– Czas sprzedaży, zarówno mieszkania, domu, jak i działki, systematycznie się wydłuża, co jest spowodowane brakiem klientów. W miarę upływu tego czasu, kiedy klientów na zakup oferowanej nieruchomości nie ma, właściciele decydują się na przekonanie ich przez obniżanie cen. W tym okresie eksponowania oferty średnio te obniżki są już kilkuprocentowe, sięgają w momencie transakcji 10 proc. względem ceny wywoławczej – mówi ekspert Morizon.pl.

Trend spadkowy ma postępować. Z „Raportu o inflacji”, jaki opracował Departament Analiz Ekonomicznych NBP, a sam bank centralny przedstawił w listopadzie, wynika, że tempo wzrostu cen będzie się utrzymywało na wysokim poziomie jeszcze przez wiele kwartałów. W I kw. 2023 roku sięgnie szczytu (19,6 proc.), a dopiero pod koniec 2025 roku zejdzie do 3 proc., co i tak przekracza cel inflacyjny, choć pozostaje w paśmie dopuszczalnych odchyleń.

– Zatem klientów kredytowych, którzy stanowili ogromną część popytu na rynku pierwotnym, w najbliższym czasie nie będzie, tak więc ożywienia na tym rynku szybko się spodziewać nie należy – ocenia ekspert. – Zakupy inwestycyjne mieszkań cały czas są czynione, wiele osób chcąc zabezpieczyć posiadane oszczędności przed inflacją, kupuje mieszkania z myślą o ich wynajmie. Ale oczywiście też klienci mający gotówkę nie kupują wszystkiego jak leci, też obserwują ten rynek, są bardziej wstrzemięźliwi w zakupach i szukają prawdziwych okazji.

Podaż nowych nieruchomości będzie coraz mniejsza. Jak wynika z danych GUS, od stycznia do października br. rozpoczęto budowę 178,3 tys. mieszkań, czyli o ponad 25 proc. mniej niż przed rokiem, przy czym w segmencie deweloperskim ten spadek wyniósł 28,3 proc. Mniejsza była także liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym (o 9,4 proc.).

– Wstrzymanie wielu inwestycji i problemy na rynku budowlanym spowodują prawdopodobnie konsekwencje nie tylko w zatrudnieniu w tej branży, ale również w szeregu innych segmentów gospodarki: w wyposażeniu wnętrz, meblarstwie, wykończeniówce – podkreśla Marcin Drogomirecki. 

Banki przygotowują się na globalne spowolnienie gospodarcze. Spodziewają się zwiększonego zapotrzebowania firm na kapitał obrotowy

Na funkcjonowanie biznesu negatywnie przekłada się inflacja, zwłaszcza w segmentach energetycznym i spożywczym, podbita przez COVID-19 i wojnę za naszą wschodnią granicą oraz związane z tym problemy z łańcuchami dostaw. Na globalne spowolnienie gospodarcze przygotowują się banki, które spodziewają się zwiększonego zapotrzebowania firm na kapitał obrotowy. – Jako Polska, jako gospodarka powinniśmy się zachowywać elastycznie i starać się wykorzystać obecną sytuację – mówi Jerzy Kwieciński, wiceprezes Banku Pekao SA. Pozytywny impuls dla polskiego biznesu może stanowić proces odbudowy ukraińskiej gospodarki. 

– W ostatnich dwóch latach mieliśmy do czynienia z niespotykanym w okresie ostatnich kilkudziesięciu lat procesem deglobalizacji. Zaczęło się od konfliktu amerykańsko-chińskiego, ale w tej chwili inne problemy techniczne powodują, że łańcuchy dostaw są coraz silniej przycinane i mamy do czynienia z nowymi trendami, a mianowicie z koncentracją tych łańcuchów w miejscach dystrybucji, w miejscach, gdzie produkty i usługi są oferowane – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Kwieciński. – Z jednej strony możemy powiedzieć, że jest to niekorzystny wpływ, bo on ogranicza współpracę międzynarodową, ale z drugiej strony uważam, że w tej trudnej sytuacji Polska i nasze firmy mają swoją szansę dlatego, że to oznacza przenoszenie pewnej produkcji do Europy Środkowo-Wschodniej, również do Polski.

