Polskie szpitale chcą być zielone. Podejmują działania ograniczające swój wpływ na środowisko

Czasopismo „The Lancet” określiło zmiany klimatu mianem największego zagrożenia zdrowotnego XXI wieku, co może stanowić olbrzymie obciążenie dla systemu ochrony zdrowia. Z drugiej strony ten sektor sam również przyczynia się do zmian klimatycznych, generując ok. 4,4 proc. globalnych emisji CO2. Świadomość konieczności wdrażania zrównoważonego rozwoju w opiece zdrowotnej wśród liderów polskiej ochrony zdrowia jest coraz wyższa, a wiele szpitali i placówek medycznych już podejmuje działania, które mają ograniczyć ich wpływ na środowisko i klimat – od segregacji odpadów, przez wymianę źródeł ciepła, termomodernizację, po cyfryzację obiegu dokumentów. Problemem jest jednak brak środków finansowych przeznaczonych na ten cel.

– Zainteresowanie zieloną transformacją w Polsce jest ogromne. O ile rok wcześniej, w poprzedniej edycji naszego raportu „Future Health Index” tylko 2 proc. liderów opieki zdrowotnej uważało, że ten obszar powinien być priorytetem, o tyle w bieżącej edycji ten odsetek wzrósł aż 15-krotnie. Obecnie już 30 proc. liderów uważa zieloną transformację za ważne zadanie do realizacji i dyskusji – mówi agencji Newseria Biznes Michał Kępowicz, członek zarządu i dyrektor ds. relacji strategicznych i market access w Philips Healthcare CEE.

To więcej niż średnia dla wszystkich 15 badanych w FHI krajów (24 proc.) i oznacza, że zrównoważony rozwój błyskawicznie wspiął się na szczyty listy priorytetów polskich liderów ochrony zdrowia. Do tego wzrostu może się przyczyniać zarówno świadomość problemów związanych ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem środowiska, jak i rosnące ceny energii, które pociągają za sobą konieczność optymalizacji kosztów w szpitalach i placówkach zdrowotnych.

– Zauważyliśmy, że praktycznie każde działanie proekologiczne daje wymierne korzyści ekonomiczne. Jest to szczególnie ważne dla dyrektorów jednostek publicznych, ponieważ patrzy się na nasz wynik finansowy. Tak więc jest to bardzo duży atut, który wspiera podejmowanie proekologicznych działań – mówi Sławomir Wysocki, dyrektor Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Chorób Płuc i Gruźlicy w Wolicy, który został uznany za pierwszy w Polsce zielony szpital.

Ponad 70 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych w sektorze ochrony zdrowia pochodzi z łańcucha dostaw, czyli np. produkcji i transportu leków, urządzeń medycznych czy wyżywienia i wyposażenia dla szpitali – pokazuje raport „Zielone szpitale”, opracowany przez UN Global Compact Network Poland i firmę Philips. Wynika z niego również, że opieka zdrowotna jest w tej chwili bardziej obciążająca dla środowiska niż np. przemysł lotniczy czy stoczniowy, a w scenariuszu business as usual, czyli bez działań na rzecz klimatu, bezwzględne emisje opieki zdrowotnej będą rosły, sięgając 6 gigaton CO2 rocznie do 2050 roku.

– Gdyby sektor ochrony zdrowotnej był krajem, byłby piątym największym na świecie emitentem gazów cieplarnianych, więc czas najwyższy, żebyśmy wszyscy zadbali o to środowisko, także w ochronie zdrowia – mówi Urszula Szybowicz, dyrektor operacyjna Polskiej Federacji Szpitali.

Ten wzrost emisji z sektora opieki zdrowotnej można by obniżyć aż o 70 proc., gdyby kraje będące sygnatariuszami porozumienia paryskiego realizowały zawarte w nim zobowiązania. Tak się jednak nie dzieje, a na dodatek opieka zdrowotna jest marginalizowana w procesie transformacji energetycznej – tylko 0,3 proc. całkowitych funduszy przeznaczonych na walkę ze zmianami klimatycznymi jest wykorzystywana do przystosowania systemu opieki zdrowotnej do zmian klimatycznych.

Co istotne, sektor opieki zdrowotnej nie tylko przyczynia się do zmian klimatu, ale i sam ponosi ich skutki. Koszty opieki zdrowotnej związane ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem powietrza szacuje się na ok. 820 mld dol. rocznie. Według raportu „The Lancet Countdown” tylko w 2020 roku globalne zmiany klimatyczne spowodowały blisko 54-proc. wzrost zgonów związanych z upałami u osób powyżej 65. roku życia i ponad 3 mln przedwczesnych zgonów z powodu chorób serca i płuc związanych z zanieczyszczeniem powietrza w otoczeniu pyłowym.

– Jak pokazuje Global Sustainability Index, Polska niestety nie jest w czołówce państw, które potrafią zająć się kwestiami zanieczyszczenia środowiska. Mamy wiele do zrobienia, żeby znaleźć się bliżej czołówki, żeby zmniejszyć ilość generowanych gazów cieplarnianych i innych zanieczyszczeń, również w sektorze ochrony zdrowia – mówi Michał Kępowicz.

Raport FHI pokazuje, że transformacja polskiej ochrony zdrowia nie będzie prosta. Polska plasuje się na 109. miejscu rankingu Global Sustainability Index, z liczbą 48 tys. przedwczesnych zgonów rocznie spowodowanych chorobami związanymi z zanieczyszczeniem powietrza. Każdego roku w naszym kraju powstaje też ok. 44 tys. t odpadów medycznych, które stanowią poważny problem środowiskowy.

W opinii ekspertów proces transformacji ochrony zdrowia powinien się zacząć właśnie od szpitali, których większość jest wysoce energochłonna i niewydajna energetycznie. Wynika to m.in. z faktu, że średnio co piąty polski szpital ma ponad 70 lat i wymaga głębokiej termomodernizacji, a specjalistyczne wyposażenie wymaga dodatkowego zużycia energii i chłodzenia.

– Jest mnóstwo działań, które można podjąć, żeby dokonać zielonej transformacji i stać się zielonym szpitalem. Jednym z nich jest termomodernizacja, ale trzeba też pomyśleć o urządzeniach, które znajdują się w szpitalu i pobierają znaczne ilości energii. To powoduje koszty wielokrotnie wyższe niż w przypadku nowszych technologii i urządzeń nowej generacji. Często okazuje się, że wymiana systemów medycznych na nowe może zwiększyć oszczędności szpitala o kilkaset tysięcy, a nawet o kilka milionów złotych, jeżeli wymieniamy całą flotę urządzeń, nie wspominając o konkretnych korzyściach dla środowiska – mówi członek zarządu i dyrektor ds. relacji strategicznych i market access w Philips Healthcare CEE.

– Nasz zespół zwrócił uwagę, że mamy zaawansowany system komputerowy, ale dalej przesyłamy informacje na papierze. Natychmiast to zweryfikowaliśmy i okazało się, że wykorzystanie papieru udało się zmniejszyć o prawie 80 proc. – mówi Sławomir Wysocki.

Według ekspertów transformacja polskich szpitali powinna mieć charakter kompleksowy i obejmować m.in. wymianę źródła ciepła i oświetlenia na bardziej energooszczędne, termomodernizację i poprawę efektywności energetycznej budynków, cyfryzację i modyfikację łańcuchów dostaw dla szpitali tak, aby były bardziej zrównoważone. Dziś zdecydowanie łatwiej jest finansować transformację i zrównoważony rozwój szpitalom prywatnym, które mają prostsze procedury przetargowe i mogą uwzględniać w zamówieniach czynniki proekologiczne.

– Zrównoważony rozwój powinien być generalnie jednym z głównych kryteriów przetargowych w polskich szpitalach – mówi Urszula Szybowicz. 

Wszystko to wymaga zmiany podejścia do projektowania szpitali i procesów w ochronie zdrowia. Tradycyjnie przeszkodą jest jednak brak wystarczających funduszy.

– Szpitale mają w tym momencie duży problem z finansowaniem zielonej transformacji. Bardzo wyczekujemy informacji o tym, jakie fundusze unijne, ale też krajowe będą dostępne na ten cel – podkreśla dyrektor operacyjna Polskiej Federacji Szpitali.

Ponad połowa Polaków nie wie, jakie ulgi podatkowe im przysługują. Co piąty boi się, że przez Polski Ład będzie musiał zapłacić wyższy podatek

Prawie połowa Polaków zamierza rozliczyć swój PIT za 2022 rok samodzielnie albo zdać się na gotowe rozliczenie przygotowane przez Krajową Administrację Skarbową. Blisko 60 proc. nie wie jednak, z jakich nowych ulg i odliczeń może skorzystać, a co piąty boi się, że straci na ostatnich zmianach podatkowych – wynika z badania SW Research na zlecenie e-pity.pl. – Polacy już w tej chwili, przed końcem 2022 roku, powinni zainteresować się swoim rozliczeniem i zapoznać z ulgami, które im przysługują, żeby zabezpieczyć się przed niekorzystnymi zmianami Polskiego Ładu – podkreśla dr Anna Semmerling, ekspertka Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Zeznania podatkowe za 2022 rok Polacy będą składać pomiędzy 15 lutego a 2 maja przyszłego roku. Jednak opracowany przez e-pity.pl przy współpracy z ekspertami z Wyższej Szkoły Bankowej raport „Sposoby na Polski Ład” pokazuje, że ze względu na liczbę i skalę zmian podatkowych, wprowadzonych na przestrzeni ostatniego roku, wielu z nich nie wie, jak się za to zabrać.

