Nie wszyscy zyskają na nowym ładzie w podatkach. Zmiany „sfinansują” głównie osoby zarabiające powyżej 11 tys. zł brutto

Na reformie podatkowej wprowadzonej w Polskim Ładzie najwięcej zyskają najmniej zarabiający, ale tylko ci zatrudnieni na umowę o pracę, jak również emeryci otrzymujący najniższe świadczenia. Straci większość przedsiębiorców, zwłaszcza tych rozliczających się podatkiem liniowym, i najlepiej zarabiający etatowcy. Na poprawę poborów nie mają też co liczyć zatrudnieni na umowy cywilnoprawne. Część pracowników i przedsiębiorców rozliczających się według skali podatkowej będzie mogła skorzystać z ulgi dla klasy średniej, co sprawi, że program zmian okaże się dla nich neutralny.

– Zmiany, które zostaną wprowadzone w ramach Polskiego Ładu, mają swoje dobre i mocne strony, jak również te słabe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Antoni Kolek, prezes Instytutu Emerytalnego. – Na pewno podwyższenie kwoty wolnej do 30 tys. zł i podwyższenie drugiego progu podatkowego należy zakwalifikować do zmian pozytywnych.

Jedną z największych zmian jest podniesienie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, czyli w przypadku większości podatników niemal dziesięciokrotnie. Oznacza to na przykład brak opodatkowania dla otrzymujących najniższą emeryturę oraz pensje do 3180 zł miesięcznie. Dodatkowo drugi próg podatkowy zostanie podniesiony do 120 tys. zł rocznie z dotychczasowych 85 tys. zł. Dla osób zarabiających w tym przedziale oznacza obniżkę stawki niemal o połowę, z 32 proc. do 17 proc.

 Z kolei brak możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku dochodowego od osób fizycznych na niekorzyść wpłynie na wysokość wynagrodzenia netto podatników. Osobom, które są zatrudnione na podstawie umowy o pracę, pracodawca będzie musiał pobrać z wynagrodzenia większą kwotę, która będzie odpowiadała wysokości składki zdrowotnej, a podatnik nie będzie miał już prawa do tego, żeby w rozliczeniu rocznym to odliczyć. Czyli dla tych osób będzie po prostu wyższe opodatkowanie – wyjaśnia dr Antoni Kolek.

Jak podaje Ministerstwo Finansów, pracownicy o zarobkach od 5,7 tys. do 12,8 tys. brutto miesięcznie zyskają lub nie stracą na Polskim Ładzie. I to mimo braku możliwości odliczenia składki zdrowotnej. Według resortu, reforma będzie neutralna dla 20 proc. etatowców. Mniej niż 200 zł miesięcznie straci niecałe 12 proc. pracowników, a tylko 2,4 proc. zapłaci więcej niż 200 zł miesięcznie.

Niekorzystne zmiany dotyczące odliczania składki zdrowotnej ma zniwelować ulga dla klasy średniej. Będą mogli z niej skorzystać przedsiębiorcy rozliczający się według skali oraz pracownicy etatowi zarabiający między 5700 zł a 11 141 zł brutto miesięcznie.

– Z całą pewnością wszyscy pracownicy, którzy zarabiają powyżej 11 tys. zł, faktycznie będą tymi, którzy będą musieli „sfinansować” Polski Ład. Tutaj podatek dochodowy od osób fizycznych i składka zdrowotna na tyle obciąży wynagrodzenie netto, że te osoby po prostu będą odnotowywały straty w wysokości swojego wynagrodzenia netto po wdrożeniu Polskiego Ładu – mówi prezes Instytutu Emerytalnego. – Podobnie przedsiębiorcy – jeśli ktoś dzisiaj jest podatnikiem 19-proc. podatku liniowego, do tej pory płacił 1,25 proc. składki zdrowotnej, teraz będzie tak naprawdę musiał zapłacić 19 proc. plus 4,9 proc. składki zdrowotnej należnej od pełnego dochodu. Dla wielu osób będzie to oznaczało po prostu podwyżkę podatków.

Jak podkreśla, z ulgi dla klasy średniej nie skorzystają zleceniobiorcy, czyli osoby, które wykonują pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej, przedsiębiorcy na podatku liniowym, a także ci, którzy są członkami zarządów czy też prokurentami spółek na zasadach powołania.

– Jeśli z tego tytułu otrzymują wynagrodzenie, jest to działalność wykonywana osobiście, ona również nie jest związana z ulgą dla klasy średniej – wylicza dr Antoni Kolek. – Tak że będzie sporo grup osób, które faktycznie nie będą mogły z tej ulgi dla klasy średniej skorzystać, a jeśli z niej nie skorzystają, to znaczy, że ich wynagrodzenie będzie obciążone i podatkiem dochodowym, i pełną, nieodliczalną składką zdrowotną.

Program Ulga od Długu pod lupą KNF. Organizatorzy: Okazaliśmy się na tyle skuteczni, że firmy pożyczkowe chcą ukrócić tę działalność

Pod koniec listopada spółka LoanMe, Kancelaria CERTO oraz Ulgaoddługu.pl sp. z o.o. trafiły na listę ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego. To pokłosie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, które złożyły do prokuratury organizacje zrzeszające firmy pożyczkowe. KNF, po wstępnej analizie, zdecydowała się przystąpić do postępowania wszczętego przez prokuraturę, co automatycznie prowadzi do wpisania firm na listę ostrzeżeń publicznych. – W opinii zewnętrznych ekspertów jest to całkowicie pozbawione jakichkolwiek podstaw merytorycznych, formalnych, prawnych. Stąd wzbudziło to nasze duże zaskoczenie – mówi Marta Janowicz-Stradomska z Kancelarii CERTO. Jak dowodzi, sprawa jest w trakcie wyjaśniania, a program Ulga od Długu stał się solą w oku firm pożyczkowych, które w ten sposób starają się ukrócić jego działalność.

Komisja Nadzoru Finansowego, której zadaniem jest nadzór nad rynkiem finansowym, publikuje na swojej stronie listę ostrzeżeń publicznych, którą może sprawdzić każdy konsument. Znajduje się na niej kilkaset podmiotów, których działalność budzi wątpliwości KNF i wobec których zostały złożone zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Tylko w listopadzie tego roku na listę ostrzeżeń KNF trafiło sześć nowych podmiotów, wśród których znalazły się m.in. spółka LoanMe, Ulgaoddlugu.pl sp. z o.o. i  Kancelaria CERTO M. Janowicz-Stradomska i Wspólnicy.

KNF przystąpił do postępowania zainicjowanego przez inny podmiot, prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Wpis na listę ostrzeżeń nie jest w tym wypadku działaniem uznaniowym KNF, tylko wynika z przepisów ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Barszczewski, dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej UKNF. – Oczywiście ta sprawa będzie dalej wyjaśniana przez stosowne organy ścigania, ale klienci powinni mieć świadomość, że być może działalność tych podmiotów jest nastawiona na to, aby sprzeniewierzyć środki finansowe. Jeżeli one działają na rynku, ale nie posiadają stosownych zezwoleń KNF, to może wynikać z tego, iż jest to celowa chęć wprowadzenia konsumentów w błąd.

Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożyły do Prokuratury Okręgowej w Warszawie organizacje zrzeszające firmy pożyczkowe. W ich ocenie LoanMe, Kancelaria CERTO i firmowany przez nią program Ulga od Długu dopuściły się naruszenia szeregu przepisów. Komisja Nadzoru Finansowego, po wstępnej analizie, zdecydowała się przystąpić do postępowania wszczętego przez prokuraturę, co praktycznie z automatu prowadzi do wpisania na listę ostrzeżeń publicznych KNF. Wpis ten nie przesądza jeszcze o fakcie popełnienia przestępstwa. Niesie jednak ze sobą szereg konsekwencji, do których zalicza się utrata zaufania klientów i partnerów biznesowych. W aktualnym stanie prawnym taki wpis nie podlega jednak żadnej kontroli odwoławczej.