Ostatnie dwie dekady były okresem intensywnej globalizacji handlu. Wejście Chin do WTO (Światowej Organizacji Handlu) w 2001 roku przyczyniło się do dynamicznego rozwoju gospodarczego Państwa Środka i umożliwiło im łatwiejszy dostęp do innych rynków, przede wszystkim zachodnich. Sytuacja ta spowodowała wzrost znaczenia handlu zagranicznego dla chińskiej gospodarki – w rekordowym 2006 roku odpowiadał on za prawie 65 proc. PKB tego kraju. Przykładowo w 2017 roku udział ten wynosił 40 proc., natomiast udział Chin w światowym handlu kształtował się na poziomie 13,4 proc., co dało temu krajowi trzecie miejsce po UE i USA. Z drugiej strony tanie dostawy z Chin obniżyły globalne ceny towarów. Ceną, którą Zachód płacił za tę korzyść, był wyciek zachodnich technologii i budowanie dzięki tej wiedzy przez Chiny własnego know-how.

Etap ten zakończyła rozpoczęta za prezydentury Donalda Trumpa wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która za rządów demokraty Joe Bidena tylko przybrała na sile. Eksperci podkreślają, że konfrontacja była nieuchronna bez względu na to, jaka opcja polityczna stoi u steru na Kapitolu. Dodatkowo po wybuchu pandemii nastąpiły zatory w globalnych łańcuchach dostaw, co zresztą także było spowodowane polityką Chin, tzw. zero covid, czyli zamykaniem całych miast, portów, regionów bez względu na konsekwencje gospodarcze.

Pod koniec lutego dodatkowym czynnikiem odpowiadającym za nowy podział świata stała się inwazja Rosji na Ukrainę.

– Wydawało się, że konflikt za naszą wschodnią granicą będzie przede wszystkim dotykał Europy i naszego regionu. Ale jego efekty są w tej chwili widoczne na całym świecie. Instytucje międzynarodowe obniżają wskaźniki makroekonomiczne dotyczące wzrostu gospodarczego, produkcji przemysłowej, handlu i to jest bezpośredni wynik wojny – mówi wiceprezes Banku Pekao SA. – Dodatkowo mamy szoki w niektórych sektorach, przykładowo bardzo silny wzrost nośników energii, wręcz mówimy o kryzysie energetycznym, który dotyka przede wszystkim Europę. Mamy problem w sektorze żywnościowym dlatego, że te dwa kraje, które biorą udział w wojnie, są znaczącymi eksporterami na rynki światowe.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy w ostatniej, październikowej prognozie ocenia, że globalny wzrost gospodarczy spowolni z 6 proc. w 2021 roku do 3,2 proc. w tym oraz do 2,7 proc. w 2023 roku. Z kolei inflacja w tym roku może sięgnąć 8,8 proc., a do poziomu z ubiegłego roku (4,7 proc.) zejdzie dopiero za dwa lata. Polska gospodarka, według MFW, zaliczy w kolejnych kwartałach mocne hamowanie – wzrost PKB obniży się z 5,9 proc. w 2021 roku do 3,8 proc. w tym oraz do 0,5 proc. w 2023 roku.

 Firmy są dotknięte kryzysem związanym ze wzrostem cen energii elektrycznej i nośników energii. To przekłada się na ich większe potrzeby finansowe, potrzebują więcej kapitału obrotowego i my – instytucje finansowe, banki – dostarczamy firmom tego kapitału. Natomiast przygotowujemy się do spowolnienia gospodarczego w najbliższych kwartałach. To już bardzo silnie dotknęło segment mikro- i małych firm. Duże firmy jeszcze kontynuują swoją działalność gospodarczą, budują zapasy, przygotowują się na ten okres spowolnienia – informuje Jerzy Kwieciński. 

Jak wynika z raportu banku, analizującego wyniki finansowe firm za I półrocze 2022 roku, firmy mają za sobą wprawdzie dość krótki, ale sprzyjający im okres postpandemicznego ożywienia, podczas którego mogły gromadzić solidną poduszkę finansową na gorsze czasy. Jednak w ostatnich miesiącach motory popytowe dla biznesu wyraźnie tracą na sile. Słabnie zarówno konsumpcja prywatna, inwestycje, jak i eksport.