Polacy przede wszystkim nie są świadomi ulg, z których mogą skorzystać. Tylko niecałe 20 proc. ma taką wiedzę – mówi agencji Newseria Biznes dr Anna Semmerling, prodziekan Wydziału Biznesu Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku, współautorka raportu.

Polacy są zdezorientowani i nie poruszają się sprawnie po nowej podatkowej rzeczywistości. Prawie co piąty obawia się, że w związku z ostatnimi zmianami zapłaci wyższy podatek lub otrzyma niższy zwrot, a gros badanych (59,9 proc.) deklaruje, że na razie „trudno powiedzieć”. Taki sam odsetek wie również, że w rozliczeniu za 2022 rok pojawią się nowe ulgi, ale brakuje im wiedzy, komu i w jakim zakresie one przysługują oraz czy oni sami będą mogli z nich skorzystać.

– Polski Ład wprowadził w tym zakresie wiele nowych rozwiązań – zarówno dla osób fizycznych, jak i przedsiębiorców. Dlatego warto, aby te dwie grupy społeczne się tym tematem zainteresowały – mówi ekspertka. – Dla przykładu osoby fizyczne mogą skorzystać z ulgi prorodzinnej, która jest obecnie bardzo korzystna – rodzina, która ma jedno dziecko, może odliczyć od podatku 1122 zł. Innym przykładem jest ulga dla rodzin wielodzietnych, które mają czwórkę lub więcej dzieci, oraz ulga na internet w wysokości 760 zł na osobę. Może z niej również skorzystać np. współmałżonek, w tej samej wysokości, co razem daje nam ulgę w kwocie 1520 zł. Natomiast jest to ulga, którą odliczamy od dochodu, a więc jeżeli rozliczamy podatek na poziomie 17 proc., uzyskamy zwrot około 258 zł.

Nowy Ład wprowadził zmiany również w uldze rehabilitacyjnej, która przysługuje osobom z niepełnosprawnościami, oraz uldze dla rodziców samotnie wychowujących dziecko.

– Kolejną jest ulga od oddanej krwi, w której przysługuje nam 130 zł za każdy litr. To także jest ulga, którą odliczamy od dochodu, czyli nie dostajemy z powrotem 130 zł, a jedynie 17 proc. z tej kwoty. Dzięki temu możemy jednak zrobić coś dobrego zarówno dla innych, jak i dla domowego budżetu – mówi prodziekan Wydziału Biznesu w WSB w Gdańsku. – Przedsiębiorcy również mają możliwość skorzystania z wielu ulg, takich jak np. ulgi na robotyzację czy wprowadzenie nowego produktu. Tu też bardzo istotne jest, żeby już dzisiaj się tym zainteresowali i przygotowali odpowiednią dokumentację, która uprawomocni to, że mają prawo do danego odliczenia. Warto sięgnąć po opracowane kompendium np. na stronie  e-pity.pl, gdzie wszystkie ulgi zostały wymienione i opisane.

Badanie przeprowadzone przez SW Research pokazuje, że 35 proc. Polaków przy rozliczeniu PIT-u za 2022 rok zamierza skorzystać z pomocy biur rachunkowych, księgowych lub znajomych, którzy rozumieją nowe wytyczne i zasady Polskiego Ładu. Co piąty deklaruje, że jeszcze nie zastanawiał się nad tym tematem. Natomiast 43,3 proc. Polaków zamierza rozliczyć swój PIT samodzielnie albo zdać się na gotowe rozliczenie przygotowane przez Krajową Administrację Skarbową.

Polacy od kilku lat zostali przyzwyczajeni do tego, że Ministerstwo Finansów 15 lutego publikuje już gotowy PIT, który należy tylko zaakceptować. Jednak nie zawsze uwzględnia on przysługujące ulgi, dzięki którym możemy obniżyć podatek – przestrzega ekspertka. – Dlatego warto już dzisiaj sięgnąć po inne rozwiązania i samemu rozliczyć wcześniej PIT. Można skorzystać z dostępnych aplikacji lub symulatorów na stronach internetowych. Wystarczy tylko wpisać swój przychód, a symulator sam przeliczy nam najbardziej korzystne rozwiązanie podatkowe.

Formularz przygotowany przez administrację skarbową nie uwzględni także przekazania części podatku organizacjom pożytku publicznego. W rozliczeniu za ten rok, zgodnie ze zmianami z Polskiego Ładu, podatnicy mogą przekazać już nie 1 proc. jak do tej pory, ale 1,5 proc. swojego podatku.

Narzędzia dezinformacji są coraz bardziej zaawansowane. Bez zmiany nawyków użytkowników social mediów walka z nią będzie niemożliwa

Pandemia COVID-19 i agresja militarna Rosji na Ukrainę pokazały, jak duże zagrożenia dla stabilności i bezpieczeństwa niesie ze sobą dezinformacja. Jej ofiarą mogą paść opinia publiczna, biznes, tradycyjne media, jak i struktury państwa, bo fałszywe informacje sprzyjają kreowaniu radykalnych i agresywnych postaw, a nawet mogą wpływać na wyniki wyborów. Walkę z dezinformacją utrudnia jednak fakt, że narzędzia, które jej służą, stają się coraz doskonalsze. – Kluczem do tego, żeby przeciwdziałać szerzeniu się dezinformacji, nie są platformy społecznościowe. Najważniejsze jest wyrobienie właściwych nawyków wśród użytkowników mediów społecznościowych – wskazuje Anna Mierzyńska, analityczka mediów społecznościowych, badająca dezinformację.

– Dezinformacja to zorganizowane kłamstwo, przygotowana i spreparowana informacja, której celem jest wprowadzenie w błąd całych grup społecznych bądź konkretnego odbiorcy. Jest bardzo niebezpiecznym narzędziem w przestrzeni publicznej, w procesie podejmowania decyzji. Ten instrument jest tym groźniejszy, że mamy coraz bardziej zaawansowane techniki przygotowania, dedykowania oraz rozpropagowywania treści o charakterze dezinformacyjnym – mówi agencji Newseria Biznes gen. Radosław Kujawa, były szef Służby Wywiadu Wojskowego, przewodniczący Rady Programowej Fundacji Forum Bezpieczeństwa.

– Kiedy podejmujemy działania w celu przeciwdziałania dezinformacji, żeby ograniczyć jej rozpowszechnianie i dotarcie do ludzi, to osoby, które dezinformują, natychmiast wprowadzają nowe metody, żeby to dotarcie ciągle było szerokie. To sprawia, że jako analitycy dezinformacji cały czas mierzymy się z zupełnie nowymi technikami i narzędziami, co chwilę dzieje się coś nowego. I niestety dezinformacja się rozszerza, ponieważ jest to tani, niewymagający ogromnych nakładów finansowych sposób wpływania na zachowania i decyzje ludzi – mówi Anna Mierzyńska, autorka wydanej niedawno książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie”.

Raport opublikowany przez NASK („Zjawisko dezinformacji w dobie rewolucji cyfrowej”) pokazuje, że dezinformacja jest obecnie jednym z większych wyzwań w przestrzeni cyfrowej. Nie tylko sprzyja manipulowaniu opinią publiczną i kształtowaniu radykalnych, agresywnych postaw, ale może również destabilizować sytuację polityczną, wpływać na wyniki wyborów i wywierać destrukcyjny wpływ na struktury administracyjne i decyzyjne państwa. Ostatnimi laty wiele mówi się o jej wpływie na wyniki wyborów w USA, Niemczech czy Francji.

Dezinformacja to nowe i fundamentalne zagrożenie dla demokracji. Chodzi o zniszczenie prawdy i wprowadzenie w tę pustą przestrzeń fałszywych wiadomości, a najlepiej mieszanki prawdziwych i fałszywych wiadomości. Wówczas można wpływać na wszelkie fundamentalne wybory człowieka, a do nich należą też wybory polityczne i proces wyborczy – mówi dr hab. Irena Lipowicz, profesor UKSW, kierownik Katedry Prawa Administracyjnego i Samorządu Terytorialnego UKSW.

Współczesna dezinformacja przyjęła wiele różnych form, takich jak wroga propaganda, dywersja ideologiczna, trolling czy złośliwe moderowanie dyskusji na forach oraz w mediach społecznościowych. Często wykorzystuje środki, które są dostosowane do specyfiki konkretnych państw, społeczeństw albo grup docelowych, aby wypaczyć prawdę, zasiać nieufność czy wzbudzić wątpliwości.

Dezinformacja wpływa nie tylko na relacje społeczne, biznes i tradycyjne media, ale i struktury państwa, a nawet stosunki międzynarodowe. Raport NASK pokazuje, że bezrefleksyjnie przyjmowana może sparaliżować proces decyzyjny, poróżnić państwa, spowodować strategiczny rozłam między sojusznikami albo zdyskredytować instytucje, które odgrywają znaczącą rolę w europejskiej i euroatlantyckiej gospodarce i architekturze bezpieczeństwa.

