Pandemia nasiliła problemy zdrowotne i absencje wśród pracowników. Zyskują firmy inwestujące w prywatną opiekę medyczną

Pandemia mocno się przyczyniła do pogłębienia problemów zdrowotnych wśród polskich pracowników. Szczególnie w obszarze chorób układu ruchu i zdrowia psychicznego. W 2020 roku w Medicoverze udzielono aż o 55 proc. więcej konsultacji psychologów i psychiatrów, których powodem były m.in. zaburzenie lękowe i depresja. W efekcie liczba zwolnień lekarskich od psychiatry wzrosła aż o 60 proc. wynika z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2021”. Lekarze wskazują też, że nowe problemy związane z pandemią nałożyły się na te, które istniały już wcześniej. Statystyki pokazują bowiem, że 26 proc. pracowników ma nieprawidłowe ciśnienie tętnicze, a co piąty nieprawidłowy wynik badania glikemii. Związane z tym koszty niższej wydajności pracy i absencji chorobowych z każdym rokiem są coraz większe.

Od lat widzimy te same, niekorzystne zjawiska zdrowotne, do których zaliczamy przede wszystkim nieprawidłową dietę oraz związaną z nią nadwagę i otyłość, podwyższony poziom cholesterolu, palenie papierosów, a także niedobór aktywności fizycznej. W ubiegłym roku wiele z tych czynników uległo pogorszeniu, obserwujemy, że ryzyko zdrowotne pracowników w Polsce systematycznie się pogarsza. Systematycznie rośnie odsetek osób z nadciśnieniem tętniczym, nadwagą i otyłością, hipercholesterolemią i podwyższonym poziomem cukru we krwi. W tej chwili ponad 50 proc. pracowników ma przynajmniej jeden z tych czynników ryzyka, a wielu z nich – kilka naraz – mówi dr Piotr Soszyński, dyrektor ds. strategicznego doradztwa medycznego w Medicover Polska.

Medicover rokrocznie opracowuje kompleksową analizę stanu zdrowia polskich pracowników, którzy są objęci opieką medyczną. W tym roku – na potrzeby nowej edycji raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2021” – firma przeanalizowała dane ponad 443,3 tys. pracowników firm będących pod opieką Medicover w latach 2019–2020. Analiza ta pokazuje, że pandemia COVID-19 w znacznym stopniu przyczyniła się do pogłębienia problemów zdrowotnych i czynników wpływających na absencję chorobową pracowników.

– Ubiegłoroczna pandemia niekorzystnie wpłynęła na zdrowie pracowników w Polsce. Zauważyliśmy ten szczególnie negatywny wpływ na dwa obszary: układ ruchu, czyli nasze mięśnie i kości, oraz obszar zdrowia psychicznego. W tym pierwszym aspekcie odnotowaliśmy ponad 20-procentowy wzrost zwolnień z pracy związanych z urazami czy bólami pleców. Natomiast w obszarze zdrowia psychicznego te zmiany były jeszcze głębsze. Tutaj aż o ponad 50 proc. wzrosła potrzeba korzystania z porad psychologa i psychiatry. Natomiast długość zwolnień z pracy, wywołanych przez problemy takie jak reakcja na ciężki stres, epizody depresyjne czy sytuacje i reakcje lękowe, wzrosła ponad 60 proc. – mówi dr Piotr Soszyński.

Ze statystyk Medicovera wynika, że najczęstszym powodem konsultacji z lekarzem są wyłączając medycynę pracy choroby układu oddechowego oraz choroby oka i przydatków oka. Z kolei obszary z największym wzrostem absencji w 2020 roku to właśnie choroby układu ruchu i zaburzenia psychiczne. W ubiegłym roku w Medicoverze udzielono aż o 55 proc więcej konsultacji psychologów i psychiatrów, których powodem były m.in. zaburzenie lękowe i depresja. Ten wzrost był wyraźniejszy wśród kobiet.

Lekarze jednoznacznie wskazują, że pogorszenie stanu zdrowia psychicznego wynika z połączenia pracy zdalnej i stresu wywołanego pandemią COVID-19, czego efektem był wzrost liczby zwolnień lekarskich od psychiatry aż o 60 proc. Długość zwolnień lekarskich wzrosła również z powodu problemów związanych z układem ruchu. Wśród przyczyn tego wzrostu lekarze wskazują m.in. siedzący tryb życia i brak ergonomicznych warunków w czasie pracy zdalnej.

Z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2021” wynika też, że nowe problemy zdrowotne, zintensyfikowane przez pandemię, nałożyły się na te, które istniały już wcześniej. Dla przykładu ze statystyk Medicovera wynika, że średnio co czwarty pracownik w Polsce ma nieprawidłowe ciśnienie tętnicze, które stanowi ryzyko rozwoju chorób układu krążenia, w tym udaru mózgu i śmierci. Z kolei co piąty pracownik ma nieprawidłowy wynik badania glikemii, co wskazuje na konieczność podniesienia poziomu profilaktyki w kierunku cukrzycy.

– Pandemia koronawirusa odcisnęła ogromne piętno na systemie opieki zdrowotnej. Dlatego teraz tym bardziej istotne jest to, aby opieka oferowana pacjentom była na najwyższym poziomie – mówi Artur Białkowski, dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych w Medicover Polska. – Pracodawcy są bardzo zainteresowani tym, żeby ta opieka była sprawna, szybka i dobra, żeby ich pracownicy nie chorowali, a – jeśli już zachorują – mogli szybko wrócić do zdrowia. I na to też wskazujemy w naszym raporcie, udowadniając, jak dobrą inwestycją w zdrowie jest opieka medyczna dla pracowników oferowana przez Medicover.

Jak podkreśla, dodatkowa opieka medyczna dla pracowników przynosi firmom wymierne, finansowe korzyści, wynikające m.in. ze spadku liczby absencji chorobowych i prezenteizmu, czyli kosztów związanych z obniżoną wydajnością pracy. Statystyki Medicovera pokazują, że w 2020 roku pracodawcy zyskali dzięki temu benefitowi średnio 4,4 produktywnego dnia i 1408 zł w przeliczeniu na każdego, statystycznego pracownika. To aż o 403 zł więcej niż jeszcze rok temu.

– Po raz kolejny pokazujemy, że inwestycja w dobrą opiekę zdrowotną dla pracowników się opłaci. W tym roku oszczędność z tego tytułu sięgnęła 1408 zł i jest to najwyższa kwota spośród wszystkich edycji naszego raportu – mówi Artur Białkowski.

– Kompleksowa opieka zdrowotna w ramach Medicovera niesie wiele korzyści zarówno z punktu widzenia pracownika, jak i pracodawcy – dodaje dr Piotr Soszyński. – Integracja w jednym miejscu całej opieki – począwszy od profilaktyki i medycyny pracy, po dostęp do szerokiego zakresu badań diagnostycznych i porad lekarskich – pozwala na wychwycenie problemu zdrowotnego na jego wczesnym etapie. To z kolei poprawia diagnostykę i leczenie już na samym początku choroby. Efektem są krótsze – w porównaniu do ogólnej populacji pracowników w Polsce – zwolnienia z pracy i lepsza produktywność.

Co ciekawe, statystyki pokazują, że pracownicy objęci przez firmę dodatkową opieką medyczną przykładają dużo większą wagę do profilaktyki zdrowotnej. W latach 2019 i 2020 konsultacjom profilaktycznym w ramach medycyny pracy poddało się średnio 50–60 proc. z nich. To aż dwukrotnie wyższy odsetek w porównaniu do ogólnej populacji pracowników w Polsce.

– Opieka zdrowotna to dziś nie tylko leczenie, ale i prewencja, zapobieganie chorobom. Medicover mocno inwestuje w tę prewencję wynikającą m.in. ze zmiany stylu życia, zwiększenia poziomu aktywności sportowej. Dlatego w ramach Medicover Sport rozwijamy dostęp do szerokiej sieci klubów sportowych i klubów fitness. W tej chwili mamy ich już ponad 80. Badania pokazują, że osoby, które aktywnie uprawiają sport i korzystają z aktywności ruchowej, są dużo bardziej odporne na infekcje, a w przypadku zachorowania dużo szybciej wracają do pełni zdrowia – mówi dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych w Medicover Polska. 

Polacy zaczęli przykładać się do oszczędzania na emeryturę. Rekordowa aktywność na IKE i IKZE

Na emeryturę w ramach III filaru oszczędza aktualnie rekordowa liczba Polaków. Według danych KNF tylko w ubiegłym roku do systemu emerytalnego przystąpiło 1,3 mln Polaków, a rachunki 5,1 mln osób objętych dobrowolnym zabezpieczeniem emerytalnym były zasilone wpłatami. Z kolei Expander zwraca uwagę, że w ubiegłym roku do rekordowego poziomu 686 tys. wzrosła liczba IKE i IKZE, na które dokonano wpłat. Rekordowa była również ich kwota, która sięgnęła 3,13 mld zł. W przypadku tego drugiego produktu, czyli indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego, wpłaty można jednak odliczyć od podstawy opodatkowania w rocznym rozliczeniu PIT, co obniża kwotę należnej do zapłacenia daniny.