– Uważam, że my jako Polska, jako gospodarka powinniśmy się zachowywać elastycznie i nie tylko narzekać na to, co się dzieje, ale starać się tę sytuację wykorzystać. To robią polskie firmy, również polskie instytucje finansowe, takie jak nasz bank – ocenia wiceprezes Banku Pekao SA.

Takie są też wnioski z raportu Banku Pekao SA przygotowanego w październiku pt. „Największa odbudowa nowoczesnej Europy. Wyzwania związane z powojenną rekonstrukcją ukraińskiej gospodarki”. Dane zbierane na bieżąco przez Kijowską Szkołę Ekonomii wskazują, że w pierwszych dniach września 2022 roku straty materialne Ukrainy osiągnęły blisko 115 mld dol. Największe są w zakresie budynków mieszkalnych, szeroko rozumianej infrastruktury transportowej (drogi, linie kolejowe, dworce, magazyny, porty morskie i lotnicze) oraz przemysłu i usług biznesowych – łącznie w tych trzech kategoriach bezpośrednie szkody wojenne szacuje się na blisko 93 mld dol.

Autorzy raportu szacują, że Polska może zyskać na odbudowie Ukrainy łącznie 32,5 mld zł (dzięki realizacji impulsu popytowego związanego z rekonstrukcją po bezpośrednich stratach wojennych). Korzyści bezpośrednie ujawnią się przede wszystkim w pierwszej fazie rekonstrukcji Ukrainy – praktycznie od razu po zakończeniu działań wojennych i osiągnięciu jakiejś formy porozumienia dyplomatycznego.

Korzyści pośrednie z kolei będą rozłożone równomiernie w czasie – wiele z nich wynikać będzie z procesu konwergencji Ukrainy do krajów wyżej rozwiniętych i z kontynuacji integracji z Unią Europejską. Ten kanał oddziaływania odbudowy Ukrainy wiązałby się z łącznymi korzyściami w wysokości 140–156 mld zł. Oczywiście będą one rozłożone na wiele lat.

 Wspieramy polski przemysł, finansujemy polskie przedsiębiorstwa, chcemy również pomagać im w odbudowie Ukrainy. Nasza gospodarka, nasze firmy będą miały dużą szansę, żeby na tym skorzystać – wskazuje Jerzy Kwieciński.

Wiceprezes Banku Pekao SA był uczestnikiem debaty „War in Ukraine ant its impact on global economy”, jaka odbyła się podczas Krynica Forum 2022. Trzydniowe wydarzenie stanowiło okazję do dyskusji na istotne tematy gospodarcze, polityczne, energetyczno-klimatyczne, zdrowotne i społeczne. Organizatorem Forum był Instytut Kościuszki.

Rynek kredytów hipotecznych w coraz większym kryzysie. Banki walczą o klientów posiadających zdolność kredytową

Kilka ostatnich miesięcy było najgorszym okresem na rynku kredytów hipotecznych od wielu lat. Podwyżki stóp procentowych i rekomendacje KNF-u spowodowały, że hipoteki stały się dostępne tylko dla nielicznych, a część klientów boi się zaciągać takie zobowiązanie w obecnym, niepewnym otoczeniu gospodarczym. – W kolejnych kwartałach wciąż będziemy odnotowywać zdecydowanie niższą sprzedaż – prognozuje Rafał Litwińczuk, wiceprezes Alior Banku, który chce przełamać niekorzystny trend nową ofertą dla tych, którzy nie zrezygnowali z planów zakupu własnego M. Klienci, którzy będą chcieli zaciągnąć kredyt hipoteczny w Alior Banku, będą mogli skorzystać z oferty bez prowizji i bez marży w pierwszym roku jego spłaty. 

– Rynek kredytów hipotecznych zmienił się diametralnie na przestrzeni ostatniego roku. Sprzedaż spadła o prawie 70 proc. Ostatni kwartał był niezwykle trudny dla całego sektora, ponieważ sprzedaż zamykała się na poziomie ok. 2 mld zł miesięcznie, co – w porównaniu z ubiegłym kwartałem, kiedy wynosiła ok. 7,5 mld zł – jest spadkiem drastycznym. Głównym tego powodem jest oczywiście dużo niższa zdolność kredytowa klientów i wyższe stopy procentowe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Litwińczuk, wiceprezes zarządu Alior Banku.

