Ministerstwo Finansów chce przyspieszyć rozwój zielonych obligacji komunalnych i korporacyjnych. Pracuje nad ułatwieniami dla emitentów

Zielone obligacje cieszą się rosnącą popularnością. Z tego rodzaju finansowania dłużnego coraz śmielej korzysta sektor prywatny, jak i publiczny – rządy, samorządy i spółki komunalne. Polska jako pierwszy kraj na świecie wyemitowała już w 2016 roku zielone obligacje skarbowe, które spotkały się z olbrzymim zainteresowaniem, a do tej pory miały miejsce już cztery takie emisje. – Chcemy przekuć ten sukces również na rozwój segmentu zielonych obligacji komunalnych i korporacyjnych. Przygotowujemy analizę dotyczącą tego, jak możemy to zrobić i jakich narzędzi użyć, aby ten rynek się w Polsce rozwijał – mówi Katarzyna Szwarc, pełnomocniczka rządu ds. strategii rozwoju rynku kapitałowego w MF. Jak zapowiada, wyniki tych analiz mogą się pojawić jeszcze przed końcem tego roku.

Jak podkreślają autorzy raportu „Zielone finanse w Polsce 2021”, przygotowanego przez UN Global Compact Network Poland wraz z partnerami i ministerstwami, zrównoważone finanse to jeden z  najbardziej dynamicznych trendów na rynkach finansowych w ostatnich kilku latach. Przytaczane dane agencji Bloomberg wskazują, że wartość aktywów o zrównoważonym profilu osiągnie na koniec 2021 roku prawie 40 bln dol., a do końca 2025 roku będzie to już 53 bln dol., czyli 1/3 wszystkich globalnych aktywów finansowych.

– Na kanwie dyskusji o zrównoważonym finansowaniu coraz częściej spotykam się z poglądem, że to sektor bankowy czy fundusze inwestycyjne są odpowiedzialne za dekarbonizację gospodarki. Jednak celem tego nowego trendu nie jest przerzucenie odpowiedzialności za wypełnienie celów klimatycznych na instytucje sektora finansowego. Zadaniem dla rządu jest tworzenie takich ram politycznych i regulacyjnych, aby te cele wypełnić – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Szwarc. – Chcemy zapewnić spójność przepływów kapitału prywatnego z celami polityki klimatycznej, zapewnić takie ramy, żeby fundusze płynące ze strony prywatnych inwestorów trafiały tam, gdzie są najbardziej potrzebne w kontekście celów klimatycznych.

Raport „Zielone finanse w Polsce 2021” przytacza szacunki Europejskiego Banku Inwestycyjnego, z których wynika, że aby osiągnąć cele polityki klimatycznej w samych systemach energetycznych do 2030 roku, Europa będzie potrzebować dodatkowych inwestycji rzędu ok. 350 mld euro rocznie. Kolejne 130 mld euro będzie potrzebne na inne cele środowiskowe. Te kwoty mogą się okazać jeszcze wyższe, bo Komisja Europejska w połowie lipca br. ogłosiła pakiet legislacyjny Fit for 55, w którym cel dotyczący redukcji emisji w perspektywie do 2030 roku został podniesiony z 40 do co najmniej 55 proc. Ma to pozwolić UE na osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku i wypełnienie założeń Europejskiego Zielonego Ładu. Szefowa KE Ursula von der Leyen już jesienią ub.r. ogłosiła, że 30 proc. z 750 mld euro budżetu instrumentu Next Generation EU zostanie pozyskane z zielonych obligacji, a 37 proc. środków zostanie zainwestowanych w cele Europejskiego Zielonego Ładu.

– Zielone i zrównoważone obligacje są instrumentem, który na całym świecie rozwija się najbardziej dynamicznie. Te instrumenty umożliwiają skierowanie środków, pozyskanych w drodze emisji długu, na cele klimatyczne i projekty związane z dekarbonizacją. Polska była pierwszym krajem na świecie, który wyemitował zielone obligacje skarbowe – mówi pełnomocniczka rządu ds. strategii rozwoju rynku kapitałowego w MF.

Zielone obligacje (green bonds) to hit inwestycyjny kilku ostatnich lat. Niewiele różnią się od klasycznych, za wyjątkiem celu emisji – jest nim pozyskanie środków na projekty związane z ekologią i ochroną środowiska. Inwestorzy aktywnie szukają takich papierów, ponieważ polityka korporacyjna czy CSR-owa wręcz nakazuje im lokować określony procent kapitału właśnie w inwestycje związane z ekologią i ochroną środowiska.