W tej chwili aktywnych jest ok. 420 tys. kont IKZE, względem końca ubiegłego roku nastąpił wzrost o ok. 3 proc. – mówi Jakub Maciak, manager ds. rozwoju nowych produktów w Generali Investments TFI. Wartość aktywów zgromadzonych na IKZE na koniec ostatniego półrocza przekroczyła z kolei 5,2 mld zł i był to wzrost o blisko 14 proc. względem końca minionego roku. Największe przełożenie na ten wzrost miały nowe wpłaty na IKZE, których wysokość przekroczyła 500 mln zł.

Według statystyk Komisji Nadzoru Finansowego na koniec czerwca br. na rynku działało nieco ponad 420 tys. indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego, a wartość zgromadzonych na nich środków przekroczyła 5,24 mld zł. Tymczasem jeszcze na koniec 2020 roku aktywnych było 407,6 tys. IKZE, na których zgromadzono aktywa o wartości blisko 4,6 mld zł. W całym ubiegłym roku liczba nowych kont zwiększyła się o 59,1 tys., a wartość zgromadzonych na nich środków wzrosła aż o 39,5 proc. (z 3,3 mld zł na koniec 2019 roku). Najwięcej kont IKZE funkcjonuje obecnie w funduszach inwestycyjnych zarządzanych przez TFI, a najmniej w bankach.

– Dane Komisji Nadzoru Finansowego pokazują, że IKZE cały czas zyskują na popularności. Mimo to wciąż pozostają produktem niszowym, co jest dosyć zaskakujące, biorąc pod uwagę to, jakie korzyści wiążą się z taką formą oszczędzania – mówi Jakub Maciak.

Limit wpłat na IKZE jest ustalany co roku na podstawie prognozy przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. W tym roku wynosi on 6310,80 zł albo 9466,20 zł w przypadku przedsiębiorców. Zgodnie z obwieszczeniem Ministra Rodziny i Polityki Społecznej w przyszłym roku limity wpłat na IKZE będą jeszcze wyższe i wyniosą 7106,40 zł albo 10 659,60 zł w przypadku przedsiębiorców. To właśnie efekt prognozowanego, wyższego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej na 2022 rok (5922 zł).

Indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego to nie tylko sposób na odłożenie pieniędzy na emeryturę, ale i obniżenie podatku. Osoby uzyskujące dochód, osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci mogą odliczyć wpłaty dokonane na IKZE w danym roku podatkowym od podstawy opodatkowania w rocznym zeznaniu PIT. Dzięki temu kwota należnej do zapłacenia daniny będzie niższa. Podstawę do rozliczenia ulgi stanowią dowody wpłat zawierające dane identyfikacyjne płatnika. Ci, którzy chcą skorzystać z ulgi, rozliczając dochód osiągnięty w 2021 roku, muszą jednak zdążyć z dokonaniem wpłaty na IKZE maksymalnie do 31 grudnia 2021 roku.

To już naprawdę ostatni dzwonek, żeby dokonać wpłat na IKZE, jeśli chcemy skorzystać z możliwości odliczenia – podkreśla manager ds. rozwoju nowych produktów w Generali Investments TFI.

Jak wskazuje, kwota oszczędności będzie zależna zarówno od wysokości wpłaty dokonanej na IKZE, jak i stawki, którą są obłożone nasze dochody.

Przykładowo osoba, która odprowadziła pełny tegoroczny limit i rozlicza się według drugiego progu podatkowego, może ograniczyć swój podatek o blisko 2020 zł – wskazuje Jakub Maciak.

Ulga podatkowa to jednak niejedyna korzyść związana z tą formą oszczędzania na emeryturę. Zysk osiągnięty z inwestycji w IKZE nie jest obciążony podatkiem Belki (pod warunkiem że środki pozostaną na koncie właściciela do ukończenia przez niego 65. roku życia, a wpłata na IKZE miała miejsce w co najmniej pięciu latach kalendarzowych). Oszczędności są też prywatną własnością oszczędzającego – więc nie trzeba się obawiać, że zostaną przejęte przez państwo – i podlegają dziedziczeniu, tak samo jak pieniądze zgromadzone na koncie bankowym. W praktyce, otwierając konto IKZE, właściciel może wskazać osoby uprawnione, które w przypadku jego śmierci będą upoważnione do dziedziczenia środków. Może też wskazać więcej niż jedną osobę i określić ich procentowy udział w spadku.

– Kolejną korzyścią oszczędzania w IKZE są również możliwości inwestycyjne. IKZE jest prowadzone przez różne instytucje finansowe i w różnych produktach finansowych, każdy może dobrać produkt zależnie od swoich preferencji. Z jednej strony mogą to być konta oszczędnościowe w bankach, z drugiej – samodzielne inwestowanie na Giełdzie Papierów Wartościowych poprzez rachunki maklerskie, a z trzeciej – powierzenie oszczędności instytucjom, które się specjalizują w zarządzaniu aktywami, takimi jak np. towarzystwo funduszy inwestycyjnych – mówi ekspert.

Manager ds. rozwoju nowych produktów w Generali Investments TFI podkreśla, że w nadchodzących latach świadczenia emerytalne będą coraz niższe w relacji do wynagrodzeń. Komisja Europejska prognozuje, że w 2050 roku liczba emerytów w Polsce (12,6 mln) niemal zrówna się z liczbą płatników składek (12,7 mln). O ile jeszcze w 2016 roku na 100 osób zatrudnionych przypadało prawie 54 emerytów, o tyle w 2060 roku będzie ich już 106. W efekcie – jak wynika z analiz Instytutu Badań Strukturalnych – przeciętna stopa zastąpienia w Polsce w 2060 roku wyniesie już tylko 24 proc. (dla porównania jeszcze w 2016 roku wynosiła 61 proc.). Innymi słowy: Polacy odchodzący na emeryturę będą otrzymywać tylko ok. 1/4 swojej ostatniej pensji. IBS szacuje, że w 2060 roku nawet 2/3 emerytur może być wypłacanych w minimalnej wysokości.

Nie są to optymistyczne prognozy, przyszli emeryci będą mogli liczyć na dużo niższe emerytury niż obecnie. W obliczu takich danych budowanie dodatkowego kapitału na emeryturę wydaje się po prostu niezbędne – mówi Jakub Maciak.


 

Generali Investments TFI SA działa na podstawie decyzji KNF z dnia 1 czerwca 1995 r., nr decyzji KPW-4073-195 i świadczy usługi pośrednictwa w zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa. Materiał ma charakter informacyjno-reklamowy.

Należy pamiętać, że inwestowanie wiąże się z ryzykiem i nie ma gwarancji osiągnięcia celów inwestycyjnych, a nawet istnieje możliwość zmniejszenia wartości, w tym utraty części zainwestowanych środków. Dodatkowo przy zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa mogą być pobierane opłaty manipulacyjne i należne podatki. Maksymalna wysokość wynagrodzenia stałego lub zmiennego za zarządzanie subfunduszem wskazana jest w prospekcie informacyjnym, z którym należy się zapoznać przed podjęciem decyzji inwestycyjnej. Zawiera on szczegółowe informacje w zakresie: polityki inwestycyjnej, czynników ryzyka, zasad sprzedaży jednostek uczestnictwa, tabeli opłat manipulacyjnych oraz informacji podatkowych. Decyzje inwestycyjne powinny być podejmowane wyłącznie po zapoznaniu się z prospektem informacyjnym, Kluczowymi informacjami dla inwestorów oraz Informacjami dla klienta AFI, dostępnymi na stronie: www.generali-investments.pl. Dokumenty są sporządzone w języku polskim. Szczegółowe informacje o IKE i IKZE zawarte są w ustawie o IKE/IKZE oraz w Regulaminie prowadzenia IKE/IKZE. Indywidualna sytuacja Uczestnika może mieć wpływ na zasady opodatkowania.

Polacy chcą obniżyć podatki i odkładają na emeryturę. W tym roku taką możliwość zyskali samozatrudnieni

Założenie konta IKZE w wielu instytucjach możliwe jest przez internet, więc każdy, kto chce, zdąży jeszcze w tym roku je założyć i przelać na nie pieniądze, by już za kilka miesięcy móc je odliczyć od podstawy opodatkowania w rocznym rozliczeniu PIT. Jak radzi Paweł Mizerski z UNIQA TFI, wybierając instytucję, w której zakłada się IKZE, warto przyjrzeć się opłatom i wynikom inwestycyjnym danego towarzystwa.