Po serii 11 podwyżek stóp procentowych NBP i rekomendacji KNF-u, która wiosną tego roku narzuciła bankom obowiązek stosowania wyższego buforu bezpieczeństwa przy wyliczaniu zdolności kredytowej, rynek kredytów mieszkaniowych od miesięcy notuje ostre spadki. Według opracowywanego przez Związek Banków Polskich raportu AMRON-SARFiN w II kwartale br. banki udzieliły niecałe 38,4 tys. kredytów mieszkaniowych, co oznacza prawie 44-proc. spadek względem analogicznego okresu rok wcześniej. Wartość nowo udzielonych kredytów hipotecznych wyniosła 13,54 mld zł i była niższa o blisko 39 proc. r/r. Średnia wartość kredytu mieszkaniowego wciąż utrzymywała się jednak na poziomie ok. 350 tys. zł.

Dane Biura Informacji Kredytowej za wrzesień br. wskazują, że o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 13,58 tys. potencjalnych kredytobiorców w porównaniu do 41,94 tys. rok wcześniej. Oznacza to spadek o 67,6 proc. r/r. Dalsze prognozy też nie są dobre: przygotowywany przez ZBP Index Pengab wskazuje na pogłębiającą się perspektywę pogorszenia dynamiki akcji kredytowej w kolejnych miesiącach.

Na szczęście nie odnotowano na rynku spadku cen nieruchomości. Utrzymują się one na stabilnym poziomie. Natomiast klienci po prostu rzadziej decydują się w tej chwili na takie zobowiązania. Dlatego w kolejnych kwartałach wciąż będziemy odnotowywać zdecydowanie niższą sprzedaż – prognozuje Rafał Litwińczuk.

Na rynku nieruchomości wciąż pozostaje jednak grupa klientów, którzy chcą kupić własne M i szukają możliwości kredytowania. Dla nich Alior Bank wprowadził właśnie nową ofertę kredytów hipotecznych, w ramach której w pierwszym roku spłaty wysokość raty kredytu będzie uzależniona tylko od wskaźnika referencyjnego WIBOR 3M.

Oferta „Lekki start” jest całkiem nowym podejściem do kredytów hipotecznych. Po spełnieniu przez klienta określonych warunków – dotyczących posiadania rachunku w Aliorze i bankowania z nami – w pierwszym roku spłaty marża będzie na zerowym poziomie – mówi wiceprezes banku. – Dzięki temu w pierwszym roku po zaciągnięciu tego zobowiązania klient będzie mieć dużo większe możliwości wykończenia i aranżacji swojego nowego mieszkania. Dopiero od 13. miesiąca spłaty i w kolejnych latach będzie stosowana marża na poziomie minimum 1,8 pp.

Ten poziom będzie stałym składnikiem oprocentowania kredytu, obowiązującym do końca trwania umowy. Bank nie pobierze też prowizji za przygotowanie i zawarcie umowy. 

– Klienci, którzy zaciągną takie zobowiązanie, będą w pewien sposób związani z Alior Bankiem i mamy nadzieję, ze docenią naszą ofertę – mówi Rafał Litwińczuk. – Oczekujemy też, że w jakiś sposób skłoni to ludzi, którzy w tej chwili nie są w stanie zdecydować się na zakup nieruchomości, do podjęcia takiej decyzji.

Jak wskazuje, nowa oferta jest częścią strategii ukierunkowanej na zwiększenie udziału Alior Banku w rynku kredytów hipotecznych.

– Alior oferuje też kredyt ze stałą stopą, w którym klient może zabezpieczyć sobie pierwszych siedem lat okresu spłaty. To też jest pewnym wyróżnikiem, ponieważ większość banków oferuje w tej chwili kredyt ze stałą stopą na okres pięciu lat – mówi wiceprezes Alior Banku.

Ogłoszenie nowej oferty przez Alior Bank odbyło się podczas międzynarodowego kongresu Krynica Forum ’22 – Wzrost i Odbudowa, łączącego ludzi biznesu, polityki i nauki. Organizatorem trzydniowego wydarzenia był Instytut Kościuszki.