W 2016 roku Polska – jako pierwszy kraj na świecie – wyemitowała własne zielone obligacje na kwotę 750 mln euro na sfinansowanie ulg i dotacji dla firm wytwarzających zieloną energię. Dwa lata później dokonała kolejnej emisji zielonych obligacji o wartości 1 mld euro. Jak podało Ministerstwo Finansów, po raz kolejny spotkała się ona z olbrzymim zainteresowaniem, inwestorzy chcieli kupić papiery o wartości aż 3,25 mld euro. Sukces okazał się na tyle duży, że resort zapowiedział nową emisję raz na rok.

Od tamtego czasu miały miejsce już cztery takie emisje. Natomiast teraz chcielibyśmy przekuć ten sukces w rozwój segmentu zielonych obligacji komunalnych i korporacyjnych. W Ministerstwie Finansów – w ramach realizacji Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego – przygotowujemy analizę dotyczącą tego, jak możemy to zrobić i jakich narzędzi użyć, aby ten rynek się w Polsce rozwijał – zapowiada Katarzyna Szwarc. – Patrzymy na koszty takich emisji oraz na ewentualne trudności, które emitenci takich obligacji napotykają. Patrzymy też na zagraniczne rynki i staramy się z nich czerpać. Mam nadzieję, że wyniki i wnioski z tej analizy uda się zaprezentować do końca roku.

Jak wynika z przytaczanych w raporcie „Zielone finanse w Polsce 2021” danych Climate Bonds Initiative, wartość wyemitowanych dotąd na świecie zielonych obligacji sięgnęła w 2020 roku 1,1 bln dol., a obligacji społecznych i zrównoważonych odpowiednio 317 mld dol. i 316 mld dol. Inne popularne instrumenty powiązane z celami zrównoważonego rozwoju to zielone kredyty i fundusze inwestycyjne. 

Rząd szykuje się na różne scenariusze czwartej fali. Przedsiębiorcy apelują o niewprowadzanie kolejnego lockdownu

Czwarty lockdown byłby gospodarczym złem i nie wszystkie firmy zdołałyby go przetrwać – ostrzegają przedsiębiorcy z Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, którzy już w lipcu apelowali do rządu o jasną deklarację, że nie będzie już tak restrykcyjnych obostrzeń jak podczas trzeciej fali. Ich zdaniem jedyną skuteczną drogą do pokonania pandemii koronawirusa są masowe szczepienia. Minister zdrowia Adam Niedzielski przyznał niedawno, że rząd przygotowuje się na różne scenariusze kolejnego wzrostu zakażeń. Założenia są takie, żeby ewentualne obostrzenia wprowadzać strefowo, w tych regionach, które mają niski poziom zaszczepienia. Inną rozważaną opcją są restrykcje tylko dla osób niezaszczepionych.

Wprowadzenie kolejnego lockdownu będzie gospodarczym złem dla przedsiębiorców. Nie wiem, czy wszyscy przedsiębiorcy tak dzielnie by sobie poradzili, dlatego że nasza psychika też ma pewne granice odporności. Uważam, że do tej pory nie poznaliśmy wszystkich skutków wprowadzenia poprzedniego lockdownu i niektóre społeczne skutki mogą się pokazać dopiero za kilka miesięcy. Dlatego też powinniśmy zrobić wszystko, żeby przyspieszyć proces szczepień i żeby do końca roku jak największa liczba Polaków została zaszczepiona – mówi agencji Newseria Biznes Hanna Mojsiuk, prezes zarządu Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Przedsiębiorcy z obawą patrzą na zapowiadany powrót wysokiej liczby zakażeń. Według prognoz rządu na przełomie września i października może nastąpić szczyt czwartej fali pandemii, a liczba dziennych zachorowań może sięgać 15–20 tys. Ministerstwo Zdrowia przygotowuje się na różne scenariusze. Na razie jest mowa o tym, że ewentualne obostrzenia będą wprowadzane strefowo, w zależności od liczby zakażeń i poziomu wyszczepienia w danym powiecie. Planowany jest powrót zielonych, żółtych i czerwonych stref, ale limity, które będą decydowały o kwalifikowaniu się do poszczególnych stref, zostaną podniesione.