Główną korzyścią z IKZE jest oczywiście możliwość odkładania dodatkowej kwoty na emeryturę, którą otrzymamy, kończąc 65. rok życia, natomiast co roku możemy kwoty, które wpłacimy na konto IKZE, odliczać od podatku dochodowego. I jest to główny powód, dla którego Polacy lubią i odkładają właśnie w tym trzeciofilarowym produkcie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Mizerski, wiceprezes zarządu odpowiedzialny za zarządzanie aktywami UNIQA TFI. − Osoby zatrudnione na umowę o pracę od dwóch lat mogą przystępować do pracowniczych planów kapitałowych i w ten sposób w ramach trzeciofilarowych produktów odkładać sobie dodatkową kwotę na emeryturę. W przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą takiej możliwości nie ma, natomiast mają one możliwość odkładania większej kwoty właśnie w przypadku produktów typu IKZE.

Dobrowolne produkty emerytalne, stanowiące tzw. III filar systemu emerytalnego, to właśnie indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego (IKZE), IKE, PPK czy PPE. Państwo stara się zachęcić Polaków do oszczędzania na emeryturę, dlatego produkty te wiążą się z zachętami podatkowymi: zwolnieniem z podatku Belki, niskimi opłatami za zarządzanie, dopłatami czy możliwością odpisania zaoszczędzonej na emeryturę kwoty od podstawy opodatkowania. Ta ostatnia zachęta dotyczy właśnie IKZE.

Jeśli zatrudniony wpłaci maksymalną dopuszczalną w tym roku kwotę, czyli 6310,80 zł, pomniejszy należny podatek za 2021 rok lub otrzyma zwrot z urzędu skarbowego. W przypadku osób znajdujących się w pierwszym progu podatkowym zyskają one 1073 zł, a te, które płacą podatek według stawki 32 proc.,  odzyskają do 2019 zł. Od 2021 roku jest też nowość w kontach emerytalnych – IKZE dla samozatrudnionych, w którym limit wpłat wynosi 9466,20 zł. Oznacza to powrót do kieszeni podatnika od 1609 zł do nawet 3029 zł.

Na IKZE warto odkładać pieniądze głównie dlatego, że bazując tylko na obowiązkowej części systemu emerytalnego, odkładamy zdecydowanie mniejszą kwotę, która po naszym przejściu na emeryturę nie będzie odpowiadała kwocie, którą otrzymujemy, pracując, czy to będąc samozatrudnionym, czy to będąc zatrudnionym na umowę o pracę – tłumaczy Paweł Mizerski. ­W stosunku do rozwiązań publicznych dodatkową korzyścią jest też możliwość dziedziczenia tych środków. Musimy również pamiętać o tym, że jeśli sytuacja życiowa nas zmusi do skorzystania z tych środków wcześniej, jest również taka możliwość.

IKZE można założyć w banku, domu maklerskim, towarzystwie funduszy emerytalnych czy towarzystwie funduszy inwestycyjnych, i to z tej ostatniej możliwości Polacy korzystają najchętniej. Z danych KNF wynika, że usługę tę oferuje 20 TFI, dziewięciu ubezpieczycieli, siedem towarzystw emerytalnych, sześć domów maklerskich i trzy banki (stan na 30 czerwca 2021 roku). Z 22 633 IKZE istniejących w połowie roku aż 8,9 tys. prowadzonych było w TFI. W tym czasie średnia kwota wpłaty na IKZE wyniosła 3 tys. zł, czyli połowę dopuszczalnego limitu. W 2022 roku zostanie on podniesiony do 7106,40 zł dla pracowników i do 10 659,60 zł dla samozatrudnionych.

W przypadku produktów emerytalnych, czyli długoterminowych, najważniejszym kryterium są opłaty −​ im niższe, tym w dłuższym terminie wyniki rozwiązań różnego rodzaju produktów inwestycyjnych zwykle są lepsze. To jest podstawa. Myślę, że również ważna jest ocena wyników inwestycyjnych danej firmy oraz wiarygodność samej marki – mówi wiceprezes UNIQA TFI. − Założenie konta IKZE zależy od możliwości, którą daje nam dostawca danego rozwiązania. W przypadku UNIQA TFI istnieje możliwość całkowicie zdalnego założenia konta, bez wychodzenia z domu, w fotelu, zajmuje to około pięciu minut, czyli bardzo krótki czas, i mamy gotowe konto IKZE, na które już możemy wpłacać pieniądze.

Chiny i Azja będą nowym gospodarczym liderem. Polskie firmy muszą być tam obecne, jeśli chcą się liczyć na globalnych rynkach

– W Chinach ważne jest to, z kim robi się biznes. Relacja jest czasami równie ważna jak cena i jakość. To oznacza, że np. bardzo dużo rozmawia się na tematy niezwiązane z biznesem. Tego nie ma w Europie Zachodniej, Europie Północnej czy w Stanach, gdzie te dyskusje są szybkie, konkretne, dotyczące stricte kwestii biznesowych – mówi Radosław Pyffel, ekspert Instytutu Sobieskiego, autor książki „Biznes w Chinach – jak odnieść sukces w chińskim świecie”. Jak wskazuje, ze względu na te bariery kulturowe i geograficzne polskim firmom o wiele łatwiej jest prowadzić ekspansję na rynkach sąsiednich i w obrębie UE. W Chinach operuje ich stosunkowo niewiele, ale tamtejszy rynek – m.in. ze względu na rosnącą rolę Chin w światowej gospodarce – jest dla nich coraz atrakcyjniejszy.

Region Azji i Pacyfiku jest dziś najszybciej bogacącym się regionem świata, gdzie najszybciej powiększa się klasa średnia, która jest też coraz bogatsza. I Azja jest przyszłością. Europa już osiągnęła pewien poziom rozwoju, natomiast Azja cały czas się rozwija. Bardzo wielu ludzi wciąż przeprowadza się ze wsi do miast, zwiększa swój dochód, poszukuje nowych produktów. Poza tym ten region staje się światowym trendsetterem już widzimy coraz więcej np. filmów, muzyki i coraz więcej rzeczy, które tam powstają i zaczynają nadawać ton na całym świecie. I jeżeli firma chce się liczyć nie tylko w Polsce, ale prowadzić działalność na globalną skalę, to po prostu musi w Azji w jakiejś formie się odnaleźć – mówi Radosław Pyffel.

W rejonie Azji największym partnerem handlowym dla Polski są Chiny. To drugie co do wielkości największe źródło polskiego importu, choć wśród rynków eksportowych dla polskich towarów zajmuje znacznie odleglejszą pozycję, co przekłada się na rokroczny, wysoki deficyt w wymianie handlowej. Ze względu na rosnącą rolę Chin w światowej gospodarce tamtejszy rynek – z dostępem do 1,4 mld bogacących się konsumentów i solidnym wzrostem PKB – jest jednak dla polskich firm bardzo perspektywiczny, chociaż w tej chwili operuje na nim relatywnie niewiele rodzimych przedsiębiorstw.

– To jest wciąż rynek odległy. On nie jest priorytetowy dla polskich firm, więc niewiele ich tam istnieje, choć niektórym się udaje. Zwłaszcza z branży kosmetycznej i spożywczej, coraz częściej na chińskim rynku pojawiają się też firmy z branży videogamingu – mówi ekspert Instytutu Sobieskiego.

Wśród największych firm z Polski, które operują na chińskim rynku, są m.in. Selena (producent chemii budowlanej), Davis International (produkcja materiałów obiciowych do mebli), Aero AT (produkcja samolotów i części lotniczych), Aiut (produkcja części samochodowych i doradztwo techniczne), Sanok Rubber Company (produkcja uszczelnień dla karoserii samochodowych, okien i szaf sterowniczych) oraz Maflow Poland (produkcja przewodów klimatyzacyjnych i przewodów gumowych).

Dużo jest też firm, które ściągają stamtąd komponenty, bo przecież cała produkcja została w ostatnich dwóch dekadach przeniesiona do Azji. I pandemia pokazała, jak bardzo zależymy w tej chwili od Azji i Chin. Poza tym dotąd nie było jakiejś chęci ekspansji zagranicznej polskich firm na tamtejszy rynek. To jest jednak olbrzymi kraj, wymaga dużych inwestycji. Tymczasem w Polsce mamy głównie MŚP, więc niewielu z nich się to udało. Może właśnie poza branżą kosmetyczną, spożywczą i jakimiś pojedynczymi przedsiębiorstwami z innych sektorów – mówi Radosław Pyffel.

Ekspert Instytutu Sobieskiego wskazuje, że ze względu m.in. na bariery geograficzne i kulturowe polskim firmom o wiele łatwej jest prowadzić ekspansję na rynkach sąsiednich i w obrębie Unii Europejskiej.

– Chiny są jednak dużym wyzwaniem, są odległe i są jednym z najbardziej konkurencyjnych rynków świata. Tak więc wiadomo, że dla polskich firm dużo łatwiejsze są rynki Unii Europejskiej. I to jest przyczyna, dla której niewiele przedsiębiorstw decyduje się na ekspansję w Chinach. Niewielu się to też udaje, bo to wymaga olbrzymiej determinacji, inwestowania w przyszłość, spoglądania w przód i wyprzedzania pewnych trendów – mówi Radosław Pyffel.

Jak podkreśla, utrudnieniem dla polskich firm jest chociażby inna kultura prowadzenia biznesu, która w Chinach ma dużo spokojniejszy charakter i bazuje na osobistych relacjach.

