Polski sektor bankowy ma jedne z najmniejszych aktywów w UE w stosunku do PKB. To oznacza słabsze możliwości finansowania rozwoju gospodarki

Polski system bankowy jest sprawny i nowoczesny, ale w stosunku do wielkości gospodarki ma na tle innych europejskich krajów niewielkie aktywa. Dodatkowe obciążenia, zarówno podatkowe, jak i związane z potencjalnymi rozstrzygnięciami w sprawie kredytów frankowych i kwestionowaniem WIBOR-u, mogą ograniczyć jego zdolność do finansowania projektów polskich firm na skalę stojących przed nimi wyzwań, takich jak transformacja energetyki, robotyzacja czy mieszkalnictwo. Zdaniem Krzysztofa Pietraszkiewicza, szefa ZBP, już dziś możliwości banków w tej dziedzinie są o połowę za małe w stosunku do potrzeb rozwoju gospodarki.

– Ważne jest, żeby bankowość rozwijała się w tempie co najmniej takim, jak wzrasta PKB, ponieważ w przeciwnym wypadku polska gospodarka nie będzie się rozwijać w sposób prawidłowy, nie miałaby szans konkurencyjnych. Przed nami realizacja wielu programów rozwojowych regionalnych, sektorowych, część tych nakładów będziemy musieli pożyczyć za granicą, ale część będziemy musieli mobilizować na naszym lokalnym rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz. – Przed nami programy związane z ciepłownictwem, które musi być nowoczesne, przed nami modernizacja gospodarki, cyfryzacja, automatyzacja, robotyzacja, przed nami wreszcie realizacja wielu projektów rozwojowych, w tym także w mieszkalnictwie, które będą związane z unikaniem technologii i rozwiązań niosących mocny ślad węglowy.

Polski sektor bankowy należy do grupy sektorów krajów UE o najniższej relacji aktywów do produktu krajowego brutto (PKB). Z najnowszego dostępnego raportu NBP „Rozwój systemu finansowego w Polsce w 2021 roku”, opublikowanego w listopadzie 2022 roku, wynika, że relacja ta obniżyła się w 2021 roku do 97,4 proc., a sama wielkość aktywów wyniosła 2,556 bln zł. Łącznie aktywa całego systemu finansowego (banków, banków spółdzielczych, domów maklerskich, TFI, zakładów ubezpieczeń, firm leasingowych, pożyczkowych i faktoringowych) w relacji do PKB w 2021 roku stanowiły 133,4 proc. PKB, podczas gdy w Węgrzech 143,5 proc., w Czechach 174,1 proc., na Słowacji 150,6 proc., a w strefie euro 567,4 proc.

– W Polsce system bankowy jest znacznie mniejszy aniżeli w innych krajach zbliżonej wielkości – podkreśla prezes Związku Banków Polskich. – To znaczy, że zdolność polskich banków, które są nowoczesne i sprawne, ale od strony kapitałowej są znacznie mniejsze, do finansowania rozwoju polskiej gospodarki jest znacznie słabsza.

Jak podkreśla, sektor bankowy – dzięki solidnym kapitałom, regulacjom i nadzorowi – dobrze poradził sobie ze światowym kryzysem finansowym sprzed kilkunastu lat, a co za tym idzie, mógł wspierać finansowanie firm i konsumentów, sam odprowadzając wysokie podatki do budżetu państwa.

Natomiast po paru latach jesteśmy w sytuacji znacznie trudniejszej. Po pierwsze, nie jesteśmy w stanie, ze względu na wysokość kapitałów, ale także ograniczone oszczędności, finansować gospodarki w takim stopniu, aby ona weszła na poziom inwestycji na poziomie średnio unijnym 22 proc. PKB. My mamy dzisiaj nieco ponad 16 proc. Możemy podać rocznie połowę nowego kredytu w stosunku do tego, co powinniśmy podawać, a więc potrzebny jest nam kapitał, potrzebne są nam oszczędności, w szczególności długoterminowe – przyznaje Krzysztof Pietraszkiewicz.