– Obecnie żyjemy w czasach takiej małej normalności. Jeżeli czwarta fala będzie wypłaszczona, jeżeli proces szczepień będzie przyspieszony, to nie będziemy odczuwać tak mocno restrykcji czy też groźby kolejnego lockdownu. Bardzo trudno jest jednak przewidzieć, co się wydarzy, możemy jedynie robić wszystko, aby temu zapobiec – mówi prezes PIG w Szczecinie.

Jak informuje Ministerstwo Zdrowia, do tej pory wykonano prawie 36 mln szczepień. W pełni zaszczepionych jest ponad 18,5 mln Polaków. Eksperci podkreślają, że to za mało, by osiągnąć odporność zbiorową. Akcja szczepień wyraźnie spowolniła. Minister Michał Dworczyk informował, że chętnych jest ok. 160 tys. osób tygodniowo.

Zachodniopomorscy przedsiębiorcy już na początku lipca zaapelowali do premiera o jasną deklarację, że kolejnego lockdownu nie będzie. Jak podkreśla Hanna Mojsiuk, w tej sprawie firmy w całym kraju mówią jednym głosem, co wynika z trudnej sytuacji w wielu branżach, najbardziej dotkniętych dotychczasowymi obostrzeniami.

Nasi przedsiębiorcy czują się trochę pomijani w decyzjach dotyczących wprowadzania lockdownu czy też zamykania konkretnych branż. Uważam, że my mamy bardzo dużo do powiedzenia, dlatego że znamy specyfikę tych branż. Dialog między przedsiębiorcami a rządem powinien pomóc we wprowadzaniu restrykcji bardziej dostosowanych do sytuacji – podkreśla ekspertka. – Firmy nie zawsze rozumiały powody tych restrykcji, nie zawsze miały one uzasadnienie merytoryczne. Jak można wytłumaczyć to, że fryzjer mógł iść do dyskontu, a pracownica dyskontu nie mogła iść do fryzjera. Też nie było dla nas zrozumiałe, dlaczego branża fitness została całkowicie zamknięta, ponieważ nie przedstawiono nam żadnych badań, które by argumentowały tę decyzję.

W dużej mierze na skutek pandemii koronawirusa, oraz mającym jej zapobiegać kolejnym lockdownom w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej w 2020 roku przedsiębiorcy złożyli ponad 140 tys. wniosków o zakończenie działalności gospodarczej. Kolejnych 280 tys. firm zawiesiło swoje działania. Od stycznia do maja br. takich wniosków było odpowiednio 70 tys. i blisko 94 tys. Najwięcej z nich pochodzi z branży gastronomicznej, hotelarskiej i fitness. To one właśnie najbardziej ucierpiały do tej pory. Według Licznika Strat Lockdownowych WEI  straciły one odpowiednio 2,8 mld, 2,1 mld oraz 1,6 mld zł. Większe straty zanotowała branża rozrywkowo-kulturalna – ponad 3,1 mld zł.

– Nasz region jest bardzo mocno zaangażowany właśnie w te branże. Obserwowałam, jak nasi hotelarze przez wiele miesięcy mocno byli dotknięci tym, że nie mogli działać. Przede wszystkim te branże ucierpiały z powodu utraty dużej liczby pracowników. Wiele z tych osób, które pracowały w turystyce czy gastronomii, przeszło na przykład do e-commerce czy branży logistycznej. Po prostu chcą mieć pewność jutra, a nie jest do końca wiadome, czy lockdown nie będzie ponownie wprowadzony – komentuje prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Duże wahania na rynku ropy naftowej. Od początku roku surowiec na giełdach podrożał o ok. 40 proc.

Po serii silnych spadków ostatnie dwa dni przyniosły znaczące wzrosty cen ropy naftowej na światowych rynkach. W ciągu ostatniego miesiąca notowania ropy Brent wahały się między 65 a 75 dol. Podobną niestabilność wykazywały też ceny teksańskiej WTI. Tak duża niepewność na rynkach to efekt obaw o rozwój czwartej fali pandemii i wprowadzanie kolejnych restrykcji. To też będzie wpływać na notowania w kolejnych tygodniach. Rynki czekają także na decyzję OPEC+ dotyczącą limitów wydobycia surowca.