– Na tej liście ostrzeżeń znajdują się podmioty, które KNF uważa po prostu za niegodne zaufania. I nie ma w tym przypadku żadnej procedury, żadnej ścieżki odwoławczej. Nie możemy się odwołać od tej decyzji, nie możemy jej zaskarżyć. Oczywiście to nie znaczy, że nie podejmujemy żadnych kroków, ponieważ staramy się podjąć dialog z KNF, wyjaśnić sytuację i nasz sposób działania, który jest daleki od tych zarzutów – mówi radca prawny Marta Janowicz-Stradomska, partner w Kancelarii Prawnej CERTO. – Ten wpis KNF już w tej chwili ma jednak bardzo duże przełożenie na sferę wizerunkową kancelarii. Nasi klienci są zestresowani tą sytuacją, to budzi ich uzasadniony niepokój. W sferze relacji z klientami ma to duże znaczenie.

Kancelaria prowadzi dialog z KNF, licząc na jak najszybsze wyjaśnienie sytuacji. Jak zapewnia, dysponuje również opiniami prawnymi, które potwierdzają, że jej działalność w żaden sposób nie wypełnia ustawowych znamion zarzucanych jej przestępstw.

– W opinii zewnętrznych ekspertów jest to całkowicie pozbawione jakichkolwiek podstaw merytorycznych, formalnych, prawnych. Stąd wzbudziło to nasze duże zaskoczenie – mówi Marta Janowicz-Stradomska.

Uważamy, że ta decyzja jest bezpodstawna. Ona jest inspirowana działalnością firm konkurencyjnych i oparta na mało prawdopodobnych przesłankach – dodaje Wojciech Homan, dyrektor operacyjny w LoanMe.

Jedna z większych i bardziej znanych na rynku firm pożyczkowych w ubiegłym roku wycofała się z tego segmentu działalności i nawiązała współpracę z Kancelarią Prawną CERTO, której efektem jest właśnie program oddłużeniowy Ulga od Długu. Jego adresatami są konsumenci znajdujący się w trudnej bądź bardzo trudnej sytuacji finansowej, a program ma pomóc im w zmniejszeniu, spłaceniu lub umorzeniu zadłużenia wobec firm pożyczkowych. Kancelaria wskazuje, że od października 2020 roku zawarła już w imieniu klientów setki ugód, w niektórych przypadkach umożliwiających redukcję zadłużenia nawet o 80 proc.

W ramach programu Ulga od Długu nasza kancelaria podejmuje szereg działań prawnych – zarówno przedsądowych, jak i sądowych – zmierzających do tego, aby nasi klienci uzyskali swobodę finansową, uwolnili się od zadłużenia w instytucjach pożyczkowych i mogli na powrót stać się pełnoprawnymi uczestnikami rynku – mówi partner w Kancelarii Prawnej CERTO.

Z naszej perspektywy wspieramy kancelarię w kilku zakresach. Po pierwsze, pozyskujemy klientów na rzecz programu oddłużeniowego Ulga od Długu. Po drugie, dostarczamy też infrastrukturę technologiczną i całe zaplecze organizacyjne na rzecz tego programu – dodaje Wojciech Homan. – Teraz, pracując przy programie oddłużeniowym, widzimy z drugiej perspektywy, jak wygląda statystyczny klient firm pożyczkowych, jak bardzo on jest zadłużony. Przykładowo w tej chwili mamy klienta, który ma 29 pożyczek o wartości powyżej 150 tys. zł, a jego jedynym źródłem dochodu jest świadczenie socjalne.

Zarówno LoanMe, jak i warszawska Kancelaria CERTO wskazują, że ich działalność w żaden sposób nie narusza przepisów prawa, a sytuacja jest już w trakcie wyjaśniania z KNF i prokuraturą. Jak podkreślają, jest ona przede wszystkim wynikiem nieuczciwej walki rynkowej ze strony firm pożyczkowych.

Firmy pożyczkowe reagują wręcz histerycznie na naszą działalność. Widać to w przestrzeni medialnej i niestety też w konkretnych działaniach – mówi Marta Janowicz-Stradomska. – Program Ulga od Długu okazał się na tyle skuteczny, że firmy pożyczkowe starają się ukrócić tę działalność, ponieważ ona koliduje z ich działalnością biznesową. Topowe firmy pożyczkowe złożyły przeciwko nam doniesienie o popełnieniu przestępstwa do prokuratury, na szeroką skalę nagabują swoich dłużników, a naszych klientów nakłaniają do zerwania z nami umowy. Wysyłają im wręcz gotowe wzory pism z wypowiedzeniami, nakłaniają do składania donosów na policję. To są działania, które mamy udokumentowane. Dla przykładu Wonga złożyła przeciw nam wiele pozwów cywilnych w tzw. trybie pauliańskim, zarzucając, że przetrzymujemy pieniądze klientów, które to rzekomo należą się im. W innej sytuacji można by powiedzieć, że jest to w zasadzie pozytywne, ponieważ świadczy o skuteczności podejmowanych przez nas działań, skoro firmy pożyczkowe zdecydowały się na wytoczenie przeciw nam tak ciężkich dział.

W Zakopanem ceny nieruchomości i gruntów biją kolejne rekordy. Kupują głównie inwestorzy z myślą o budowie apartamentów dla turystów

Zakopane to jeden z najdroższych rynków nieruchomości w kraju. Wynika to nie tylko z popularności turystycznej tego miasta, ale też z niewielkiej i wciąż malejącej podaży gruntów, których w centrum zimowej stolicy Polski jest coraz mniej. Deweloperzy budują głównie apartamentowce z myślą o turystach. Z kolei w nieodległych okolicach, jak Poronin czy Nowy Targ, ceny są dużo niższe i można tam jeszcze znaleźć grunty pod zabudowę.

Ceny nieruchomości w Zakopanem są bardzo wysokie, a tendencja jest cały czas wzrostowa. Ceny mieszkań deweloperskich to jest poziom ok. 30 tys. zł za 1 mkw., ceny gruntów to w centrum Zakopanego około 5 tys. za 1 mkw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Suchodół, analityk Instytutu Monitor Rynku Nieruchomości, pośrednik rynku nieruchomości. – Z tego, co obserwuję na rynku, obecnie mamy stabilizację tych cen, w najbliższym kwartale może nastąpić wyhamowanie. Ale całkiem możliwe, że one pójdą dalej w górę.

Dla porównania na rynkach typowo mieszkaniowych, nawet tych najdroższych, ceny są niemal trzykrotnie niższe. Z danych Narodowego Banku Polskiego za III kwartał 2021 roku wynika, że ceny transakcyjne mieszkań na najdroższym z 17 największych polskich miast rynku warszawskim wyniosły niespełna 11 tys. zł za 1 mkw. Są to jednak lokale kupowane albo do mieszkania na stałe, albo do długoterminowego wynajmu. Tymczasem w Zakopanem apartamenty (lub grunty pod nie) kupowane są inwestycyjnie z przeznaczeniem na wynajem turystom. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę oblężenie zarówno w sezonie okołowakacyjnym, jak i zimowym.

Z opublikowanego w kwietniu 2021 roku raportu autorstwa Marka Suchodoła pt. „Zakopane – Białka Tatrzańska. Rynek mieszkaniowy dla tych, którzy mają gruby portfel” wynika, że w ubiegłym roku średnia cena za 1 mkw. apartamentów turystycznych na rynku pierwotnym wynosiła ok. 20 tys. zł wobec 16 tys.  zł w 2018 roku. Na rynku wtórnym to 11,7 tys zł. Cały ubiegły rok na rynku mieszkaniowym w Zakopanem zamknął się rekordową wartością transakcji na poziomie 113 mln zł wobec 104 mln zł w 2019 roku, i to mimo mniejszej liczby tych transakcji.