– Ważne jest to, z kim robi się ten biznes. Relacja jest czasami równie ważna, co cena i jakość. I to oznacza, że np. bardzo dużo rozmawia się na tematy niezwiązane z biznesem, jest wiele spotkań, które z interesami mają niewiele wspólnego. Tego nie ma w Europie Zachodniej, Europie Północnej czy w Stanach, gdzie te dyskusje są szybkie, konkretne, dotyczące stricte kwestii biznesowych – mówi ekspert. – Dużo piszemy o tym w najnowszej książce „Biznes w Chinach”, w której rozmawiam z polskimi przedsiębiorcami z sukcesem działającymi na tamtym rynku.

Według statystyk opracowanych przez geopolityczny think tank Warsaw Institute dynamika wzrostowa w obszarze polsko-chińskiej wymiany handlowej, obejmująca zarówno import, jak i eksport, jest zauważalna już od lat. W 2020 roku jej wartość po raz pierwszy przekroczyła 30 mld dol., przy 12-proc. dynamice wzrostu r/r. Chiny sprzedały towary o wartości 27 mld dol. oraz zakupiły 4,3 mld dol. polskich produktów. Polska natomiast odnotowała w ubiegłym roku rekordowy jak dotąd deficyt w handlu dwustronnym z Chinami, który wyniósł 22,4 mld dol.

Główną pozycję w strukturze polskiego eksportu do Chin zajmuje miedź i wyroby z miedzi, ale wśród innych eksportowanych przez Polskę towarów są też m.in. meble, maszyny i urządzenia mechaniczne oraz ich części. W drugą stronę ponad połowa produktów importowanych z Chin do Polski należy do grupy towarów wysoko przetworzonych. To m.in. telefony komórkowe, komputery i konsole do gier wideo, choć istotną pozycję zajmują także odzież i tekstylia oraz zabawki, gry i artykuły sportowe.

Od stycznia ZUS przejmuje wypłatę świadczeń 500+. Dzięki automatyzacji koszty obsługi programu w ciągu dekady zmniejszą się o 2,5 mld zł

Łącznie koszty obsługi świadczenia z programu 500+ w latach 2016–2020 wyniosły ponad 1,6 mld zł. Po przeniesieniu do ZUS obsługi programu wnioski będą przyjmowane tylko elektronicznie, a pieniądze będą wypłacane wyłącznie na rachunek bankowy. Według resortu rodziny pozwoli to na 2,5 mld zł oszczędności w ciągu 10 lat. – Przechodzimy do świata nowych technologii. Dzięki elektronizacji obsługa jednego wniosku będzie kosztować 50 gr zamiast obecnych 10 zł – przekonuje prof. Gertruda Uścińska, prezes ZUS.

 Obsługą programu 500+ zajmie się ZUS. Będzie to czynił w sposób elektroniczny, automatyczny. Wszystkie wnioski o 500+ będą składane elektronicznie za pomocą platformy PUE, bankowości elektronicznej i systemu Emp@tia Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska.

Nowelizacja ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci zakłada, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych przejmie od samorządów obsługę programu 500+. Będzie się to działo stopniowo. Sprawy dotyczące praw do świadczeń za okres sprzed 1 stycznia 2022 roku będą nadal realizowane przez samorządy. Będą one też kontynuować wypłacanie świadczeń przyznanych przed 1 stycznia 2022 roku do końca okresu, na jaki zostały przyznane, czyli do 31 maja 2022 roku.

ZUS od 1 stycznia 2022 roku będzie natomiast wypłacał przyznawane przez siebie świadczenia wychowawcze. Od 1 lutego 2022 roku będzie natomiast przyjmować wnioski na kolejne okresy, począwszy od 1 czerwca 2022 roku.

– Zadania gmin wygasają praktycznie do czerwca, wówczas to Zakład rozpocznie obsługę. Wnioski będą jednak składane tak naprawdę od lutego na nowe świadczenia, czyli na dzieci, które urodzą się w przyszłym roku – zaznacza prof. Gertruda Uścińska.

Przejęcie przez ZUS obsługi programu ma przynieść znaczne oszczędności. Według szacunków resortu rodziny w ciągu dekady sięgną one 2,5 mld zł. Gdyby program był obsługiwany tak jak dotychczas, koszty sięgnęłyby 3,1 mld zł. Podobne oszczędności dało przeniesienie obsługi programu Dobry Start do ZUS. Utrzymanie kosztów jego obsługi na poziomie 0,1 proc. kwoty przeznaczonej na wypłatę świadczeń pozwoli w latach 2021–2023 na oszczędności rzędu 490 mln zł.

– To gigantyczna zmiana, przechodzimy do świata nowoczesnych technologii, gdzie w sposób automatyczny obsługujemy miliony spraw naszych obywateli, a koszty zdecydowanie się obniżyły, bo wynoszą 0,1 proc. wypłaty. Przechodzimy tak naprawdę do takich kosztów, które wyniosą ok. 50 gr za wniosek w stosunku do 10 zł dotychczas – wylicza prezes ZUS.

Przejęcie przez ZUS obsługi programu 500+ będzie też oznaczać większą liczbę zakładanych profili na Platformie Usług Elektronicznych. Podobnie było w przypadku świadczenia 300+ – dzięki zorganizowanym mobilnym punktom wsparcia eksperci ZUS codziennie zakładali kilkaset nowych profili na PUE. Obecnie liczba zarejestrowanych profili PUE przekracza 9 mln.

– To jest także w interesie Zakładu. Profile są bardzo potrzebne, ponieważ przechodzimy w ogóle na coraz większą elektroniczną obsługę, nie tylko świadczeniobiorców świadczeń rodzinnych, ale także płatników składek, a więc połączymy nowe obowiązki z tymi zadaniami wynikającymi z ustawy systemowej – tłumaczy prof. Gertruda Uścińska.

Został niecały miesiąc na skorzystanie w tym roku z ulgi na IKZE. Przy najbliższym rozliczeniu podatkowym zyskać można nawet kilka tysięcy złotych

Założenie Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego i wykorzystanie limitu wpłat jest nie tylko sposobem oszczędzania na emeryturę, ale także umożliwia skorzystanie z ulgi podatkowej. Przy rozliczeniu podatku PIT można bowiem odliczyć wpłaconą kwotę od podstawy opodatkowania, zmniejszając tym samym należny fiskusowi podatek. Na skorzystanie z tej ulgi został już niecały miesiąc – składka na IKZE nie musi być bowiem płacona systematycznie w całym roku kalendarzowym, wystarczy jednorazowa wpłata.

– Oszczędzanie na IKZE, czyli Indywidualnym Koncie Zabezpieczenia Emerytalnego, pozwala nam na odliczenie od dochodu wpłat, które robimy na nasze konto w danym roku kalendarzowym – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damian Burcon, regionalny manager ds. sprzedaży w Generali Investments TFI. – Oznacza to, że w każdym roku oszczędzania płacimy niższy podatek. Jesteśmy wprost nagradzani za oszczędzanie z myślą o naszej przyszłości, bo konkretne finansowe korzyści mamy już w przyszłym, kolejnym roku po wpłacie.

W przypadku IKZE obowiązują roczne limity wpłaty, ogłaszane przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej. W 2021 roku maksymalny limit wpłaty dla osób fizycznych wynosi 6 310,80 zł, a dla osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą – 9466,20 zł. Na 2022 rok stawki te wzrosły odpowiednio do 7106,40 zł oraz 10 659,60 zł dla przedsiębiorców. Limity nie muszą być wykorzystane w całości, a kwotę przeznaczoną na oszczędzanie można wpłacić jednorazowo lub rozłożyć w czasie w danym roku kalendarzowym.

– IKZE jest rozwiązaniem, które nie obliguje oszczędzającego do określonej częstotliwości czy wysokości wpłat. Natomiast korzyści płynące z uzupełniania limitu nie są oddalone w czasie i możemy je odczuć już za kilka miesięcy – podkreśla ekspert Generali Investments TFI.

Zgromadzoną w danym roku kwotę odpisuje się w najbliższym rozliczeniu PIT od podstawy opodatkowania, co pomniejsza podatek lub zapewnia zwrot od fiskusa.

– Wysokość ulgi, którą możemy uzyskać, oszczędzając w ramach IKZE, zależy od dwóch czynników: od stawki podatkowej, w której znajduje się oszczędzający, oraz kwoty wpłaconej na IKZE w danym roku kalendarzowym – mówi Damian Burcon. – Dla przykładu osoba fizyczna znajdująca się w pierwszym progu podatkowym i wpłacająca pełny limit w danym roku uzyska ulgę na poziomie 1072 zł, natomiast dla osoby, która znajduje się w drugim, wyższym progu podatkowym, wysokość ulgi przy tej wpłacie wyniesie aż 2019 zł. W tym roku został również wprowadzony nowy limit dla osób samozatrudnionych prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą. Przy wpłacie pełnego limitu i rozliczania się w najwyższym progu podatkowym taka osoba uzyska ulgę w kwocie ponad 3 tys. zł.

Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec pierwszego półrocza 2021 roku w Polsce funkcjonowało 420 tys. IKZE, a aktywa zgromadzone w tej formie systemu emerytalnego wynosiły 5,2 mld zł. Może się to wydawać niewiele w obliczu 16 mln zatrudnionych, ale może być to jednak skutek – wciąż niedokończonej – likwidacji OFE i związanego z tym braku zaufania oszczędzających do systemów emerytalnych. Warto też zauważyć, że dopiero od 2021 roku możliwość oszczędzania w IKZE zyskali samozatrudnieni, a poza tym Polacy oszczędzają także w istniejących o osiem lat dłużej indywidualnych kontach emerytalnych (IKE), których jest niemal dwa razy więcej, a kwota na nich zgromadzona – ponad dwa razy wyższa.

– Korzyści z IKZE możemy odczuć już dzisiaj i w przyszłości – dzisiaj, czyli już przy najbliższym zeznaniu podatkowym dzięki możliwości skorzystania z omawianej ulgi, a w przyszłości – korzystając ze zgromadzonych środków na emeryturze – ponieważ z założenia i jak wskazuje sama nazwa, Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego służy gromadzeniu środków na czas po zakończeniu aktywności zawodowej – wyjaśnia przedstawiciel Generali Investments TFI.

Zgromadzone na IKZE pieniądze można wypłacić po ukończeniu 65. roku życia (konieczne jest dokonywanie wpłat przez co najmniej pięć lat kalendarzowych), płacąc zryczałtowany, 10-proc. podatek dochodowy od całej kwoty. Jeśli wypłata środków nastąpi przed  65. rokiem życia albo po 65. roku życia przy braku wpłat przez co najmniej pięć lat kalendarzowych, to trzeba zapłacić PIT według obowiązującej skali podatkowej –  posiadacz IKZE rozlicza zwracaną kwotę w PIT za dany rok (jako przychody z innych źródeł).


IKZE prowadzone przez Generali Investments TFI SA oparte są na funduszach inwestycyjnych, co oznacza, że klient powinien liczyć się z ryzykiem inwestycyjnym i możliwością utraty części zainwestowanych środków.

Należy pamiętać, że inwestowanie wiąże się z ryzykiem i nie ma gwarancji osiągnięcia celów inwestycyjnych, a nawet istnieje możliwość zmniejszenia wartości, w tym utraty części zainwestowanych środków. Dodatkowo przy zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa mogą być pobierane opłaty manipulacyjne i należne podatki. Maksymalna wysokość wynagrodzenia stałego lub zmiennego za zarządzanie subfunduszem wskazana jest w prospekcie informacyjnym, z którym należy się zapoznać przed podjęciem decyzji inwestycyjnej. Zawiera on szczegółowe informacje w zakresie: polityki inwestycyjnej, czynników ryzyka, zasad sprzedaży jednostek uczestnictwa, tabeli opłat manipulacyjnych oraz informacji podatkowych.

Generali Investments TFI SA działa na podstawie decyzji KNF z dnia 1 czerwca 1995 r., nr decyzji KPW-4073-195 i świadczy usługi pośrednictwa w zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa. Materiał ma charakter reklamowy.

Decyzje inwestycyjne powinny być podejmowane wyłącznie po zapoznaniu się z Kluczowymi informacjami dla inwestorów oraz Informacjami dla klienta AFI, dostępnymi na stronie: www.generali-investments.pl. Dokumenty są sporządzone w języku polskim

Szczegółowe informacje o IKE i IKZE zawarte są w ustawie o IKE/IKZE oraz w Regulaminie prowadzenia IKE/IKZE Towarzystwa. Indywidualna sytuacja Uczestnika może mieć wpływ na zasady opodatkowania.

Problem smogu powrócił jak bumerang w sezonie grzewczym. Trzy śląskie miasta zwarły szyki, żeby walczyć z nim wspólnie

W Polsce smog zabija kilkunastokrotnie więcej osób, niż ginie ich w wypadkach samochodowych. Głównym winowajcą jest niska emisja ze źródeł komunalnych, a w miastach do problemu przyczynia się też transport drogowy i emitowane przez niego spaliny. Problem smogu i zanieczyszczeń powietrza, który dotyczy całej Polski, niczym w soczewce skupia się na Śląsku i wraca jak bumerang w każdym sezonie grzewczym. Dlatego w ramach kampanii „Oddech dla Polski” trzy miasta z tego województwa – Żywiec, Wodzisław Śląski oraz Tarnowskie Góry – łączą siły, żeby walczyć z nim wspólnie i zaangażować mieszkańców w nawet najdrobniejsze działania na rzecz poprawy jakości powietrza.

– Akcja „Oddech dla Polski” może być pewną iskrą dla całej Polski. Założyliśmy koalicję, żeby zaapelować i uświadomić mieszkańcom całego kraju, jak ważne dla ludzkiego życia jest czyste powietrze – mówi agencji Newseria Biznes Antoni Szlagor, burmistrz Żywca.

Polska już od lat plasuje się w niechlubnej czołówce państw Unii Europejskiej z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Szkodliwe substancje wdycha na co dzień 90 proc. Polaków, a poziom stężenia szkodliwego pyłu PM10 i rakotwórczego benzo(a)pirenu jest przekroczony na większości obszarów kraju. Najnowsze badania z Uniwersytetu Harvarda i University College London pokazują, że wskutek chorób wywoływanych zanieczyszczeniem powietrza, takich jak astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, niewydolność oddechowa czy choroby układu krążenia, w Polsce umiera co roku ok. 90 tys. osób. To niemal dwa razy więcej, niż do tej pory szacowano, i więcej nawet, niż umiera ich wskutek innego czynnika ryzyka – palenia papierosów i narażenia na dym papierosowy (81 tys. zgonów rocznie).

Jedną z głównych przyczyn złej jakości powietrza jest niska emisja pochodząca ze źródeł komunalnych. W Polsce ok. 3,5 mln budynków wciąż jest zaopatrywanych w ciepło z przestarzałych pieców węglowych, tzw. kopciuchów. To one odpowiadają za ok. 87 proc. emisji rakotwórczego benzo(a)pirenu. Nie spełniają przy tym żadnych norm emisyjnych, są bezklasowe i emitują średnio od 7 do 23 razy więcej pyłów w stosunku do nowoczesnych kotłów. Są też droższe w utrzymaniu, ponieważ utrzymują sprawność średnio na poziomie ok. 60 proc. To oznacza, że wykorzystują efektywnie tylko 600 kg węgla z każdej spalonej tony.

Utrzymywanie tzw. kopciuchów nie opłaca się więc ani gospodarzowi, ani środowisku. Tym bardziej że w ramach rządowego programu Czyste Powietrze aż do 2029 roku można skorzystać z dotacji Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na wymianę starego pieca. Co więcej, zgodnie z uchwałami antysmogowymi do końca 2021 roku trzeba wymienić wszystkie kotły, które mają więcej niż 10 lat i nie mają tabliczki znamionowej. Głównym problemem często okazuje się jednak brak wiedzy i świadomości, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, które nie wiedzą, jak przeprowadzić taką inwestycję.

– Rozpoczęliśmy program czystej emisji i wymiany nieekologicznych pieców już w 2007 roku, kiedy o temacie smogu nikt jeszcze zbytnio nie mówił. I mieszkańcy wiele tych pieców wymienili. To oczywiście wiąże się z pewnymi niedogodnościami, bo teraz ekogroszek kosztuje o wiele więcej niż wcześniej, więc wśród mieszkańców powstaje wewnętrzne spięcie: „wymieniłem piec, a teraz nie mam pieniędzy na opał”. Dlatego tym mieszkańcom, których nie stać, pomagamy poprzez różnego typu działania, poprzez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej – wyjaśnia burmistrz Żywca.

W kwietniu ubiegłego roku Forum Energii i KAPE przygotowały „Antysmogową mapę drogową dla Żywca. Czyste ciepło do 2030 roku”. Eksperci wskazali w nim, że mieszkańcy Żywca za ogrzewanie płacą 62 mln zł, z czego połowa idzie na węgiel. Około 80 proc. energii pierwotnej do ogrzewania domów pochodzi bowiem z węgla. Przejście na czyste źródła ciepła będzie kosztować 69 mln zł, czyli niewiele więcej, ale ograniczeniu ulegną również koszty zdrowotne smogu. Rok temu były one szacowane na 137 mln zł, a możliwa jest ich redukcja do 9 mln zł.

– Najważniejsza jest edukacja, zmiana mentalności. Musi być chęć do działania, zrozumienie ze strony mieszkańców, że my nie działamy wbrew ich woli, ale chcemy to robić razem z nimi, żeby wszystkie te działania przyniosły wymierne efekty – podkreśla Antoni Szlagor.