 Doskonale widać to teraz, w czasie wojny w Ukrainie. Można powiedzieć, że mamy dwie, równolegle prowadzone wojny: konwencjonalną, opartą na działaniach militarnych, oraz wojnę informacyjną. Ta druga w porównaniu do militarnej jest o wiele tańsza. Jest też prowadzona na ogromną skalę, co widzimy w trakcie analiz w sieci. Wciąż się rozchodzą nieprawdziwe informacje, zmanipulowany kontekst, fałszywe dane. To są metody, które są dziś używane do tego, żeby wpływać na zachowania i decyzje odbiorców – mówi Anna Mierzyńska.

Przytaczany przez NASK raport „Freedom on the Net: Manipulating Social Media to Undermine Democracy” pokazał, że obok Rosji, która prowadzi takie działania od lat, coraz więcej krajów na świecie wykorzystuje media społecznościowe do działań dezinformacyjnych i kształtowania zarówno swojej wewnętrznej polityki, jak i wywierania wpływu na inne państwa.

Dezinformację w wymiarze społecznym może skutecznie zwalczać tylko wiarygodna władza, wiarygodne instytucje publiczne. Kładę tu akcent na słowo „wiarygodność”, ponieważ ich opinia jest brana pod uwagę tylko wtedy, kiedy one wzbudzają zaufanie – mówi gen. Radosław Kujawa. 

Dlatego też przeciwdziałanie dezinformacji staje się priorytetem dla rządów, ale też instytucji i organizacji międzynarodowych. Unia Europejska dostrzegła ten problem w 2015 roku, a w czerwcu br. został opublikowany udoskonalony Kodeks postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji. Komisja Europejska wskazuje, że wraz z aktem o usługach cyfrowych (DSA) będzie on tworzył unijny zestaw narzędzi do przeciwdziałania dezinformacji w internecie.

Jako główne źródło dezinformacji są dziś wskazywane platformy społecznościowe. Dlatego pojawiła się teoria, że aby tę dezinformację ograniczyć, wystarczy wpłynąć na ich model działania. Instytucje unijne rozmawiały z ich przedstawicielami, nakładały na platformy kolejne regulacje dotyczące np. fact-checkingu. Tego rodzaju działania zostały podjęte i okazało się, że to absolutnie nie wystarcza, bo platformy społecznościowe są tylko narzędziem. Tak naprawdę to użytkownicy platform są clou całego problemu. To my upubliczniamy dezinformację albo rozpowszechniamy ją dalej, świadomie lub nie – podkreśla Anna Mierzyńska. – Dopóki nie wpłyniemy na zachowania ludzi w tym zakresie, nie damy im narzędzi do tego, żeby mogli w łatwy sposób sprawdzać informacje, to dezinformacja będzie się dalej rozpowszechniać.

Eksperci wskazują, że w walce z dezinformacją potrzebne są różne narzędzia, w tym m.in. odpowiednie regulacje dotyczące mediów, współpraca między wieloma różnymi podmiotami oraz zaangażowanie i edukacja opinii publicznej.

– Wbrew temu, w co wcześniej wierzono, proste działania typu dostęp do informacji publicznej czy prostowanie fałszywych informacji już dawno nie wystarczają. Dezinformacja to swoiste uwiedzenie psychologiczne, które czyni z podmiotu poddanego dezinformacji wyznawcę tych fałszywych treści, związanego z nimi emocjonalnie – mówi prof. Irena Lipowicz. – Potrzeba konkretnych działań w sferze społecznej – to muszą być niezależni brokerzy informacji. Potrzeba ścisłej współpracy z Unią Europejską, która się ocknęła i ma w tej chwili bardzo profesjonalne organy przeciwdziałające radykalizacji, ma różnego rodzaju Task Forces, które skupiają się na tropieniu i pokazywaniu dezinformacji. Potrzeba również szerokich działań akademickich i społecznych.

O zagrożeniach, jakie niesie dezinformacja, i możliwościach walki z nią eksperci rozmawiali podczas Forum Przeciwdziałania Dezinformacji zorganizowanego przez Fundację Forum Bezpieczeństwa. W ten sposób zapoczątkowano prace nad rekomendacjami dotyczącymi przeciwdziałania dezinformacji. Raport w tej sprawie ma być gotowy na początku przyszłego roku.

PARP rozdysponuje prawie 6 mld euro z nowej unijnej siedmiolatki. Pierwsze konkursy wystartują już w I kwartale 2023 roku

Z „Monitoringu innowacyjności polskich przedsiębiorstw” Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wynika, że prawie 80 proc. rodzimych firm prowadzi działalność innowacyjną, ale wymaga ona sporych nakładów finansowych. Dlatego dla 72,2 proc. przedsiębiorstw to właśnie kwestie finansowe są czynnikiem mającym wpływ na podjęcie takich inicjatyw. Pula środków na ten cel niedługo znacznie się zwiększy, ponieważ PARP już w styczniu uruchomi pierwsze konkursy z nowej unijnej perspektywy finansowej. Łącznie do 2027 roku będzie do wykorzystania 6 mld euro.

PARP będzie pierwszą instytucją w Polsce, która uruchomi nabory z nowej perspektywy finansowej na lata 2021–2027. To prawie 6 mld euro do rozdysponowania wśród polskich mikro-, małych i średnich przedsiębiorców, przeznaczonych np. na wprowadzanie innowacji, zakup maszyn i urządzeń, budowę hal, zazielenienie, kolektory słoneczne, ale także internacjonalizację, czyli wychodzenie na rynki zagraniczne – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Budrowski, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

W nowej perspektywie finansowej na lata 2021–2027 PARP będzie zaangażowana w realizację łącznie trzech programów: Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (budżet 2,82 mld euro), Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej (1,39 mld euro) oraz Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego (1,37 mld zł). Te środki trafią nie tylko do przedsiębiorców, ale też m.in. do samorządów i podległych im podmiotów, klastrów i instytucji otoczenia biznesu.

Pierwszy konkurs, z którym ruszamy już w I kwartale 2023 roku, to Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki – zapowiada Dariusz Budrowski.

Program Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG) – zatwierdzony przez Komisję Europejską 27 września br., z łącznym budżetem wynoszącym 7,9 mld euro – jest największym krajowym programem wspierania innowacyjności w UE. Jego celem jest m.in. wsparcie działalności badawczo-rozwojowej, wprowadzanie na rynek nowych i ulepszonych produktów i usług, wzrost konkurencyjności polskich firm na światowych rynkach, a także wsparcie i rozwój start-upów.

Program jest pogrupowany w cztery priorytety, a PARP będzie zaangażowana w realizację dwóch: Priorytet 1 – Ścieżka SMART. Wsparcie dla przedsiębiorców oraz Priorytet 2 – Środowisko przyjazne innowacjom.

Nowością w programie Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki jest realizacja całego procesu badawczo-rozwojowego, włącznie z wdrożeniem innowacji. Do tej pory przedsiębiorcy musieli składać osobne wnioski o dofinansowanie na część badawczo-rozwojową, na część wdrożeniową, a jeszcze osobne wnioski o dofinansowanie np. na ekspansję zagraniczną czy na szkolenia pracowników. Teraz będą mieli możliwość złożenia jednego wniosku o dofinansowanie, w którym będą zawierali całą ścieżkę rozwoju danego przedsięwzięcia adekwatnie do potrzeb firmy – mówi Aneta Zielińska-Sroka, zastępca dyrektora Departamentu Komunikacji i Marketingu w PARP.

Jak wskazuje, FENG stwarza możliwości wsparcia przedsiębiorstw na każdym etapie, od dojrzałych firm po start-upy i indywidualnych innowatorów, ponieważ w nowej perspektywie nowością są instrumenty skierowane także do osób fizycznych, które do tej pory nie prowadziły działalności gospodarczej  czy też nie planują jej zakładać.

Możliwości finansowania są jednym z głównych czynników warunkujących rozwój i innowacyjność polskich firm. Dla zdecydowanej większości podmiotów prowadzących działalność innowacyjną to właśnie kwestie nakładów decydują o jej podejmowaniu i rozwijaniu. Dlatego zwiększanie dostępu do finansowania jest postrzegane jako szansa dla zwiększania innowacyjności gospodarki, a to z kolei jest niezbędne dla wzrostu PKB i konkurowania na zagranicznych rynkach.

– Żyjemy w realiach globalnego rynku, na którym zachodzi rewolucja technologiczna. Ten, kto będzie uczestniczył w tej rewolucji, ma szansę na budowanie swojej konkurencyjności. I my oczywiście też musimy zwracać uwagę na to, żeby nasza gospodarka była technologicznie jak najbardziej rozwinięta. Mamy już wiele takich branż, w których możemy być liderem, jesteśmy w stanie zaproponować produkt, który będzie cieszył się powodzeniem na globalnym rynku. Dlatego nasze projekty chcemy dedykować tym przedsiębiorcom, którzy mają perspektywę globalną, chcą się rozwijać i chcą korzystać z nowych technologii, żeby podnosić swoją konkurencyjność – mówi Jacek Żalek, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej.