 Poziom gotówki na rynku i bardzo duży popyt spowodował wzrosty cenowe i tak duże zainteresowanie nieruchomościami, że dzisiaj praktycznie nie ma co kupić. W centrum Zakopanego praktycznie ciężko jest pozyskać jakieś tereny. Gruntów niezabudowanych w ogóle nie ma w obrocie, są tylko grunty zabudowane starymi budynkami, które później są burzone, i w to miejsce powstają zazwyczaj jakieś obiekty apartamentowe – wyjaśnia Marek Suchodół. – Zasadniczo powstają raczej nieduże obiekty z luksusowymi apartamentami na wynajem, to jest główny segment rynku. Praktycznie stricte mieszkaniówki dla mieszkańców nie ma i raczej się nie spodziewamy, że będzie.

Z analizy eksperta wynika, że rynek stricte mieszkaniowy przenosi się do Nowego Targu, natomiast domów jednorodzinnych i działek pod budowę takich domów nabywcy szukają na terenie sąsiednich wsi w gminach Czarny Dunajec i Szaflary.

Na największą konkurencję dla Zakopanego wyrasta w ostatnim czasie Białka Tatrzańska, w której zainwestowano w atrakcje turystyczne, a w roku 2020 zrealizowano kilka inwestycji deweloperskich z apartamentami turystycznymi. Sprzedano tam ponad 60 tego typu lokali, gdzie średnia cena 1 mkw. apartamentu w stanie deweloperskim kształtowała się na poziomie 15,3 tys. zł w stosunku do 14,5 tys. zł w 2019 roku. Obecnie na terenie Białki Tatrzańskiej, jak również Bukowiny Tatrzańskiej realizowane są kolejne nowe inwestycje w tym segmencie rynku. Ich ceny ofertowe wahają się w przedziale od 10 tys. zł za 1 mkw. do 20 tys. zł za 1 mkw.

Na pewno porównywalna cenowo jest Białka Tatrzańska, tam ceny apartamentów są na poziomie od 20 tys. zł za metr kwadratowy w górę. Tam też rynek mocno się rozwinął i cały czas się rozwija. Także zasadniczo wszystkie okoliczne wsie, czyli Rzepiska, Czarna Góra, Jurgów, ale tam rynek dotyczy tylko i wyłącznie gruntów pod zabudowę. Podaż terenów jest dość duża, wzrosty cen też są duże, jednakże tam można spokojnie zainwestować i coś jeszcze kupić – wskazuje analityk Instytutu Monitor Rynku Nieruchomości. – Czyli gmina Bukowina Tatrzańska czy Poronin, okoliczne wsie i nawet tereny Nowego Targu, gdzie ceny są dużo niższe, a też nie jest tak daleko do Zakopanego – dla mieszkańców to będzie ten kierunek.

Pozrywane łańcuchy dostaw zachęciły firmy do ekspansji zagranicznej. Zainteresowanie jest wyższe niż kiedykolwiek

Po przerwie spowodowanej lockdownami zainteresowanie polskich przedsiębiorstw ekspansją kapitałową na rynkach zagranicznych jest bardzo wysokie i przewyższa poziomy notowane przed pandemią. Eksperci Funduszu Ekspansji Zagranicznej widzą ożywienie inwestycyjne we wszystkich sektorach gospodarki. Choć gros inwestycji wciąż ogranicza się do krajów europejskich, to coraz częściej firmy wychodzą też poza Stary Kontynent. Pomaga im w tym również fakt, że nie muszą brać na siebie całego ryzyka związanego z ekspansją kapitałową.

– Aktualne kierunki, które dominują w ekspansji zagranicznej polskich firm, to kraje, które są nam bliższe kulturowo, czyli państwa europejskie, a także Stany Zjednoczone, Kanada, Australia. Niemniej widzimy, że coraz większą popularnością cieszą się również kierunki bardziej egzotyczne, czyli Azja, Afryka czy Ameryka Południowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Bałabanow, dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI. – Wydaje nam się, że naturalnym etapem rozwoju polskich przedsiębiorstw będzie korzystanie z możliwości, jakie stwarzają inwestycje w  krajach rozwijających się.

Dość oczywistym kierunkiem wydają się duże kraje, o wysoko rozwiniętych gospodarkach, takie jak Niemcy, Wielka Brytania lub Francja, których atutem jest duży rynek sprzedaży oraz wysoka siła nabywcza konsumentów. Jednak na tych rynkach należy się liczyć z bardzo silną konkurencją i wysokimi kosztami prowadzenia biznesu. Polskie firmy z roku na rok są coraz bardziej dojrzałe, dysponują coraz większymi środkami i coraz częściej wybierają nieco mniej znane, ale bardzo perspektywiczne kierunki ekspansji.

– Na pewno pandemia spowolniła zagraniczne procesy inwestycyjne polskich firm. Niemniej już teraz możemy powiedzieć, że obserwowana dynamika nie tylko wróciła do poziomów sprzed pandemii, ale nawet je przewyższyła. Widzimy również, że polskie przedsiębiorstwa chcą się rozwijać we wszystkich sektorach gospodarki. My jako Fundusz Ekspansji Zagranicznej wspieramy praktycznie wszystkie kierunki geograficzne i wszystkie branże – podkreśla Maciej Bałabanow.

Do szukania okazji inwestycyjnych za granicą i dywersyfikacji rynków poniekąd zmusiły firmy okoliczności z okresu pandemii, czyli przerwane łańcuchy dostaw, a potem zatory w portach spowodowane niemożnością zaspokojenia wygenerowanego po lockdownach popytu. Ekspansja może być sposobem na to, żeby uelastycznić łańcuchy dostaw i sprawić, by były bardziej odporne. Ekspert PFR TFI wskazuje, że pandemia wpłynęła również na sposób, w jaki przedsiębiorcy podchodzą do ryzyka w gospodarce.

– Tak jak 20 czy 30 lat temu mogliśmy powiedzieć, że pewne procesy, czynniki w gospodarce są w miarę stałe, tak teraz wiemy, że tej stałości już nie ma. Uczymy się codziennie tego, że rzeczywistość dookoła nas zaskakuje i że ona nie mieści się w schematach myślenia sprzed pięciu czy nawet sprzed dwóch lat. Widzimy po naszych polskich partnerach, że sukces osiągają ci, którzy zakładają, że ta niepewność jest i będzie, a nawet będzie wzrastać. A niepewność najlepiej zagospodarować poprzez pewną elastyczność działania, zwinność operacyjną, a przede wszystkim przez doświadczony i otwarty na zmiany zespół zarządzający – wymienia dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej.

Istotne znaczenie dla wchodzenia na nowe rynki zagraniczne ma również fakt, że przedsiębiorstwa nie muszą brać na siebie całego związanego z tym ryzyka. Jedną z instytucji, która wspiera ekspansję kapitałową firm, jest Fundusz Ekspansji Zagranicznej zarządzany przez PFR TFI. Fundusz dzieli ryzyko z polskimi przedsiębiorcami i dostarcza im finansowanie equity lub dłużne. Współinwestuje w zagraniczne spółki zależne, ale pozostaje inwestorem mniejszościowym.

– Z naszego doświadczenia możemy wskazać kilka czynników odróżniających firmy odnoszące sukces od tych, które poniosły porażkę w ekspansji zagranicznej. To przede wszystkim profesjonalny zespół zarządzający, zarówno po stronie polskiego partnera, jak i w zagranicznej spółce zależnej – mówi Maciej Bałabanow. – Kolejne wyzwanie, o którym należy pamiętać, to opracowanie planu ekspansji, który będzie łączył to, co już się dzieje w zagranicznym przedsięwzięciu, z tym, co mamy w Polsce i doprowadzi do pewnych synergii. Kolejny element to pewna zasobność kapitałowa, bo przejęcie czy wybudowanie fabryki kosztuje. Zwykle te budżety są niedoszacowane, więc należałoby założyć spory margines bezpieczeństwa inwestycji zagranicznych.