Na światowych rynkach naftowych mamy w tym momencie dwa czynniki, które decydują o sytuacji cenowej, i są to dwa przeciwstawne czynniki. Z jednej strony mamy rosnący popyt na paliwa w związku z odbudowującą się gospodarką. Ten element spotyka się z ograniczoną podażą, ponieważ członkowie kartelu OPEC i współpracujące z nim kraje cały czas utrzymują limity wydobycia. One są stopniowo luzowane, natomiast nadal tej ropy nie wydobywają tyle co przed pandemią. I to jest czynnik, który w ostatnich miesiącach powodował wzrost notowań ropy naftowej na światowych giełdach – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw serwisu E-petrol.pl.

Drugi czynnik to wszechobecne obawy związane z rozprzestrzenianiem się nowego wariantu koronawirusa i, co za tym idzie, ponownym wprowadzaniem obostrzeń w gospodarkach światowych. Na powrót do restrykcji w związku z szalejącym wariantem Delta na początku sierpnia zdecydowały się  m.in. Chiny.

Po gwałtownym załamaniu popytu związanym z lockdownami z ubiegłego roku widzimy jego stopniowe odbudowywanie się. On w dużej mierze jest już zbliżony do poziomu przedpandemicznego, może za wyjątkiem ruchu lotniczego, a dynamika wzrostu zapotrzebowania na paliwa jest duża – mówi Grzegorz Maziak. – Dlatego obawy związane z pojawieniem się nowej fali i obostrzeń, jeżeli faktycznie skala tego będzie zbliżona do tego, co widzieliśmy na początku roku czy w ubiegłym roku, znowu spowodują spadek zapotrzebowania na paliwa. Tym samym będą czynnikiem sprowadzającym ceny paliw na niższe poziomy.

Od poniedziałku 23 sierpnia notowania ropy Brent utrzymują się powyżej 70 dol. za baryłkę. Od początku roku to wzrost o ponad 37 proc. Crude podrożała jeszcze mocniej – o ponad 40 proc. – i dziś kosztuje 68 dol. za baryłkę.

W kolejnych tygodniach wciąż decydujące dla notowań będą doniesienia epidemiczne z najważniejszych gospodarek, ale także polityka wydobycia OPEC+. Kolejne spotkanie krajów producentów ropy naftowej jest zaplanowane na początek września.

Jeszcze niedawno pojawiały się głosy, że tempo luzowania obostrzeń w produkcji jest za wolne, biorąc pod uwagę, jak szybko rósł w ostatnim czasie popyt na paliwa. Natomiast członkowie OPEC+ podtrzymują swoje decyzje, szczególnie obserwując niepokojącą sytuację pandemiczną. Nie należy spodziewać się jakichś większych zmian. Raczej nie zadziała apel amerykańskiej administracji, która zwracała się do producentów, aby przyspieszyć luzowanie obostrzeń – zakłada analityk E-petrol.pl.

Dwa tygodnie temu Stany Zjednoczone zaapelowały do krajów OPEC+ o zwiększenie wydobycia czarnego surowca. Argumentowały to tym, że nie odpowiada ono zapotrzebowaniu w momencie dynamicznego odbicia gospodarczego po pandemii.

 

Pandemia uwypukliła braki kształcenia zawodowego w Polsce. Na rynku brakuje pracowników dla wysoko rozwiniętego przemysłu

Wywołane przez pandemię przyspieszenie cyfryzacji w przemyśle obnażyło głębokie niedopasowanie polskiego rynku pracowników do potrzeb pracodawców. Zarządzający firmami narzekają na brak rąk do pracy, bo dostępni na rynku kandydaci nie posiadają odpowiednich kwalifikacji. Coraz bardziej automatyzujący się przemysł nie potrzebuje już wykonawców fizycznych czynności, lecz operatorów zaawansowanych technologicznie maszyn, sterowanych przez komputery. – Tymczasem polska edukacja nie wyposaża absolwentów w umiejętności potrzebne na rynku pracy – oceniają eksperci Trenkwalder Polska i podkreślają, że to wymaga zmian w systemie edukacji i kształcenia zawodowego.