– Bardzo ważnym komponentem, jeśli chodzi o środki unijne, jest również program Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej (FEPW). To prawie 1,5 mld euro na inwestycje w sześciu województwach na wschodzie kraju – mówi Dariusz Budrowski. – Oprócz Warmii i Mazur, Podlasia oraz województw lubelskiego, świętokrzyskiego i podkarpackiego w tej edycji dołącza Mazowsze bez Warszawy i przyległych powiatów. Jednak to nie powoduje, że tych środków będzie mniej, wręcz przeciwnie – środków na nową perspektywę finansową będzie o wiele więcej.

W ramach FEPW przedsiębiorcy będą mogli się ubiegać o pomoc finansową m.in. w rozwoju innowacji i zielonej transformacji.

Polska Wschodnia to m.in. wsparcie dla samorządów, jeśli chodzi o komunikację miejską, kolejową te komponenty będą bardzo istotne. Nowością są też kwestie związane ze szlakami turystycznymi – mówi prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

– Zarówno w programie Nowoczesna Gospodarka, jak i Polska Wschodnia ważnym obszarem wsparcia będzie zielona transformacja i cyfryzacja. Przedsiębiorcy będą mieli m.in. możliwość zmiany procesów produkcji i samych produktów tak, żeby przestawić się na gospodarkę obiegu zamkniętego. Będą mogli wprowadzać zmiany, np. zmniejszające wykorzystanie szkodliwych materiałów w produkowanych przez siebie produktach, czy obniżać koszty zużycia energii potrzebnej do prowadzenia danego procesu produkcyjnego – dodaje Aneta Zielińska-Sroka.

W trzecim z programów realizowanych przez PARP, czyli Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego, planowane są z kolei działania na rzecz rozwoju kompetencji w obszarze gospodarki nisko- i zeroemisyjnej, w tym gospodarki o obiegu zamkniętym. Tu priorytetem jest również zapewnienie równego dostępu do wybranych produktów i usług, zgodnie z założeniami Europejskiego Aktu o Dostępności. Kontynuowane będzie także wsparcie na rzecz firm rodzinnych czy tych znajdujących się w okresowych trudnościach.

Podczas Świętokrzyskiego Forum Gospodarczego, które odbywało się 6 grudnia br. w Busku-Zdroju, bogatą ofertę wsparcia dla biznesu, w programach Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki, dla Polski Wschodniej i Rozwoju Społecznego, przedstawiła m.in. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Wydarzenie zgromadziło przedstawicieli rządu, agencji państwowych wspierających biznes oraz przedsiębiorców z regionu zainteresowanych ofertą dofinansowań do inwestycji i tematyką innowacyjności w przemyśle.

Głównym celem forum było zapoznanie przedsiębiorców z regionu świętokrzyskiego z możliwościami dodatkowego finansowania swoich inwestycji, które przedstawiły także Agencja Rozwoju Przemysłu czy Fundacja Platforma Przemysłu Przyszłości.

– Przedsiębiorcy poszukują źródeł finansowania alternatywnych dla banków komercyjnych, ponieważ oferowane przez nie produkty często są istotnie ograniczone – mówi Konrad Trzonkowski, dyrektor zarządzający Agencją Rozwoju Przemysłu. – W ARP szukamy komplementarnego uzupełnienia możliwości finansowania polskich przedsiębiorców, wychodząc poza schematy. Podstawową formą jest finansowanie inwestycyjne, które jest niezwykle istotne w kontekście budowania nowych mocy produkcyjnych, powiększania zakładów produkcyjnych, szukania nowych możliwości wejścia na inne rynki zbytu. Możemy zaoferować finansowanie dłuższe niż rynek, czyli np. do 15 lat, może być to także finansowanie z trochę mniejszym wkładem własnym niż na rynku komercyjnym czy też z dłuższą karencją spłaty.


 xcv

Starzenie się społeczeństwa zwiększa zapotrzebowanie na opiekę długoterminową. Prywatne podmioty wypełniają ogromną lukę na tym rynku

Zapotrzebowanie na świadczenia pielęgnacyjne i opiekuńcze rośnie w związku ze starzeniem się polskiego społeczeństwa. Tymczasem opieka długoterminowa w Polsce od lat kuleje – problemem są m.in. niedobory personelu i zbyt mała liczba ośrodków. Tę lukę często uzupełniają prywatne podmioty – takie jak założona ponad 20 lat temu firma BetaMed, która była jedną z pierwszych w tym segmencie rynku, a dziś liczy ponad 90 placówek. Jej prezes, Beata Drzazga, otrzymała 17 listopada z rąk prezydenta Andrzeja Dudy indywidualną nagrodę dla osoby wyróżniającej się wybitnymi zasługami dla rozwoju polskiej gospodarki i przedsiębiorczości.

Liczba osób starszych ciągle rośnie. Mamy dobrą medycynę – a przynajmniej dbającą o to, żeby seniorzy mieli odpowiednie medykamenty. Z drugiej strony oni sami coraz lepiej o siebie dbają, wiedzą, jak się odżywiać, co robić i co powinni kupować, o ile oczywiście wystarczy im pieniędzy. Dlatego usługi opieki długoterminowej są na rynku bardzo potrzebne – mówi agencji Newseria Biznes Beata Drzazga, założyciel i prezes spółki BetaMed SA.

Polskie społeczeństwo jest jednym z najszybciej starzejących się w Europie. Z danych GUS wynika, że co czwarty Polak (24,8 proc.) ukończył już 60 lat, a w 2050 roku osoby starsze będą stanowić już 40,4 proc. ogółu populacji. To szybkie starzenie się społeczeństwa oznacza, że w nadchodzących latach sektor medyczny stanie przed wieloma wyzwaniami związanymi m.in. z większym popytem na świadczenia medyczne, większą częstotliwością występowania chorób przewlekłych oraz koniecznością zapewnienia osobom starszym jak najlepszych warunków życia i opieki długoterminowej.

– Zapotrzebowanie na opiekę długoterminową jest bardzo duże. Dla przykładu mamy w zakładzie opiekuńczo-leczniczym 100 łóżek, a ludzie, którzy zgłaszają się do nas w ramach NFZ-u, muszą czekać na miejsce około trzech lat – mówi Beata Drzazga. – Bardzo dużym popytem cieszą się zakłady pielęgnacyjno-opiekuńcze. Ludzie żyją dłużej, a nie zawsze mają rodziny lub rodzina nie daje rady zająć się tą osobą, bo przecież młodzi ludzie też muszą pracować. Dlatego chętnie oddają do zakładów pielęgnacyjno-opiekuńczych, które mają jakość, w których pacjent będzie zaopiekowany.

Z opublikowanej przez Ministerstwo Zdrowia „Mapy potrzeb zdrowotnych na lata 2022–2026” wynika, że w 2019 roku ze świadczeń pielęgnacyjnych i opiekuńczych w ramach opieki długoterminowej, finansowanych ze środków NFZ, skorzystało raptem 109,8 tys. pacjentów. Najczęstszym rozpoznaniem, z jakim starsi pacjenci trafiają do opieki długoterminowej, są: przebyty udar (18 proc.), choroba Alzheimera (15 proc.) oraz choroby sercowo-naczyniowe i układu krążenia (11 proc.). Polski publiczny system ochrony zdrowia nie jest w stanie odpowiedzieć na związane z tym wyzwania: Polska ma najniższy wśród krajów OECD wskaźnik udziału osób w wieku 65+ objętych opieką długoterminową (0,9 proc.). Ta wartość jest ponad 10-krotnie niższa niż średnia w 25 krajach OECD (10,8 proc.). 

Jak wskazuje Beata Drzazga, jednym z głównych problemów tego segmentu jest niewystarczające finansowanie z budżetu państwa. W Polsce na opiekę długoterminową przeznacza się 0,5 proc. PKB, podczas gdy europejska średnia wynosi ok. 1,6 proc.

– Rynek opieki długoterminowej już znam od ponad 22 lat i on praktycznie nie zmienił się za dużo. Minimalnie zwiększyły się kontrakty, bo już wszystkie województwa kontraktują, nie tak jak było w 2000 czy w 2001 roku, że nie było nawet tej usługi. To się rozwija, ale niestety cena od 22 lat jest taka sama i nad tym bardzo ubolewam – mówi założyciel i prezes spółki BetaMed SA.

Kolejnym problemem są też niedobory personelu i zbyt mała liczba ośrodków. Dlatego lukę często uzupełniają prywatne podmioty. Jedną z pierwszych firm na tym rynku była BetaMed.

– Wejście na ten rynek prawie 22 lata temu naprawdę wymagało bardzo dużej odwagi, zwłaszcza że pracowałam już w państwowej służbie zdrowia – mówi Beata Drzazga. – Moim marzeniem była taka służba zdrowia, w której będzie nie tylko piękna klinika, choć też uważam, że to jest potrzebne, a nie stare budynki i sypiące się tynki, ale która będzie pięknie się zajmować chorymi ludźmi. W tym wszystkim się odnalazłam tylko dlatego, że miałam tę pasję cały czas. Dziś przez cały czas mój personel staje do swojej pracy z empatią.

BetaMed w ciągu dwóch dekad rozwinęła się do 91 filii świadczących usługi opieki długoterminowej w 11 województwach. Dziś jest największą w Polsce firmą w tej branży. Zatrudnia prawie 3,3 tys. pracowników i personelu medycznego, który opiekuje się zarówno osobami dorosłymi, jak i dziećmi w klinice w Chorzowie.