PKEE: Cała Europa zmaga się z podwyżkami cen energii. Głównymi powodami unijna polityka klimatyczna i handel emisjami

Inflacja i rosnące ceny energii w coraz większym stopniu drenują kieszenie Polaków. W ramach walki z drożyzną i przyjętej na początku grudnia tarczy antyinflacyjnej rząd zniósł jednak akcyzę na energię elektryczną sprzedawaną gospodarstwom domowym i obniżył stawkę VAT na energię z 23 na 5 proc. PKEE wylicza, że dzięki temu przeciętne gospodarstwo domowe na początku przyszłego roku niemal nie odczuje podwyżek, a od stycznia do marca comiesięczne rachunki za energię elektryczną wzrosną tylko o ok. 6 zł. W dłuższej perspektywie trzeba jednak nastawić się na kolejne wzrosty cen, spowodowane m.in. unijną polityka klimatyczną i dążeniem do zeroemisyjności.

– Tarcza antyinflacyjna istotnie zmniejszy dotkliwość podwyżek cen energii dla odbiorców indywidualnych. Według wyliczeń PKEE typowa polska rodzina zużywająca miesięcznie ok. 1,8 MWh przy taryfie G11 dla gospodarstw domowych zapłaci w przyszłym roku za prąd średnio ok. 21 zł więcej miesięcznie. Natomiast dzięki rozwiązaniom tarczy antyinflacyjnej od stycznia do marca ta kwota będzie znacznie mniejsza i wyniesie tylko ok. 6 zł. To przede wszystkim efekt zmniejszenia przez rząd podatku VAT do 5 proc. i redukcji akcyzy do zera – mówi agencji Newseria Biznes Magda Smokowska, doradca w Polskim Komitecie Energii Elektrycznej (PKEE).

Tarcza antyinflacyjna to rozwiązanie wprowadzone przez rząd na początku grudnia, aby przeciwdziałać skutkom rosnących cen. Jej najważniejsze założenia to m.in. obniżenie pomiędzy styczniem a marcem 2022 roku stawki VAT na gaz ziemny i ciepło systemowe z 23 do 8 proc., zniesienie akcyzy na energię elektryczną sprzedawaną gospodarstwom domowym oraz obniżenie stawki VAT na energię z 23 na 5 proc. Rząd wyliczył, że dzięki temu podwyżki w polskich domach na początku roku zostaną zredukowane o około 60 proc. Z kolei w całym roku przeciętne gospodarstwo domowe (grupa taryfowa G11, 1,8 MWh zużycia miesięcznie) będzie płaciło rachunki wyższe średnio o ok. 21 zł.

– W perspektywie długoterminowej trzeba liczyć się z kolejnymi podwyżkami cen energii. Polityka klimatyczna UE wymaga ogromnych inwestycji związanych z dążeniem unijnej gospodarki do neutralności klimatycznej. To wieloletni i kosztowny proces, wymagający wielkich zmian nie tylko w gospodarce, ale i w przyzwyczajeniach odbiorców energii – mówi Magda Smokowska.

Jak podkreśla, rosnące ceny energii elektrycznej to problem, z którym boryka się w tej chwili nie tylko Polska, ale i cała Europa. Powodami tego są m.in. wzrosty cen uprawnień do emisji CO2, drożejące surowce energetyczne i tegoroczna, niższa produkcja energii ze źródeł odnawialnych, a także zwiększony popyt. Jest on efektem ożywienia gospodarczego, które wystąpiło po miesiącach lockdownu i ograniczeń związanych z pandemią COVID-19.

– Wpływ tych czynników rozkłada się różnie w poszczególnych gospodarkach, jednak prawie cała Europa zmaga się z podwyżkami cen energii – na niektórych rynkach znacznie bardziej drastycznymi niż w Polsce – mówi doradca w Polskim Komitecie Energii Elektrycznej.

Rząd wskazuje, że głównym czynnikiem odpowiedzialnym za wzrost cen energii są uprawnienia do emisji dwutlenku węgla w unijnym systemie ETS. W Polsce koszt uprawnień do emisji CO2 stanowi aż 59 proc. całkowitej ceny energii, marża sprzedawców to raptem ok. 1 proc. Tymczasem w grudniu br. cena uprawnień do emisji CO2 wynosiła aż 90 euro za tonę, czyli trzykrotnie więcej niż jeszcze na początku tego roku.

– Zakup uprawnień do emisji dwutlenku węgla jest konieczny do produkcji energii w elektrowniach węglowych czy gazowych. Na rynku EU ETS można było zaobserwować lawinowy wzrost cen uprawnień będący wynikiem m.in. spekulacji. Jeszcze cztery lata temu, na przełomie 2017 i 2018 roku, ceny uprawnień do emisji kształtowały się na poziomie ok. 8 euro za tonę. W ostatnim czasie ceny te były aż jedenastokrotnie wyższe – mówi Magda Smokowska.

Unijny system handlu emisjami ETS jest kluczowym elementem polityki UE na rzecz walki ze zmianami klimatu i podstawowym narzędziem służącym do zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Środki ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 trafiają do budżetu danego państwa i przynajmniej w połowie powinny być przeznaczane m.in. na inwestycje sprzyjające redukcji emisji gazów cieplarnianych i system wsparcia dla odbiorców energii. W tym roku z handlu prawami do emisji CO2 do budżetu Polski trafi ok. 25 mld zł.

Przepisy Polskiego Ładu komplikują system podatkowy. Oznaczają więcej obowiązków dla pracodawców

Polski Ład wprowadzi wyższą kwotę wolną od podatku, nowe ulgi podatkowe czy reformę składki zdrowotnej. Zyskają najmniej zarabiający i 90 proc. emerytów i rencistów. Stracą jednak emeryci, których świadczenie wynosi 5 tys. zł brutto lub więcej. – Tego typu działania podważają zaufanie do państwa. Nie wiemy, jaki będzie kolejny ruch i czy tym, którzy mają wysoką emeryturę, nie przyjdzie płacić jeszcze wyższych podatków – mówi dr Antoni Kolek, prezes Instytutu Emerytalnego.

– Pracodawcy dzisiaj narzekają na to, że mają mnóstwo obowiązków administracyjnych, z których będą musieli się już lada moment wywiązywać. To przede wszystkim zmiany dotyczące systemów kadrowo-płacowych, w jakiej wysokości i od kogo liczyć pełną składkę zdrowotną, w kwotę wolną od podatku czy kwotę zmniejszającą podatek dochodowy, także w jaki sposób uznawać ulgę dla klasy średniej – mówi agencji Newseria Biznes dr Antoni Kolek.

Kwota wolna od podatku od 2022 roku będzie jednolita i wyniesie 30 tys. zł w skali roku. Osoby, które zarabiają mniej, w ogóle nie zapłacą podatku. Z drugiej strony nowe przepisy likwidują możliwość odliczenia składki zdrowotnej od podatku. Ulga dla klasy średniej złagodzi skutki zmian w składce zdrowotnej, dlatego pensje netto osób zarabiających na etacie 5701-11 141 zł brutto nie będą niższe.

Więcej osób będzie też mogło korzystać z zerowego PIT-u – dotychczas mogły osoby do 26. roku życia. Teraz zwolnione z podatku będą też dochody pracujących emerytów, którzy mimo nabycia uprawnień nie pobierają świadczenia, przychody rodzin z przynajmniej czwórką dzieci oraz osób, które zmienią rezydencję podatkową (ulga na powrót).