 Luka kompetencyjna jest dosyć dużym problemem dla pracodawców i całej gospodarki. Jest problem z pozyskaniem odpowiednich pracowników na wszystkich poziomach organizacji, ale najtrudniej jest na stanowiskach niższych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Rutkowska, dyrektor personalna w agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska. – Mamy wciąż bardzo konkretny odsetek bezrobotnych, natomiast nie ma rąk do pracy, dlatego że przemysł bardzo idzie w kierunku zmian technologicznych. Możemy dostarczać pracowników niewykwalifikowanych, ale tych wykwalifikowanych po prostu nie ma.

Pozyskanie pracowników o odpowiednich umiejętnościach często sprowadza się do szukania ich poza granicami Polski. Tu jednak utrudnienie stanowią procedury związane z zatrudnianiem obcokrajowców. Z kolei zapewnienie pracownikowi szkoleń w przypadku konieczności przyuczenia go do pracy oznacza wielotysięczne wydatki ze strony pracodawcy.

Stopa bezrobocia w Polsce spada – z danych GUS wynika, że w lipcu br. wyniosła 5,8 proc., o 0,3 pkt proc. mniej niż przed rokiem i 0,1 pkt proc. mniej niż w czerwcu br. Według metodologii Eurostatu wyniosła w czerwcu 3,6 proc. i była jedną z najniższych w UE, ale mimo to liczba osób w wieku 15–74 lata, będących bez pracy, chcących ją podjąć i aktywnie jej szukających choć przez pewien czas w ciągu ostatnich czterech tygodni, wyniosła 614 tys.

– Dzisiejszy rynek pracy zdecydowanie nie dostarcza pracowników o odpowiednich kompetencjach. W latach 90. nastąpiła całkowita transformacja w edukacji i rozwój kształcenia wyższego. Mamy zdecydowaną nadpodaż absolwentów uczelni wyższych wszelkiego rodzaju, natomiast kształcenie zawodowe zostało całkowicie zarzucone, przekwalifikowane, a w związku z tym trochę straciło na atrakcyjności dla firm – zwraca uwagę Joanna Rutkowska. – Przez to nasz rynek cierpi teraz na brak wykwalifikowanej kadry technicznej z odpowiednim wykształceniem.

Jak podkreśla, zmiany są potrzebne w całym systemie edukacji, który wciąż w dużej mierze opiera się na sekwencji „zakuć, zdać, zapomnieć”. Szkoły zamiast na praktykę stawiają na teorię.

 Młodzież przeładowywana jest wiedzą. Problemem nie jest więc dostęp do wiedzy, ale w tym, że trzeba się nauczyć tę wiedzę selekcjonować i analizować, wyciągać wnioski i odróżniać fałsz od prawdy. Natomiast nasze szkoły, nasz system edukacji jak gdyby pozostał w poprzednim wieku, zupełnie nie rozumiejąc tej zmiany. To niestety powoduje kolejne problemy na przyszłość – wypuszczamy ludzi, którzy nie są przygotowani do radzenia sobie we współczesnym świecie zawodowym – ocenia dyrektor personalna w agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska. 

Kolejna przyczyna poważnej luki kompetencyjnej wynika z charakteru inwestycji, które do tej pory najczęściej lokowały się nad Wisłą. Nie były to zakłady wymagające wysokich umiejętności technologicznych, lecz przede wszystkim dostępu do taniej siły roboczej.

Na ten obraz nakłada się czynnik psychologiczny, który powoduje, że dzieci pokolenia, które wchodziło na rynek pracy w latach 90. i ciężko pracowało, by osiągnąć status klasy średniej, nie czują presji ani potrzeby samokształcenia. W efekcie wielu młodych ludzi nie podejmuje żadnych aktywnych działań, oczekując, że wszystko otrzymają od pracodawcy, tak jak wcześniej dostawali od rodziców. Tymczasem zachodzące na rynku coraz szybciej zjawiska powodują, że przystosowywać się do nowych warunków będzie trzeba przez całe zawodowe życie i nawet kilkakrotnie w jego trakcie zmieniać zawód, m.in. poprzez kursy, także online.

Kształcenie kursowe w tej chwili ma bardzo duże znaczenie. Młodzi ludzie zaczynają rozumieć, że to są możliwości, dzięki którym mogą pozyskać nowe kompetencje. Mam poczucie, że pomogła w tym także pandemia. Zorientowali się, że mają bardzo szeroki dostęp do kształcenia online’owego, które wymaga wprawdzie dużo wysiłku, zaangażowania, nieraz pieniędzy, ale dzięki niemu mogą pozyskać nowe kompetencje, zmienić zawód, poszerzyć swoje możliwości – mówi Joanna Rutkowska.