Powstaje wielki „plan Marshalla” dla Ukrainy. Polskie firmy chcą w nim jak najszerzej uczestniczyć

Nowy plan Marshalla – tak nazywany jest ogromny projekt odbudowy Ukrainy, której koszt według Banku Światowego sięgnie przynajmniej 349 mln dol., a według rządu w Kijowie nawet dwukrotnie więcej. Szczegółowe ustalenia dotyczące tego, w jaki sposób Zachód weźmie udział tym procesie, już trwają, choć terminu zakończenia wojny na razie nie sposób przewidzieć. – Zainteresowanie odbudową Ukrainy jest duże. A ponieważ jest to ogromne przedsięwzięcie, i tak wiele podmiotów, państw i organizacji będzie w nim uczestniczyć, to wszyscy oczekują od instytucji europejskich roli koordynacyjnej – mówi przedstawiciel Komisji Europejskiej Maciej Popowski. Gotowość do odbudowy Ukrainy i wejścia na tamtejszy rynek deklarują też polskie firmy.

– W maju tego roku Komisja Europejska zapowiedziała, że jest gotowa – wspólnie z ukraińskimi władzami – podjąć się koordynacji odbudowy Ukrainy ze zniszczeń wojennych. I teraz przygotowujemy założenia takiej platformy odbudowy, która powinna powstać w najbliższych tygodniach i która będzie ciałem koordynującym działania wspólnoty międzynarodowej – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Popowski z Dyrekcji Generalnej ds. Polityki Sąsiedztwa i Negocjacji w sprawie Rozszerzenia UE (DG NEAR) w Komisji Europejskiej.

Z szacunków Banku Światowego wynika, że w tym roku gospodarka Ukrainy może się skurczyć o 35 proc. z powodu utracenia przez kraj zdolności produkcyjnych, zniszczeń dużej części areału ziem uprawnych oraz spadku dostępności siły roboczej, ponieważ wojna zmusiła do wyprowadzki 14 mln Ukraińców. Z opublikowanego na początku września br. raportu Banku Światowego wynika też, że obecny koszt odbudowy Ukrainy – obejmujący moce wytwórcze, infrastrukturę oraz potrzeby społeczne – wynosi przynajmniej 349 mld dol., czyli półtorakrotność całej gospodarki Ukrainy z 2021 roku, sprzed rozpoczęcia wojny. W nadchodzących miesiącach ta kwota może jednak stale rosnąć, bo działania wojenne trwają, a Rosja intensyfikuje ataki m.in. na infrastrukturę krytyczną w dużych miastach.

– Oczywiście nikt nie ma takich pieniędzy w gotówce. Dlatego trzeba stworzyć nowe instrumenty, gwarancje, długoterminowe kredyty, które będzie można wykorzystać do sfinansowania odbudowy Ukrainy we współpracy ze wszystkimi partnerami, którzy są zainteresowani zaangażowaniem w ten proces. To są m.in. międzynarodowe i krajowe banki rozwojowe: Europejski Bank Inwestycyjny, Bank Światowy. W Polsce takim podmiotem mógłby być też Bank Gospodarstwa Krajowego – mówi ekspert. – Zainteresowanie odbudową Ukrainy jest duże. Ale ponieważ jest to ogromne przedsięwzięcie i tak wiele podmiotów, państw i organizacji będzie w nim uczestniczyć, to wszyscy oczekują takiej roli koordynacyjnej właśnie od instytucji europejskich.

Unia do tej pory przeznaczyła na odbudowę Ukrainy 19 mld euro. Eksperci podkreślają potrzebę równoległego wdrażania programu reform w tym kraju, które przygotują go do członkostwa w Unii Europejskiej w przyszłości. Chodzi m.in. o reformy ustrojowe i nakierowanie na walkę z korupcją.

– W czerwcu br. Ukraina stała się już krajem kandydującym do Unii Europejskiej. Oczywiście z tym wiążą się zobowiązania i bardzo złożony proces dostosowania ukraińskiego prawa i instytucji do europejskich norm, standardów, wymagań. Proces odbudowy Ukrainy też jest okazją, żeby przyspieszyć te reformy instytucjonalne, transformację energetyczną, cyfryzację – wymienia pełniący obowiązki dyrektora generalnego w DG NEAR.