– Te osoby będą korzystały z zerowego PIT-u, co dla pracodawców oznacza dodatkowe zobowiązania administracyjne, bo będą musieli przyjąć odpowiednie oświadczenie, w odpowiedni sposób rozliczać wynagrodzenia. Oczywiście podatkowo będzie to korzystne dla tych osób, które z tego skorzystają, ale dla pracodawców to będą dodatkowe obowiązki administracyjne, które już od stycznia będą musieli co miesiąc wykonywać – tłumaczy prezes Instytutu Emerytalnego.

Według rządowych wyliczeń prawie 9 mln Polaków przestanie płacić podatek PIT, a dzięki podniesieniu progu podatek w wysokości 32 proc. będzie płacić o połowę mniej osób niż dotychczas. Łącznie w kieszeniach Polaków ma zostać 16,5 mld zł. Polacy zarabiający na podstawie umowy o pracę co najmniej 13 tys. zł brutto na zmianach jednak nie tylko nie zyskają, ale wręcz stracą. Pracownicy kluczowi w swoich organizacjach będą więc oczekiwać od pracodawców rekompensaty zmian podatkowych.

– Faktycznie w wielu przypadkach pracodawcy mówią o tym, w jaki sposób mają ukształtować wynagrodzenia pracowników, tak aby nie byli oni stratni na wdrażanych zmianach – wskazuje ekspert.

Dzięki podniesieniu kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł od przyszłego roku wszystkie emerytury i renty do kwoty 2,5 tys. zł brutto miesięcznie zostaną zwolnione z podatku dochodowego. Od emerytur będzie potrącana natomiast pełna składka zdrowotna w wysokości 9 proc., bez możliwości odliczenia od podatku. Na Polskim Ładzie ma skorzystać 90 proc. emerytów i rencistów. Z wyliczeń Instytutu Emerytalnego wynika jednak, że stracą emeryci, których świadczenie wynosi 5 tys. zł brutto lub więcej. Sejm bowiem odrzucił poprawkę Senatu, dzięki której ulga dla klasy średniej miała objąć również emerytów.

– To wyższe opodatkowanie wiąże się z tym, że będą musieli zapłacić pełny podatek dochodowy od osób fizycznych, pełną 9-proc., nieodliczaną składkę zdrowotną, więc świadczenia tych osób będą niższe niż dotychczas. Dla wielu osób jest to krzywdzące, przecież dopiero co rząd mówił, że mamy pracować jak najdłużej po to, żeby w przyszłości mieć wyższe świadczenie. Teraz okazuje się, że z drugiej strony rząd mówi: dobrze, może macie wyższe świadczenia, ale w związku z tym dołóżcie się więcej do systemu podatkowego – tłumaczy dr Antoni Kolek.

Zgodnie z wyliczeniami emeryci ze świadczeniami na poziomie 7,5 tys. zł brutto stracą miesięcznie 203 zł, czyli niemal 2,5 tys. zł w ciągu roku. Obecnie 10 proc. emerytów otrzymuje 5 tys. zł brutto lub więcej. W związku z wysoką waloryzacją w marcu 2022 roku takich osób będzie więcej.

– Podważa to zaufanie do państwa, bo tak naprawdę nie wiemy, jaki będzie kolejny ruch rządu, jakie będą kolejne zmiany dotyczące systemu podatkowego i czy np. tym mającym wysoką emeryturę nie przyjdzie płacić jeszcze wyższych podatków – ocenia ekspert. – Coraz częściej faktycznie seniorzy zastanawiają się nad tym, co zrobić, żeby nie wpaść w tę pułapkę emerytalną, którą rząd na nich zastawił.

Jak ocenia prezes Instytutu Emerytalnego, nowe przepisy komplikują i tak uciążliwy system podatkowy w Polsce. Z rankingu International Tax Competitiveness Index wynika, że wśród 37 systemów podatkowych państw OECD polski system znalazł się na 36. pozycji. Pod względem skomplikowania zajmujemy 28. miejsce (opodatkowanie osób prawnych), 30. (opodatkowanie osób fizycznych) oraz 37. (opodatkowanie konsumpcji).

– Gdyby system był jasny, każdy by wiedział, jakie płaci podatki, w jakim terminie, w jakiej wysokości i to by ten system stabilizowało. Natomiast bardzo duży poziom skomplikowania zachęca, żeby się optymalizować podatkowo i szukać innych, korzystniejszych rozwiązań. Stąd też wiele osób zastanawia się, czy ryczałt od przychodów ewidencjonowanych, karta podatkowa, czy może estoński CIT nie są lepszym rozwiązaniem – podkreśla dr Antoni Kolek.

Akcja wezwań skłoniła już 3 tys. firm do podpisania umowy o prowadzenie PPK. Będzie ich przybywać

Przy wdrażaniu kolejnych etapów systemu PPK do programu przystąpiło niespełna 30 proc. pracowników. To zdecydowanie mniej, niż przewidywały założenia rządu, liczba ta jednak stale rośnie. W 2023 roku pracujący na etacie ponownie będą zapisywani do PPK z automatu, co powinno podbić liczbę uczestników PPK. Jednocześnie PFR prowadzi akcję pytania firm, które nie przyłączyły się do programu, o przyczyny tego stanu rzeczy. Już po dwóch tygodniach odnotowano niemal 3 tys. nowych umów z towarzystwami prowadzącymi PPK.

– PPK to przede wszystkim narzędzie motywacyjne dla pracowników. Obecnie każdy świadomy pracownik zdaje sobie sprawę z tego, że z państwowego systemu emerytalnego, z ZUS-u raczej nie będzie mógł mieć takich zastrzyków finansowych na starość, by utrzymać obecną jakość życia, dlatego musi oszczędzać poza systemem zusowskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patryk Borkowski, kierownik komórki Rozwoju i Zarządzania Produktami Generali Investments TFI. – Pracodawca może zdecydować, że będzie odprowadzał dodatkowe 2,5 proc. oprócz obligatoryjnych składek i wtedy taka możliwość rzeczywiście może działać motywująco dla pracownika, czyli mamy narzędzie zwiększające lojalność wśród pracowników. Jest też korzyść wymierna, finansowa dla pracodawcy, ponieważ składki odprowadzane na konto pracownika w PPK zaliczane są do kosztów uzyskania przychodu, w związku z tym pracodawca nie musi od tych środków opłacać składek do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Gdy w połowie 2021 roku zakończono wdrażanie pracowniczych planów kapitałowych, okazało się, że z tej możliwości oszczędzania na dodatkową emeryturę skorzystało jedynie 28,8 proc. uprawnionych do tego zatrudnionych, czyli nieco ponad 2,3 mln osób z ponad 8 mln. Najlepiej pod tym względem wypadły duże firmy (41 proc.), zatrudniające powyżej 250 osób. W pozostałych grupach chęć udziału w PPK wyraził co piąty pracownik.

Co więcej, choć umowy o prowadzenie PPK podpisały firmy będące miejscem pracy dwóch trzecich zatrudnionych, to aż 680 tys. firm (czyli ponad dwie trzecie) umów takich nie zawarło.

Według Patryka Borkowskiego raczej nie jest to działanie intencjonalne ze strony firm, ponieważ niespełnienie obowiązków ustawowych jest obwarowane wysoką karą 1,5 proc. rocznego budżetu płac, natomiast ostatecznie liczba firm, które przystąpią do programu, wzrośnie. Obowiązek nie obejmuje mikrofirm (1–9 osób), w których wszyscy pracownicy złożyli deklarację rezygnacji z PPK, oraz tych podmiotów, które wprowadziły wcześniej pracownicze programy emerytalne. Od 18 listopada PFR wysyła wezwania do tych przedsiębiorców, którzy podlegali obowiązkowi, a nie podpisali umów z TFI, PTE lub ubezpieczycielem, bo to te podmioty są uprawnione do prowadzenia rachunków w ramach programu PPK. Firmy są proszone o wyjaśnienie, dlaczego nie wdrożyły PPK, i w 95 proc. są to rzeczywiście mikrofilmy. Z kolei w ciągu dwóch tygodni zawarto 3 tys. dodatkowych umów.