Kapitał banki mogą pozyskać, szukając inwestorów, którym zależy na zwrocie z kapitału, albo wypracowując organicznie zyski i przeznaczając je na kapitał. Jednak, jak mówi prezes organizacji zrzeszającej banki, nie spotyka się to ze zrozumieniem ani opinii publicznej, ani polityków. Do obciążeń w postaci podatku bankowego i wakacji kredytowych doszło zagrożenie wyrokiem TSUE ws. frankowiczów. Jeśli sądzić po wydanej w lutym opinii rzecznika tej instytucji, oczekiwany wyrok może się okazać niekorzystny dla banków i zwolnić klientów, którzy mają unieważnione z powodu klauzul abuzywnych umowy o kredyty frankowe, z płacenia odsetek za czas, w którym korzystali z pożyczonego od banku kapitału.

Dodatkowo wskutek wzrostu inflacji i stóp procentowych oraz gwałtownego wzrostu rat kredytów w złotym pożyczkobiorcy zaczynają kwestionować stosowanie WIBOR-u w złotowych umowach hipotecznych. Wprawdzie w jego miejsce ma w ciągu dwóch lat wejść w życie WIRON, jednak dotyczyć to będzie nowych umów. Komitet Stabilności Finansowej ds. nadzoru makroostrożnościowego podtrzymał ocenę, że brak jest podstaw prawnych i ekonomicznych do negowania prawidłowości wyznaczania wskaźnika referencyjnego WIBOR stosowanego w umowach kredytowych. Jednocześnie po raz pierwszy zaliczył kwestionowanie tego wskaźnika do ryzyk systemowych.

– Nie odrobiliśmy w kraju lekcji, co robić, aby utrzymać podstawowe reguły prawne i ekonomiczne, ale jednocześnie przyjść z pomocą klientom w sytuacjach kryzysowych. Bardziej jesteśmy przygotowani na to w stosunku do przedsiębiorców poprzez systemy poręczeniowo-gwarancyjne, natomiast spotkaliśmy się ze zorganizowanymi grupami, które odrzucają propozycje zawierania ugód, porozumień z wykorzystaniem środków dodatkowych, aby złagodzić dla nich skutki rozwiązań kredytowych. Musimy się wzajemnie tego nauczyć i mam nadzieję, że się nauczymy, że z tych problemów wyjdziemy wszyscy mocniejsi – ocenia szef ZBP.

Z gwarancji kredytowych BGK skorzystało już ponad 250 tys. firm. Przez 10 lat stworzyły i utrzymały dzięki temu pół miliona miejsc pracy

Udzielane przez BGK gwarancje de minimis, czyli zabezpieczenie spłaty kredytu obrotowego lub inwestycyjnego dla firm z sektora MŚP, okazały się dużym sukcesem. W ciągu ostatnich 10 lat skorzystało z nich ćwierć miliona przedsiębiorstw, które stworzyły lub utrzymały dzięki temu ponad 500 tys. miejsc pracy. Statystyki pokazują też, że firmy, które sfinansowały swoje inwestycje kredytami zabezpieczonymi przez BGK, osiągają znacznie lepsze wyniki finansowe i są bardziej innowacyjne niż cały sektor MŚP. Co istotne, takie wsparcie okazało się szczególnie pomocne w czasie pandemii COVID-19 i po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Kwota gwarancji de minimis udzielonych w trzech kryzysowych latach to niemal 60 proc. ogólnej kwoty z ostatniej dekady. 

– System poręczeniowo-gwarancyjny Banku Gospodarstwa Krajowego jest nieodłącznym filarem wsparcia sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Jeszcze 10 lat temu, kiedy ten system wchodził w życie, gwarancje dotyczyły początkowo tylko kredytów obrotowych. Następnie zostały rozszerzone również na możliwości finansowania kredytów inwestycyjnych. To rozwiązanie zostało bardzo dobrze przyjęte przez przedsiębiorców, którzy chętnie z niego korzystają. Ten program sprawdza się zarówno w okresie koniunktury, jak i dekoniunktury oraz w sytuacjach, które stanowią większe wyzwanie, jak pandemia czy wojna w Ukrainie – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Skuza, wiceminister finansów.

Gwarancje de minimis to jedna z form pomocy udzielanych w ramach dopuszczalnej pomocy publicznej na zabezpieczenie spłaty kredytu obrotowego lub inwestycyjnego dla mikro-, małych lub średnich przedsiębiorstw. Program jest realizowany przy ścisłej współpracy Banku Gospodarstwa Krajowego z Ministerstwem Finansów i sektorem bankowym.

W ciągu ostatnich 10 lat BGK udzielił gwarancji de minimis na łączną kwotę 167 mld zł, dzięki czemu banki komercyjne zabezpieczyły kredyty o łącznej wartości 258 mld zł. Z tych gwarancji skorzystało ponad 245 tys. przedsiębiorców. Pozwoliło im to uzyskać dostęp do finansowania, zwiększyć zatrudnienie i zainwestować w innowacyjne projekty.