Na początku lipca br. w szwajcarskim Lugano odbyła się międzynarodowa konferencja dotycząca odbudowy Ukrainy – Ukraine Recovery Conference (URC 2022), na której pojawiło się prawie 1 tys. delegatów, w tym przedstawiciele ponad 40 krajów oraz kilkudziesięciu organizacji międzynarodowych, takich jak Europejski Bank Inwestycyjny oraz Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Na zakończenie konferencji jej uczestnicy podpisali tzw. Deklarację z Lugano, w której nakreślili siedem zasad odbudowy tego kraju. Dotyczą one m.in. koncentracji na wewnętrznych reformach w tym kraju, praworządności, ograniczenia wpływu oligarchów i zwalczania korupcji. Podkreślono też potrzebę poszanowania zasad zrównoważonego rozwoju podczas odbudowy Ukrainy ze zniszczeń wywołanych rosyjską napaścią.

– Polskie firmy są zainteresowane udziałem w tym procesie, ponieważ biznes generalnie interesuje się możliwościami rozwoju i zwiększania swoich zysków w różnych obszarach. Ze strony obu rządów jest wola takiej współpracy, są już tworzone ramy prawne i finansowe, a reszta w rękach firm. Dlatego próbujemy kojarzyć ze sobą polskie i ukraińskie przedsiębiorstwa, w tym celu otworzyliśmy też biuro w Kijowie. I to już zaczyna się dziać na razie w małej skali, która będzie rosła – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, który zorganizował w Warszawie międzynarodową konferencję poświęconą procesowi odbudowy Ukrainy i współpracy biznesu w tym zakresie.

Polska ma przygotować dla Ukrainy ofertę dotyczącą współpracy w odbudowie tego kraju z wojennych zgliszczy, opartą na możliwościach spółek Skarbu Państwa i prywatnego biznesu. Wicepremier Jacek Sasin już w kwietniu br. zwrócił się do państwowych firm z pytaniem o ich gotowość do udziału w tym procesie. Rząd liczy przy tym na przewagę względem innych państw m.in. ze względu na bliskość kulturową i dobre relacje oraz duże zaangażowanie polskich firm na ukraińskim rynku jeszcze przed wojną. 

– Polski i ukraiński biznes w wielu obszarach jest kompatybilny, np. w sektorze rolno-spożywczym. Ukraina ma gigantyczną produkcję rolną, Polska ma doświadczenie, know-how i rozwinięty przemysł przetwórczy na bardzo wysokim poziomie, więc wspólnie jesteśmy w stanie stworzyć światową potęgę. To samo dotyczy sektora np. zbrojeniowego. Natomiast z pewnością tutaj będą konieczne gwarancje rządowe i zaangażowanie wielkich spółek Skarbu Państwa – mówi Cezary Kaźmierczak.

Wśród polskich firm zainteresowanie działalnością w Ukrainie jest bardzo duże. Gotowość do odbudowy tego kraju zgłosiło już ok. 1,2 tys. polskich przedsiębiorstw, które przystąpiły w tym celu do specjalnego programu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Są wśród nich giganci polskiego rynku. Podczas październikowej konferencji „Europe – Poland – Ukraine. Rebuild Together”, zorganizowanej przez ZPP i WEI, doradca zarządu PGNiG ds. Ukrainy Ireneusz Derek poinformował, że spółka chce jeszcze w tym roku dokonać pierwszych odwiertów gazu na zachodzie Ukrainy. Przypomniał też, że PGNiG kupiło w tym celu ukraińską spółkę wydobywczą wraz z odpowiednią koncesją.

– Polska może też pomóc Ukrainie w odbudowie infrastrukturalnej. Tutaj mamy doświadczenie i wiele średnich firm budowlanych, które dzięki temu mają szansę na internacjonalizację i rozwój, mają szansę stać się firmami dużymi – mówi prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Bardzo dobrze zaczyna się rozwijać sektor IT.

ZPP wspólnie z Amazon Web Services uruchomił IT Skills 4U, projekt szkoleniowy dla obywateli Ukrainy, który ma im pomóc w zdobyciu nowych umiejętności cyfrowych i rozpoczęciu kariery w branży IT. W ramach programu zostanie przeszkolonych ok. 12 tys. osób i jak podkreśla prezes ZPP, dzięki temu sektor cyfrowy w Ukrainie mocno się rozwinie.