W ubiegłym roku sukces rynkowy spółki BetaMed został wyróżniony w ramach XIX edycji Nagrody Gospodarczej Prezydenta RP. Z kolei 17 listopada br. jej prezes Beata Drzazga otrzymała z rąk Andrzeja Dudy nagrodę indywidualną – dla osoby wyróżniającej się wybitnymi zasługami dla rozwoju polskiej gospodarki i przedsiębiorczości.

– Jest mi niezmiernie miło, ponieważ czuję się tak, jakbym została w tym roku wybrana spośród 38 mln Polaków i doceniona za całokształt mojej działalności – mówi założyciel i prezes spółki BetaMed SA.

Od ponad roku Beata Drzazga pełni funkcję dziekana Wydziału Medycznego Akademii Górniczej w Katowicach, gdzie wykłada o komunikacji i empatii w opiece nad pacjentem. Przede wszystkim jest jednak przedsiębiorcą i prezesem kilku założonych przez siebie firm – w tym m.in. specjalizującej się w medycynie estetycznej i laseroterapii Drzazga Clinic oraz domu mody Dono da Scheggia.

W Miami otworzyłam kolejny biznes – sklepy elektroniczne BetaNest Electronics, ponieważ zobaczyłam, co jest potrzebne na tamtejszym rynku – mówi Beata Drzazga, która dzieli swój czas między Polskę a Stany Zjednoczone. – Później spotkałam konsula honorowego Las Vegas, który namówił mnie do współpracy przy misjach gospodarczych. Rzeczywiście zaczęłam brać udział w tych misjach, dzięki którym podpisana była umowa o współpracy między Polską a stanem Nevada. Za to moje zaangażowanie zostałam utytułowana Pierwszym Ambasadorem Biznesu Nevady. W Las Vegas zbudowałam BetaMed International i na razie jest to mały zarodek tej firmy, bo COVID-19 chwilowo wstrzymał jej rozwój, ale zobaczymy, co będzie w przyszłości. W tym roku w Miami otworzyłam kolejną firmę, która zajmuje się nieruchomościami.

Obok rozwijania kolejnych firm i projektów Beata Drzazga spełnia się dziś również jako doradca biznesowy i mentor, który doradza i inspiruje kolejnych przedsiębiorców m.in. w ramach klubów przedsiębiorczości.

– Opowiadam o tym wszystkim młodzieży i innym przedsiębiorcom i sprawia mi to ogromną przyjemność, ponieważ widzę, że inspirowanie ludzi daje bardzo duże efekty. Oni dają mi później odpowiedź zwrotną, że dzięki mnie otworzyli firmy, dzięki mnie coś w nich naprawili, a młodzież przestaje się obawiać tego, że nie znajdzie swojej pasji, bo czasami ktoś jest bardzo zdolny, ale najpierw pracuje, nabiera doświadczenia i dopiero potem otwiera się koło 30. czy 40. roku życia. Nasze talenty i chęć pracy różnie mogą nas zaskakiwać – mówi założyciel i prezes BetaMed SA.

Mazowsze będzie mieć do wykorzystania ponad 9 mld zł z nowej perspektywy UE. Pierwsze nabory ruszą w I kwartale przyszłego roku

Zielona transformacja, odnawialne źródła energii i transport niskoemisyjny, innowacje, cyfryzacja, rozwój przedsiębiorczości i niwelowanie nierówności społecznych – to główne obszary, które będą finansowane z nowego programu Fundusze Europejskie dla Mazowsza 2021–2027. Komisja Europejska zatwierdziła program regionalny 2 grudnia br. To długo wyczekiwana decyzja – zarówno przez samorządy, jak i przedsiębiorców – która kończy proces negocjacyjny i otwiera drogę do ogłaszania naborów. Pierwsze z nich mają ruszyć już w I kwartale 2023 roku.

Nowy program regionalny, czyli Fundusze Europejskie dla Mazowsza 2021–2027, będzie realizowany w ramach tzw. polityki spójności i finansowany z dwóch funduszy – Europejskiego Funduszu Społecznego Plus (EFS+) oraz Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (EFRR). Całkowita alokacja dla Mazowsza to blisko 2,1 mld euro, czyli ponad 9 mld zł.

– Z tych pieniędzy będą finansowane projekty i przedsięwzięcia, zarówno na terenie obszaru warszawskiego, stołecznego, na który przeznaczymy ok. 500 mln euro, jak i na obszarze mazowieckim, regionalnym, gdzie finansowanie wyniesie blisko 1,6 mld euro – mówi agencji Newseria Biznes Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.

Mamy świeżo rozpisaną mapę drogową konkursów w zasadzie na cały 2023 rok. Myślę, że w ciągu najbliższych dni te informacje będą przekazane do wszystkich potencjalnych aplikujących, żeby mogli się przygotować – zapowiada Mariusz Frankowski, dyrektor Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych. – Zamierzamy ogłosić pierwsze konkursy jeszcze w I kwartale 2023 roku. W kolejnych miesiącach będziemy uruchamiać następne – zarówno te infrastrukturalne, na inwestycje twarde, jak i na inwestycje miękkie, które obejmą rynek pracy, edukację czy włączenie społeczne.

Szczegóły dotyczące nowego programu regionalnego i wydatkowania przewidzianych w nim środków zostały przedstawione podczas 12. Forum Rozwoju Mazowsza, które 6–7 grudnia br. odbywało się w Warszawie. Jak wskazuje Adam Struzik, priorytety inwestycyjne będą zgodne z głównymi celami polityki UE, a to oznacza, że duża część funduszy zostanie przeznaczona na zieloną transformację, odnawialne źródła energii czy transport niskoemisyjny.

Mówimy tu m.in. o czystym powietrzu, czystej wodzie, gospodarce odpadami i gospodarce w obiegu zamkniętym – podkreśla marszałek Mazowsza. – Podtrzymany i realizowany będzie też program dotyczący transportu publicznego w miastach oraz dalszej budowy dróg wojewódzkich i połączeń do ważnych centrów logistycznych czy portów lotniczych. Te działania na rzecz rozwoju systemu transportowego mają umożliwić, po pierwsze, funkcjonowanie transportu publicznego w jak największym wymiarze, a po drugie, stymulować rozwój gospodarczy naszego województwa.

Jednym z celów programu regionalnego Fundusze Europejskie dla Mazowsza 2021–2027 jest wyrównanie dużych dysproporcji pomiędzy Warszawą i resztą województwa. Duża część środków z nowego programu trafi też na innowacje, rozwój przedsiębiorczości i cyfryzację – również w kontekście dostępu do usług publicznych i rozwijania umiejętności cyfrowych.

I wreszcie obszar społeczny, bardzo istotny, dotyczący eliminowania wykluczenia społecznego i nierówności w dostępie do edukacji i rynku pracy. Mam tutaj na myśli zarówno osoby z niepełnosprawnościami czy seniorów, ale też uchodźców z Ukrainy czy wspólnotę romską – mówi Adam Struzik.

O wsparcie z programu regionalnego Fundusze Europejskie dla Mazowsza 2021–2027 będą mogli się ubiegać m.in. przedsiębiorcy, samorządy, szpitale, szkoły czy instytucje naukowo-badawcze, organizacje pozarządowe czy powiatowe urzędy pracy. Szczegóły będą udostępniane na stronie www.funduszedlamazowsza.eu.

Mamy do dyspozycji ponad 2 mld euro, a spektrum możliwości finansowania projektów jest gigantyczne – mówi Mariusz Frankowski. 

Poza tymi środkami Mazowsze Regionalne, wyodrębnione w efekcie wprowadzonego w 2018 roku podziału statystycznego, może liczyć na kolejne 400 mln euro w ramach programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej.

 Mazowsze w ciągu ostatnich 20 lat przeobraziło się w sposób znakomity. Zarówno członkostwo w Unii Europejskiej, jak i środki własne z podatku dochodowego i od osób prawnych spowodowały, że dziś Mazowsze jest liderem rozwoju w skali Polski i Europy. Jesteśmy w czołówce. I to będzie dalsze unowocześnianie regionu, poprawa warunków życia ludzi i środowiska naturalnego, dzięki czemu w efekcie będziemy mieć dobre życie w rozwijającym się regionie – mówi marszałek Adam Struzik.

Polskie firmy chcą się zaangażować w odbudowę ukraińskiej kolei po wojnie. Brakuje jednak odpowiednich przygotowań ze strony rządu

– Czeka nas jeszcze wiele miesięcy działań zbrojnych, ale po ukraińskiej kontrofensywie widać, że ten kraj ma szansę zakończyć wojnę i musimy być przygotowani do tego kolejnego etapu, jakim będzie odbudowa – mówi Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. Jak wskazuje, polskie firmy chcą się w ten proces zaangażować i już zaczęły przygotowania ku temu. Narzekają jednak na brak wsparcia i koordynacji ze strony rządu. Tymczasem wiele z nich ma potencjał, żeby po wojnie wziąć udział m.in. w odbudowie infrastruktury i transportu kolejowego na Ukrainie, który pod względem wielkości jest drugi w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Według szacunków Banku Światowego, opublikowanych na początku września br., koszt odbudowy Ukrainy obejmujący moce wytwórcze, infrastrukturę oraz potrzeby społeczne wyniesie przynajmniej 349 mld dol., czyli półtorakrotność całej gospodarki Ukrainy z 2021 roku, sprzed rozpoczęcia wojny. Natomiast szacunki przytaczane w nowym raporcie ZDG TOR („Polsko-ukraińskie relacje kolejowe”) wskazują na kwotę od 750 mld do 1 bln dol.