– Głównym powodem może być nieufność w stosunku do systemu emerytalnego wśród pracowników, mówimy tutaj o pokłosiu wcześniejszego demontażu OFE. Pracownicy nie wiedzą, co ich czeka, a jakiekolwiek ryzyko związane z naszymi środkami zawsze działa trochę jak płachta na byka – wyjaśnia Patryk Borkowski. – Natomiast oczywiście były prowadzone działania, które miały trochę złagodzić ten efekt nieufności, było to m.in. umieszczenie w ustawie na sztywno zapisu, że te środki są prywatne, należą do każdego z oszczędzających i w każdym momencie można je wypłacić. Z drugiej strony należy patrzeć na doświadczenia innych państw, które kilka–kilkanaście lat temu wdrożyły podobne rozwiązania jak PPK i tam też na początku partycypacja nie była zbyt wysoka.

Z biegiem lat jednak pracujący przekonywali się do oszczędzania na emeryturę i udział uczestników rósł. Takie zjawisko widać też w Polsce. Obecnie wskaźnik partycypacji przekroczył 30 proc., a w dużych firmach nawet 44 proc., zaś wartość aktywów netto wzrosła do 7,2 mld zł (w czerwcu były to 4 mld zł). Jest to stan na 30 listopada 2021 roku. W 2023 roku nastąpi ponowny automatyczny zapis do PPK i wtedy partycypacja powinna wzrosnąć, zwłaszcza że oszczędzanie w PPK się opłaca.

Jak wylicza PFR, zarabiający 5300 zł brutto uczestnik PPK zyskał w ciągu dwóch lat od 100 proc. do 130 proc. wpłaconej kwoty, uwzględniając opłatę powitalną i dopłaty państwa. Do tej pory dopłaty z budżetu wyniosły 506 mln zł, zysk wypracowany przez fundusze sięgnął 395 mln zło, a opłata powitalna to ponad 250 mln zł.

 – Oprócz tego pracownicy otrzymali wiele narzędzi obsługowych PPK, np. każdy pracownik w razie poważnego zachorowania może bezzwrotnie wypłacić 25 proc. zgromadzonych środków. Dodatkowo, co prawda to już jest zwrotne, ale może też wypłacić bez konsekwencji podatkowych nawet 100 proc. swoich środków na wkład własny. Trzeba pamiętać, że środki zgromadzone w PPK są dziedziczone, można wskazać osoby uposażone, uprawnione do wypłaty w ramach naszej śmierci – podkreśla ekspert.

 


 

Generali Investments TFI SA działa na podstawie decyzji KNF z dnia 1 czerwca 1995 r., nr decyzji KPW-4073-195 i świadczy usługi pośrednictwa w zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa. Towarzystwo zostało wpisane do ewidencji instytucji, które mogą oferować Pracownicze Plany Kapitałowe.

Materiał ma charakter informacyjno-reklamowy.

W materiale użyto informacji z następujących źródeł: PFR, PFR Portal PPK.

Należy pamiętać, że inwestowanie wiąże się z ryzykiem i nie ma gwarancji osiągnięcia celów inwestycyjnych, a nawet istnieje możliwość zmniejszenia wartości, w tym utraty części zainwestowanych środków. Dodatkowo przy zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa mogą być pobierane opłaty manipulacyjne i należne podatki. Maksymalna wysokość wynagrodzenia stałego lub zmiennego za zarządzanie subfunduszem wskazana jest w prospekcie informacyjnym, z którym należy się zapoznać przed podjęciem decyzji inwestycyjnej. Zawiera on szczegółowe informacje w zakresie: polityki inwestycyjnej, czynników ryzyka, zasad sprzedaży jednostek uczestnictwa, tabeli opłat manipulacyjnych oraz informacji podatkowych. Decyzje inwestycyjne powinny być podejmowane wyłącznie po zapoznaniu się z prospektem informacyjnym, Kluczowymi informacjami dla inwestorów oraz Informacjami dla klienta AFI, dostępnymi na stronie: www.generali-investments.pl. Dokumenty są sporządzone w języku polskim. 

 

Pandemia pogorszyła i tak trudną sytuację większości średnich miast. Szansą dla nich może być upowszechnienie się pracy zdalnej

Depopulacja i brak kompleksowych strategii rozwoju to jedne z głównych wyzwań stojących przed polskimi miastami. Szczególnie trudna jest to kwestia dla miast średniej wielkości, z których co piąte zmaga się z tymi problemami – pokazuje raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Dziennikarz Piotr Witwicki w swojej najnowszej książce „Znikająca Polska” na przykładzie rodzinnego Włocławka analizuje sytuację miejscowości dotkniętych regresem społeczno-gospodarczym i jak podkreśla, jest w nich potencjał do zmian. Potrzebne są jednak konkretne działania, zwłaszcza na poziomie politycznym. Problem wyprowadzek młodych ludzi – przynajmniej w pewnym zakresie – może ograniczyć rosnąca popularność pracy zdalnej.

Problem miast średniej wielkości i tego, co się z nimi wydarzyło po transformacji i reformie administracyjnej, jest dobrze znany. Opisują go raporty naukowe, które nie są zbyt optymistyczne. Pokazują jasno, że jeśli nie zmienimy sposobu naszego myślenia, to czeka nas bardzo niewesoły scenariusz. Natomiast uważam, że nie ma takiej drogi, z której nie można zawrócić, i pewnie ta książka jest też po to, żeby ktoś zwrócił na to uwagę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Witwicki, dziennikarz Polsat News i Interii.

Jak wynika z opracowania Polskiej Akademii Nauk „Delimitacja miast średnich tracących funkcje społeczno-gospodarcze”, transformacja polityczna i społeczno-gospodarcza po 1989 roku spowodowała silną deindustrializację większości miast i problemy z utrzymaniem ich bazy ekonomicznej. Autorzy wskazali 122 średnie miasta tracące funkcje społeczno-gospodarcze, z których połowa została dotknięta silnym regresem.

Zdaniem Piotra Witwickiego na pogorszenie sytuacji niedużych miast bezpośredni wpływ miała reforma Leszka Balcerowicza, ówczesnego wicepremiera i ministra finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, rozpoczęta w 1990 roku. Tzw. plan Balcerowicza miał pomóc w odejściu od gospodarki scentralizowanej i przejściu do  rynkowej.

– Radykalna reforma Balcerowicza sprawiła, że rachunek zysków i strat był rachunkiem bez specjalnego przyglądania się i wpatrywania w ludzi, którzy zostali pozostawieni sami sobie. Zapłatą, która potem przyszła, była też radykalizacja społeczeństwa, wykwit różnego rodzaju populizmów. To cena, którą płacimy za to, że gdzieś po drodze zapomniano o tych miejscach – twierdzi Piotr Witwicki.

Na transformację ustrojową nałożyła się przeprowadzona w 1999 roku reforma administracyjna, która ograniczyła liczbę województw z 49 do 16 i która nasiliła problemy wywołane różnicami w umiejscowieniu w hierarchii administracyjno-osadniczej.

To również kryzys demograficzny, obserwowany od kilkunastu lat, który stale się pogłębia – według danych Głównego Urzędu Statystycznego przy uwzględnieniu statystyk urodzeń i zgonów z września 2021 roku deficyt demograficzny za 12 miesięcy sięgnął już 204 tys. osoby. Jak wyliczono w raporcie PAN, populacja miast powiatowych grodzkich zaliczy drastyczny spadek w okresie 2030–2050. Wtedy zjawisko „kurczenia się” miast nabierze jeszcze większego tempa.