Zorganizowana na początku października br., międzynarodowa konferencja „Europe – Poland – Ukraine. Rebuild Together” zgromadziła ok. 900 delegatów – przedsiębiorców, ekspertów, parlamentarzystów i polityków – którzy rozmawiali o powojennej odbudowie Ukrainy. W trakcie debaty premier Mateusz Morawiecki zaznaczył, że Polska opowiada się za konfiskatą rosyjskiego kapitału i przeznaczeniem go właśnie na ten cel. Takie stanowisko zaprezentował też minister w Kancelarii Prezydenta RP Jakub Kumoch.

Polska, jak podkreślali uczestnicy, jest ważnym sojusznikiem Ukrainy na arenie międzynarodowej, ale żeby polski biznes w większym stopniu zaistniał  na ukraińskim rynku i zaangażował się w odbudowę Ukrainy, administracja obu krajów musi stworzyć przyjazne i przejrzyste przepisy. Prezes ZPP Cezary Kaźmierczak wskazał jednak, że dzięki zacieśnieniu polsko-ukraińskiej współpracy w przyszłości ten region może nabrać dużego znaczenia politycznego i gospodarczego. 

Rozstrzygnięcie TSUE w sprawie frankowiczów może mieć wpływ na inne umowy konsumenckie. Nawet po latach od ich wykonania będą mogły być podważane

Dziś odbyło się posiedzenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który ma rozstrzygnąć, czy w razie unieważnienia hipoteki frankowej bankowi przysługuje prawo do wynagrodzenia za usługę finansową w związku z wieloletnim korzystaniem z kapitału udostępnionego kredytobiorcy. – Konsument jest przecież właścicielem nieruchomości zakupionej ze środków udostępnionych mu w ramach kredytu. Wartość tej nieruchomości w ostatnich latach rosła. Mimo to konsument żąda od banku zwrotu wszystkich zapłaconych rat, a sam zwraca tylko kapitał. To jest sytuacja niemożliwa w normalnych warunkach rynkowych – mówi Anna Cudna-Wagner, partner w Kancelarii CMS. Jak podkreśla, rozstrzygnięcie TSUE w sprawie C520/21 będzie mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sporów na linii kredytobiorcy–banki, ale wpłynie też na stabilność całego polskiego sektora finansowego.

– W przypadku negatywnego dla banków rozstrzygnięcia TSUE trzeba by się zastanowić, jaki to będzie mieć wpływ nie tylko na sektor finansowy, ale i inne sektory gospodarki, w których przedsiębiorcy zawierają umowy z konsumentami. Tę sprawę można bowiem łatwo odnieść do każdej innej, długoterminowej umowy konsumenckiej. Może się okazać, że takie porozumienia po latach czy nawet już po wykonaniu tych umów będą mogły zostać podważone przez konsumenta, który dąży do uzyskania towaru czy usługi za darmo – mówi Anna Cudna-Wagner, partner w Kancelarii CMS Cameron McKenna Nabarro Olswang Pośniak i Bejm.

Z danych Związku Banków Polskich, udostępnionych Business Insiderowi, wynika, że na koniec maja br. w Polsce toczyło się ok. 90 tys. indywidualnych spraw dotyczących hipotek frankowych i tylko w I kwartale br. do sądów napłynęło 16,6 tys. nowych pozwów przeciwko bankom dotyczących niedozwolonych klauzul w umowach kredytów denominowanych i indeksowanych do franka. Dotychczasowe orzecznictwo w takich sprawach było raczej korzystne dla frankowiczów, którzy w przypadku unieważnienia przez sąd wadliwej umowy frankowej zwracają bankowi tylko kwotę nominalną kredytu, bez odsetek. Jednak coraz częściej to banki pozywają frankowiczów, domagając się od nich zwrotu kapitału oraz wynagrodzenia za korzystanie ze środków udostępnionych im w ramach kredytu.

– Oprócz zwrotu kapitału banki domagają się także zwrotu wartości usługi finansowej, jaką przedstawia korzystanie z tego kapitału – mówi ekspertka. – Unijna dyrektywa (Dyrektywa Rady 93/13/EWG w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich – przyp. red.) mówi o przywróceniu równości stron i tego – jak ujął to już wcześniej Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej – aby konsument znalazł się w takiej sytuacji, w jakiej byłby, gdyby w umowie nie było kwestionowanych postanowień. Jednak sytuacja, w której konsument zwraca wyłącznie kapitał, nią nie jest.