– Ciężko powiedzieć, jakie są w tej chwili koszty odbudowy Ukrainy, ponieważ one z każdym kolejnym dniem czy nawet z każdą kolejną godziną rosną na skutek ataków rakietowych Rosji – mówi agencji Newseria Biznes Adrian Furgalski.

Po zakończeniu wojny jednym z większych wyzwań będzie m.in. odbudowa infrastruktury kolejowej. Ostatnie miesiące pokazały, że jest to środek transportu trudny do zastąpienia pod względem efektywności przewozów towarów i ludzi. Kolej odegrała ogromną rolę w procesie ewakuacji mieszkańców i zastąpiła – przynajmniej w części – zablokowany transport morski towarów, np. zboża.

– Na sam tabor kolejowy będzie potrzebnych ok. 5 mld dol., przy czym chodzi tu tylko o odnowienie tego, co uległo uszkodzeniu, a nie o nowe zakupy – mówi Adrian Furgalski. – Nie ma się co oszukiwać, jeszcze przed wojną transport zbiorowy, infrastruktura Ukrainy były w bardzo złym stanie. Około 90 proc. taboru nadaje się po prostu na złom, bo jest niesprawny.

Jak wskazują polscy i ukraińscy eksperci, którzy przygotowali raport „Polsko-ukraińskie relacje kolejowe”, bez odbudowy infrastruktury i modernizacji taboru trudno myśleć o odbudowie potencjału gospodarczego Ukrainy. Kluczowe są tutaj także połączenia kolejowe z sąsiadami. Zwłaszcza że kolej w Ukrainie to drugi pod względem wielkości system transportu kolejowego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Ukraiński rząd już planuje projekty transportowe i infrastrukturalne, które pomogą podźwignąć gospodarkę z ruiny, a Polska może w tym procesie odegrać istotną rolę. Zainteresowanie udziałem w przyszłej odbudowie Ukrainy deklaruje już w tej chwili większość polskich firm infrastrukturalnych. Raport ZDG TOR pokazuje jednak, że ich realne zaangażowanie w ten proces będzie uzależnione od wielu czynników, w tym m.in. skali i harmonogramu realizacji robót w obu państwach, sposobu ich finansowania, wsparcia ze strony rządowej, otoczenia prawnego i przepisów z zamówień publicznych czy dostępności biur projektowych, sprzętu budowlanego i pracowników.

Mamy to szczęście, że jesteśmy sąsiadem, który jest bardzo ceniony za pomoc, jaką udziela w tej chwili Ukrainie. Oczywiście Amerykanie też będą chcieli być obecni na tym rynku odbudowy, ale my, przez bliskie sąsiedztwo, a także wspólne mechanizmy Unii Europejskiej, mamy szansę mocniej na nim zaistnieć. Musimy tylko trzymać rękę na pulsie – mówi ekspert.

Tym, co przemawia na korzyść firm z Polski, jest również fakt, że Ukraina ma już status państwa kandydującego do Unii Europejskiej.

– W związku z tym zapewne będzie musiała przyjąć przepisy związane np. z ochroną środowiska, zbliżone do tych, które obowiązują w Polsce, oraz prawo zamówień publicznych, bo sposób przyznawania kontraktów musi być transparentny. Te wszystkie procedury są nam znane – mówi wiceprezes ZDG TOR.

Na niekorzyść polskiego rynku działa z kolei to, że w ostatnich dekadach w Polsce nie były realizowane znaczące inwestycje w nową infrastrukturę kolejową. Trudno więc o pozyskanie doświadczenia, które może być niezbędne dla realizacji takich dużych przedsięwzięć infrastrukturalnych w Ukrainie.

– Jako polski rynek nie mamy takich sił, żeby uczestniczyć w wielkich inwestycjach czy budować pojedynczymi firmami kolej dużych prędkości. Możemy jednak tworzyć konsorcja. Bardzo wiele naszych firm budowlanych to są przedsiębiorstwa, których właścicielami są duże koncerny. Patrzę tu np. na Budimex, PORR czy Strabag – mówi Adrian Furgalski.

Niezbędnym know-how, pozwalającym realizować nawet duże zamówienia zagraniczne, dysponują również najwięksi polscy producenci taboru kolejowego, szyn, podkładów, rozjazdów czy urządzeń automatyki kolejowej. Istotne może być także zaangażowanie podmiotów z rynku tramwajowego.

Na rynku taboru upatruję bardzo dużej szansy, ponieważ polscy eksporterzy od 2001 roku wysłali w świat ponad 300 tramwajów, wagonów osobowych i zespołów trakcyjnych, z których większość trafiała do krajów byłego ZSRR, do byłych demoludów, a numerem jeden była właśnie Ukraina, więc tutaj mamy doskonałe doświadczenie – mówi wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Jak wskazuje, polskie firmy są już gotowe do tego, żeby zaistnieć w infrastrukturalnej odbudowie Ukrainy, ale jak na razie brakuje im wsparcia ze strony państwa.

– Tym, co już dzisiaj widać – i na co narzekają polscy przedsiębiorcy – jest fakt, że nie ma zaopiekowania ze strony rządu. Nie ma wzmocnienia naszych służb dyplomatycznych czy handlowych w Ukrainie po to, żeby już szukać tam partnerów. Jak na razie robią to albo organizacje, albo firmy na własną rękę – mówi Adrian Furgalski. – To musi być proces przygotowany z naszej strony, żeby w momencie, kiedy Komisja Europejska na dobre ruszy z platformą, która ma być jedynym kanałem przelewania środków na odbudowę Ukrainy, łączenia biznesów i zlecania kontraktów, Polska mogła pokazać: nasze zakłady, nasi przedsiębiorcy są już gotowi.

Lasy Państwowe zapowiadają rezygnację z ważnego międzynarodowego certyfikatu. Z tego powodu produkty z drewna made in Poland mogą stracić zagranicznych odbiorców

Certyfikat FSC jest gwarantem zrównoważonej gospodarki leśnej. Informuje potencjalnego klienta, że – kupując drewno i produkty z drewna oznaczone tym certyfikatem – nie przyczynia się do niszczenia środowiska naturalnego. Dla większości działających w Polsce firm z branży drzewnej i meblarskiej posiadanie tego certyfikatu jest wymogiem, bez którego nie mogą sprzedawać produktów na zagranicznych rynkach. To dlatego zapowiedzi kolejnych regionalnych dyrekcji Lasów Państwowych o zamiarze rezygnacji z certyfikacji FSC wywołują takie obawy. Przedsiębiorcy ostrzegają, że doprowadzi to do spadku ich konkurencyjności i utraty odbiorców m.in. w Skandynawii, Niemczech czy Francji.

FSC to nie jest polski wymysł, to jest coś, co obowiązuje w całym cywilizowanym świecie. Odbiorcy oczekują od nas dostaw właśnie tej certyfikacji, oczekują dokumentów potwierdzających, że poruszamy się w ramach standardów FSC. To otwiera polskim produktom furtkę na rynki zagraniczne – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Baniak, prezes Pracodawców RP. 

Międzynarodowy certyfikat FSC (Forest Stewardship Council) służy ochronie leśnych ekosystemów. Daje gwarancję, że oznaczone nim drewno pochodzi z lasów, które są gospodarowane zgodnie z zasadami zrównoważonej gospodarki leśnej. Informuje też potencjalnego klienta, że kupuje drewno, które zostało pozyskane w legalny sposób, a drewniane meble, panele, drzwi czy okna zostały wyprodukowane z poszanowaniem środowiska.

– Dzisiaj coraz więcej firm przykłada wagę do tego, żeby produkować w sposób jak najmniej emisyjny, z jak najmniejszym negatywnym wpływem na środowisko. A certyfikat FSC jest potwierdzeniem tego, że drewno używane do produkcji naszych okien jest pozyskiwane w sposób zrównoważony. Da się oczywiście wyprodukować okno bez certyfikatu na drewno, ale ono będzie dużo mniej pożądane na rynku, klienci nie będą go chętnie kupować – mówi Adam Ambrozik, dyrektor ds. korporacyjnych VELUX Polska. – Drewno jest podstawowym materiałem w większości okien dachowych, dlatego dbamy, aby pozyskiwanie tego surowca do produkcji nie miało negatywnego wpływu na środowisko. Spełnienie tego zobowiązania umożliwia firmie zakup certyfikowanego drewna. W 2021 roku 100 proc. drewna używanego do produkcji okien VELUX w Polsce pochodziło z certyfikowanych i zrównoważonych lasów.

Certyfikat ten jest powszechnie uznawany przez firmy z branż związanych z przemysłem leśno-drzewnym. Dla wielu polskich przedsiębiorstw posiadanie go jest podstawowym wymogiem, który umożliwia im nawiązanie współpracy z zagranicznymi partnerami.