Polacy są gotowi do wyrzeczeń w imię walki z kryzysem klimatycznym. Nie mają już wątpliwości, że odpowiada za niego działalność człowieka

Wydany na początku sierpnia raport klimatyczny IPCC, czyli Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, po raz pierwszy tak jednoznacznie i dobitnie potwierdza, że to działalność człowieka odpowiada za ogrzanie planety. Według naukowców globalne ocieplenie przyspiesza, a bez szybkich i radykalnych działań już w ciągu najbliższych dwóch dekad przekroczy bezpieczny próg 1,5˚C. Polacy dostrzegają ten problem i są gotowi do wyrzeczeń, aby mu przeciwdziałać. 42 proc. ankietowanych deklaruje, że są gotowi podejmować działania proekologiczne, nawet jeżeli będzie się to wiązać z dodatkowymi kosztami – pokazał marcowy raport opracowany dla innogy.

– Nauka – mimo że zazwyczaj jest dość ostrożna w swoich szacunkach – teraz już jasno mówi o tym, że za kryzys klimatyczny odpowiada wzrost temperatury. Z kolei za ten wzrost odpowiadają emisje gazów cieplarnianych wytwarzane przez działalność człowieka – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Rychlik, Communications & Engagement Coordinator w Climate Reality Project Europe.

Według 97,5 proc. klimatologów kryzys klimatyczny jest problemem bardzo poważnym i nie ma wątpliwości, że spowodował go człowiek – wynika z ubiegłorocznego raportu „Ziemianie atakują”, opracowanego przez Kantar Polska, agencję Lata Dwudzieste i United Nations Global Compact Network Poland.

Rośnie również świadomość ekologiczna społeczeństwa. 83 proc. Polaków zgadza się z doniesieniami naukowców i mediów, które dotyczą kryzysu klimatycznego, i tylko co 10. uznaje je za przesadzone. 66 proc. uważa też, że wpływ na tę sytuację mają sami konsumenci. Z kolei 58 proc. ocenia globalną sytuację ekologiczną jako złą lub bardzo złą, wymagającą podjęcia pilnych działań – pokazał ubiegłoroczny raport Blue Media „Postawy ekologiczne Polek i Polaków”.

– Powstaje pytanie, czy uda nam się uchronić przed kryzysem klimatycznym. Tak naprawdę jedyną drogą jest po prostu zaprzestanie emisji gazów cieplarnianych. Czyli powinniśmy jak najszybciej doprowadzić do tego, żeby globalna gospodarka była zeroemisyjna – podkreśla Małgorzata Rychlik.

Według naukowców z IPCC, utworzonego przez ONZ Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, globalne ocieplenie przyspiesza. W porównaniu do epoki przedindustrialnej średnia temperatura na Ziemi zwiększyła się już o ponad 1˚C. Utrzymanie takiego tempa zmian spowoduje, że w ciągu najbliższych ok. 20 lat przekroczy już bezpieczny próg 1,5°C, a do końca tego wieku wzrośnie o ponad 2˚C (a w najczarniejszym scenariuszu o 4,4˚C, co będzie oznaczać m.in. wzrost poziomu mórz i oceanów o 3 m). To zaś oznacza katastrofę klimatyczną, która zagrozi obecnej cywilizacji.

Badacze nie mają wątpliwości, że planeta ogrzewa się pod wpływem działalności człowieka, i wskazują, że ostatnie lata były najgorętsze od 1850 roku. Co więcej, w klimacie zaszły zmiany, które są już zauważalne w każdym rejonie Ziemi. Wiele z nich jest niemożliwych do odwrócenia w skali stuleci lub tysiącleci. Naukowcy wskazują też, że w kolejnych latach ekstremalne zjawiska, jak np. pożary, susze i powodzie, będą coraz częstsze i bardziej dotkliwe w skutkach. Czarnemu scenariuszowi mogą zapobiec tylko szybkie i radykalne działania zmierzające do ograniczenia emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych, zwłaszcza metanu.