Według kalkulatora Polskiego Alarmu Smogowego spędzenie 4 godz. dziennie przez rok na powietrzu w niektórych miastach województwa śląskiego może być równoważne wypaleniu nawet 7 tys. papierosów, biorąc pod uwagę wdychane w tym czasie do płuc stężenia rakotwórczego benzo(a)pirenu. Podczas palenia papierosa wydziela się dym zawierający szkodliwe i rakotwórcze chemikalia, podobne do tych zawartych w smogu. Z tego powodu jednym z elementów kampanii „Oddech dla Polski” jest również walka z papierosami za pomocą wszystkich dostępnych środków, pozwalających wyeliminować szkodliwy dym papierosowy z przestrzeni miejskiej. Niektóre z miast rozważają możliwość utworzenia specjalnych stref wolnych od papierosów. Prowadzą również działania edukacyjne i profilaktyczne.

W Żywcu, Tarnowskich Górach i Wodzisławiu Śląskim stanęły punkty pozwalające na wykonanie badań spirometrycznych. Odwiedzający je mieszkańcy mogli nie tylko za darmo wykonać badanie, lecz również otrzymać porady przygotowane przez Fundację Ochrony Zdrowia Publicznego, pozwalające lepiej zrozumieć istotę nałogu, jakim jest palenie papierosów, związane z nim ryzyka zdrowotne i możliwości wyjścia z uzależnienia. Zgodnie z szacunkami Ministerstwa Zdrowia koszty medyczne i pozamedyczne palenia papierosów oraz narażenia na dym papierosowy osób postronnych sięgają około 33 mld zł.  

– Czyste powietrze możemy mieć dzięki różnym działaniom dotyczącym smogu, ruchu samochodowego czy nawet w sferze palenia papierosów. Każdy z tych obszarów jest ważny – mówi burmistrz Żywca. – Wszyscy też musimy zdać sobie sprawę, jak niezwykle ważna jest dla nas zieleń, która szybko przetwarza dwutlenek węgla na tlen.

W ramach akcji „Oddech dla Polski” na rynkach w Żywcu, Wodzisławiu Śląskim i Tarnowskich Górach stanęły „zielone ściany”, pokryte roślinnością pochłaniającą szkodliwe związki. Każdy z mieszkańców będzie mógł zawiesić na nich swoją roślinę, żeby symbolicznie wesprzeć walkę o czystsze powietrze.

W miastach do problemu smogu przyczynia się też transport drogowy i emitowane przez niego spaliny. Zawarte w nich substancje (m.in. tlenek węgla, tlenek azotu, związki ołowiu, tlenki siarki, metale ciężkie oraz węglowodory HC i ich pochodne) są dużo bardziej szkodliwe niż zanieczyszczenia pochodzące z fabryk, a na dodatek znajdują się dokładnie na wysokości nosa i to w ogromnym stężeniu, przez co spacer wzdłuż zakorkowanej ulicy jest wręcz „inhalacją” z mieszanki trucizn.

Na dodatek Polacy są przyzwyczajeni do prywatnego transportu – na każdy 1 tys. mieszkańców przypada ok. 580 samochodów, co jest wskaźnikiem niemal dwukrotnie wyższym niż w krajach rozwiniętych, takich jak Niemcy czy Austria, gdzie na każdy 1 tys. osób przypada ok. 300 aut. Jeździmy jednymi z najstarszych samochodów w UE, które statystycznie mają ok. 13 lat, ale wiek co trzeciego auta przekracza nawet 20 lat. Według danych z kontroli NIK w Polsce co czwarte auto przekracza limit emisji pyłów PM, a co drugie – limit emisji tlenku węgla.

Samorządy od lat starają się zająć również i tym problemem, m.in. wprowadzając strefy czystego transportu, promując komunikację miejską albo kupując elektryczne autobusy. Choć problem smogu udaje się ograniczać, to jak bumerang wraca on w sezonie grzewczym.

– Wspólnie z gminami realizujemy m.in. program Stop Smog i Słoneczna Żywiecczyzna, w którym zastępujemy źródła wytwarzające smog, wymieniamy je na fotowoltaikę i pompy ciepła. W tej chwili realizujemy 3 tys. takich instalacji w całym powiecie żywieckim. Wszystkie te działania – w tym też podłączenie się do ciepła systemowego, szukanie nowych rozwiązań w gospodarce odpadami, wprowadzenie autobusów ekologicznych, apelowanie do mieszkańców, przynoszą efekty – mówi Antoni Szlagor. – Jeszcze w 2016 roku byliśmy w czołówce najbardziej zasmogowanych miast w Polsce. Gdy rozpoczęliśmy tę ogromną walkę ze smogiem, wylecieliśmy z tego rankingu, teraz Żywca już w nim nie ma. My o smogu możemy jedynie mówić w okresie grzewczym, jesienno-zimowym. W pozostałych go u nas nie ma. Ale o to właśnie chodzi, żeby wygrać tę walkę ze smogiem w okresach grzewczych.

Eksperci Forum Energii szacują, że do 2030 roku żywieckie inwestycje na źródła ogrzewania i ocieplenie budynków sięgną 407 mln zł, a nakład ten może się zwrócić w ciągu nieco ponad trzech lat.

Od przyszłego roku producentom będą grozić kary za niewłaściwe oznaczanie żywności „bio” i „eko”. Firmy często wykorzystują ekologię w celu zwiększania sprzedaży

Od 2022 roku w Polsce zaczną obowiązywać przepisy dotyczące produkcji i certyfikacji wyrobów ekologicznych. Producenci będą musieli się liczyć z karami za niewłaściwe użycie oznaczeń „bio” lub „eko”, wprowadzanie konsumentów w błąd i fałszywe stylizowanie swoich wyrobów na ekologiczne. – Dzięki temu będziemy mieć pewność, że produkty w sklepach faktycznie pochodzą z rolnictwa ekologicznego. Rzadziej natkniemy się też na takie, które ekologiczne tylko udają – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Dziś wiele firm wykorzystuje w swoich przekazach do konsumentów swoje proekologiczne inicjatywy, ale często są one pozorne.

– W Unii Europejskiej trwają w tej chwili prace nad wprowadzeniem nowego rozporządzenia dotyczącego certyfikacji produktów rolnictwa ekologicznego. Powstanie baza, do której zostaną wpisani wszyscy producenci żywności ekologicznej, co ma m.in. umożliwić ich kontrolowanie. Wprowadzone zostaną też kary za oznaczanie produktów symbolami zbliżonymi do certyfikatu europejskiego rolnictwa ekologicznego – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Małgorzata Pietras-Szewczyk, adiunkt w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu.

Zgodnie z obowiązującymi w UE przepisami produkty ekologiczne muszą się składać w ponad 50 proc. ze składników pochodzenia rolniczego (woda i sól nie są brane pod uwagę). Ponadto co najmniej 95 proc. tych składników musi pochodzić z upraw ekologicznych. Takie produkty są oznaczone symbolem listka otoczonego gwiazdkami na zielonym tle. To właśnie unijny certyfikat produkcji ekologicznej, dość dobrze kojarzony przez konsumentów.

W Polsce działa 13 jednostek certyfikujących, które na podstawie upoważnienia Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wydają lub cofają takie certyfikaty. Unijnym logo można bowiem oznaczać tylko te wyroby, które spełniają surowe normy dotyczące produkcji, przetwarzania, transportu i przechowywania.

Od 1 stycznia 2022 roku – zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/848 w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów ekologicznych, którego implementacja została przesunięta ze względu na pandemię – te normy zostaną dodatkowo zaostrzone. Rozporządzenie poszerza też listę produktów, które mogą zostać poddane certyfikacji ekologicznej i wprowadza zmienione zasady takiej certyfikacji.

– Zmiany obejmą również wprowadzenie de facto nowego zawodu kontrolera jakości żywności rolnictwa ekologicznego. Będzie to zawód skierowany do osób, które posiadają wykształcenie rolnicze lub są technologami żywności i żywienia – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk.

Unijne wymogi zaimplementuje w Polsce nowa ustawa o rolnictwie ekologicznym, która zastąpi tę z 2009 roku. Ma ona uporządkować rynek żywności ekologicznej i wzmocnić system kontroli produkcji takich wyrobów.

 Podczas codziennych zakupów często nie zwracamy uwagi na znaczki. Widzimy zielone logo z napisem „bio” lub „eko” i myślimy, że faktycznie tak jest. Tymczasem to jest po prostu podobny znaczek, który ma udawać certyfikat produkcji ekologicznej. Teraz oznaczanie produktów w sposób zbliżony do tego znaku będzie karane, aby nie wprowadzać konsumentów w błąd – mówi ekspertka Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. – Dzięki temu będziemy mieć pewność, że produkty, które znajdujemy w sklepach, faktycznie pochodzą z rolnictwa ekologicznego. Rzadziej natkniemy się też na takie, które produkty rolnictwa ekologicznego tylko udają.

Jak zauważa, w Polsce konsumenci są coraz bardziej świadomi i wybierają zdrowszą żywność lepszej jakości. Z raportu Farmy Świętokrzyskiej „Trendy w ekozakupach Polaków” wynika, że ekologiczne produkty przynajmniej raz na jakiś czas kupuje 86 proc. Polaków. Aż dwie trzecie z nich jest w stanie zapłacić za nie więcej niż podobne produkty nieekologiczne.