– Pewnie nie ma już powrotu do dawnej świetności, w takim rozumieniu świetności miasta przemysłowego za Gierka, ale możliwa jest jakaś inna świetność, która dzisiaj nie przychodzi nam do głowy – mówi dziennikarz. Wśród działań, które jego zdaniem są potrzebne, wylicza deglomerację funkcji publicznych. – Powinna się wpisać w programy polityczne. To też myślenie o Polsce nie tylko i wyłącznie z perspektywy Warszawy.

W 2019 roku ówczesny resort przedsiębiorczości i technologii przygotował raport w sprawie deglomeracji, z którego wynikało, że na 107 urzędów centralnych w Polsce tylko 14 jest zlokalizowanych poza Warszawą. Co najmniej 31 urzędów mogłoby potencjalnie mieć siedzibę poza stolicą.

Kolejnym elementem wpływającym na złą sytuację miast średniej wielkości stała się pandemia koronawirusa. Raport  „Polskie miasta w czasach pandemii”, przygotowany pod koniec ub.r. przez Polski Instytut Ekonomiczny, wskazał, że 88 proc. średnich miast (między 20 a 100 tys. mieszkańców) odnotowało pogorszenie sytuacji finansowej w 2020 roku, w tym 28 proc. stwierdziło, że było to zdecydowane pogorszenie. Nieco ponad 40 proc. wskazało, że również obszar związany z sytuacją bytową mieszkańców pod wpływem pandemii się pogorszył. Wiele miast deklarowało również zmniejszenie atrakcyjności dla turystów czy dla biznesu, a co istotne, w średnich miastach znacznie rzadziej niż w dużych planowano inicjatywy na rzecz jej ponownego zwiększania.

Z drugiej strony szansą dla mniejszych miast może być upowszechnienie się pracy zdalnej:

– Nie każdy musi dziś z nich uciekać, może tam pracować, realizować swoje marzenia, nie rezygnując jednocześnie np. z tego, by jego rodzice zajmowali się jego dziećmi – mówi Piotr Witwicki.

Od 1 stycznia 2021 roku na terenie Polski są 954 miasta (dane GUS). Zgodnie z wyliczeniami raportu PIE z 2018 roku to ponad 700 małych oraz ponad 200 średnich miast, w których mieszka około 40 proc. Polaków. 18 proc. średnich miast w Polsce stanowią ośrodki potrzebujące nowych strategii i pomysłu na rozwój. Są one położone przede wszystkim w centralnej, wschodniej i południowej Polsce, a ponad jedną czwartą z nich stanowią byłe miasta wojewódzkie (Chełm, Elbląg, Przemyśl, Tarnobrzeg, Włocławek). Eksperci PIE widzą w przypadku tych miast konieczność interwencji państwowej, bo to one są najbardziej zagrożone skutkami depopulacji. Z kolei 39 proc. średnich ośrodków miejskich określono mianem miast z potencjałem bez silnych wyróżników, z czego co czwarte leży w województwie śląskim. Jako największe zagrożenie dla nich analitycy wskazywali wyludnienie.

Premiera książki „Znikająca Polska” i towarzysząca temu debata o polskich średnich miastach miała miejsce podczas jednego z Thursday Gathering, czyli cyklicznych spotkań w warszawskim Varso gromadzących społeczność innowatorów. Otwarte i bezpłatne dla wszystkich zainteresowanych eventy organizuje co tydzień, w każdy czwartek Fundacja Venture Café Warsaw.

Budżety organizacji pozarządowych i samorządów ucierpiały w wyniku pandemii. Część projektów uda się zrealizować dzięki grantom

Pandemia koronawirusa uderzyła w samorządy i organizacje pozarządowe. Zmuszone zostały więc do cięcia wydatków i rezygnacji z części projektów. Wsparciem dla tych podmiotów stają się programy grantowe i edukacyjne organizowane przez polskie firmy. Jedna z nich – Polskie Sieci Elektroenergetyczne – w 2021 roku przekazała prawie 4,3 mln zł na realizację aż 215 projektów poprawiających jakość życia mieszkańców.

W 2021 roku Polskie Sieci Elektroenergetyczne realizowały swoje działania w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu na niespotykaną dotąd skalę. Na wszystkie projekty przeznaczyliśmy łącznie prawie 4,3 mln zł, naszym wsparciem objęliśmy m.in. 70 urzędów gmin i powiatów, ponad 60 organizacji pozarządowych, prawie 40 szkół i przedszkoli, 20 ośrodków kultury, sportu i rekreacji oraz bibliotek i 10 placówek ochrony zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Kostiuk, koordynator projektów społecznych i edukacyjnych w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych.

Polskie Sieci Elektroenergetyczne w 2021 roku zrealizowały działania w zakresie społecznym, edukacyjnym i charytatywnym. Jedną z inicjatyw jest ogólnopolski program grantowy „WzMOCnij swoje otoczenie”, w ramach którego PSE wyłoniły najlepsze lokalne projekty społeczne związane z aktywnością fizyczną, bezpieczeństwem, edukacją czy rozwojem wspólnej przestrzeni publicznej. Łącznie nagrodzono ponad 180 pomysłów o wartości prawie 3,7 mln zł.

Wśród projektów nagrodzonych w tym roku możemy wymienić zakup interaktywnych narzędzi dydaktycznych, takich jak gogle VR, które trafiły do szkoły podstawowej w Otwocku, gdzie uruchomiliśmy wirtualne laboratorium chemiczne. Z narzędzi były to także pomoce dydaktyczne do nauki języków obcych. W innych placówkach oświatowych zostały uruchomione gabinety integracji sensorycznej, natomiast w obszarze środowiska naturalnego pomagaliśmy w budowie ścieżek rekreacyjnych rowerowych i pieszych czy tras do nordic walkingu – wymienia przedstawiciel PSE.

Ważnym obszarem działań firmy była edukacja. O roli, misji i znaczeniu PSE jako krajowego operatora elektroenergetycznego systemu przesyłowego dowiedzieli się uczniowie. W ramach pilotażowej edycji programu Akademia Mocy w 24 mazowieckich szkołach PSE zorganizowały 51 spotkań edukacyjnych dla 1800 uczniów. W trakcie zajęć mogli oni m.in. wytworzyć pioruny przy użyciu generatora Van de Graaffa, zbadać, czym jest plazma, uruchomić świetlówki bez podłączenia do gniazdka, sprawdzić pobór mocy poszczególnych urządzeń oraz natężenie pola elektromagnetycznego, a w wielkiej klatce Faradaya przekonać się, jak uchronić się przed burzą.

Ponadto PSE aktywnie zaangażowały się we wsparcie placówek medycznych i ich pracowników w celu zapobiegania, zwalczania i niwelowania skutków pandemii COVID-19. W ramach II edycji ogólnopolskiej akcji HASHWdzięczniMedykom Caritas Polska przekazano 77 koncentratorów tlenu dla hospicjum w Kartuzach oraz szpitali w Wejherowie, Słupsku, Gorzowie Wielkopolskim i Ostrołęce. Ważnym projektem było współfinansowanie zakupu tomografu komputerowego ze sztuczną inteligencją i platformą radiologiczną do analizy zdjęć dla Centralnego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warszawie. Na ten cel przeznaczono aż milion złotych.

Wszystkie działania społeczne, edukacyjne i charytatywne realizujemy z myślą o mieszkańcach gmin i powiatów, w których budujemy bądź modernizujemy infrastrukturę najwyższych napięć, oraz w miejscach, w których dbamy o to, aby prąd w danym momencie trafił do gniazdek w naszych domach, miejscach pracy, szpitalach i szkołach. Zależy nam na inicjatywach, które mają taki wymiar długotrwały, a więc których korzyści będą odczuwalne przez mieszkańców nie tylko dzisiaj, ale także przez długie lata – tłumaczy Szymon Kostiuk.