– Dzięki tym gwarancjom mocno rozwinęła się w Polsce przedsiębiorczość. Doskonała współpraca z bankami komercyjnymi i bankami spółdzielczymi – bo to one udzielają kredytów zabezpieczonych gwarancją de minimis – pozwala przedsiębiorcom, których bez tego nie byłoby stać na kredyt, sięgać po nowe możliwości rozwoju – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. 

Z raportu Departamentu Badań i Analiz BGK („Efekty programu gwarancji de minimis”) wynika, że w ciągu ostatniej dekady przedsiębiorcy, którzy skorzystali z kredytów zabezpieczonych gwarancjami de minimis, zachowali lub utworzyli ponad pół miliona miejsc pracy. Tym samym zwiększali zatrudnienie czterokrotnie częściej niż cały sektor MŚP. Dziś już średnio co czwarty kredyt dla firm na polskim rynku jest zabezpieczony gwarancjami de minimis. Ich odbiorcy osiągają znacznie lepsze wyniki finansowe niż cały sektor MŚP ogółem, a niemal każdy, kto skorzystał z tego instrumentu, poleciłby go swoim znajomym przedsiębiorcom.

– Dzisiaj wielu przedsiębiorców, ale też wiele banków komercyjnych i spółdzielczych nie wyobraża sobie rozwoju swoich systemów kredytowych dla małych i średnich firm bez programu gwarancji de minimis – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.

Polska jest generalnie krajem na dorobku i wiele firm, szczególnie mikro- i małych, dysponuje znikomym kapitałem. Kiedy chcą realizować projekty rozwojowe albo kiedy sytuacja w ich branży albo w całej gospodarce jest niepewna – tak jak teraz – wierzyciele szukają zabezpieczeń i większej pewności, że udzielone im pożyczki czy kredyty zostaną spłacone. Stąd też te gwarancje udzielane mikro-, małym i średnim przedsiębiorcom odgrywają często kluczową rolę – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Statystyki BGK pokazują, że wsparcie w postaci gwarancji de minimis okazało się szczególnie pomocne w czasie pandemii COVID-19 i po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Kwota gwarancji udzielonych w tych ostatnich trzech, kryzysowych latach to niemal 60 proc. ogólnej kwoty od 2013 roku.

– Kiedy dochodzi do jakichś zaburzeń, szoków – takich jak kryzys finansowy czy pandemia – wierzyciele, którzy dysponują środkami, dzięki tym gwarancjom chętniej angażują się w finansowanie podmiotów gospodarczych. W innym wypadku to zaangażowanie byłoby o wiele mniejsze, brak gwarancji oznaczałby wiele miliardów kredytów mniej w polskiej gospodarce – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Gwarancje de minimis sprawdzają się jednak nie tylko w czasie kryzysu, ale także jako produkt rozwojowy, sprzyjający budowie potencjału polskich firm. Z badań BGK wynika, że mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa korzystające z tego instrumentu są bardziej innowacyjne. Podczas gdy w całym sektorze MŚP w innowacje inwestuje niespełna 1/3 firm, wśród przedsiębiorstw korzystających z gwarancji de minimis ten odsetek sięga 46 proc. Co więcej, firmy, które finansowały swoje inwestycje kredytami zabezpieczonymi przez BGK, zdecydowanie rzadziej niż inne przedsiębiorstwa wstrzymywały, spowolniały lub ograniczały swoje inwestycje.

– Obecnie aktualizujemy program gwarancji de minimis. Rozważane są również możliwości wsparcia programów poręczeniowo-gwarancyjnych z wykorzystaniem środków unijnych. Chciałbym również zaznaczyć, że do końca tego roku istnieje możliwość skorzystania z gwarancji płynnościowych, które zostały wprowadzone rok temu w wyniku wybuchu wojny w Ukrainie – mówi Sebastian Skuza.