 Certyfikat FSC pozwala polskim firmom z branży drzewnej i meblarskiej prowadzić działalność na terenie całego świata – podkreśla posłanka PSL Urszula Pasławska, przewodnicząca sejmowej Komisji Ochrony Środowiska.

Ten certyfikat to jest wymóg naszych klientów i konsumentów, którzy oczekują tego, aby nasze produkty były zrobione z surowców pochodzących ze zrównoważonych źródeł. Wymóg posiadania tego certyfikatu jest coraz częstszą praktyką rynkową – dodaje Adam Ambrozik.

Polska plasuje się w światowej czołówce pod względem powierzchni certyfikowanych lasów. Certyfikatem FSC jest objęte prawie 7 mln ha, co stanowi około 72 proc. powierzchni krajowych lasów. To wynik konsensusu, który od końca lat 90. panował pomiędzy Lasami Państwowymi i sektorem prywatnym. Certyfikat uzyskały wtedy Regionalne Dyrekcje Lasów Państwowych w Gdańsku, Krakowie, Katowicach i Szczecinku. Teraz, po ponad 20 latach, kolejne dyrekcje z niego rezygnują. Jako pierwsza taki zamiar ogłosiła w marcu br. RDLP w Gdańsku, a później także jednostki w Toruniu, Szczecinku i Łodzi.

Lasy Państwowe argumentują, że rezygnacja z certyfikatu FSC to efekt mało transparentnych i niekorzystnych zapisów umowy licencyjnej z organizacją FSC International. Mają one pozbawiać Lasy Państwowe wpływu na kształt krajowych kryteriów certyfikacji oraz narzucać szereg rozwiązań ograniczających zdolność do zarządzania lasami, oddając faktyczne decyzje w zakresie prowadzenia gospodarki leśnej w gestię zewnętrznej organizacji. Ta zaś odpowiedziała, że umowa licencyjna jest dokumentem, który zarządcy lasów podpisują co pięć lat, przy recertyfikacji FSC, a jednostki Lasów Państwowych wcześniej nie zgłaszały zastrzeżeń do jej zapisów. 

– FSC jest standardem akceptowanym nie tylko w Polsce, ale w całej Unii Europejskiej i na całym świecie. Jest grupa krajów, która wymaga takiej certyfikacji, a na rynku jest szereg graczy, którzy zgodzili się poruszać w jej ramach i handlować w oparciu o tę certyfikację. Tak więc ciężko mówić o tym, że coś jest w tym obszarze nieczytelne – mówi Rafał Baniak. – Rezygnacja z certyfikacji FSC to potężny cios dla polskiej gospodarki, zwłaszcza dla branży meblarskiej i wszystkich branż pokrewnych.

Decyzja Lasów Państwowych wywołała obawę branży drzewnej i meblarskiej, które bez certyfikatu FSC będą mieć problem z odbiorami swoich towarów i utrzymaniem zagranicznych kontraktów. Przedsiębiorcy wskazują, że ich klienci i partnerzy szybko zaczną szukać certyfikowanych dostawców z innych państw. Utrata zagranicznych rynków może być poważnym zagrożeniem dla eksportu polskich mebli i produktów drewnopochodnych na Zachód, a w szczególności do Skandynawii i do takich krajów jak USA, Szwajcaria czy Francja.

Dzisiaj branża drzewna to jest prawie 10 proc. produktu krajowego brutto, branża meblarska tworzy ponad 2 proc. PKB, dlatego bardzo ważne jest, aby trzymać standardy, aby być w klubach wśród najlepszych firm, najlepszych producentów, mieć kontrahentów na całym świecie – mówi Urszula Pasławska.

– Certyfikat FSC jest szczególnie popularny na rynkach zachodnich, takich jak Niemcy, Holandia czy Francja, a tam trafia 90 proc. produkcji naszych okien i generalnie stolarki okiennej z Polski. Nasza branża jest liderem eksportu, ale brak certyfikatu FSC dla produktów pochodzących z Polski spowoduje zamknięcie tych rynków i spadek konkurencyjności polskich firm za granicą – mówi Adam Ambrozik. – Na rynku są inne certyfikaty, ale ten jest najpowszechniej stosowany przez firmy, najbardziej rozpoznawalny i szczególnie pożądany wśród klientów na rynkach zachodnich. Zdecydowanie jest to rozwiązanie, które nie będzie łatwo zastępowalne w krótkim czasie.

To zaś może oznaczać zagrożenie dla działalności branży drzewnej i pochodnych. Jak wskazywał dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli Michał Strzelecki, tylko w tym obszarze rynku konsekwencje mogą dotknąć kilku tysięcy firm zatrudniających blisko 200 tys. pracowników i eksportujących ponad 80 proc. swoich wyrobów wartości bliskiej 60 mld zł.

Branża meblarska to jeden z naszych produktów eksportowych. Ma potencjał do tego, żeby stać się okrętem flagowym, jeżeli chodzi o polski eksport, i to już się dzieje. Jeżeli pozbawimy ją certyfikacji FSC, to firmy będą zmuszone do ograniczenia swojej działalności, a ludzie stracą miejsca pracy – mówi Rafał Baniak.

Ten temat był już przedmiotem prac Komisji Ochrony Środowiska. Staraliśmy się rozmawiać ponad politycznym sporem, ale Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które jest odpowiedzialne za wsparcie gospodarki i przedsiębiorców, nie potrafiło odpowiedzieć, jakie skutki będzie miało wyjście z tej certyfikacji. W związku z tym na pewno będziemy się temu przyglądać i zwoływać posiedzenie Komisji Środowiska, aby zadawać pytania, monitorować sprawę i chronić polską gospodarkę – zapowiada Urszula Pasławska.

W przyszłym roku deweloperzy będą dalej hamować z inwestycjami. Nowo uruchamianych projektów może być mniej o 2/3

Dalszy spadek popytu, napędzany niepewnością i wysokim oprocentowaniem kredytów hipotecznych, a jednocześnie spadek podaży mieszkań i liczby nowych inwestycji rozpoczynanych przez deweloperów – to prognoza dla polskiego rynku mieszkaniowego na nadchodzące miesiące. – Rynek będzie zmierzał w kierunku nowej równowagi, w której transakcji będzie o wiele mniej – mówi Mateusz Bonca, dyrektor zarządzający JLL Polska. Jak wskazuje, choć mogą się pojawić niewielkie korekty cenowe, to w najbliższym czasie raczej nie należy się spodziewać znaczących spadków.

– Polski rynek mieszkaniowy, który jest oparty głównie na indywidualnych kupujących na własny rachunek, w ostatnich miesiącach mocno wyhamował, m.in. ze względu na dynamikę finansową, brak dostępu do kredytów i niepewność osób, które wahają się podejmować decyzje o zakupie własnego lokum – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Bonca.

Z danych JLL za III kwartał br. wynika, że w tym okresie liczba mieszkań sprzedanych łącznie na rynku pierwotnym w sześciu największych miastach (w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi) wyniosła 6,6 tys. To oznacza 30-proc. spadek w porównaniu z poprzednim kwartałem, a ostatnio tak niski wolumen został odnotowany wiosną 2020 roku, kiedy z powodu pierwszej fali pandemii COVID-19 zamknięte zostały biura sprzedaży.

Na popyt negatywnie wpłynęła głównie seria wcześniejszych podwyżek stóp procentowych i wzrost oprocentowania kredytów oraz zaostrzenie zasad dotyczących wyliczania zdolności kredytowej, które narzuciła bankom KNF.

– Ze względu na ten malejący popyt deweloperzy hamują z produkcją, czyli przygotowywaniem i uruchamianiem nowych projektów. W trakcie poprzedniego kwartału widzieliśmy już takie miesiące, kiedy w dużych miastach rozpoczynało się raptem kilka projektów. To oznacza, że deweloperzy starają się szybko dostosować do spowalniającego rynku, pilnując swojego rachunku ekonomicznego – mówi dyrektor zarządzający JLL Polska.

Widać to już w danych GUS. Według wstępnych danych w okresie styczeń–październik 2022 roku deweloperzy oddali do użytkowania 113 tys. mieszkań, o 1,7 proc. więcej niż w roku ubiegłym, ale rozpoczęli budowę 101 tys. lokali, czyli o ponad 28 proc. mniej w ujęciu rocznym. Spadła także – chociaż nieznacznie, o 0,2 proc. – liczba mieszkań, na których budowę deweloperzy uzyskali pozwolenie lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym.

JLL szacuje, że w porównaniu do lat poprzednich liczba nowo uruchamianych projektów spadnie w przyszłym roku aż o 2/3.

– Zakładamy, że w tym i przyszłym roku rozpocznie się budowa ok. 50–60 tys. mieszkań, czyli tylko 1/3 tego, co w poprzednich latach, kiedy ta liczba wynosiła 150–160 tys. rocznie – mówi dyrektor zarządzający JLL Polska.