Już w kolejnym roku na mieszkańców gmin czekają kolejne działania PSE. Firma przygotowuje się do organizacji czwartej, rekordowej edycji programu „WzMOCnij swoje otoczenie”. Swoim zasięgiem obejmie on ponad 170 samorządów. Kontynuowane będą także zajęcia w ramach „Akademii MOCy”. W 2022 roku odbędzie się aż 117 wydarzeń, w których udział wezmą uczniowie z 54 szkół podstawowych w 32 dolnośląskich i mazowieckich gminach.

bp w przyszłym roku uruchomi możliwość ładowania aut elektrycznych. Stacje mają zamienić się w centra kompleksowej obsługi kierowców

– Stacja paliwowa dzisiaj i ta sprzed 30 lat to zupełnie inne obiekty – mówi Bogdan Kucharski, prezes zarządu bp w Polsce. Paliwowy koncern sukcesywnie poszerza ich ofertę o nowe produkty i usługi, więc stacje paliw w coraz większym stopniu konkurują już z dyskontami i osiedlowymi sklepami. Dzięki rozbudowanej ofercie gastronomiczno-kawiarnianej przestały być też punktem jedynie tankowania samochodu i zakupu hot-doga. Docelowo należące do bp stacje paliw mają przekształcić się w centra kompleksowej obsługi kierowców, gdzie będzie można załatwić wiele spraw w jednym miejscu. Paliwowy koncern coraz mocniej wchodzi w segment convenience, ale na duża skalę inwestuje też w zieloną, odnawialną energetykę. Nowa, ogłoszona rok temu strategia ma przekształcić spółkę w nowoczesną grupę energetyczną.

Paliwowy koncern świętuje właśnie 30-lecie obecności na polskim rynku. Z tej okazji na jednej stacji w Krakowie zorganizował jubileuszowy mapping. Prezes zarządu firmy wspomina jak w ciągu tych 30 lat diametralnie zmienił się wygląd stacji, a także sam rynek paliw. 

– Rynek paliw w ciągu ostatnich 30 lat zmienił się diametralnie. Kiedy bp rozpoczynało działalność w Polsce, stacje paliwowe wyglądały zupełnie inaczej. To była prosta oferta, tam można było kupić paliwo i to w zasadzie wszystko. Natomiast w tej chwili te obiekty są zupełnie inne, z rozbudowaną ofertą paliwową, ale i pozapaliwową. My byliśmy jedną z sieci, która zaczęła wprowadzać te nowości na polskim rynku. Rozszerzaliśmy ofertę paliwową i spożywczą, wprowadziliśmy ofertę myjni, wprowadziliśmy też do Polski programy lojalnościowe. Stacja paliwowa dzisiaj i ta sprzed 30 lat to zupełnie inne obiekty – mówi Bogdan Kucharski, prezes zarządu bp w Polsce.

Paliwowy koncern zarządza siecią blisko 600 stacji benzynowych na terenie całego kraju. Te już od kilku lat przestają być tylko punktem tankowania auta i zakupu kilku batoników czy hot-doga. Firma bp stale poszerza ofertę o nowe produkty i usługi, coraz mocniej wchodząc w segment convenience. Pod koniec ubiegłego roku koncern nawiązał współpracę z siecią handlową Auchan. W efekcie na stacjach paliw bp pojawia się nowa marka sklepów pod nazwą Easy Auchan, otwartych 24/7. W ich ofercie – porównywalnej z asortymentem sklepów osiedlowych, a nawet części dyskontów – jest ok. 2 tys. produktów w cenach marketowych. Można też odebrać w nich zakupy z Auchan zamówione w opcji Click & Collect czy skorzystać z opcji home delivery. 

– Obecnie stacje paliwowe to wielofunkcyjne obiekty, gdzie można nie tylko zatankować nowoczesne paliwa, ale i skorzystać z oferty sklepowej i gastronomicznej, myjni i wszystkich innych usług, które wokół stacji się pojawiają – mówi Bogdan Kucharski.

Jak podkreśla, sklepy przystacyjne nie oferują już wyłącznie produktów związanych z motoryzacją, powoli stają się miejscem, w którym można zaspokoić większość potrzeb zakupowo-usługowych. Firma bp 15 lat temu weszła jako pierwsza na rynek z gastronomiczno-kawiarnianym brandem Wild Bean Café, który oferuje restauracyjne menu i świeżo mieloną kawę oraz ciepłe przekąski na wynos. Obecnie sieć kawiarni Wild Bean Cafe ma najwięcej punktów w Polsce.

– Od początku działalności w Polsce odnotowaliśmy ponad  2  mld wizyt klientów na naszych stacjach, co ewidentnie świadczy o tym, że ta oferta do nich trafiła – mówi Bogdan Kucharski.

Docelowo należące do bp stacje paliw mają przekształcić się w miejsce kompleksowej obsługi kierowców. Już teraz klienci mogą skorzystać np. z myjni oferującej płatności bezgotówkowe, czy odebrać dietę pudełkową Body Chief.

– Rynek się zmienia, nie stoimy w miejscu i przed nami teraz kolejne etapy transformacji – mówi Bogdan Kucharski. – W Polsce, podobnie jak i w Europie i na całym świecie, zaczynamy w tej chwili potężną transformację energetyczną. Jesteśmy gospodarką, która odchodzi od węgla i zmierza do energii niskoemisyjnej, do odnawialnych źródeł energii. Firma bp będzie brać w tym procesie aktywny udział.

Paliwowy koncern w ubiegłym roku ogłosił nową strategię, zgodnie z którą bp konsoliduje wydobycie ropy naftowej i gazu na rzecz odnawialnych źródeł energii. Do 2030 roku zmniejszy wydobycie o 40 proc., ograniczając przy tym swoje emisje o ok. 1/3. W tym samym czasie 10-krotnie zwiększy wydatki na inwestycje w OZE i technologie niskoemisyjne, przeznaczając na nie co najmniej 5 mld dol. rocznie. Nowa strategia ma przekształcić globalną spółkę naftową, skoncentrowaną na wydobywaniu zasobów, w nowoczesną grupę energetyczną, a w długiej perspektywie – do 2050 roku – przełożyć się na całkowitą zeroemisyjność. To odpowiedź grupy na główne trendy na rynku energii i konieczność transformacji.

– Przed branżą stoją potężne wyzwania związane z transformacją energetyczną, musimy przejść od tradycyjnego sposobu dostarczania energii i mobilności do opartego o nowe technologie niskoemisyjne. Świat potrzebuje energii i będzie jej potrzebował coraz więcej. Aktualnie w globalnej skali około 1/4 energii jest dostarczana z węgla, 1/4 z ropy, 1/4 z gazu i mniej więcej 1/4 z alternatywnych, odnawialnych źródeł energii. Te proporcje będą się zmieniały w kierunku tych czystszych źródeł, ale to wymaga czasu. Projekty energetyczne są bardzo duże, kapitałochłonne, wymagające długoterminowego planowania, więc to jest potężna rewolucja i długotrwały proces. Mówimy tu o kolejnych 2-3 dekadach, ale tempo inwestycji jest już teraz ogromne, a będzie jeszcze przyspieszać – mówi Bogdan Kucharski.

Przejawem zaangażowania bp w transformację energetyczną są m.in. szeroko zakrojone inwestycje w fotowoltaikę. W październiku tego roku na polski rynek wkroczył już Lightsource bp – deweloper farm PV i jeden z globalnych liderów energetyki słonecznej. Brytyjska firma, należąca w 50 proc. do  bp, zrealizuje w Polsce dziewięć projektów o łącznej mocy prawie 760 MW. 

– Będziemy ten biznes w Polsce rozwijać. Już w przyszłym roku na naszych stacjach można tez spodziewać się ładowarek do samochodów elektrycznych na większą skalę. Przymierzamy się również do partycypacji w polskiej transformacji w zakresie energii wiatrowej z morza – zapowiada Bogdan Kucharski, prezes zarządu bp w Polsce.