– Aktualnie dysponujemy sześcioma systemami gwarancyjnymi i dwa kolejne rozwijamy. Te systemy gwarancyjne wspierają głównie małe i średnie przedsiębiorstwa, ale kryzys wywołany pandemią COVID-19 spowodował potrzebę pomyślenia również o dużych firmach, które też znalazły się w trudnej sytuacji. Gwarancje płynnościowe, kryzysowe, którymi dysponujemy, pomagają rozwijać się właśnie tym dużym podmiotom, które potrzebują inwestycji albo po prostu trochę więcej kapitału – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka. – Fakt, że systemy gwarancyjne Banku Gospodarstwa Krajowego odniosły tak duży sukces, oznacza, że warto je rozwijać. Już w tej chwili mamy szeroką paletę takich instrumentów, a we współpracy z bankami i przedsiębiorcami cały czas zastanawiamy się, czy istnieją potrzeby, które wymagałyby nowych rozwiązań.

Prezes mBanku: Pandemia upadłości w globalnej bankowości wydaje się mało prawdopodobna. Narastającym problemem sektora jest nadmiar regulacji

Ostatni tydzień przypomniał inwestorom na rynkach o kryzysie sektora finansowego z 2008 roku. Bankructwa dwóch banków w Stanach Zjednoczonych i popłoch na akcjach Credit Suisse spowodowały interwencje banków centralnych, ale niepokój co do kondycji i przyszłości sektora bankowego nie został jeszcze uśmierzony. Cezary Stypułkowski, prezes mBanku, uważa, że przeniesienie się tych problemów na globalny system nie jest bardzo prawdopodobnym scenariuszem, jednak napływ środków na rynki finansowe, który nastąpił w latach 2020–2021, tworzy trudno przewidywalne otoczenie. Narastającym problemem w sektorze jest nadmiar regulacji.

10 marca upadłość ogłosił Silicon Valley Bank, specjalizujący się w finansowaniu start-upów technologicznych z Doliny Krzemowej i funduszy venture capital, inwestujących w takie początkujące biznesy.

Upadek Silicon Valley Bank jest symboliczny, dlatego że tam miały miejsce dwie okoliczności, których nie sposób zignorować również z naszej perspektywy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Cezary Stypułkowski, prezes mBanku. – Pierwsza jest taka, że duży udział w strukturze bilansu miały rządowe papiery wartościowe, które uległy przecenie. Polski sektor bankowy też ma w strukturze swoich bilansów relatywnie dużo tego pieniądza.

W 2021 roku, gdy technologiczny indeks Nasdaq szybował na fali polockdownowego przekonania, że przyszłość należy już wyłącznie do świata cyfrowego, a rynek napompowany był pieniędzmi ze skupu obligacji prowadzonych przez banki centralne, banki lokowały tę nadpłynność w obligacjach skarbowych. Jednak przy zerowych stopach procentowych i rentownościach obligacje te nie dawały przestrzeni do zarobku. Potem nastąpił niewidziany od 40 lat wystrzał inflacji i rentowności, co oznaczało spadek cen obligacji. I stan posiadania banków zaczął się kurczyć.

Druga okoliczność, której zdaniem eksperta nie powinno się lekceważyć, to kwestia wsparcia rządowego dla banku znajdującego się w drugiej dziesiątce największych instytucji finansowych w USA. W pierwszej reakcji na niewypłacalność Silicon Valley Bank amerykańskie władze zapowiedziały, że pewność odzyskania środków mogą mieć (zgodnie z gwarancjami) posiadacze depozytów do 250 tys. dol. Jednak w przypadku SVB dotyczyło to zaledwie niespełna 3 proc. depozytów. To dlatego, że klientami banku były głównie firmy, a nie klienci detaliczni. Dlatego już w weekend władze federalne ogłosiły, że wszyscy klienci SVB (a potem też mniejszego, upadłego dwa dni później Signature Bank) mogą liczyć na pełną gwarancję wszystkich depozytów. Natomiast udziałowcy nie będą wspierani z pieniędzy podatników, jak miało to miejsce w 2008 roku.

 To jest kolejnym wzmocnieniem tego, co się technicznie u nas w środowisku nazywa moralnym hazardem. Bo powiedzmy wprost, pieniądz, który tam był utrzymywany, był utrzymywany przez relatywnie spekulacyjnych inwestorów. To, że oni uzyskali wsparcie, ja sobie interpretuję w ten sposób, że ci deponenci, którzy złożyli tam pieniądze, to były najbardziej innowacyjne fundusze zajmujące się promowaniem nowych technologii, co mogłoby zawalić w Stanach Zjednoczonych ten trend technologiczny. Wydaje mi się, że to była przesłanka do tego, żeby te depozyty zagwarantować – mówi dr Cezary Stypułkowski. – Sytuacja niestandardowa moim zdaniem i wydaje mi się, że będzie przedmiotem ponownych dyskusji i wątpliwości co do sposobu regulowania sektora bankowego w Stanach Zjednoczonych.