– Takie nagłe zaprzestanie wytwarzania gazów cieplarnianych z działalności ludzkiej teoretycznie powinno pozwolić nam ograniczyć wzrost średniej temperatury do 1,5˚C do końca tego wieku. Ale wszelkie nasze strategie i ambicje wskazują, że jesteśmy w scenariuszu wzrostu temperatury o ok. 2,4˚C – podkreśla ekspertka Climate Reality Project Europe. – To wszystko wymaga niesamowitej transformacji. Raport IPCC mówi, że właśnie ta zielona transformacja będzie jednym z największych wyzwań ludzkości na poziomie gospodarki, społeczeństwa i w ogóle naszej mentalności.

Badania pokazują, że Polacy są gotowi do wyrzeczeń w imię walki z kryzysem klimatycznym. Jak wynika z marcowego raportu „Zielone miasta i gminy”, opracowanego dla innogy, 82 proc. społeczeństwa postrzega kwestie dotyczące zmian klimatu i degradacji środowiska jako ważne bądź zdecydowanie ważne, a 70 proc. uznaje je za realne zagrożenie. 42 proc. Polaków deklaruje też, że są gotowi podejmować działania proekologiczne, nawet jeżeli będzie się to wiązać z dodatkowymi kosztami. Z drugiej strony oczekują też zaangażowania władz i biznesu. 71 proc. respondentów uważa, że to rząd oraz władze miast i gmin są zobowiązane, aby aktywnie działać na rzecz poprawy stanu środowiska. Prawie połowa (48 proc.) Polaków wskazuje, że takie działania powinny prowadzić też korporacje i firmy.

Climate Reality Project to inicjatywa byłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych Ala Gore’a, który od wielu lat jest zaangażowany w walkę ze zmianami klimatu. Przygotowana przez organizację prezentacja „Truth in 10”, pokazywana na całym świecie, w prosty sposób przedstawia, dlaczego konieczna jest zielona transformacja i jak możemy jej wspólnie dokonać. Przedstawiciele Climate Reality Project zaprezentowali ją w sierpniu w Warszawie podczas Thursday Gathering, eventu networkingowego dla innowatorów organizowanego przez Fundację Venture Cafe Warsaw. Wydarzenie to odbywa się cyklicznie, co czwartek o 17:00 w Varso Place przy ul. Chmielnej 73. Celem tej inicjatywy jest łączenie lokalnej społeczności innowatorów – start-upów, przedsiębiorców, organizacji pozarządowych, korporacji, inwestorów, naukowców i studentów – ich kapitału i pomysłów oraz umożliwienie im wymiany doświadczeń.

Ceny zbóż biją rekordy. Mąka i pieczywo wyprodukowane z tegorocznych zbiorów będą droższe

W połowie sierpnia pszenica była o 30–35 proc. droższa niż rok wcześniej, a pod koniec miesiąca cena na giełdzie MATIF sięgnęła historycznie najwyższego poziomu w okresie żniw. – Zazwyczaj żniwa przynosiły spadek cen. W tym roku jest odwrotnie, ceny rosną i nic nie zapowiada dużej i zdecydowanej korekty cenowej w najbliższych miesiącach – ocenia Krzysztof Gwiazda, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego. W efekcie można się spodziewać podwyżek cen mąki, a także pieczywa. Od początku roku, jak wskazuje GUS, podrożały one odpowiednio o 3,6 proc. i 5,9 proc. r/r.

Ceny w skupie płacone polskim producentom są pochodną notowań na światowych giełdach oraz kursu złotego do euro i dolara. Na giełdzie MATIF pszenica konsumpcyjna (w kontrakcie z dostawą na wrzesień br.) kosztuje ok. 273 euro. Rok temu było to ok. 185 euro. Przy obecnym osłabionym kursie euro do złotego to prawie 1250 zł wobec 850 zł przed rokiem.

Wysokie ceny na giełdach wynikają z sytuacji na międzynarodowym rynku zbóż, w tym także na rynku pszenicy. Polska jest dużym eksporterem tego zboża. Eksportujemy około 4 mln ton pszenicy w sezonie przy zbiorach około 12 mln ton, czyli aż 1/3 pszenicy wyjeżdża z naszego kraju m.in. do Arabii Saudyjskiej, Algierii, Maroka czy Niemiec. Ceny, które obowiązują na tamtych rynkach, dyktują również ceny w Polsce. W praktyce cena portowa eksportowa ma kolosalny wpływ na każdy region w kraju – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Gwiazda.

W regionach, które leżą bliżej portu, ceny są wyższe, a na południu Polski – nieco niższe. Różnica wynika z kosztów transportu z pola do miejsca, w którym zboże jest ładowane na statki lub wyjeżdża transportem samochodowym.