– I właśnie to jest wykorzystywane przez producentów do oszustwa, do oznakowywania produktów w sposób niezgodny z prawdą. Przez to konsumenci, którzy szukają produktów ekologicznych, często niestety kupują te, które nimi nie są – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk.

Jak pokazuje raport „Żywność ekologiczna w Polsce. Raport 2021”, opracowany przez NielsenIQ i Koalicję na Rzecz Rozwoju Rynku Żywności Bio, wartość polskiego rynku żywności ekologicznej szacowana jest na 1,36 mld zł, co stanowi raptem ok. 0,5 proc. całego rynku spożywczego. Ten segment szybko się jednak rozwija. Na koniec ubiegłego roku w Polsce działało prawie 18,6 tys. gospodarstw certyfikowanych jako ekologiczne.

Rosnąca świadomość ekologiczna Polaków jest wykorzystywana nie tylko w obszarze żywności.

W telewizji mamy do czynienia z reklamami, które z jednej strony sugerują nam wręcz, żebyśmy nie kupowali nowych ubrań, żebyśmy wykorzystywali i nosili swoje stare ubrania, ale jednocześnie w obrazie tej reklamy mamy prezentację nowej kolekcji danej firmy odzieżowej. Czyli nasz wzrok rejestruje obrazy, widzi nową kolekcję i pojawia się u nas potrzeba kupowania. Chociaż jestem świadoma, że nie powinnam kupować nowych ciuchów, mam już ich dużo, to szkodzi środowisku. Dlatego tu pojawia się wątek, że ta firma jednak produkuje w sposób zrównoważony, wykorzystuje materiały z recyklingu, więc nic wielkiego się nie stanie, jeżeli kupię jednak tę nową bluzkę – opisuje stosowane mechanizmy ekspertka Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu.

Jak podkreśla, coraz częściej mamy na rynku do czynienia ze zjawiskiem greenwashingu. Polega ono na tym, że firmy wykorzystują ekologię w celu zwiększania sprzedaży i przyciągnięcia klientów, ale często są to tylko pozorne inicjatywy. Firmy stosujące greenwashing starają się uchodzić za bardziej ekologiczne, niż są w rzeczywistości.

Myślę, że z greenwashingiem spotykamy się częściej, ale nikt nie monitoruje np. tego, czy koszulki danej marki naprawdę pochodzą w jakiejś części z bawełny z odzysku. Producent tak deklaruje, ale my, jako konsumenci, nie jesteśmy tego w stanie sprawdzić. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy są to też w stanie sprawdzić instytucje typu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zwłaszcza że to zjawisko często dotyczy globalnych graczy i dużych korporacji. Ciężko jest prześledzić cały ich łańcuch dostaw i sprawdzić, czy naprawdę używają rzeczy z recyklingu, czy też są to tylko hasła rzucane pod klienta – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk.

Skala tego zjawiska jest niemała: w styczniu tego roku Komisja Europejska i krajowe organy odpowiedzialne za ochronę konsumentów w poszczególnych krajach UE opublikowały wyniki badania obejmującego sektory: odzież, kosmetyki i sprzęt gospodarstwa domowego. Wynika z nich, że aż w 42 proc. przypadków ekologiczne deklaracje producentów były przesadzone, fałszywe lub wprowadzające w błąd i mogły potencjalnie zostać uznane za nieuczciwe praktyki handlowe.

Inflacja i wzrost kosztów produkcji uderzają w polskie firmy. Część z nich szuka okazji do ograniczenia wzrostów, inwestując za granicą

Zgodnie z nowymi danymi GUS inflacja w listopadzie wyniosła 7,7 proc. To wynik nienotowany od 21 lat. Wzrosty cen trapią też inne europejskie gospodarki. W październiku ceny w całej UE były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem od co najmniej 1997 roku, od kiedy Eurostat podaje dane. Dynamiczny wzrost cen i zerwane w pandemii łańcuchy dostaw przekładają się na utrudnienia w działalności polskich firm. Jednym ze sposobów na ich ograniczenie może być międzynarodowa ekspansja. – Część polskich firm dostrzegła dla siebie duże możliwości przejmowania zagranicznych podmiotów albo rozwijania się za granicą właśnie dzięki temu, że na niektórych rynkach sytuacja nie zmienia się aż tak dynamicznie – mówi Maciej Bałabanow z Funduszu Ekspansji Zagranicznej PFR TFI.

– Aktualna sytuacja rynkowa, która charakteryzuje się przede wszystkim wzrostem cen, przekłada się na działalność wszystkich firm w polskiej i światowej gospodarce. Istotny jest też fakt, że te ceny nie wszędzie rosną równomiernie. Dla przykładu w Europie – m.in. z powodu kryzysu energetycznego, z którym mamy aktualnie do czynienia – rosną bardziej dynamicznie niż w Azji. To z kolei oznacza, że dywersyfikacja geograficzna umożliwia przedsiębiorstwom dostęp do czynników produkcji w tych regionach, gdzie ceny przynajmniej chwilowo są jeszcze niższe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Bałabanow, dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI.

Październik był kolejnym miesiącem rekordowo wysokiej inflacji. Spośród 32 krajów europejskich (w tym również UE i strefy euro ogółem) w 27 inflacja przekroczyła 3 proc., a w 11 była wyższa niż 5 proc. W całej UE ceny były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem, odkąd Eurostat zaczął raportować dane o inflacji – pokazuje ekspertyza opracowana przez zespół analityczny Polskiego Funduszu Rozwoju. Wynika z niej również, że wzrost kosztów i zakłócenia w łańcuchu dostaw negatywnie odbijają się na wynikach badań koniunktury gospodarczej. Wprawdzie w każdym z państw wskaźnik PMI przemysłu przekroczył w październiku 50 pkt, ale ogółem w strefie euro i całej UE był nieznacznie niższy niż we wrześniu. 

– Perspektywy dotyczące dalszych wzrostów cen mają dwa filary. Pierwszy to czynnik okresowy, wynikający m.in. z mniejszej dostępności nośników energii w Europie, który pewnie minie w średnim okresie. Natomiast drugi filar to czynniki trwałe, które mają związek właśnie z modyfikacją światowej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym, zmniejszającym wpływ na środowisko – mówi ekspert.

W Europie, oprócz historycznie wysokich cen gazu, do galopujących cen najmocniej przyczyniają się rosnące koszty uprawnień do emisji CO2 w unijnym systemie ETS. Wzrosły one z 25 euro za tonę CO2 jeszcze na początku 2020 roku do około 75 euro obecnie. Przez niedobory gazu rosną także ceny tego surowca, co sumarycznie przekłada się na wyższe ceny energii i wzrost cen produkcji w wielu branżach. Odczuwają go również przedsiębiorstwa w Polsce. Jednocześnie w ramach walki ze skutkami pandemii wszystkie państwa przyjęły plany odbudowy gospodarki, które zakładają wzrost inwestycji, co z kolei powoduje zwiększony popyt na materiały i usługi oraz wzrost ich cen. Z kolei w wymiarze globalnym przyspiesza produkcja mocy z energii odnawialnej, co generuje wzrost inwestycji w infrastrukturę i napędza m.in. wzrost cen stali.

W sytuacji rosnących cen znalazło się wiele branż, a przedsiębiorstwa radzą sobie z nimi na różne sposoby. Część z nich przenosi ten wzrost na odbiorców końcowych i nawet czerpie z tego korzyści – pod warunkiem że nie przekłada się to na istotne obniżenie końcowego popytu. Z drugiej strony są sektory, w których obecna sytuacja wpływa na spadek marż, co jest spowodowane na przykład tym, że mają one podpisane kontrakty bez klauzuli indeksacji cen.

Ekspert ocenia, że w nadchodzącym czasie wzrost cen niekoniecznie wyhamuje, choć nie dotyczy to wszystkich produktów i branż. Tanieć będą te materiały, których ceny zostały tylko przejściowo zakłócone przez pandemię COVID-19 i czynniki jednorazowe.

 Ten wzrost cen i zerwane łańcuchy dostaw przekładają się na trudniejsze warunki działania i ekspansji firm – mówi dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI. – Widzimy jednak, że wszystkie firmy, które już wcześniej zdecydowały się na ekspansję, teraz korzystają z jej dobrodziejstw, np. dzięki dostępowi do tańszych czynników produkcji i możliwości korzystania z tańszych materiałów za granicą. Dodatkowo firmy działające za granicą mają dostęp do technologii, które często są tańsze w wytwórstwie albo pozwalają na osiągnięcie pewnych oszczędności. To sumarycznie powoduje, że ich produkty mogą być tańsze dla końcowego konsumenta.