Jak przypomina, poprzedni kryzys finansowy też zaczął się w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii od problemów peryferyjnych instytucji finansowych, a następnie rozlał się szeroko na inne banki i rynki.

 Wszystkich konsekwencji nie jesteśmy w stanie przewidzieć, zwłaszcza w sytuacji, w której mamy tak duży napływ środków na rynek finansowy, które spowodowały z jednej strony inflację, a z drugiej strony osadzenie się tych pieniędzy w różnych elementach sektora finansowego – uważa prezes mBanku. – Ale jest to sygnał, który powinien każdego zastanowić, nas jako uczestników rynku i również regulatorów. Tym bardziej istotne jest to, żeby w polskich warunkach uporządkować elementy, które są niepotrzebnym i nieuzasadnionym elementem destabilizacji.

Niepokój zza oceanu przeniósł się do Europy, gdy największy akcjonariusz mającego od miesięcy problemy, drugiego co do wielkości szwajcarskiego banku Credit Suisse – Saudi National Bank – zapowiedział, że nie zwiększy finansowania tej instytucji z powodów regulacyjnych, żeby nie przekroczyć 10-proc. udziału. Akcje Credit Suisse notowane na kilku dużych giełdach straciły po 20–30 proc., a częściowo obrót nimi musiał zostać wstrzymany. Dopiero interwencja Szwajcarskiego Banku Narodowego, który zapowiedział dostarczenie Credit Suisse płynności do 50 mld franków, zahamowała spadki.

– Sektor finansowy na świecie jest relatywnie spójny, a skala przepływów jest nieporównywalnie większa niż np. towarów, usług i te współzależności są znaczne. Ale tzw. contagion effect, czyli przeniesienie się choroby z jednego do drugiego obszaru w postaci jakiejś pandemii sektora finansowego, wydaje mi się być mało prawdopodobny – ocenia dr Cezary Stypułkowski. – Rok 2008 pokazał, że tak się jednak może zdarzyć. Narastającym problemem sektora finansowego jest to, że mamy inflację regulacyjną, dramatyczny nadmiar regulacji i wydaje mi się, że te regulacje powodują narastanie tego nawisu i niezdolność podążania za współzależnościami różnych regulacji. Dzisiejsza warstwa regulacyjna jest niespójna, przesadzona i wiara w to, że za pomocą regulacji da się prowadzić działalność komercyjną, trudno mi jest przyjąć.

Mikroprzedsiębiorcy zaciągają znacznie mniej kredytów. Druga połowa roku może przynieść odbicie na tym rynku

W ubiegłym roku sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców była o ok. 12 proc. niższa – zarówno pod względem ilościowym, jak i wartościowym – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Najmocniej spadła akcja kredytowa w segmencie kredytów inwestycyjnych. Na decyzje mikrofirm wpłynęły duża niepewność i trudna sytuacja gospodarcza: galopująca inflacja i znaczące podwyżki stóp procentowych. Co więcej, miało to również przełożenie na pogorszenie się spłacalności już zaciągniętych kredytów. W tym półroczu sytuacja na rynku kredytowym dla mikrofirm powinna się stabilizować, a druga połowa roku może przynieść nawet odbicie.

– Rok 2022 był trudny gospodarczo, pojawiła się dość wysoka inflacja niewidziana od ponad 20 lat, nastąpił wzrost stóp procentowych do poziomu też niewidzianego od 20 lat. W dwóch ostatnich kwartałach roku wystąpiło spowolnienie wzrostu produktu krajowego brutto, czyli mamy dwa negatywne czynniki wpływające istotnie na sytuację na rynku kredytów dla mikroprzedsiębiorców. Rosnącej inflacji towarzyszy spadające tempo wzrostu gospodarczego, co możemy nazwać stagflacyjnością. I to bardzo niekorzystnie wpłynęło na akcję kredytową dla mikroprzedsiębiorców w roku 2022 – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Grupy BIK.