Obecne ceny są najwyższe od przeszło ośmiu–dziewięciu lat, co jest spowodowane trudnym i ciasnym bilansem światowym zbóż. Popyt na świecie zwiększa się co roku, a nie jest to tylko konsumpcja dla ludzi, ale także zboża do produkcji różnego rodzaju pasz dla zwierząt. Z kolei podaż zbóż nie zawsze nadąża za popytem, bywają trudne lata z punktu widzenia klimatycznego, pogodowego. Taką sytuację mieliśmy rok temu we Francji, kiedy urodziło się poniżej 30 mln ton pszenicy. W efekcie wzrosło zapotrzebowanie na polską pszenicę. Tam, gdzie wcześniej byli obecni Francuzi, weszły polskie firmy, które zaczęły eksportować pszenicę w dużych ilościach np. do Algierii – wyjaśnia prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego.

Rynkowe ceny pszenicy i żyta konsumpcyjnego wpływają bezpośrednio na cenę mąki. Znaczenie mają także koszty pozasurowcowe, czyli m.in. cena energii elektrycznej, która w Polsce wzrosła bardzo mocno w ciągu ostatnich kilku lat. Branża zbożowo-młynarska radziła sobie z tym wzrostem dzięki długoterminowym kontraktom na dostawę prądu po cenach sprzed dwóch–trzech lat. Te jednak stopniowo wygasają i trzeba negocjować nowe, tyle że przy znacznie wyższych cenach, z uwzględnieniem dodatkowych opłat, które weszły w życie w ostatnich latach.

Do tego dochodzą coraz wyższe koszty pracy. Młyn to fabryka, w której nie da się wszystkiego zautomatyzować. Wciąż potrzebny jest człowiek, który nadzoruje wszystkie procesy. Potrzebni są ludzie w laboratoriach, gdzie sprawdzana jest jakość surowca i produktów gotowych. Trzeba ten produkt zapaczkować, zaworkować, załadować na samochód i wysłać. Presja płacowa daje się odczuć także w naszej branży – dodaje Krzysztof Gwiazda.

To też może być coraz większym problemem, tym bardziej że od przyszłego roku przewidziana jest kolejna podwyżka płacy minimalnej.

Jak podkreśla prezes PZPPZ-M, wzrost kosztów produkcji wynika także z innych podwyżek, nawet tak nieoczywistych dla branży surowców jak drewno czy folia, które wykorzystywane są w transporcie czy handlu detalicznym. Dla przykładu ceny tektury z recyklingu wzrosły o 33 proc., ceny folii (LDPL) nawet o 100 proc. Z kolei folia termokurczliwa i folia stretch podrożały o ponad 50 proc. Worki i torebki papierowe podrożały w tym okresie od 5 do 7 proc. Z kolei ceny palet drewnianych podniosły się o 30 proc. i dostawcy uprzedzają, że to nie koniec podwyżek, bowiem drewno ma istotnie podrożeć w kolejnych miesiącach.

– Koszty pozasurowcowe wzrosły w ciągu ostatniego roku o 5–7 proc. To niestety musi się przełożyć na cenę mąki, a dalej na cenę pieczywa i wszelkich wyrobów produkowanych z mąki – uściśla ekspert.

Jak wynika z ostatnich danych GUS, w lipcu mąka podrożała o 2,1 proc. w ujęciu rocznym i o 1,4 proc. w ujęciu miesięcznym. Od początku roku podwyżka wyniosła 3,6 proc. Pieczywo w tym czasie podrożało o blisko 6 proc.

Na koszty branży zbożowo-młynarskiej wpłynęła także pandemia koronawirusa, która wymusiła stosowanie nowych, restrykcyjnych procedur epidemicznych. Na presję inflacyjną przełożyły się także zakłócenia w globalnym handlu – tymczasowe zerwanie łańcuchów dostaw skutkowało opóźnieniami w dostawach. 

Jak dodaje Krzysztof Gwiazda, nie należy się spodziewać dużych i zdecydowanych korekt cenowych w dół w ciągu najbliższych miesięcy. Pozostaje poczekać do nowych zbiorów. Jeżeli będą one wyższe, bardziej udane niż w tym roku, to w naturalny sposób ceny zbóż powinny spadać.