W III kwartale br. na sześciu głównych rynkach deweloperzy wprowadzili do oferty ponad 7,2 tys. nowych mieszkań. Całkowita wielkość oferty na koniec tego okresu wynosiła ok. 51,4 tys. lokali. To poziom porównywalny ze średnią dostępnością z lat 2015–2019, jednak wówczas sprzedaż kwartalnie wynosiła prawie 16 tys. mieszkań, a dziś jest znacznie mniejsza. Jak zauważają eksperci JLL, w III kwartale ofertę dostępnych mieszkań zasiliło sporo zwrotów, najczęściej rezygnacje z płatnych rezerwacji.

– Ograniczenie inwestycji przez deweloperów oznacza, że luka podaży, czyli liczba dostępnych mieszkań, będzie spadała. Jednak zainteresowanie klientów indywidualnych i ich zdolność do kupowania mieszkań też jest mniejsza, więc rynek będzie zmierzał w kierunku nowej, mniejszej równowagi, w której transakcji będzie o wiele mniej – ocenia Mateusz Bonca.

W ostatnim raporcie JLL wskazuje, że na polskim rynku widać sukcesywny spadek liczby nabywców mieszkań, którzy posiłkują się kredytami hipotecznymi. Rośnie za to udział nabywców gotówkowych, których decyzje mogą być w coraz większym stopniu uzależnione od kształtowania się cen mieszkań. Według prognoz ekspertów w najbliższym czasie nie należy jednak spodziewać się spadków.

Rynek mieszkaniowy bardzo szybko dostosowuje swoją podaż do popytu, więc raczej nie spodziewamy się zasadniczych zmian cen. Zakładamy, że ceny się unormują, być może w niektórych miejscach będą spadały, ale będą zapewne próbą utrzymania wartości tkanki mieszkaniowej – mówi dyrektor zarządzający JLL Polska.

Według danych JLL średnie ceny lokali, które znalazły się w ofercie na koniec września br., najbardziej wzrosły w III kwartale w Krakowie (o 5 proc.) oraz we Wrocławiu (4 proc.). Z kolei w Trójmieście, Poznaniu i Łodzi wzrosły nieznacznie: od 1 do 1,8 proc. k/k, a w Warszawie pozostały praktycznie bez zmian. Na tym największym rynku przeciętna cena metra kwadratowego mieszkania z rynku pierwotnego wynosiła na koniec września 13,6 tys. zł.

 Wyzwaniem jest brak niektórych segmentów, takich jak np. mieszkalnictwo na wynajem, które pozwoliłoby ten rynek zaktywizować i zwiększyć dostępność mieszkań dla Polaków – mówi ekspert.

Inwestycje deweloperów i inwestorów indywidualnych odpowiadały w ciągu dziewięciu miesięcy tego roku łącznie za 98,6 proc. ogółu nowo oddanych mieszkań. W pozostałych formach budownictwa, tj. spółdzielczej, komunalnej, społecznej czynszowej i zakładowej, oddano do użytkowania łącznie 2672 mieszkania wobec 3841 przed rokiem. 

Ważne rozstrzygnięcie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Może mieć przełożenie na toczące się postępowania frankowe

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uchylił decyzję UOKiK-u, który przeszło dwa lata temu nałożył karę na Santander Bank Polska. Kara dotyczyła stosowania niedozwolonych zasad ustalania kursów walut, na podstawie których naliczane są raty kredytów indeksowanych m.in. do euro i franka szwajcarskiego. SOKiK w uzasadnieniu ustnym wskazał m.in., że mechanizm ustalania kursów przez bank jest obiektywny, a stosowanie spreadów jest normalną praktyką rynkową. Nieprawomocne na razie rozstrzygnięcie może mieć duży wpływ na sprawy frankowe, które toczą się przed polskimi sądami. Te będą bowiem brać go pod uwagę w swoim orzecznictwie.

 To rozstrzygnięcie, które jest niezwykle ważne z perspektywy kształtowania rynku usług finansowych – mówi agencji Newseria Biznes dr Piotr Bodył Szymala. – Sąd nie podzielił zarzutu dotyczącego nierzetelności, abuzywności klauzul zawartych w taryfach walutowych i uznał, że kara nałożona przez UOKiK w 2020 roku na Santander Bank Polska – ale podobne kary były nakładane też na inne banki – jest niezasadna. Mówiąc wprost: sąd uznał, że kształtowanie ceny walut na rynku usług finansowych w Polsce jest normalną i dopuszczalną praktyką, a taryfy bankowe, które przewidują takie rozwiązania, są legalne.

Ponad dwa lata temu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył w sumie ponad 60 mln zł kary na trzy banki – BNP Paribas (26,6 mln zł), Bank Millennium (10,5 mln zł) oraz Santander Bank Polska (23,6 mln zł) – za stosowanie niedozwolonych klauzul dotyczących zasad ustalania kursów walut, na podstawie których naliczane są raty kredytów indeksowanych m.in. do euro i franka szwajcarskiego. Według UOKiK-u wskutek tych zapisów banki mają możliwość subiektywnego kształtowania kursów walutowych, stanowiących podstawę ustalania wysokości rat płaconych przez kredytobiorców.

– Od strony technicznej zarzuty UOKiK-u dotyczyły tego, że bank sam ustala kurs, kierując się ceną rynkową, oraz stosuje w ramach tego kursu element wynagrodzenia, a na dodatek sposób opisania tego mechanizmu ustalenia kursu w klauzulach umownych nie daje konsumentowi szansy na zbadanie, czy bank rzetelnie przeprowadził ten proces – wyjaśnia Piotr Bodył Szymala.

Santander odwołał się od tej decyzji, a w ubiegłym tygodniu Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przyznał mu rację – 24 listopada br. uchylił decyzję UOKiK stwierdzającą abuzywność klauzul stosowanych przez bank.

– UOKiK uznał, że jeżeli bank zachowuje swobodę, nawet niewielką, w zakresie kształtowania kursów walutowych, to znaczy, że wykorzystuje swoją dominującą pozycję względem konsumenta. Natomiast sąd w listopadowym rozstrzygnięciu stwierdził, że to jest normalna praktyka rynkowa i rozwiązania umowne przewidujące, że konsument może spłacać swój dług albo w walucie, albo alternatywnie kupując walutę po kursie ustalonym przez bank, są legalne i usprawiedliwione – podkreśla radca prawny.

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w ustnym orzeczeniu wskazał, że Santander nie ma dowolności w ustalaniu tabel kursowych, a mechanizm ustalania kursów przez bank jest obiektywny. Bank wskazywał źródło kursów rynkowych (serwis Reuters) i dopuszczał odchylenia o +/-1 proc., więc nie można tu mówić o rażącym odchyleniu. Ponadto konsument mógł zweryfikować rzetelność kursu zastosowanego przez bank. Mógł także sam ocenić, czy kurs banku mu odpowiada, i ewentualnie kupić walutę poza bankiem. SOKiK wskazał również, że bank może stosować spread i jest to działanie rynkowe.

– Sąd wyjaśnił, że nie każdy model kształtowania cen byłby z jego perspektywy akceptowalny. Jednak ten konkretny – w którym jest nawiązanie do stawek publikowanych w Reutersie i który dopuszcza rozsądne odchylenie od rynku – został oceniony jako rzetelny – mówi Piotr Bodył Szymala.

Ekspert wskazuje, że to stanowisko SOKiK może mieć wpływ na sprawy frankowe, które toczą się przed polskimi sądami. Te będą bowiem brać je pod uwagę w swoim orzecznictwie.

SOKiK nie badał jednej konkretnej sprawy, to było postępowanie w sprawie decyzji urzędu, ale przedmiotem analizy były klauzule umowne. Zatem jeżeli sąd stwierdza, że te klauzule umowne dotyczące sposobu ustalenia kursu nie są abuzywne, to z perspektywy wielu sporów dotyczących kredytów denominowanych we frankach lub indeksowanych do franka ma to znaczenie. Czy zamyka to postępowania indywidualne? Oczywiście nie, ponieważ inne sądy powszechne analizują każdą sprawę oddzielnie. Natomiast SOKiK – jako wyspecjalizowany sąd – ma wpływ także na orzecznictwo i zachowania innych sądów. A w ramach tego postępowania, które zakończyło się 24 listopada br., dał swego rodzaju świadectwo rzetelności tymże klauzulom, co powinno być uwzględniane w indywidualnych sprawach sądowych – mówi  radca prawny. – Trzeba jednak poczekać, w jaki sposób sądy powszechne przeanalizują to rozstrzygnięcie.

Jak wskazuje, podobne wyroki zapadały wcześniej też w innych europejskich krajach.

– To jest de facto powtórzenie rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego Austrii sprzed dwóch lat, który rozpatrywał podobną sprawę i także uznał, że normalną praktyką rynkową jest kształtowanie przez poszczególne banki kursów walut, a także stosowanie spreadów, czyli tej różnicy, na której bank zarabia. Tę myśl dostrzegamy w rozstrzygnięciu Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – mówi ekspert Monitora Prawa Bankowego. – W ramach europejskiego rynku mamy jedną dyrektywę o niedozwolonych klauzulach umownych 93/13. I ona powinna w taki sam sposób obowiązywać i w Austrii, i w Polsce.

Na ubiegłotygodniowe orzeczenie SOKiK zareagował Santander Bank Polska, który wyraził zadowolenie, że sąd uznał jego argumenty. Orzeczenie na razie nie jest jeszcze prawomocne. Bank czeka na jego pisemne uzasadnienie.