Wyniki z ubiegłego roku są znacznie poniżej poziomów z przedpandemicznego 2019 roku i tylko nieco lepsze niż w 2020 roku. Z danych BIK wynika, że w 2022 roku liczba kredytów w segmencie mikrofirm, czyli podmiotów zatrudniających od jednej do dziewięciu osób, spadła o 12 proc., a ich wartość – o 12,7 proc. Największe spadki odnotowano w branży produkcyjnej i handlowej, gdzie sprzedaż kredytów była niższa odpowiednio o 21,3 i 15,4 proc. Mikroprzedsiębiorcy z branży usługowej, która odpowiada za 42 proc. rynku, zaciągnęli o blisko 10 proc. mniej kredytów. Tu spadek nie był tak znaczący, bo niektóre segmenty sektora usług, jak rozrywka, kultura, sport czy turystyka – odbijające się po pandemicznych restrykcjach – potrzebowały finansowania zewnętrznego na rozwój. Z kolei w branży budowlanej liczba zaciąganych kredytów była zaledwie o 1,4 proc. niższa niż w 2021 roku. W rezultacie tych wszystkich spadków portfel zadłużenia mikrofirm w 2022 roku spadł o 1 mld zł i wyniósł na koniec grudnia nieco ponad 73 mld zł.

– Mikroprzedsiębiorcy zazwyczaj pożyczają na działalność bieżącą, operacyjną. Wynika to z udziału zarówno kredytów obrotowych, jak i kredytów w rachunku bieżącym jako podstawowych, dominujących produktów w portfelu kredytowym, ale również na inwestycje, chociaż tutaj mamy niski udział – około 25 proc. w zadłużeniu mikroprzedsiębiorców stanowią kredyty inwestycyjne. Co ciekawe, to właśnie kredyty inwestycyjne w 2022 roku najbardziej spadły – o około 37 proc. – wyjaśnia dr hab. Waldemar Rogowski.

Trend spadkowy w tym segmencie kredytów dla mikroprzedsiębiorców trwa od 2019 roku, co może świadczyć o tym, że warunki do planowania inwestycji nie były sprzyjające już od kilku lat. Sprzedaż kredytów obrotowych była na podobnym poziomie co w 2019 roku, z kolei w segmencie kredytów w rachunku odnotowano wzrost z 17 mld do 18,4 mld zł, choć – jak podkreśla ekspert – to akurat może świadczyć o problemach z płynnością finansową małego biznesu.

Z tym wiąże się też kolejny problem – pogarszająca się jakość portfela kredytowego mikrofirm. Zobowiązania, których spłata jest opóźniona o minimum 90 dni, stanowią już 16,4 proc. zaciągniętych kredytów (wobec niecałych 15 proc. na koniec 2021 roku). 

– Indeksy jakości są jeszcze na w miarę bezpiecznym poziomie, chociaż widzimy pogorszenie. Ono ma charakter selektywny. W trzech podstawowych branżach, czyli w handlu, produkcji, usługach, nastąpiło pogorszenie jakości, za to nieznaczne polepszenie jakości dotyczy branży budowlanej – informuje główny analityk Grupy BIK. – Zróżnicowanie widzimy także w aspekcie produktowym – tu najwyższe pogorszenie dotyczy kredytów inwestycyjnych, ale w kredytach w rachunku bieżącym nastąpiło polepszenie jakości spłaty kredytów.

Dane BIK wskazują, że zaległości kredytowe ciążyły na koniec ub.r. na 45 tys. mikrofirm. Dodatkowo ponad trzykrotnie więcej przedsiębiorców (165 tys.) ma zaległości pozakredytowe, a kolejne 22 tys. – zarówno kredytowe, jak i pozakredytowe. Co więcej, ponad 8,2 mld zł wynoszą długi mikrofirm, które zawiesiły lub zamknęły działalność, i to one są najbardziej zagrożone.

Główny analityk Grupy BIK uspokaja – ten rok nie powinien być dla rynku kredytów dla mikrofirm gorszy niż poprzedni. Jego zdaniem pewien wzrost akcji kredytowej jest możliwy już w I półroczu.

– Wynika to przede wszystkim z rozpoczętego procesu dezinflacyjnego i raczej braku podwyżek stóp procentowych. Uważamy, że w drugim półroczu zacznie ponownie wzrastać produkt krajowy brutto. Wszystkie te czynniki, czyli stabilne stopy procentowe, rosnący PKB i spadek inflacji, przyczynią się do dość dobrego drugiego półrocza. Na cały 2023 rok prognozujemy wzrost na poziomie 10 proc., jeżeli chodzi o kredyty inwestycyjne, natomiast jeżeli chodzi o kredyty w rachunku bieżącym i kredyty obrotowe, wzrost na poziomie 15 proc. w relacji do 2022 roku – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

Z prognoz BIK wynika, że w tym roku wartość sprzedanych kredytów wzrośnie z niecałych 16,3 mld do 18,7 mld zł.