Na 12 października br. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zaplanował rozprawę, podczas której ma się zająć sprawą, czy banki mają prawo do wynagrodzenia za bezumowne korzystanie z kapitału. To odpowiedź na pytanie prejudycjalne, które w sierpniu ub.r. zadał TSUE Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. Stanowisko TSUE dotyczące tej sprawy będzie jednoznaczną odpowiedzią na pytanie, czy w razie unieważnienia umowy kredytu frankowego bankowi przysługuje prawo do wynagrodzenia za to, że kredytobiorca przez lata korzystał z udostępnionego mu kapitału.

– Banki nie żądają pieniędzy z tytułu nieważnej umowy. Banki oczekują tylko wyrównania tej wartości, którą konsument rzeczywiście uzyskał. On otrzymał określone pieniądze na cel mieszkaniowy, bez obowiązku zwrotu tych pieniędzy wcześniej niż w ustalonym czasie. I możliwość korzystania z tych pieniędzy też ma oczywiście swoją wartość – podkreśla Anna Cudna-Wagner. – Konsument jest przecież właścicielem nieruchomości zakupionej ze środków udostępnionych mu w ramach kredytu. Wartość tej nieruchomości w ostatnich latach rosła. Mimo to konsument żąda od banku zwrotu wszystkich zapłaconych rat, a sam zwraca tylko kapitał. To jest sytuacja niemożliwa w normalnych warunkach rynkowych.

Wyrok TSUE w sprawie C-520/21 jest oczekiwany przez tysiące polskich frankowiczów i będzie mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sporów na linii kredytobiorcy – banki. Wpłynie też na skalę kosztów ponoszonych przez sektor bankowy.

– Gdyby TSUE nie podzielił argumentów wysuwanych przez banki, to bezpośrednie konsekwencje tego negatywnego rozstrzygnięcia zostały oszacowane przez Komisję Nadzoru Finansowego na ok. 100 mld zł. Tyle wyniesie strata na poziomie całego sektora. I taka kwota z całą pewnością negatywnie odbije się na możliwości współdziałania banków z innymi sektorami gospodarki w Polsce czy za granicą – mówi partner w Kancelarii CMS.

Jak wskazuje, sektor finansowy poniesie stratę i tak nawet jeżeli TSUE przyzna bankom prawo do wynagrodzenia za wieloletnie korzystanie z ich kapitału przez kredytobiorców frankowych.

– Komisja Nadzoru Finansowego oszacowała straty całego sektora finansowego w Polsce w różnych scenariuszach rozstrzygnięcia problemu frankowego. I w scenariuszu, w którym bank jest uprawniony do zwrotu nie tylko nominalnej kwoty kapitału, ale także wartości, jaką ten kapitał przedstawia, ta strata sektora została oszacowana na ponad 50 mld zł. To oczywiste, że banki – nawet w razie pozytywnego dla nich rozstrzygnięcia TSUE – i tak poniosą istotną stratę – mówi Anna Cudna-Wagner. – Nie jest zasadny argument, z którym spotykamy się w publicznej debacie, mówiący, że roszczenia banków o zwrot wartości usługi finansowej, jaką jest korzystanie z kapitału, nie powinny być uwzględnione, ponieważ banki nie poniosłyby z tego tytułu żadnej straty.

W tym sporze wypowiadają się m.in. UOKiK, KNF i Rzecznik Praw Finansowych, a także polski rząd, który swoje stanowisko do sprawy nr C-520/21 przekazał na piśmie do TSUE.

– Gdyby konsument oddawał wyłącznie kapitał, doszłoby do jego bezpodstawnego wzbogacenia się o wartość, jaką przedstawia na rynku korzystanie z tego kapitału – podkreśla partner w Kancelarii CMS Cameron McKenna Nabarro Olswang Pośniak i Bejm. – Najłatwiej wytłumaczyć, na czym polega to bezpodstawne wzbogacenie, porównując jego sytuację do kredytobiorcy, który zaciągnął kredyt złotówkowy. Ten kredytobiorca złotówkowy przez kilkanaście lat spłaca wynagrodzenie dla banku w postaci odsetek kapitałowych. Natomiast kredytobiorca frankowy, którego umowa została unieważniona, oddaje wyłącznie kapitał. Rynkowy koszt tego kapitału stanowi jego bezpodstawne wzbogacenie.