Jak podkreśla ekspert, zaletą ekspansji zagranicznej jest możliwość dywersyfikacji źródeł dostawców. Wieloletnie relacje zagraniczne pomagają też w zabezpieczeniu łańcuchów dostaw i mogą ograniczać szoki cenowe, z którymi ostatnio borykały się m.in. branża hutnicza i przedsiębiorstwa bazujące na dostępie do mikroprocesorów. W tym drugim przypadku producenci elektroniki czy pojazdów dotkliwie przekonali się, jak istotne są relacje zagraniczne dla utrzymania ciągłości produkcji. Niedobór podaży mikroprocesorów skłonił wiele firm do zadbania o bardziej odporne łańcuchy dostaw i rozwijania bezpośrednich relacji m.in. z producentami półprzewodników.

– Każdy moment na ekspansję zagraniczną jest dobry, co wynika z faktu, że żyjemy w gospodarce, która dynamicznie się zmienia. Mamy bardzo wiele niepewności, która otwiera też nowe możliwości inwestycyjne – mówi Maciej Bałabanow.

Statystyki pokazują, że polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane zagraniczną ekspansją – nie tylko eksportową, ale i kapitałową. Mimo spowolnienia gospodarczego również w ubiegłym roku wartość bezpośrednich inwestycji za granicą była wysoka i wyniosła 5 mld zł (wobec 7,1 mld zł w 2019 roku). Z badania przeprowadzonego przez ICAN Institute wśród firm obecnych na rynkach zagranicznych wynika, że trzy czwarte z nich w dobie pandemii odnotowało wzrost sprzedaży lub jej stabilizację za granicą. Prawie połowa podkreśliła, że ich biznes na innych rynkach rozwijał się w tym czasie lepiej niż w Polsce. 35 proc. deklarowało, że weszło na co najmniej jeden rynek zagraniczny.

– Właśnie w tych momentach, kiedy gospodarka dynamicznie się zmienia, pojawiają się możliwości inwestycyjne, dobre lokaty za granicą. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fundamenty sukcesu ekspansji zagranicznej, czyli m.in. mieć bardzo dobry zespół menedżerski, dobrze przemyślany kierunek ekspansji, jak również strategię oraz plan taktyczny tej ekspansji – mówi ekspert PFR TFI.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej to jedyny tego typu instrument w Polsce, który współinwestuje z rodzimymi przedsiębiorstwami poza granicami kraju, zarówno w formie brownfield, czyli przejmowaniu zagranicznych spółek, jak i greenfield, czyli tworzeniu nowych zakładów, np. fabryk od zera. Firmy, które planują taki rodzaj ekspansji, mogą się ubiegać o współfinansowanie funduszu sięgające nawet kilkunastu milionów euro, a dodatkową korzyścią jest rozłożenie ryzyka związanego z wejściem na całkiem nowy rynek. Od początku działalności w 2016 roku fundusz podpisał kilkanaście umów inwestycyjnych. Wśród niedawnych inwestycji są m.in. współfinansowanie rozbudowy portfela hoteli White Olive w Grecji przez Rainbow Tours czy pożyczka dla spółki Victoria Dom w celu rozwoju działalności deweloperskiej na rynku niemieckim.

Od 1 grudnia manualny pobór opłat na państwowych autostradach przestanie działać. Kierowcy osobówek będą płacić przez system e-TOLL lub kupować e-bilety

Podniesione szlabany na bramkach nie oznaczają jednak, że kierowcy osobówek przejadą bez opłat po zarządzanych przez GDDKiA odcinkach autostrad A2 Konin–Stryków i A4 Wrocław–Sośnica. Obecny Manualny System Poboru Opłat dla pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej poniżej 3,5 tony zostanie od 1 grudnia zastąpiony nowym, elektronicznym systemem e-TOLL, podobnie jak miało to miejsce z początkiem października dla samochodów ciężarowych. Wszyscy użytkownicy muszą zarejestrować swoje auta w nowym systemie e-TOLL i wyposażyć je w urządzenia lokalizacyjne lub zakupić e-bilet autostradowy uprawniający do przejazdu. 

 Mieliśmy w ostatnim czasie dość duże wydarzenie w branży transportowej, mianowicie zmianę systemu opłat drogowych w Polsce. Przeszliśmy z viaTOLL na e-TOLL. Wcześniejszy system funkcjonował na zasadzie bramownic i urządzeń, które komunikowały się za pomocą mikrofal. W nowej technologii wszystko odbywa się zdalnie, za pomocą systemu GPS i transmisji danych geolokalizacyjnych pojazdów do systemu e-TOLL. Potrzebne są też nowe urządzenia, które należało wymienić w odpowiednim czasie. Ta sprawa dotyczyła wcześniej transportu ciężkiego, ale z początkiem grudnia obejmie również pojazdy lekkie – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Derdziak, ekspert DKV Mobility Polska.

Szybki przejazd przez bramki pozwoli kierowcom zaoszczędzić sporo czasu, jednak zanim to nastąpi, muszą oni jak najszybciej przejść przez procedurę rejestracyjną w systemie e-TOLL i wyposażyć swoje samochody w urządzenia geolokalizacyjne (OBU/ZSL) lub zainstalować na swoich smartfonach specjalną aplikację e-TOLL PL, dzięki której system będzie mógł śledzić telefon wraz z przypisanym do niego pojazdem.

– To jednak nie koniec obowiązków i wyzwań, przed jakimi staną osobowi użytkownicy e-TOLL – dodaje Mariusz Derdziak. – Warto pamiętać, że urządzenia i aplikacja służą tylko do rejestracji i naliczania opłat w systemie; ale już ich regulowanie, pilnowanie stanu konta i odpowiedzialność za braki lub opóźnienia w płatnościach są już w gestii użytkowników. Tu z pomocą przychodzi DKV Mobility Polska, który jako jedyny operator kart flotowych może wspierać swoich klientów we wszystkich aspektach uiszczania opłat w nowym systemie. Na stronach e-TOLL można znaleźć szczegółowe informacje dotyczące usług i zakresu wsparcia, jakie poszczególni dostawcy kart zapewniają swoim klientom.

DKV było także pierwszym emitentem kart, dzięki któremu od 4 października można było rozliczać opłaty drogowe w systemie e-TOLL. Do tego momentu płatności można było realizować za pomocą BLIK-u lub kart Mastercard oraz Visa. Jednak każdej takiej transakcji należało dokonywać odrębnie, pilnując przy tym stanu środków w systemie e-TOLL. To o tyle ryzykowne, że w przypadku braku zarejestrowania transferu na czas kierowcom grożą kary.

– Uruchomienie płatności za e-TOLL kartą paliwową to bardzo duże ułatwienie dla użytkowników. Po pierwsze, mogą oni ustawić sobie doładowania automatyczne. Przykładowo ustalamy kwotę doładowania w wysokości 100 zł i ustawiamy próg minimalny salda np. na kwotę 20 zł. Po jego przekroczeniu system automatycznie pobierze z karty zadeklarowaną wcześniej kwotę doładowania. Dzięki temu nie musimy cały czas kontrolować stanu konta – wyjaśnia ekspert DKV Mobility Polska. – Warto jednak zaglądać tam raz na jakiś czas i sprawdzać, czy nie ma na koncie jakichś nieopłaconych przejazdów. Wtedy można je uregulować w ciągu trzech dni bez naliczenia kary. A przypominam, że w przypadku pojazdu osobowego jest to 500 zł za nieopłacony przejazd, a w przypadku pojazdu ciężarowego 1,5 tys. zł.

Dlatego karta paliwowa może się okazać najwygodniejszą opcją rozliczania e-TOLL dla użytkowników aut osobowych. Mogą skorzystać z niej zarówno użytkownicy aplikacji mobilnej e-TOLL PL, posiadacze urządzeń OBU/ZSL, jak i klienci chcący doładować swoje konto manualnie w punktach obsługi klienta (POS).

– Poza tym za pomocą jednej karty paliwowej przedsiębiorca może zapłacić nie tylko za opłaty drogowe, ale również za paliwo, warsztaty, myjnie, parkingi czy akcesoria na stacjach oraz wliczyć sobie wszystkie te pozycje w koszty prowadzenia działalności gospodarczej, co w przypadku rozdrobnionych płatności rzadko ma miejsce lub jest mocno utrudnione – dodaje Mariusz Derdziak.

Dla kierowców, którzy nie chcą dzielić się z operatorem systemu e-TOLL danymi o swojej lokalizacji lub nie posiadają przystosowanych do tego celu urządzeń, jedyną alternatywą będzie zakup tzw. e-biletu autostradowego, w którym z wyprzedzeniem trzeba określić czas i miejsce poruszania się po płatnych odcinkach dróg, oraz podać numery rejestracyjne pojazdu. Zdalny zakup biletów ma od 1 grudnia umożliwiać bezpłatna aplikacja e-TOLL PL BILET. Będzie je można także nabyć stacjonarnie w wybranych punktach partnerów systemu e-TOLL – najprawdopodobniej na stacjach paliwowych poprzedzających wjazdy na płatne odcinki dróg. Operator systemu nie udostępnił jeszcze aplikacji ani wykazu miejsc pozwalających na zakup e-biletów.