Mikroprzedsiębiorstwa to najliczniejsza grupa firm w Polsce, odpowiadająca za 97 proc. ogólnej ich liczby oraz za blisko połowę PKB i 4,2 mln zatrudnionych. Finanse tych podmiotów często są silnie powiązane z prywatnymi budżetami ich właścicieli. To powoduje, że korzystanie z kredytów nie jest w tej grupie powszechne, szczególnie wśród młodych firm. Średnio w kredyt zaangażowanych jest 17 proc. podmiotów (511,6 tys.).

ZBP: Opinia Rzecznika TSUE niczego nie przesądza w sprawach frankowiczów. Widać w niej rozbieżności i sprzeczność z wcześniejszym orzecznictwem

Na razie banki będą czekać na finalne rozstrzygnięcie TSUE, które prawdopodobnie nastąpi w ciągu sześciu miesięcy – mówi Tadeusz Białek, wiceprezes Związku Banków Polskich, odnosząc się do czwartkowej opinii Rzecznika Generalnego TSUE. Zgodnie z nią kredytobiorcy mogą dochodzić względem banków roszczeń wykraczających poza zwrot świadczeń pieniężnych, ale decydować o tym mają sądy krajowe. Jednocześnie w opinii wskazano, że banki nie mogą się domagać od klienta wynagrodzenia za wieloletnie korzystanie z kapitału. ZBP zauważa jednak nieścisłości w samej opinii i podkreśla, że takie stanowisko byłoby niezgodne z wcześniejszym orzecznictwem. – W opinii jest wprost napisane, że bank również powinien odwoływać się do przepisów prawa krajowego. Innymi słowy i konsument, i bank są z punktu widzenia prawnego w tym samym punkcie – mówi ekspert.

 Opinia Rzecznika Generalnego nie ma charakteru wiążącego. To jest dosyć specyficzny instrument, pewnego rodzaju wskazówka dla TSUE, która nie do końca może być odzwierciedlona w treści ostatecznego rozstrzygnięcia. Nawet w polskich sprawach mieliśmy głośne przypadki, gdzie opinia i wyrok były rozbieżne. Tak było chociażby w przypadku powszechnie znanego, tzw. małego TSUE, czyli orzeczenia, które dotyczyło rozliczenia kosztów przedterminowej spłaty kredytu konsumenckiego. Dlatego też nie wiadomo, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie i czy Trybunał podzieli wnioski wynikające z opinii Rzecznika. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że w treści komunikatu i szczegółowej treści opinii są pewne rozbieżności – mówi agencji Newseria Biznes Tadeusz Białek.

Prawo do wynagrodzenia za korzystanie z kapitału to jedna z ostatnich kwestii, jakie pozostały do rozstrzygnięcia w orzecznictwie dotyczącym kredytów frankowych. Chodzi o sprawę C-520/21, w której Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia zwrócił się do TSUE z tzw. pytaniem prejudycjalnym dotyczącym tego, czy w przypadku unieważnienia umowy kredytu frankowego ze względu na niedozwolone zapisy stronom przysługuje wynagrodzenie za wieloletnie, bezumowne korzystanie z kapitału.

W czwartek 16 lutego br. opinię w tej sprawie wydał Rzecznik Generalny Trybunału Sprawiedliwości UE Anthony Michael Collins. Wskazał w niej, że unijna dyrektywa 93/13 nie stoi na przeszkodzie, aby kredytobiorcy, po uznaniu umowy kredytu frankowego za nieważną, dochodzili względem banków roszczeń wykraczających poza zwrot świadczeń pieniężnych, ale o tym powinny decydować sądy krajowe. Jednocześnie unijna dyrektywa ma stać na przeszkodzie, aby takiego wynagrodzenia od kredytobiorców domagały się banki.

 Chciałbym zwrócić uwagę, że komunikat w tej sprawie nie jest spójny z treścią samej opinii i może nawet trochę wprowadzać w błąd – mówi wiceprezes Związku Banków Polskich. – W treści samej opinii jest wprost napisane, że bank, poszukując dodatkowych roszczeń, np. zwrotu korzystania z kapitału, również powinien odwoływać się do przepisów prawa krajowego. Innymi słowy i konsument, i bank są z punktu widzenia prawnego w tym samym punkcie.

Jak wynika z komunikatu Związku Banków Polskich, w opinii Rzecznika Generalnego TSUE dyrektywa 93/13 nie reguluje tego, jak powinny rozliczyć się strony umowy o kredyt indeksowany, jeśli zostanie ona uznana za nieważną. Dlatego odpowiedzi na pytanie, czy konsument może żądać od banku zwrotu kosztów korzystania z zapłaconych rat, należy szukać właśnie w prawie krajowym. Jeśli dopuszcza ono takie roszczenie konsumenta, to dyrektywa nie stoi temu na przeszkodzie.

W komunikacie dotyczącym opinii Rzecznika Generalnego TSUE wskazano, że dyrektywa 93/13 stoi na przeszkodzie roszczeniom banków. Jednak, jak zauważa ZBP,  to stanowisko jest sprzeczne z wcześniejszym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie C-395/21 i w sprawach połączonych C-349/18, C-350/18 oraz C-351/18, zgodnie z którymi to prawo krajowe decyduje o skutkach nieważności umowy.

Jednocześnie Rzecznik nie wypowiedział się też w kwestii roszczeń banku o waloryzację kapitału, a takie roszczenie uznał za zasadne Sąd Okręgowy w Warszawie w głośnym wyroku z 10 lutego br. (sygn. akt XXV C-1039/22).

Warto też zwrócić uwagę, że mamy w TSUE lustrzaną sprawę, która jest zawieszona do czasu rozstrzygnięcia tej obecnej. W tej lustrzanej sprawie pytanie brzmi, czy bankowi przysługuje jakiekolwiek roszczenie z tytułu zwrotu kosztów z korzystania z kapitału. Myślę, że przed nami co najmniej pół roku oczekiwania na finalne rozstrzygnięcie, które spowoduje również odwieszenie tej drugiej sprawy – zapowiada Tadeusz Białek.

Jak podkreśla, banki będą na razie czekać na finalne rozstrzygnięcie TSUE, które może się okazać inne niż opinia Rzecznika Generalnego.

– Oczywiście gdyby zdarzyło się tak, że TSUE podzieli wnioski wynikające z tej opinii, to odsyłam do treści stanowisk organów nadzoru, a zwłaszcza Komisji Nadzoru Finansowego. Wskazywała ona na ogromne konsekwencje finansowe dla stabilności polskiego sektora finansowego, ale również na aspekt niesprawiedliwości, jaka miałaby miejsce, porównując sytuację kredytobiorcy frankowego z analogiczną sytuacją kredytobiorcy złotowego, który jest zobowiązany nadal spłacać swoje raty w pełnej wysokości – mówi wiceprezes Związku Banków Polskich. – To porównanie, jak wskazała KNF, prowadziłoby do dyskryminacji kredytobiorców złotowych względem frankowych, a mówiąc wprost – do sytuacji naruszającej elementarne zasady współżycia społecznego. Jeżeli ktoś kupił mieszkanie lub dom za kredyt, a następnie okazuje się, że poza zwrotem samego kapitału nie musi za to nic płacić, to jest sytuacja po prostu niesprawiedliwa.

Według KNF liczba spłacanych kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich wynosi nieco ponad 300 tys., a ich wartość to ok. 60 mld zł (dane na październik 2022 roku). Sprawy frankowe, których jest ok. 90 tys., stanowią obecnie istotną część sporów toczących się przed polskimi sądami. Dotychczasowe orzecznictwo w takich sprawach było raczej korzystne dla frankowiczów – sądy w prawie wszystkich przypadkach decydują o unieważnieniu umowy z bankiem. Wyrok TSUE w sprawie C-520/21 będzie mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sporów sądowych.

Trzeba przypomnieć, że TSUE – chociażby w słynnej sprawie BPH C-19/20 – wyraźnie mówił o prymacie utrzymywania umów, a nie ich unieważnianiu. Tymczasem w Polsce obserwujemy zupełne pomijanie tego, o czym mówił trybunał, czyli konieczności badania abuzywności klauzul. To w ogóle nie ma miejsca, mamy do czynienia z pewnym automatyzmem orzeczeń. Jeżeli taka linia będzie dalej utrzymywana, to oznacza możliwość realizacji scenariuszy, o których mówiła Komisja Nadzoru Finansowego, czyli poważnych zagrożeń dla stabilności sektora finansowego w Polsce – mówi Tadeusz Białek.